środa, 18 grudnia 2013

Świąteczne wspominki. Czyli #Wyliczanka numer bodajże 4.

Witam Was wszystkich w ten grudniowy wieczór!
Równo rok temu (no dobra, dobra - bez jednego dnia), zacząłem Was bombardować muzyką, którą uważałem za najlepszą na świąteczny czas, wypełniony śnieżnymi krajobrazami za oknem, karpiem na stole i lampką czerwonego wina, wypitą przy dźwiękach, płynących z adaptera winyli. (żebym Ja tak pięknie rok temu pisał, wiem, jestem fontanną skromności). Tak naprawdę wtedy wolałem się skupiać na tandetnych obrazkach sprzed wigilijnego stołu, gdzie wszyscy życzą sobie wszystkiego dobrego. Pomijając zawartość merytoryczną ubiegłorocznych wypocin - wówczas sprezentowałem Wam fenomenalne June Julii Marcell oraz magiczne A Jolly Little Christmas from Frank Sinatra. Była to zaledwie malutka cząstka muzyki, która kojarzy mi się ze Świętami Bożego Narodzenia. Coś mnie naszło i postanowiłem stworzyć słodki jak peerelowskie landrynki post. Dzisiaj, korzystając z okazji zbliżających się Świąt wrócę do tego okresu. Będzie totalnie na spontanie, bez żadnego przygotowania. Taki będę szalony! Zatem starą, blogową tradycją - zapraszam do lektury!

#15 Cool Kids of Death - "Plan Ewakuacji" 

To było bodajże 3 (A może 2? Nie jestem pewien) lata temu. Wróciliśmy z jakieś imprezy rodzinnej dzień przed Wigilią razem z rodzicami bardzo późno. Nic w tym więc dziwnego, że najzwyczajniej w świecie chciałem się wyspać przed kolejnym długim, rodzinnym spędem. Niestety Babcia wraz z Mamą miały zdecydowanie inne plany. Wigilia zwykle odbywa się u Nas, więc oczywiście wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, co wiąże się z przygotowaniami już od 8 rano. Tamtego dnia leciała u nich w kuchni Trójka i to właśnie ta piosenka mnie zbudziła. Wstałem, wyjrzałem przez okno, padał śnieg, a w tle właśnie Plan Ewakuacji. Wtedy zrozumiałem, że wszystko jest na swoim miejscu. Polecam również teledysk (dostępny w internecie, ale blogger odmawia posłuszeństwa w dodaniu go tutaj).




#14 Sorry Boys- Evolution (St. Teresa)

Jeszcze nie miałem okazji tego testować świątecznie i katować tym rodziny. W tym roku spróbuję. O Sorry Boys pisałem. I pisałem. I pisałem jeszcze więcej. O najnowszej płycie, zatytułowanej "Vulcano" stworzonej przez tą wybitną, polską formację też już pisałem. Ten utwór - jak dla mnie obecnie numer 1. na liście przebojów z tej płyty. Od pierwszego przesłuchania już czułem, że będzie to coś wspaniałego, słuchać tego na Święta (w tle w tym kawałku brakuje mi tylko dzwonków sań Świętego Brodacza). 


#13 The Police - "Every Little Thing She Does Is Magic"

Z tym kawałkiem jest jak ze wszystkimi utworami starego, dobrego Frania Sinatry - za każdym razem na święta katuję do bólu uszu. Pamiętam jak usłyszałem ten kawałek po raz pierwszy na jakimś karaoke. Potem wróciłem do domu i słuchając jednego z największych przebojów Stinga i spółki robiłem świąteczne porządki. Wtedy jeszcze słuchałem muzyki na Groovesharku i Youtubie i wpadłem w taką manię, że zrobiłem dla The Police nawet osobne playlisty na obu tych portalach. Pewnie dalej gdzieś je mam na moich antycznych, zakurzonych i zjedzonych przez mole kontach. Ale ten kawałek jest taki piękny i aż buchający zimowomiłosną magią, musicie tego posłuchać, żeby poczuć magię świąt. Olejcie oklepane, kotletowe "coraz bliżej święta"!


#12 Brodka- "Bez tytułu"

To był rok 2011. Zaczynałem wtedy Liceum. To był bardzo dobry rok dla polskiej muzyki rozrywkowej - między innymi właśnie wtedy Monika Brodka zmieniła się z ugrzecznionej laureatki "Idola", śpiewającej o ślubie w nieokrzesaną bojowniczkę polskiej alternatywy i wydała pod okiem Marcina Borsa swój najlepszy dotychczas album długogrający - "Grandę". A tam znalazło się miejsce na przykład dla takiej perełki jak "Bez tytułu". Tłusty, elektroniczny, główny motyw na syntezatorze i ciekawe syntetyczne wstawki, z towarzyszącą łamiącą się perkusją, zmieszane z wokalem Moniki w pyszne świąteczne, muzyczne ciasto. Zakochałem się wtedy na ulicy, słuchając tego tracku. Można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego przesłuchania, trwająca do dziś :)


#11 Frank Sinatra- "Let it snow"

Ja wiem, wiem. Święta to u mnie Sinatra i Sinatra, ale to nie mogło się tutaj nie znaleźć. Magia. Dzisiaj już się takiej nie da stworzyć w studiu. Można tylko słuchać i słuchać. I słowa są tu niepotrzebne (zupełnie do mnie niepodobne stwierdzenie



#10 Czesław Śpiewa- "Frozen Margarita (with gin)"

Obecnie nie jestem już fanem tego Pana. To nie kwestia tego, że się sprzedał jak mówią niektórzy, ale jakoś minęliśmy się w ideałach i muzycznie. Mimo wszystko "Pop" z 2010 roku stoi u mnie na półce i jestem z tego dumny, bo jakby nie patrzeć jest to bardzo dobra płyta. A "Frozen Margarita" - osobliwa historia z alkoholem w tle z baśniową oprawą muzyczną, przypominającą mi trochę Shreka. Pamiętam jak śnieg zasypał szczecińskie ulice, a wtedy właśnie tego słuchałem. To były ładne święta dla moich dziecięcych oczu.



#9 Kasia Kowalska- "Oto Ja"

Gemini. Rok 1994. Nie było mnie jeszcze na świecie, gdy powstała ta płyta (może byłem już w planach - tego nie wiem, ale może być taka opcja). Wracając do samej piosenki. O ile "Gemini" to płyta bardzo drapieżna i nieokiełznana, o tyle "Oto Ja" to najspokojniejsza wysepka na tym morzu rockowego szaleństwa. Piękny evergreen lat '90, a te mimo że trochę tandetne, to nigdy się nie nudzą. Jest to jeden z moich "naj" jeżeli chodzi o Kasię Kowalską.



#8 Sofa- "Serpentyny i bańki mydlane"

Sofę odkryłem jakoś rok temu za sprawą zupełnie innego utworu niż wspomniany. Był to mianowicie "Hardkor i Disko", puszczony w jakimś radiu w ramach anegdoty na temat końca świata, przepowiedzianego przez Majów. Jak widać przeżyliśmy kolejną apokalipsę, a w tamtym roku z sympatii jaką wzbudziła we mnie ta ciekawa grupa, łącząca muzykę rockową z elektroniką, choinkę ubieraliśmy w domu przy "Serpentynach...". I tak jakoś będzie mi się kojarzyć ze świętami już zawsze. Polecam zapoznać się z przygodami Eryka w kosmosie!


#7 Metallica - "One"

Dlaczego akurat to? Pamiętam, że i Mama, i Babcia były w ten świąteczny poranek w pracy. Tata miał wolne i został z takim 8-letnim Patryczkiem w domu. Co postanowili zrobić? Podenerwować sąsiadów, dokładnie! A najlepszym sposobem na zirytowanie tych, którzy puszczają techno o 3 nad ranem jest puścić im muzykę na cały regulator, kiedy Ci smacznie odsypiają melanże życia. Jako iż Tata dawno, dawno temu w innej galaktyce był metalem i nosił długie kudły, to puściliśmy im cały koncercik Mettaliki. To był piękny początek świąt! Swoją drogą - wybiera się ktoś na nadchodzący koncert Jamesa Hetfielda i jego świty?



#6 The XX- "VCR"

A to już kawałek na poświąteczne wegetowanie. Najlepiej przy wspaniałych prezentach, jakim mogą być płyty - senny "Vcr" z debiutanckiej płyty jednego z najsłynniejszych angielskich zespołów indie, jest idealny właśnie na takie chwile relaksu. Wszystko jest w tej piosence leniwe, spokojne i ciasteczkowe. Takie jakie właśnie mają być święta!



#5 Bjork- "Moon"

O tym, że Bjork to wybitna artystka, wspominać już nie trzeba. Ma na koncie mnóstwo płyt, doskonale przyjętych przez fanów nie tylko w rodzimej Islandii. Z płyty "Biophilia" wydanej w 2011 roku właśnie jakoś na święta, najbardziej wgryzł mi się w głowę singlowy "Moon", do którego istnieje przepiękny teledysk. Najlepiej słucha się tego kawałka nocą (zwłaszcza taką zimową), wyczekując na przybycie Mikołaja (albo pakując prezenty, chociaż to tak naprawdę Mikołaj owija je w te piękne papiery z hipermarketu). Jest tu - jak na całym albumie - coś niesamowicie nieuchwytnego. Polecam!



#4 Myslovitz- "3 Sny o tym samym"

Mój przyjaciel się na mnie za to obrazi. Ale pozdrawiam go, ślę ściski i mówię, że to wysokie miejsce to kwestia przypadku, bo kolejność jest losowa. W czym rzecz? Przyjaciel jest przeogromnym fanem Myslovitz, ale tylko tego z Arturem Rojkiem, zaś działalność Michała Kowalonka w zespole z Mysłowic jest dla niego nie do przyjęcia. Ja wielkim fanem twórczości tej grupy nie jestem wcale. Lubię posłuchać, ale bez zachwytów, jednak uważam, że przy pierwszym singlu "nowego" Myslovitz z płyty "1.577" (wie ktoś w ogóle co ten tytuł oznacza?) naprawdę fajnie się zasypia, pod ciepłą perzyną, gdy za oknem szaleje zima.




#3 Edyta Bartosiewicz- "XXI Wiek"

To już bardziej kawałek, którego słucham już w pierwszy noworoczny dzień zaraz po Sylwestrze. Dalej jest to w każdym razie okres świąteczny i właśnie dlatego ta kompozycja ma również swoje miejsce w tej Wyliczance. O tej Pani pisałem już w tym roku również milion razy, więc nie będę się już rozdrabniać na części pierwsze. Co mogę powiedzieć o tym utworze? Przecudowne, rockowe granie z przełomu dwóch wieków. Na dodatek Edyta, śpiewająca na kilku różnych ścieżkach w końcowym refrenie, zawsze powala mnie na łopatki. Swoją drogą - ulubioną porą roku tej Pani jest właśnie zima ;)



#2 Dixie Chicks - "Landslide"

Prześliczna piosenka w wykonaniu girlsbandu, serwującego głównie akustyczne country. Poznałem niedawno, ale również mam zamiar przetestować tej zimy, bo kawałek ewidentnie tak mi się kojarzy. Nieco nostalgiczny. Zobaczymy jakie wynikną z tego wspomnienia.



#1 Muchy - "Nieprzeszkadzajmibotańczę"

Główne skojarzenia? Pewna zimowa, szczenięca miłosna przygoda dwa lata temu. Dzisiaj dalej z tą osobą utrzymuję bardzo dobre kontakty, ale tak czy inaczej jakiś sentyment do tego kawałka pozostał. Chłodne gitarowe chwyty i skoczny rytm idealnie wpasowują się w ten zimowy styczniowo-grudniowy klimat. Jeden z niewielu kawałków Much, które bardzo lubię. Nie mogę się przekonać, chociaż to co macie do przesłuchania pod spodem to czysty majstersztyk!




To już koniec! Przyznam, że naprawdę miło było sobie powspominać. Mam nadzieję, że te święta będą równie udane jak poprzednie. Zarówno muzycznie, jak i w innych aspektach (chociaż Kevina nie będzie w tv :( ) A jak jest u Was? Macie jakieś kawałki, które zachowaliście w sercu jako te świąteczne? Jeżeli tak - podzielcie się nimi w komentarzach albo pod adresem mailowym muzycznekorki@gmail.com! Zapraszam też do subskrybowania, aby być na bieżąco!
Ściskam i życzę miłego wieczoru!
Ps: Nie było nic od Hey'a! Co za niedopatrzenie z mojej strony! Chociaż tutaj będzie naprawdę świątecznie. Pod spodem dwa specjalne wykonania, piosenek bożonarodzeniowych, których bezczelny blogger również nie chce pozwolić mi wrzucić do posta - "White Christmas" z jakiegoś starego programu bożonarodzeniowego Polskiej Telewizji 2. Jakość tragiczna, ale za to jaki biały kruk! Dwie Kasie - Nosowska i Kowalska, takie młode. I to wykonanie! Łezka się w oku kręci. Oprócz tego już sama Kasia Nosowska w odcinku specjalnym Szansy na Sukces (bodajże rok 1995 - wtedy się urodziłem! :)), śpiewa kolędę "Dzisiaj w Betlejem". Rarytas o jakie ciężko w dzisiejszych czasach. Polecam posłuchać, by poczuć jeszcze bardziej magię świąt.
http://www.youtube.com/watch?v=X9YITuIwz1Q
http://www.youtube.com/watch?v=VQHZSGCAZf4

Waflekins.

piątek, 13 grudnia 2013

Wkręcił mi się prezent.

Cześć i czołem wszystkim!
Dzisiejszy post będzie napisany w 100% spontanicznie. Po prostu kierowany impulsem stwierdziłem w końcu: "Tak! Wreszcie czas, żebym coś napisał! Koniec z nieróbstwem!". Fakt, że wena ostatnio się chyba na mnie obraziła i nie odbierała telefonów przez jakiś czas. Jednak brak postów nie był wywołany jej nieobecnością. Nie będę Was oszukiwać brakiem czasu, czy niżem emocjonalnym. Tym razem to nic z tych rzeczy. Złapał mnie więc jedynie świąteczny leń. Żyję i mam się świetnie. Kilka dni temu (tak naprawdę minęły już ponad dwa tygodnie - rany jak ten czas leci) świętowałem moje osiemnaste urodziny. Dostałem wiele wspaniałych płyt, o których niewątpliwie mógłbym pisać godzinami, aczkolwiek ta jedna najmocniej chwyciła mnie za serce i dziś słuchając jej po raz milion pięćsetny, postanowiłem, że podzielę się z Wami moimi wrażeniami. 

O.N.A.- "Bzzzzz" oraz "T.R.I.P."; Made in Poland - edycja limitowana,
Sony Music Poland, 2013

Dostanie  którejkolwiek ze starszych płyt zespołu O.N.A (którego przedstawiać nikomu raczej nie trzeba), w dzisiejszych czasach graniczy z cudem. Bardzo długo z tego powodu ubolewałem razem z tysiącami innych, młodych, "zgimbusiałych" fanów, którzy byli za młodzi by iść na koncert grupy, gdy ta jeszcze działała. Na szczęście jak wybawiciel na białym koniu, pojawiła wytwórnia Sony Music, która wypuściła na rynek serię "Made in Poland". Są to płyty, których dzisiaj zdobyć już się nie da, zmieszczonych we "wspaniałomyślnej" promocji "2 w cenie 1". W ten sposób pojawiła się okazja, aby zakupić jakiekolwiek wydawnictwo O.N.A., aby móc słuchać zachrypniętego, pięknego głosu Agnieszki Chylińskiej w domowym odtwarzaczu w przyzwoitej jakości. Na nowo wydane zostały krążki "Bzzzzz" oraz "T.R.I.P.". Co mogę powiedzieć na temat wznowienia? O ile Sony Music należy się wielki szacunek za taki wspaniały pomysł oraz przystępną dla casualowego słuchacza cenę płyt, o tyle wydane zostało to w sposób obrzydliwy (no dobra, może to za mocne słownictwo, ale pozytywnie na pewno nie da się tego określić). Pomijając kwestię okładki zrobionej na typowe dla polskich wydań z serii "Najlepsze z najlepszych zespołu XYZ", "Najważniejsze nagrania pani Iksińskiej", "Polska Muzyka Rockowa z perspektywy radia X" (czyli po prostu na odczepnego, byle żeby coś było), to dwie płyty CD z tak samo niedopracowaną poligrafią, gdyby nie logo firmy wyglądającą trochę jak jakieś pirackie wydanie zrobione w piwnicy oraz "książeczka" (o ile można to nazwać książeczką) z informacją jakich wykonawców znajdziemy jeszcze w serii oraz spis kawałków na obu płytach z dodanymi ich autorami, nie prezentują godnego dla takich artystów poziomu. Brzydka formę rekompensuje na szczęście wspaniała jakość dźwięku, do którego nie można mieć jakiegokolwiek zarzutu.

Przechodząc do samych płyt - naprawdę poczułem się zaskoczony, gdyż byłem przekonany, iż stylistyką zdecydowanie bardziej podpasuje mi "Bzzzzz" jednak to "T.R.I.P." tak naprawdę mocno powalił mnie na kolana przed panią Agnieszką Chylińską i spółką i to właśnie nim będę się zajmować w dzisiejszym poście. Oryginalnie płyta pochodzi z roku 1998, który był chyba najlepszym dla polskiej muzyki lat '90. O.N.A. to tutaj zespół doświadczony w graniu, czego dowodzą wspaniałe, chwytające za serce kompozycje. Nie mamy już tutaj jedynie rockowo-funkowej łupanki (no dobra, gdzieniegdzie zdarza się), a bardzo zmysłowe, mroczne utwory. Na pierwszą myśl przychodzą mi singlowe "Najtrudniej", które jest jednym z moich ulubionych momentów na płycie oraz "Czarna myśl" i "Kwaśna przygoda", które polecam każdemu, kto uważa, że O.N.A. tworzyła jedynie "bezmyślny hewi metal". Warto oczywiście wspomnieć o Agnieszce Chylińskiej, charyzmatycznej kobiecie, która do dzisiaj potrafi wstrząsnąć światem show-biznesu i pomimo tego, iż dziś robi wiele rzeczy, z którymi się nie zgadzam dalej darzę ją wielką sympatią i szanuję jej decyzje życiowe. Jej wspaniały, pełen melancholii głos urozmaica utwory, wspaniale się z nimi komponując, a równie nostalgiczne teksty nie dość, że pasują do kompozycji jak ulał, to może się pod nimi podpisać chyba każdy z Nas. 


Jednak nie samym przeżywaniem katharsis i wewnętrznej pustki człowiek żyje. Na płycie znajdziemy również piosenki o wiele bardziej energiczne. Od razu muszę wspomnieć o utworze "Nie chcę nigdy- babcia", który koniecznie musi przesłuchać każdy z Was. Wspaniale balansuje on właśnie między estetyką zmysłowości, a buchającej jak wulkan energii. Co więcej piękny tekst o strachu przed samotnością. Mamy też agresywne, nieco elektroniczne "Nienawidzę", które istnieje również w wersji nazwanej "Mimo wszystko" z zupełnie innym tekstem, stworzonym na potrzeby filmu "Młode Wilki" (swoją drogą bardzo film polecam), pełna mocy i skoczna "Historyjka" - kwintesencja tego, co w O.N.A. najlepsze. Szybkie, mocne, rockowe kompozycje, złączone ze wspaniałymi historiami opowiedzianymi przez Chylińską. Jest też wspaniałe, jak wisienka na torcie wieńczące całość "To naprawdę już koniec", które chciałbym kiedyś jeszcze usłyszeć na żywo, bo to jeden z najpiękniejszy polskich utworów, o otaczającej nas dookoła rzeczywistości, skrzętnie zamiatanej pod wycieraczkę. 


To by było na tyle! Dawajcie znać o swoich opiniach w komentarzach i listownie na adres mailowy muzycznekorki@gmail.com. Jeżeli chcecie, abym napisał jeszcze co nieco o płycie "Bzzzzz", bo o tej również mam co pisać (i to bardzo dużo), po prostu dajcie mi znać przez jakąkolwiek z opisanych przeze mnie dróg. Pozdrawiam teraz z tego miejsca wszystkich, którzy skrupulatnie czytają moje wypociny tutaj już od roku (tych przybyłych później oczywiście też, po prostu chciałem się pochwalić tym małym jubileuszem), dzięki temu blogowi i dzięki Wam wiele się w moim życiu zmieniło i chciałbym móc uściskać Was wszystkich z osobna, gdyby to było możliwe! Mam nadzieję, że przyszły nadchodzący rok będzie równie piękny jak ten, który powoli zbliża się do swojego punktu kulminacyjnego. Właśnie - macie już jakieś plany na Sylwestra? :)
Do zobaczenia już niedługo, a ja wracam chorować dalej!
Waflekins. 



poniedziałek, 25 listopada 2013

Przyjrzyjmy się #4- "Muzyka Końca Lata"

Muzyka Końca Lata w pełnym składzie- piękne zdjęcie
autorstwa Kamili Szuby.
Uprawiany gatunek: Neobigbit, rock, ale tylko ten najbardziej romantyczny i balladowy, indie 

Skład zespołu: Bartosz Chmielewski (wokal główny, gitara), Marcin Biernat (gitara, wokal), Piotr Majszyk (gitara basowa), Darek Gosk (perkusja), Ola Bilińska (pojawia się często jako druga wokalistka, więc warto również o niej wspomnieć)

Dyskografia: Demo (2003), Jedno wesele dwa pogrzeby (2006), 2:1 dla dziewczyn (2007), PKP Anielina (2011), Szlagiery (2013)

Hity z radia: Dokąd, 2001-2007, Fenoloftaleina, Nie ukryjesz się przede mną, Żabi

Co ja polecam poza tymi wyżej?: Johnny, Shake banana, Wakacje w mieście, Wiosna, Zima, Zmiana czasu, 16 skończy w czerwcu i poza tym WSZYSTKO!


Cóż lato się już na pewno skończyło. Kończy się również listopad, ale halo! Zaraz! Ten post miał być jakoś w październiku! Troszkę się ociągałem na blogu- w życiu poza blogiem już trochę mniej, ale o tym zaraz. Także dzisiaj opowiem Wam o zespole, który gra muzykę bardzo przyjemną, sielankową i która na pewno spodoba się wielu, którzy kochają polską muzykę, a akurat nie mają czego słuchać. I chociaż nazwa sugeruje, że zespołu najlepiej słucha się późnym latem, tudzież (nigdy nie wiem kiedy się to stosuje, także wszelkie gafy wytykajcie w komentarzach) jesienią, to tej sympatycznej trupy muzycznej z okolic Warszawy można słuchać o każdej porze roku! Standardowo- zapraszam do lektury :)

Grupa początkowo miała być projektem dla niewielkiego składu, a wszystkie kwestie nagrywania piosenek były rozwiązywane dość innowacyjnymi sposobami. Dlaczego? Gdyż w 2002 roku, gdy spotkali się trzej przemili panowie- Bartosz Chmielewski, Bartosz Gromulski i Mateusz Banasiuk, postanowili, że swoje pierwsze demo nagrają poza wielkimi korporacjami muzycznymi i z dala od wrzawy, panującej gdzieś pośród radiowego szumu, spowodowanego pewnie złym ustawieniem anteny. Jak więc nagrywali? Otóż pierwsze demo Muzyki Końca Lata jeszcze w niepełnym składzie, powstało na strychu! Tak, tak- nie inaczej! Patrząc, iż był to 2002 rok, gdzie o tak dobry sprzęt jak dzisia i warunki studyjne było o wiele ciężej niż dzisiaj, to był to bardzo ciekawy sposób tworzenia. Dema nigdzie niestety nie dane mi było przesłuchać, chociaż obstawiam, że w ten sposób powstały zaczątki pierwszej oficjalnej płyty zespołu- "Jedno Wesele Dwa Pogrzeby", wydanej dopiero cztery lata później. 

"Jedno Wesele Dwa pogrzeby"  to swoisty muzyczny znak pierwszej połowy pierwszej dekady XXI wieku. Młodzieńcze teksty, opisujące- czasem może trochę groteskowo- doskonale polską rzeczywistość (polecam np. "Wakacje w mieście", czy też "Skąd jest ten wiatr?"), jest szaleństwo, buzująca z każdej strony młodość, przeplatająca się z pięknym romantyzmem (nie mylić z Mickiewiczem). Z resztą ciekawe teksty to jeden z najmocniejszych punktów Muzyki Końca Lata w całej ich twórczości. Ale oprócz tego, że płyta opisuje dokładnie jak wtedy wyglądała nasza ukochana Polska kraina mlekiem i miodem płynąca, to muzycznie również pokazuje, co było wtedy trendy. 2006 to rok, kiedy "trendi" w polskiej muzyce były Strachy na Lachy, a ich "Dzień dobry, kocham Cię" dalej zajmowało pierwsze miejsca na listach przebojów, oprócz tego największa świetność Happysadu (z którymi z resztą band współpracował). Wtedy debiutuje Maria Peszek, której płyta "Moje miasto"- z resztą jak i dwie pozostałe- jest na językach wszystkich (co o niej mówią, to już nie ważne). Równie popularne wtedy Hey, który śpiewa ballady o kochaniu mimo wszystko i Myslovitz, które pyta, czy lepiej jest mieć, czy być. Te wszystkie inspiracje ja na tej płycie słyszę. Mamy tutaj rytmy reggae, krótkie, urywane co chwila gitarowe akordy (czym charakteryzował się bardzo np. Happysad), romantyczne ballady (prześliczne "Żabi", które polecam z całego serca), ale również i gitarowe szaleństwo. 

Płyta przyjęła się całkiem nieźle i pewnie to zadecydowało o tym, że już wkrótce pojawiły się- wydane zaledwie rok później "2:1 dla dziewczyn" (z której pochodzą takie cuda jak "Fenoloftaleina", czy "Ekstramocne", kontynuujące to, co grupa zaczęła poprzednią płytą, stawiające przy tym jednak na zainteresowania polskim big-beatem lat '60 XX wieku i wydany w 2011 po krótkiej przerwie "PKP Anielina"- najlepiej przyjęty przez publikę krążek.







Przez "PKP Anielinę" poznałem właśnie Muzykę Końca Lata. Przy tej płycie zespół przeszedł sporą przemianę- stylistyka może i została w większej mierze taka sama, aczkolwiek piosenki wydają się zdecydowanie bardziej przebojowe- nastawione na puszczenie na dobrej imprezie, do których wszyscy będą się świetnie bawić i tańczyć. Oprócz tego pozostawienie poprzedniej wytwórni i przyłączenie się do Thin Man Records- bohatera na naszej rodzimej scenie muzycznej- grupy, która wypromowała między innymi grupy UL/KR, Maki i Chłopaki, czy Kobiety,ale także i mniej znane np. Płyny (które wydały jedną, wspaniałą płytę i grają dalej). Thin man ostatnio zaczął współpracować jeszcze z kilkoma perełkami, na które potencjał bardzo liczę. Wracając do samej Anieliny- doskonała współpraca wytwórni z TVN-em zaowocowała tym, że pierwszy singiel z płyty- "Dokąd?" dał się poznać zdecydowanie szerszemu gronu publiczności niż dotychczas, grupą zaczęło się interesować coraz więcej ludzi. Wtedy w świat poszedł kolejny świetny utwór promocyjny- "2001-2007". Oba znowu aż do wyrzygania romantyczne. Widać, że grupa się też trochę uspokaja- już samo zaczynające "Lato 2004" i tytułowe "PKP Anielina" zdecydowanie odbiegające od wcześniejszej twórczości. Są też moje największe faworyty z całej ich dyskografii- "Johnny" i "Dworcowa". Znowu przepełnione wszechobecną miłością. Wkrótce jednak grupa wraca do starego, big-beatowo rock and rollowego wcielenia w "Koguciku", "Wiośnie" i "Zimie", które również są zdecydowanie bardziej przyswajalne dla normalnego słuchacza niż wcześniej. Ogółem- wyciszenie się, przyniosło grupie zdecydowanie większy komercyjny sukces, a przy tym dalej prezentując bardzo dobry poziom! W 2013 świat ujrzała jeszcze składanka największych hitów grupy- "Szlagiery" z dwiema nowymi piosenkami- "Shake Banana" i coverem starego hitu gruby ABC "Nie ukrywaj się przede mną"- polecam każdemu jako świąteczny prezent, kto chce się zapoznać z twórczością Muzyki Końca Lata.



To będzie tyle z mojej strony! Mam nadzieję, że nie zanudziłem Was moimi wywodami!
Do następnego razu- a to niedługo, bo muszę Wam sporo opowiedzieć, co się u mnie dzieje.
A dzieje się wiele.

Waflekins.



wtorek, 5 listopada 2013

Fabryka newsów #10- "Wiedz, że coś się dzieje się"


Najpierw post na szybko- z Fabryki Newsów, bo od dawna nie było żadnego posta z tego działu . Ostatniego czasu w muzyce dzieje się tak wiele, że postanowiłem zebrać dla Was po raz n-ty wszystkie najważniejsze dla mnie wydarzenia i na szybko je przedstawić. Zapraszam!

  • Open'er Festival 2014 w Gdyni już bez Heinekena w tytule! Znana na cały świat, renomowana firma produkująca piwo rezygnuje z bycia sponsorem tytularnym imprezy. O fundusze dla festiwalu na szczęście nie ma co się martwić- mimo tego, że logo Heinekena nie będzie zdobić nazwy festiwalu, to marka dalej pozostaje sponsorem całego wydarzenia, a My w czasie czterech, pięknych lipcowych dni 2014 roku, będziemy mogli się napić ów "nektaru Bogów, tworzonego w fabrykach Heinekena!
  • Ed Sheeran wydaje nowego singla! I to nie byle jakiego singla! Jego najnowsze dzieło- pierwsze od czasu zakończenia promocji, uznanego przez słuchaczy krążka "+", zatytułowane I see fire będzie stanowić główny motyw, ścieżki dźwiękowej do drugiej części filmowych przygód o Hobbicie Bilbo Bagginsie (dla nie orientujących się- film i książka Hobbit jest wprowadzeniem do kultowej już sagi Władcy Pierścieni J.R.R Tolkiena). Utwór już jest do zakupienia w serwisie iTunes, a Wy za to możecie go przesłuchać w serwisie Youtube tutaj, bo warto jeżeli ktoś lubi ładne, akustyczne granie w najlepszym wydaniu! 
  • Amanda Palmer w Polsce. Fani często prowokującej media, zagranicznej artystki będą mieli okazję na żywo usłyszeć takie piosenki jak Killing Type, Want it Back, czy Berlin już dzisiaj w warszawskiej Proximie i jutro w krakowskim klubie Studio. Niezdecydowani, sprężajcie się- czasu jest nie dużo, a bilety dalej są. Przy okazji będziecie mieli okazję zobaczyć fenomenalną Gabę Kulkę, promującą swoją płytę "Wersje" wydaną w świat wczoraj.
  • Swoje single wydaje również Lady GaGa- po klęsce pierwszego singla- Appalause, artystka zdecydowała się co jakiś czas wypuszczać utwory promocyjne z płyty ArtPop. Mówiąc co jakiś czas, mam na myśli dokładniej mówiąc non stop. Są to mianowicie Aura, Do You Whant (duet z amerykańskim wokalistą R.Kellym), Venus i Dope. O ile Do you want prezentuje wyjątkowo słaby i niski poziom, a Venus to nieudana próba powrotu do czasów największej świetności ostatniego albumu Born this way (czyli zwykłe odgrzewanie kotletów, ale chociaż ładnie brzmiące), o tyle Dope to naprawdę porządny, nostalgiczny utwór na jesień, który miałby nawet szansę przebić się jako oficjalny singiel. Polecam przesłuchać, bo wzmacnia potężnie apetyt na przyszłoroczną jazzową płytę Cheek to Cheek, którą artystka nagra z Tonnym Bennetem- gwiazdą światowego jazzu.


Was zapraszam już jutro po 21! Wtedy zapowiadany już od dawna post o polskiej trupie muzycznej Muzyce Końca Lata
Pozdrawiam!
Waflekins.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Sorry Boys w natarciu- wrażenia z "Vulcano"

Grupa Sorry Boys- bohaterowie dzisiejszego postu. Foto: materiały promocyjne zespołu
Słuchajcie! Witam wszystkich ciepło i serdecznie! Dzisiaj prawdopodobnie czekają Was dwa posty. Pisać kończę właśnie pierwszy- zostają tylko poprawki (chyba, że postanowię zarzucić nim jutro z czystego lenistwa), a jako iż dzisiejszy dzień jest wyjątkowy pod względem premier płytowych to posta również umieszczę o najnowszym wydawnictwie, pachnącym jeszcze tłocznią. Jest to druga - zaraz po Renovatio Edyty Bartosiewicz (moje wrażenia na temat tej płyty możecie znaleźć na korkach) - płyta, której wyczekiwałem w tym roku najbardziej. Jest to krążek grupy bardzo często tutaj goszczącej. Gdy zapowiadali swoje wydawnictwo kolejnymi singlami, nieustannie się nimi na blogu zachwycałem. Moi drodzy- właśnie ukazała się druga płyta niewątpliwie jednego z najciekawszych zespołów na naszej polskiej scenie muzycznej- Sorry Boys po trzech latach od swojego wybitnego debiutu "Hard Working Classes", postanowili podzielić się z nami całkowicie nowymi dziesięcioma utworami, które tworzą wyczekiwane od dawna "Vulcano". I to moje wrażenia na temat tego krążka będą tematem dzisiejszego posta numer jeden. Moim starodawnym blogowym zwyczajem zapraszam do lektury :)

Sorry Boys- "Vulcano", Mystic Production, 2013


Najpierw opowiem Wam bajkę...

Na tę płytę czekało od dawna wielkie grono fanów kwartetu, które zdążyło się uzbierać w przeciągu kilku ostatnich lat, od kiedy grupa istnieje. W tym czasie w karierze zespołu niczym w wielkim wulkanie cały czas zbierały się kolejne sukcesy jak support przed występem angielskiej multiinstrumentalistki I Blame Coco, czy podróże w trasy koncertowe z najbardziej uznanymi artystami w Polsce- działającą od wielu lat grupą rockową Hey i wciąż zaskakującą kolejnymi rewolucjami Brodką. Potem występy na najznakomitszych festiwalach w Polsce- między innymi Męskie Granie w 2012 roku i Open'er rok później. W końcu jednak wszystko skumulowało się w całość i doszło do erupcji ów wielkiego muzycznego wulkanu. Spokojnie- bajka ma happy end i nikt  na szczęście przy tym nie ucierpiał. Ba! Skutki tego wybuchu były wspaniałe! W Powstał przepiękny muzyczny krajobraz, obfitujący w tysiące smaczków i ogrom wspaniałych dźwięków. Otrzymaliśmy bardzo dobry pod każdym względem krążek, którego nie da się opisać w kilku słowach. W zestawieniu z "Hard Working Classes" jak dla mnie "Vulcano" zdecydowanie wygrywa. O ile poprzedniczka była bardzo zmysłowa, a o uczuciach opowiadała wyjątkowo delikatnie , o tyle Vulcano aż bucha od niesamowitej, trudnej do określenia energii - furia wymieszaną z pewnego rodzaju tęsknotą. Zdecydowanie mocniejsze pod względem brzmienia instrumentarium- nie musicie się jednak obawiać drastycznej zmiany gatunku na heavy metal (chociaż i to mogłoby w wydaniu Sorry Boys być ciekawe) - zastąpiły delikatne gitary i lekką perkusję, która teraz stała się potężna i jakby miażdżąca słuchacza swoją siłą. To jak bardzo zespół urósł w siłę, słychać już od pierwszej piosenki.

Wielki wybuch
Evolution (St. Teresa)- pokazuje nam, że faktycznie ewolucję grupy (tak parafrazując już tytuł piosenki). Głównie pod względem muzycznym, chociaż tekstowo również zachodzi ciekawa zmiana (po raz pierwszy tekst o tematyce religijnej). Głos charyzmatycznej Beli Komoszyńskiej pomieszany z innymi, "mruczącymi" gdzieś głosami buduje niesamowitą atmosferę. Trochę świąteczną jak dla mnie. W interpretacji tekstu może się przydać fakt, że podmiotem lirycznym jest sama Święta Teresa. Phoenix- drugi singiel, druga piosenka- zbudowany na powtarzającym się, urywanym wciąż motywie. Ale to tylko początek. Wkrótce nasze uszy raczy niesamowita symfonia dźwięków. Naprawdę nostalgiczne i potężne, zapierające dech w piersiach.  Leaving Warsaw, gdzie następuje personifikacja stolicy. Dostajemy w związku z tym - jak za starych, dobrych czasów Hard Working Classes opowieść miłosną. Utwór brzmi bardzo deszczowo- może za sprawą, grających w piosence "pierwsze skrzypce" syntezatorów i perkusji. Naprawdę podoba mi się natężenie elektroniki na Vulcano, gdyż świetnie się ona wpasowuje w repertuar zespołu. Następnie przychodzi pora na pierwszy singiel, który premierę miał już dawno, dawno temu- The Sun to kolejny, jeden z niewielu tak pozytywnie nastrajających utworów na płycie.



Wkrótce jednak sielankowy, wakacyjny hit przemija, a w odtwarzacz zaplątuje się jesień przekazana w nostalgicznej, przepięknej balladzie Back to piano, od której w oczach mogą pojawić się łzy (i nie zwalajcie winy na żaden wpadający paproch - utwór potrafi poruszyć serducho). Utwór opowiadany z perspektywy osoby zranionej przez miłość. Pełen pięknych wyznań, które tak przepięknie brzmią w ustach Beli. Dagny to chyba dla mnie największa zagadka tej płyty. Bardzo enigmatycznie brzmiący kawałek, zupełnie jakby wyrwany z repertuary Nicka Cave'a, nadający się do soundtracku jakiegoś porządnego, amerykańskiego serialu. Utwór na pewno przewyższa muzycznie, to co obecnie tworzy się obecnie w polskiej muzyce rozrywkowej. I jeszcze wpadający w ucho refren! Naprawdę porządne brzmienie na światowym poziomie- jak gdyby stworzone w profesjonalnym amerykańskim studiu. Szczerze mówiąc? Jeszcze nie odgadłem tajemnicy tego kawałka i prędko chyba jej jeszcze nie odkryję. Taki klimat utrzymuje również z resztą This new world, mieszając go przy okazji jednak z klimatami jakie serwuje Phoenix i Leaving Warsaw. Na początku wydawało mi się, że to This New World będzie jednym z najmocniejszych momentów płyty. Jednak gdy usłyszałem Vulcano w całości, uznałem, że piosenka nie ma co kandydować o bycie singlem. Fakt- jest to utwór dobry, ale nie tak świetny jak cała reszta. Tytułowe Vulcano  ma charakter dość onirystyczny- jest to zapis snu wokalistki i tekściarki- Beli Komoszyńskiej. Opowiada o dzikiej wyspie, na której znajduje się wulkan, a mieszkający ludzie wcale nie lękają się niebezpieczeństwa, jakie niesie życie w jego okolicy. Zaczyna się potężnym brzmieniem syntezatorów, do których dołączają majestatyczne smyczki, roztaczając dość tajemniczy, a nawet nieco groźny klimat. Dopiero po pojawieniu się niesamowitych partii basowych i perkusji cała atmosfera się zmienia- a piosenka staje się skoczna i wpadająca w ucho. Wyczuwam w nim potencjalnego kandydata na zimowy hit.

Teledysk do "Phoenix"- sztandarowego utworu
prezentującego klimat. Polecam jeżeli ktoś jeszcze nie widział!

Jeśli chodzi o Miss Homeless- mogę przysiąc, że już go kiedyś słyszałem, ale nie jestem pewien kiedy. Zapewne przy okazji Opener'a i akustycznego koncertu przed dworcem w Gdyni. Kolejny świetny twór grupy, Izabela Komoszyńska ze swoją chrypą wspaniale komponuje się z poszczególnymi partiami instrumentów. Ewidentnie mój faworyt z tego materiału. Piosenka zbudowana podobnie jak wszystkie na płycie- pomieszanie elektroniki z dawną stylistyką zespołu. Najbardziej podobają mi się w nim partie gitary elektrycznej, która kończy utwór, by jednocześnie rozpocząć Zimną Wojnę- największą tekstową rewolucję na Vulcano. Jest to bowiem pierwszy utwór z polskim tekstem, o wiele tutaj zagadnień typowo wojskowych i zarazem z typowym dla tekstów Komoszyńskiej pikantnym romantyzmem, która już od początku zachęca "Umierajmy we dwoje/ Umierajmy na ulicach/ Ja się tego nie boję". Opowiada o destrukcyjnej wojnie między dwójką ludzi- zapewne byłych kochanków. Rozpoczyna go gitara "bawiąca się" zadziornie z elektroniką. Refren przemienia klimat pasujący nawet na dyskotekę, do tego beatu chętnie tupta się nogą.  Na początku ciężko mi było się z tym utworem zaprzyjaźnić- teraz uważam go za czysty majstersztyk i duma mnie rozpiera, że mamy na swojej scenie muzycznej TAKICH artystów jak Sorry Boys. Jedyny mój zarzut do Zimnej Wojny  jest taki, że piosenka jest zdecydowanie za krótka i jakby urwana w połowie.

Ogółem
Płytę polecam wszystkim, którzy uważają, że w Polsce nie da się stworzyć dobrej muzyki oraz tych, którzy sądzą, iż dla młodych grup nie ma możliwości wybicia się w tym kraju jeżeli nie tworzą przesłodzonego do granic możliwości popu. Jest to porządne polskie granie, mieszające gatunki niczym największy krupier, tasujący karty w kasynie. Znajdziemy tutaj trochę rockowej zmysłowości, elektronicznej potęgi, a przy okazji jest i miejsce na typową, rzewną balladę. Sorry Boys po prostu pokazują, że nie spoczęli na laurach i cały czas nad sobą pracują, co ewidentnie im wychodzi! Krążek jest przy okazji idealny pod względem długości (bez skojarzeń)- nie męczy ogromem piosenek, ale nie jest też przy tym za krótki. 100/10
Cała płyta do przesłuchania tutaj:



I standardowo- zapraszam do komunikowania się w komentarzach, na maila muzycznekorki@gmail.com
Ściskam i pozdrawiam!
Waflekins