U mnie dzisiaj bez burz - totalny chill w cieniu. Z daleka od upału. Upłynął na zbieraniu sił po Woodstocku i jednym wielkim
odsypianiu, gromadzeniu weny na napisanie tego posta. Wreszcie postanowiłem się za to zabrać, póki temat jeszcze świeży i każdy mówi tylko o Kostrzynie. Jak pisałem - emocje po festiwalu dalej nie opadły, ale postaram się najbardziej obiektywnie jak tylko to możliwe wybrać najważniejsze koncerty/momenty, które zapadły mi w pamięć najlepiej. Było tego sporo także szykujcie się na sporo zachwytów!
Zatem zapraszam do lektury :D
Ifi Ude
Największe wrażenie ze wszystkich koncertów zrobiła na mnie Ifi Ude wraz z zespołem. Jak dla mnie - najlepszy występ ze wszystkich tegorocznej edycji. Przez rok - kiedy to miałem okazję uczestniczyć na swoim pierwszym koncercie tej jakże utalentowanej Pani - zmieniło się naprawdę wiele. Wówczas Ifi grała na najbardziej alternatywnej scenie całego Opener'a. Nie miała jeszcze wydanej płyty, zebranego tak licznego grona fanów jak teraz, był to jeden z jej występów na większym festiwalu. Później przyszedł wspaniały krążek, nominacja do Fryderyka, wielki sukces, festiwal w Gruzji, koncertowanie z zakręconą kapelą Łąki Łan, wydanie książki, projekt Panny Wyklęte... no działo się u Ifi przez ostatni rok naprawdę sporo! Na Openerze piosenki były dopiero w fazie tworzenia - było w tym sporo nieokiełznanej energii, grupa nie wiedziała jeszcze dokładnie jakimi petardami dysponują. Na Woodstocku kapela po roku grania miała te kawałki opanowane do perfekcji. Pozwalali sobie na eksperymentowanie, odbieganie od tego co dostajemy na debiutanckim wydawnictwie. Było sporo tańczenia, zachwytu i ogólnie Ifi ponownie rozkochała mnie w swojej muzyce. A Panie z chórków wykonują kawał dobrej roboty - ogromny szacun!
A jeżeli ktoś miałby wątpliwości co do tego, że Ifi Ude jest artystką wybitną,
to zapraszam do przesłuchania "Miłościoszczelnego" - na koncercie kawałek nie pozostawia na słuchaczu suchej nitki, a noga sama skacze!
To był ostatni koncert drugiego dnia. Mój towarzysz koncertowy (tu pozdrawiam Rafała, który często obserwuje bloga - dalej nie pojmuję jak Ty ze mną wytrzymałeś te cztery dni) był już zmęczony i poszedł w kimę, wszyscy znajomi pili w okolicy Dużej Sceny, a ja dzielnie trzymałem się tamtego chłodnego wieczoru, aby zobaczyć występ bardzo obiecująco zapowiadającego się zespołu z Wielkiej Brytanii. Grupa gra muzykę całkowicie odmienną od tego, co serwuje się na Woodstocku (de facto na Małej Scenie było multum takich koncertów - praktycznie wszystkie podobały mi się bardziej od tych na Scenie Głównej mimo, że i tam działy się wspaniałe rzeczy). Grupa zaserwowała sporo własnych, drum'n'bassowych coverów słynnych piosenek - znalazło się miejsce dla "Misirlou" z filmu Pulp Fiction, było Batille i Avicciii. Czworo muzyków tchnęło w te utwory zupełnie inną aurę. Publiczność bawiła się równie dobrze co muzycy - w pewnym momencie dało się poczuć, że kilkumetrowa granica między sceną a tłumem nieformalnie zanikła. Jak zasypiałem na stojąco przed koncertem, tak po występie byłem niezdrowo nabuzowany. Myślę, że była to kwestia wspaniałej atmosfery, genialnego kontaktu z artystami, dobrego pogo i świetnej muzyki.
A tu autorski kawałek Animalsów - czekam na ich kolejny występ w Polsce!