Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawozdanie z koncertu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawozdanie z koncertu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Pocztówka z Woodstocku

Dobry wieczór moi mili!
U mnie dzisiaj bez burz - totalny chill w cieniu. Z daleka od upału. Upłynął na zbieraniu sił po Woodstocku i jednym wielkim
odsypianiu, gromadzeniu weny na napisanie tego posta. Wreszcie postanowiłem się za to zabrać, póki temat jeszcze świeży i każdy mówi tylko o Kostrzynie. Jak pisałem - emocje po festiwalu dalej nie opadły, ale postaram się najbardziej obiektywnie jak tylko to możliwe wybrać najważniejsze koncerty/momenty, które zapadły mi w pamięć najlepiej. Było tego sporo także szykujcie się na sporo zachwytów!
Zatem zapraszam do lektury :D

Ifi Ude

Największe wrażenie ze wszystkich koncertów zrobiła na mnie Ifi Ude wraz z zespołem. Jak dla mnie - najlepszy występ ze wszystkich tegorocznej edycji. Przez rok - kiedy to miałem okazję uczestniczyć na swoim pierwszym koncercie tej jakże utalentowanej Pani - zmieniło się naprawdę wiele. Wówczas Ifi grała na najbardziej alternatywnej scenie całego Opener'a. Nie miała jeszcze wydanej płyty, zebranego tak licznego grona fanów jak teraz, był to jeden z jej występów na większym festiwalu. Później przyszedł wspaniały krążek, nominacja do Fryderyka, wielki sukces, festiwal w Gruzji, koncertowanie z zakręconą kapelą Łąki Łan, wydanie książki, projekt Panny Wyklęte... no działo się u Ifi przez ostatni rok naprawdę sporo! Na Openerze piosenki były dopiero w fazie tworzenia - było w tym sporo nieokiełznanej energii, grupa nie wiedziała jeszcze dokładnie jakimi petardami dysponują. Na Woodstocku kapela po roku grania miała te kawałki opanowane do perfekcji. Pozwalali sobie na eksperymentowanie, odbieganie od tego co dostajemy na debiutanckim wydawnictwie. Było sporo tańczenia, zachwytu i ogólnie Ifi ponownie rozkochała mnie w swojej muzyce. A Panie z chórków wykonują kawał dobrej roboty - ogromny szacun!

A jeżeli ktoś miałby wątpliwości co do tego, że Ifi Ude jest artystką wybitną,
to zapraszam do przesłuchania "Miłościoszczelnego" - na koncercie kawałek nie pozostawia na słuchaczu suchej nitki, a noga sama skacze!


Animal Music

To był ostatni koncert drugiego dnia. Mój towarzysz koncertowy (tu pozdrawiam Rafała, który często obserwuje bloga - dalej nie pojmuję jak Ty ze mną wytrzymałeś te cztery dni) był już zmęczony i poszedł w kimę, wszyscy znajomi pili w okolicy Dużej Sceny, a ja dzielnie trzymałem się tamtego chłodnego wieczoru, aby zobaczyć występ bardzo obiecująco zapowiadającego się zespołu z Wielkiej Brytanii. Grupa gra muzykę całkowicie odmienną od tego, co serwuje się na Woodstocku (de facto na Małej Scenie było multum takich koncertów - praktycznie wszystkie podobały mi się bardziej od tych na Scenie Głównej mimo, że i tam działy się wspaniałe rzeczy). Grupa zaserwowała sporo własnych, drum'n'bassowych coverów słynnych piosenek - znalazło się miejsce dla "Misirlou" z filmu Pulp Fiction, było Batille i Avicciii. Czworo muzyków tchnęło w te utwory zupełnie inną aurę. Publiczność bawiła się równie dobrze co muzycy - w pewnym momencie dało się poczuć, że kilkumetrowa granica między sceną a tłumem nieformalnie zanikła. Jak zasypiałem na stojąco przed koncertem, tak po występie byłem niezdrowo nabuzowany. Myślę, że była to kwestia wspaniałej atmosfery, genialnego kontaktu z artystami, dobrego pogo i świetnej muzyki.

A tu autorski kawałek Animalsów - czekam na ich kolejny występ w Polsce!

wtorek, 22 lipca 2014

Co z tym Jarocinem?

Dzień doberek moje kochane ludki!
Już 80. post nas zastał w całym tym pisaniu bloga - wiecie może o tym? Ktoś liczy? :P
W sumie to bardzo miło, że taki jubileuszowy post zbiegł się w czasie z ważną relacją z jednego z fajniejszych festiwali w Polsce. Otóż pamiętacie jak mówiłem, że wybieram się do Jarocina? Moja podróż niestety skończyła się tak szybko jak się zaczęła, bo był to tylko jeden wieczór, ale wiecie co Wam powiem? Raczej tam powrócę. Może za rok, a może za dwa - na pewno pojadę jeszcze raz. Bo Woodstock Woodstockiem, ale taki Jarocin jest tylko jeden w całej Polsce.

Wbrew pozorom audycja nie zawiera lokowania produktu.
Po prostu smaczny sok i stylowe zdjęcie :P
Na wstępie zacznę od tego, że coś tam wisi w powietrzu i to się wyczuwa, gdy przekracza się bramkę - cienką granicę między rzeczywistym, normalnym światem pełnym problemów i nonsensów, a niesamowitą krainą muzyki, która funkcjonuje w umysłach słuchaczy polskiej muzyki niemal od czterdziestu lat. Co mnie zdziwiło najbardziej - teren całego jarocińskiego gigu jest bardzo, ale to bardzo niewielki. Przypominając sobie arcyogromne Kossakowo, na którego rozbrzmiewa co roku Open'er (moją relację z zeszłego roku możecie przeczytać jak pykniecie sobie tutaj) i zestawiając je z polem jarocińskiego festu, ciśnie mi się na myśl porównywanie Rosji i Watykanu. Tak to wygląda objętościowo. Ale jak głosi znana maksyma - nie liczy się wielkość a jakość! ;)

A ta stała na najwyższym poziomie - w ciągu jednego dnia miałem okazję zobaczyć na scenie między innymi czy nieocenioną Pidżamę Porno. Bardzo fajną sprawą jest rozgrywający się równolegle z jarocińskim festiwalem konkurs firmy Hortex - stają się oni jako tako współorganizatorem imprezy i zamiast piwa w strefie gastronomicznej można zakupić świeże, zimne soki owocowe, wziąć udział w różnego rodzaju konkursach i posłuchać zespołów, które rywalizują ze sobą na dodatkowo ustawionej scenie. Nie wiem, czy był to okrutny wymóg Hortexu, czy po prostu dobrodziejstwo ze strony organizatorów, ale koncerty na dwóch scenach nie pokrywały się ze sobą. Zaważyło to zdecydowanie na długości poszczególnych występów i większość z artystów grała tylko po pół godziny, ale z całą pewnością można było pojechać na Jarocin i usłyszeć absolutnie każdy zespół goszczący w line-upie.
The Real McKenzies, Anathemę,


niedziela, 1 września 2013

Święto Heinekena #4 "To już ostatnia niedzie...sobota"

Miguel na głównej scenie Opener'a. Na jego koncercie nie byłem, aczkolwiek fotkę bardzo lubię. Ponoć na jego koncertem Rihanna bawiła się świetnie ;)



Spis treści:
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 3

Jak obiecałem- skończę serię przed końcem wakacji. Post miał być wczoraj, ale niestety coś nie pykło i wena do pisania uciekła równie szybko jak się pojawiła. A zatem dzisiaj- jako iż zaczęła się już jesień- z lekką nostalgiczną łezką w oku, powspominam raz jeszcze ciepłe letnie wieczory lipca, gdy całymi wieczorami słuchałem muzyki na żywo. Skończmy zatem niekończącą się historię o Openerze. Zapraszam :)

Everything, Everything
Koncert zaczął się bardzo klimatycznie od MY KZ UR BF, rozpoczynające płytę Man alive. Nie sądziłem, że koncert kwartetu z Manchesteru tak bardzo mnie zachwyci. Przepletli oni piosenki ze swoich dwóch albumów (oprócz wspomnianego wcześniej debiutu mają jeszcze na koncie nominowaną do wielu nagród płytę o nazwie Arc wydaną w tym roku). Publiczność naprawdę dobrze bawiła się w rytm takich piosenek jak Don't try (które szczerze mówiąc po festiwalu bardzo mi się udzieliło), Tin (The Manhole) oraz Kemosable. Ładny koncert, ale już dało się odczuć lekko sztywną atmosferę pod samą sceną, gdzie czekały już wierne fanki Kings Of Leon- średnia wieku 13+. Mimo wszystko ostatni dzień festiwalu zaczął się naprawdę fajnie.

Fismoll
Po przebojowym koncercie Everything, Everything udałem się do magicznego namiotu Alter Space, gdzie swoją debiutancką płytę- At Glade (o której jeszcze na blogu się pojawi)- zaprezentuje Fismoll- czyli obiecujący młody chłopak Arkadiusz Glensk i jego kilkuosobowa trupa muzyczna. Muszę przyznać, że koncerty w tym miejscu zawsze były najbardziej magiczne- mały lekko duszny od kurzu namiot idealnie sprzyjał spokojnemu, eterycznemu nastrojowi akustycznych piosenek artysty. Na setliście znalazła się cała płyta- nie pominięto z niej nic- jedynie kolejność utworów była inna niż na krążku. Całości towarzyszyły przepiękne wizualizacje puszczone z projektora, przedstawiające motywy opisujące tekst (np. budząca się z zimowego snu natura w czasie rozpoczynającego koncert Flowering). Pamiętam, że najbardziej z całego koncertu spodobały mi się te najbardziej nostalgiczne (jak to oczywiście ja- upodobam sobie najsmutniejsze piosenki)- Let me breathe your sigh i pierwszy singiel służący jako zapowiedź płyty Let's play birds, który w niektórych kręgach odniósł spory sukces.

Crystal Fighters
Mega pozytywne Crystal Fighters- i jest impreza ♥
Jak dla mnie drugi po Ifi Ude najlepszy koncert całego festiwalu. Skoczne piosenki, pełne energii piosenki hiszpańskiej grupy nastroiły publiczność do tańca i szalonych skoków połączonych z wygibasami w powietrzu. Oprócz tego przez cały koncert zespół utrzymywał genialny kontakt z publicznością- i tak rzucony ze sceny pomysł na zrobienie fali wzdłuż całej publiki w czasie At home okazał się świetną akcją. Grupa świetnie przeplatała kawałki te bardziej elektroniczne jak I love London i Xtatic Truth z tymi bardziej akustycznymi dajmy na to Plage, Love Natural i Follow, co ostatecznie stworzyło mieszankę wybuchową. To nie mógł być zły koncert, gdyż Crystal Fighters to po prostu mistrzowie- a spotkam się jeszcze z nimi w listopadzie w Warszawie :)

Kings of Leon
Chester w czerni i bieli.
Ten koncert mógł być lepszy. Coś nie wypaliło i nie wiem co to było- czy popowa publika, dla której największym wyzwaniem było klaskanie w rytm muzyki, a może sam zespół, który przyjechał "byleby zagrać koncert w jakiejś tam Gdyni i zabrać się do domu" albo poprzeczka wysoko postawiona poprzez poprzednie fenomenalne koncerty tego dnia, a może to Rihanna szlajająca się pod gdzieś pod barierkami w pijanym rauszu? W Kossakowo poszły największe hity zespołu- Use Somebody, Sex on fire, Pyro i wiele innych mniej znanych na przykład bardzo cieszyłem się z mojego ulubionego Back down south oraz Immortals. Ale wiecie co wam powiem? Nie zagrali Charmer. Wielka, wielka szkoda. Ogółem koncert nie był zły, ale mógł być też o niebo lepszy- żałuję, że nie wyszedłem z koncertu na, żeby zobaczyć chociaż na moment Devendrę Banhearta.


John Greenwood
Johny Greenwood- lekko śpiący.
Półgodzinna, magiczna kompozycja na 12 gitar pod wodzą multiinstrumentalisty, który za swoją rodzimą formację ma słynny na cały świat Radiohead. Coś ładnego, ciekawie zrobionego i o wiele lepszego niż koncert Kings of Leon, a trwało tylko pół godziny.





Lao Che
Fanem Lao Che nie jestem i nigdy nie byłem. Koncert Płockiej formacji poszedłem zobaczyć ze względu na moich festiwalowych towarzyszy, gdyż każdy wśród nich jest nimi zachwycony. Mimo tego, że do twórczości grupy podchodzę z lekkim dystansem to pamiętam, że naprawdę fajnie zagrali piosenki Zombi!, Idzie Wiatr i Urodziła mnie ciotka (z tekstem, w którym Spięty ciekawie bawi się słowem). Z tego, co widziałem osoby, które przyszły na koncert bardzo dobrze się bawiły i mnóstwo osób latało pod sceną na fali, więc raczej grupie udało się rozkręcić fajną imprezę na swoim koncercie i to liczy się na plus. Po występie Lao Che udałem się jeszcze na magiczne UL/KR, którego usłyszałem tylko jedną piosenkę i elektronicznego Catz'n Dogz, ale byłem tak zmęczony całym dniem latania między scenami festiwalu, że za wiele z tych koncertów nie pamiętam.

A więc co powiem wam już po Openerze? To było najpiękniejsze pięć dni w czasie moich wakacji, pełne niesamowitych przygód między kolejnymi dniami całego eventu. Noce spędzone przy zajebiście dobrej muzyce, przede wszystkim dużo szaleństwa pod sceną. Już wiem czemu ludzie co roku wydają taką grubą kasę (bo powiedzmy sobie- pół tysiąca to jak na Polaka nie jest mała kwota, gdzie miesiąc później mają Woodstock całkowicie za darmo) i zajeżdżają do Gdyni, gdzie przez kilka dni miasto wypełnia się ludźmi z zielonymi obrączkami na dłoniach, okupując najbliższy sklep monopolowy. Smutno mi było opuszczać tamto miejsce, ale jedno wiem na pewno. Już niedługo tam wrócę. Prędzej, czy później. Houk!

Pewnie wielu z was zapyta pewnie co teraz, jakie mam plany na przyszłość. Na pewno wspomnę jeszcze lato i opowiem o koncercie Nelly Furtado i Hey w czasie finału największych regat na świecie, który w tym roku miał miejsce w Szczecinie. Kosztem Woodstocku (toteż nie będzie relacji, przykro mi) w sierpniu dużo pracowałem, aby móc zarobić na jesienne koncertowanie, pojawi się zatem na pewno relacja z Dawida Podsiadła, Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie (między innymi Mela Koteluk, Iza Lach, xxanaxx i Ania Rusowicz), Happysadu Crystal Fighters z Warszawy. Oprócz tego już jutro zaczniemy recenzję płyt już takich wczesnojesiennych (tak, tak niestety porzucamy wilcze wycie lata, czy latanie po plaży śpiewając stare jak świat Holloee Poloy). Ale spokojnie- już jutro przeniesiemy się w magiczną porę roku, kiedy świat jest najbardziej kolorowy, z nieba pada dużo deszczu, a drogi pięknie ścielą się spadającymi z drzew liśćmi dębów, klonów i kasztanów, odpowiednio się przy tym nastrajając. Będzie mega pozytywnie! Zatem wpadajcie jutro na herbatkę, a tymczasem łapcie "zajawkę" następnego posta.




niedziela, 25 sierpnia 2013

Święto Heinekena #3 "Dzień lukru i cukru-pudru"

Spis treści:
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 4

No dobra... Kiedyś trzeba to zrobić, więc powoli wykańczamy moją relację z Opener'a (w końcu kiedyś trzeba :)). Dzisiejszego wieczoru będzie naprawdę mnóstwo przychylnych epitetów, gloryfikacji ponad słońce i innych tego typu miłych rzeczy okraszonych jeszcze na dodatek lukrem- co by było jeszcze bardziej słodko. Dlaczego? Ponieważ uważam, że trzeci dzień Święta Heinekena był najlepszym ze wszystkich tegorocznego festiwalu. Pozytywna energia gromadziła się we mnie całe popołudnie i wieczór, aby w końcu spokojnie wyciszyć się dopiero wczesnym rankiem. Był więc Kaliber 44, który nie wiedzieć skąd dostał się na scenę główną, energetyczna Ifi Ude, jeszcze bardziej drapieżna i rozkręcona Skunk Anansie, dające czadu ze swoją nową płytą Queens of the stone age, mój najukochańszy Hey (<3 <3 <3), bardzo ładne The National i Rykarda Parasol, która swoim przepięknym zachrypniętym wokalem ululała mnie do snu :) Zapraszam!

Kaliber 44
Kaliber- już z Gutkiem.
Od razu mówię, że nie byłem na całym koncercie, gdyż pognałem pod koniec pognałem by zająć dobrą miejscówkę na koncercie Ifi- aczkolwiek gdyby nie ten priorytetowy koncert na scenie Alter Space, to mimo iż zbytnio nie jara mnie rap tak Kaliber we wznowionym składzie- Abradab, Joka i DJ Feel X ze specjalnym gościem- Gutkiem- wokalistą znanego w niektórych środowiskach Indios Bravos (pochwalę się, że wywodzącego się z mojego rodzinnego miasta) i powołanym wówczas tylko na czas festiwalu (bo jak wiadomo grupa postanowiła jednak działać dalej i wydać płytę). Wgłąb Kossakowa poszły największe hity grupy- Normalnie o tej porze i Film (który zakończył cały koncert), piosenki z solowej twórczości Abradaba, które trochę mniej mi się podobają niż twórczość Kalibra. Dodam jeszcze o naprawdę fajnie wykonanej Wenie, którą bardzo lubię :)
Ciekawym urozmaiceniem koncertu był Nie rytmiczny me how z repertuaru Indios Bravos, wykonany razem z Gutkiem. Niestety zaraz po tym pognałem spod głównej sceny w rytm piosenki Chase the devil (tym razem Gutek "coverował" samego siebie).

Ifi Ude
Ifi ponownie zaczarowała moją duszę- wygrałaś Opener'a
dziewczyno!
Koncert, który wygrał dla mnie całego Opener'a. Przyznam się również, że to był jeden z koncertów na które najbardziej czekałem na festiwalu. Ifi przyprowadziła ze sobą bardzo liczną trupę- trzy przemiłe panie (z czego jak się dowiedzieliśmy jedna jest siostrą wokalistki) w chórkach, perkusję, klawiszowca, dwie gitary... bardzo rockowy skład zważywszy na stylistykę wykonywaną przez grupę. Tak duży skład jednak bardzo dodał uroku wszystkim piosenkom. Artystka wykonała kilka piosenek ze swojej nadchodzącej płyty- Shake it don't panic pierwszy raz na przykład ujrzało światło dzienne. Oprócz tego nie zabrakło największego "hitu"- My Baby Gone w rytm, którego wszyscy skakali i bawili się. Należy dodać, że na koncercie można było poczuć się jak na dobrej dyskotece- wszyscy wokoło ze sobą tańczyli, co niektórzy śpiewali razem z wokalistką, wymachiwali dłońmi, a w czasie Fali poszły przez salę fale- magia totalna magia. Z resztą to może kwestia czarów, gdyż piosenkarka początkowo wyszła przebrana za szamankę (strój ten pojawił się również w jednym z jej klipów ;)). Tak- początkowo- gdyż przebierała się ona trzy razy (prawie jak Lady Gaga na trasy Ifi będzie pewnie wozić całą szafę wymyślnych kostiumów). Atmosfera została jednak stonowana podczas poważnej, lekko nostalgicznej Wełny z akompaniamentem wiolonczeli. "Piękny koncert- wygrał jak dla mnie Opener'a"- powiedziałem, nie wiedząc co mnie czeka na Skunk Anansie.

Skunk Anansie
Skin publiczność wokalnie wbija w ziemię, a potem sama jeszcze fizycznie
w nich skacze- gratka dla fanów Skunk Anansie.
Kolejny koncert aż buchający energią. Skin i jej spółka wykonali sporo piosenek z najnowszego albumu- szałowe I believed in you, czy też I hope you get to meet your hero, ale także starsze hiciory- przede wszystkim znany wszystkim Hedonism, trochę mniej Charlie Big Potato i Because of you (po którego wykonaniu miałem prawdziwą "fazę" na ten utwór). Skin porządnie się wydzierała, a nawet skoczyła w publiczność, pośród której zaliczyła nawet spacer, by stać niedaleko mnie, gdy jej koledzy wywijali na instrumentach prawdziwe "cuda na strunach". Było również headbangowanie i śpiewanie You're so fucking political. Bardzo, bardzo dobry koncert i kto nie był niech płacze, i żałuje bo taka okazja może zdarzyć się dopiero za kilka lat. Po takim cudownym koncercie pozostają tylko miłe wspomnienia. Aż miło potem napić się zimnego piwka, czy tymbarka :)
Black Traffic-

Queens of the stone age
Queensi roztańczeni i pełni energii. Zapraszamy
ponownie do Polski!
Zaczęło robić się ciemniej i ciemniej, aż w końcu zapadł zmrok i na scenę weszli Queens of the stone age, promując swój najnowszy album ...Like Clockwork jednak dużo nowej płyty nie było. Przywitali się swoim największym, popisowym hiciorem- Feel good hit of the summer. Potem w świat poszły również inne- No one knows, czy Make it Wit-chu. Z najnowszego krążka jedynym elementem, którego było dużo to psychodeliczne teledyski puszczane w tle, przeplatające się z wizualizacjami okładki. Przy okazji wspomnę o tym, że grupa wygrała dla mnie pod względem najlepszego oświetlenia koncertu- nie wiem, kto za tym stał, ale odwalił kawał dobrej roboty, brawo Queensi- zapraszamy ponownie, jednak muszę udać się na Hey. I w ten sposób oddaliłem się w rytm I appear missing (cóż za zbieg okoliczności :P)- jednak wbrew mojej miłości do Hey'a i Nosowskiej zbierałem się stamtąd naprawdę długo.

Hey
Kasia z uśmiechem powitała wszystkich
przybyłych na koncert jej grupy-
"uściskałabym was"- mówiła
zdjęcie ze strony afterparty.pl
Może miejscówki nie miałem najlepszej przez moje zasiedzenie na QOTSA, ale i tak nie przeszkadzało mi to raczyć się dźwiękami ulubionego zespołu. Grupa zagrała bardzo dużo nowych kawałków- Wilk vs Kot otwierający koncert (ta piosenka zawsze jakoś potrafi mnie zachwycić w wersji live- nie ważne jak często słyszę), Wieliczka (przygotowana jako jedna ze specjalnych niespodzianek), drugą niespodzianką było już z przedostatniej płyty- Nie więcej wykonane z Moniką Brodką, ale momentami były powroty do starości (Zazdrość- którą widziałem już tylko na nagraniach, Schizophrenic family albo znana wszystkim Cudzoziemka w raju kobiet). Był też dawno nie grany cover Everybody's gonna learn sometimes, ale szczerze- Hey powinien wyrzucić go na dobre z setlisty. Pognałem na The National.





The National
Uwaga Panie, Uwaga Panowie- Matt się wczuwa
Może jakimś zbytnim fanem twórczości "Naszynali" nie jestem, ale koncert był naprawdę ładny. NajbardziejI need my girl, wykonane o wiele piękniej niż studyjnie. To muszę przyznać Mattowi Berningerowi- wokaliście i tekściarzowi grupy- w to co robi wkłada naprawdę dużo emocji i to słychać przy może jego niezbyt udanych popisach wokalnych (cóż ja należę bardziej do fanów damskich wokali) jednak na pewno szczerych. I w tym jest jakaś prawda, uczucie. A może zawodzenie pieśniarza wywołane było zbyt dużą dawką alkoholu wypitego w czasie koncertu? Tak, tak- koncert nie był okazją do tego, żeby być abstynentem i po wypiciu całej butelki nieznanego trunku bodajże przy Mr. November Matt poleciał w tłum. Co jeszcze zostało zagrane naprawdę fajnie? Na pewno chyba największy hit grupy- I should live in the salt, a i jeszcze Abel. Pomimo uczucia pustki, które zostało mi po koncercie, do studyjnych podejść The National nie mam zamiaru przechodzić.
w pamięć zapadło mi

Rykarda Parasol
Na ten koncert poszedłem już będąc na pograniczu jawy i snu. Niewątpliwie jednak ten koncert przyczynił się do pojawienia się tego posta akurat teraz- przypomniałem sobie bowiem jak zachwycałem się wokalem pani Rykardy po Openerze i przysięgałem na wszystko, że będę teraz często jej słuchać- i co z tego wyszło?Figa z makiem. Ale wróćmy do wokalu Parasol- przepiękne zachrypnięte głosisko, cholernie zmysłowe. Pamiętam jak wszedłem już na koncert na scenę Alter Space, a artystka akurat grała swój kawałek otwierający najnowszą płytę- Cloak of comedy- poczułem, że przyszedłem w bardzo dobre miejsce. Kobieta świetnie dogadywała się z publicznością, a swoje występy co chwila przerywała konferansjerskimi wykonami. Najlepiej pamiętam opowieść o tym jak powstała piosenka Drinking song z drugiej płyty- "For Blood and Wine", toteż sam utwór też zapadł mi w pamięć- i dobrze, bo jest równie fajny i lekki jak Cloak of comedy. Wiecie co? Uważam, że Rykarda idealnie nadawałaby się do duetu z Nickiem Cavem, a ich występy powinny się odbyć zaraz po sobie. Jej muzyka jest idealna na te jeszcze ciepłe letniojesienne noce- pełna magi i powabnych gitar akustycznych przeplatanych z innymi instrumentami- coś pięknego.

I to by było na tyle. Dziękuję za przeczytanie moich wypocin, przypominam, że zawsze jestem chętny na wymianę spostrzeżeń- muzycznych i nie tylko- pod adresem muzycznekorki@gmail.com także zapraszam was wszystkich- tak samo mocno mogę powiedzieć, że już wkrótce zakończymy tą serię- (wiem cieszycie się już pewnie :P), ale o koncertach jeszcze będziemy gadać- bo nie tylko na Opener'a w czasie wakacji się wybrałem (a i jesienią się coś szykuje). Trzymajcie się i wpadnijcie niedługo na 4. część relacji- jeżeli chcecie być na bieżąco, w prawym górnym rogu bodajże opcja "Subskrybuj" nie gryzie :)

Waflekins


wtorek, 13 sierpnia 2013

Święto Opener'a #2 "Cały dzień pod główną"

Spis treści:
Dzień 1
Dzień 3
Dzień 4

Otóż wracam do upragnionej przez niektórych notki o Openerze! Jeżeli nie jesteście w temacie to zapraszam do części pierwszej (którą macie w linku). Spamu ciąg dalszy i mimo, iż minął dopiero miesiąc to wydaje mi się, że minęło o wiele, wiele więcej czasu, ale do rzeczy! Tytuł tego wpisu już zapowiada to, o czym będę tym razem opowiadać. Same największe szychy całej imprezy plus kilka wyjątków. Drugiego dnia tańczyłem w pogo na Kim Nowak,  zaliczyłem chwilowy wypoczynek przy Sorry Boys, śpiewałem razem z Tame Impala, ze zmęczeniem podziwiałem Arctic Monkeys, ponownie wypoczywałem na Nicku Cavie aby zaraz potem zedrzeć gardło na Marii Peszek. Byłem również w teatrze na sztuce Courtney Love z piosenkami Nirvany w tle, aczkolwiek o ile gra aktorska była na naprawdę wysokim poziomie to całe przedstawienie było jakieś zbyt mozolne (choć i tak wyniosłem z niego pozytywne emocje). Czujecie się zachęceni moją opóźnioną trochę- jak niekiedy nasza kochana polska kolej- relacją? :) A zatem zapraszam do dalszej lektury!

Kim Nowak
Muszę przyznać, że fanem zespołu jakoś specjalnie nigdy nie byłem. Dalej są mi obojętni, ale pod względem publiczności to chyba jeden z najbardziej powerowych koncertów całej imprezy. Chociaż nie rozumiem ich obecności na Mainie. O wiele lepiej sprawdziliby się chociażby na Alter Stage'u- jak dla mnie taka duża scena po prostu ich zjadła. Cieszę się, że udało mi się załapać na skromne, aczkolwiek dające popalić pogo przy Szczurze, czy też AAA! zespół przekazał naprawdę kawał dobrej energii na dalsze koncerty, ale muzycznie jakoś średnio mnie uwiedli. Większość piosenek wpadła jednym uchem, a wypadła drugim. Aczkolwiek bawić się bawiłem bardzo dobrze!






Sorry Boys
Muszę przyznać, że wieczór zacząłem bardzo po polsku i o ile wiele osób już siedziało na Please the trees albo czekało na dobrą miejscówkę przy Tame Impala to Ja zostałem na cały koncert Sorry Boys (których nota bene widziałem dzień wcześniej akustycznie na dworcu i zdołałem zamienić kilka zdań z Belą Komoszyńską- naprawdę miłą wokalistką zespołu- między innymi dowiedziałem się, że nowa płyta już na jesień)! Grupa spisała się naprawdę wyśmienicie i na pewno dali sobie radę na scenie pod namiotem, pokazując prawdziwą klasę w pięknym The Sun, skocznym Chance, czy moim ulubionym, ponętnym wręcz Caesar on fire (chociaż każdy ich utwór jest tak naprawdę w jakiś sposób moim faworytem). Sorry Boys zagrali też zupełnie nowy kawałek, którego nie grali nigdzie indziej- Phoenix- był naprawdę ciekawą kompozycją na miarę nowego singla, aczkolwiek mam obawy, że cała nowa płyta znowu będzie w języku angielskim.

Tame Impala
Z Tame Impala musiałem się naprawdę długo zapoznawać, aby ich polubić jednak koncert w Gdyni udowodnił mi, że kwartetu z Australii nie da się nie lubić. Nie wiem, czy tylko mi, ale ich twórczość mocno kojarzy mi się miejscami z jakąś elektroniczną wersją The Beatles. I mimo, że nie wiem jak Beatlesi spisywali się na scenie, tak Tame Impala naprawdę dało radę. Cieszę się, że udało mi się dojść praktycznie pod samą scenę mimo tłumów jakie grupa Kevina Parkera zebrała pod sceną główną. Pamiętam jak w strugach deszczu skakałem i klaskałem wraz z wieloma innymi osobami już od początkowego Music to walk home by i głównie z nowej płyty pochodził cały set. Oprócz tego grupa wykonała Feels like we only go backwards, czy Mind Mischief wykonane o wiele lepiej niż studyjnie. Po Apocalypse Dreams Australijczycy zniknęli, a szkoda- bo fajnie byłoby usłyszeć np. Lucidity i Jeremy's Storm na krótkich bisach, bo pierwszej płyty było bardzo mało.

Arctic Monkeys
Tego headlinera chyba najmniej miło wspominam. Koncert był nawet dobry- pięknie, fajnie, skocznie, ale ja cały czas odczuwałem, że nie ma tu tego czegoś. Brakuje tej studyjnej magii, która sprawiała, że Brianstorm był taki mroczny, a Dancing Shoes takie przebojowe. Bardzo fajnie wypadło za to na przykład I bet you look good on the dancefloor, które porwało całą nawet najbardziej malkontencką część publiki. Jednak, gdy teraz wspominam ten koncert to myślę, że o wiele lepiej dał sobie radę Nick Cave, który przybył na scenę zaraz po Arktycznych Małpkach, które pożegnały się stonowanymi piosenkami When the sun goes down i 505 (no dobra, bisy wyszły im chyba najlepiej). Aha! Zagrali też Do I Wanna Know- singiel z nowej, nadchodzącej płyty! :)

Nick Cave & The Bad Seeds

O północy w rytm największego hitu z nowej płyty "Push the sky away"- mianowicie We Know Who U R na scenę główną festiwalu wkroczył tanecznym krokiem jeden z moich prywatnych headlinerów- Nick Cave. Naprawdę piękny koncert, do którego muzyk kilkakrotnie wyskakiwał do publiczności. Niestety Ja byłem już zbyt zmęczony staniem w ogromnym tłumie, więc siedziałem lekko oddalony od sceny racząc się kolejnymi piosenkami. Setlista naprawdę przecudowna. Przemyślana pod każdym względem, ponieważ nie czuć było przesytu nową płytą. Jubilee Street, Mermaids, czy Push the sky away zagrane już na zakończenie koncertu zostały przeplecione ze starszymi utworami. Cieszyło mnie słuchanie balladowego Into My arms, rockowe Deanna i The Mercy Seat oraz klimatyczne Papa Won't Leave You, Henry. Na bisy nie zostawałem i w sumie nic nie straciłem, bo był tylko jeden. Wypoczęty pognałem na Marię Peszek.

Maria Peszek
Prawdopodobnie najlepszy koncert całego tego dnia. Maria przyjechała na tegoroczną edycję, promując swoją najnowszą płytę "Jezus Maria Peszek", którą już recenzowałem na samym początku istnienia bloga. Maria stworzyła niesamowity klimat mimo, iż set to krążek zagrany od początku do końca z kilkoma innymi piosenkami ze starszych płyt. Nie zaskakujący set został mi jednak wynagrodzony dawką emocji. Znowu mogłem szaleć pod sceną i śpiewać wraz z tysiącami innych osób. Jednym z moich najmocniejszych muzycznych wspomnień z Opener'a jest właśnie tysiące gardeł wyśpiewujących wraz z Marią refren Sorry Polsko. Chyba nikt nie spodziewał się tak hucznego przyjęcia artystki, która dała z tego co pamiętam, aż 4 bisy! Oprócz materiału z nowej płyty zaskoczyła mnie przerobiona wersja Piosenki dla Edka z pierwszej płyty artystki. To już nie flaki z olejem serwowane na Marii Awarii. Było silnie, było rockowo i z powerem. Maria zaskoczyła też coverem grupy Depeche Mode i wykonaniem piosenki Personal Jesus z płonącymi świeczkami przyczepionymi do ciała Marii. Po tym koncercie poszedłem do namiotu, chociaż z innych scen dochodziły mnie jeszcze pozostałe kończące się powoli koncerty. Tak upłynął mi dzień drugi festiwalu.

Jesteście ciekawi co było dalej? Część trzecia już niedługo. Dziś wieczorem zaserwuję za to jeszcze jednego króciutkiego posta, tak żeby wynagrodzić moją sporą nieobecność. A może chcecie podzielić się swoimi przemyśleniami, podrzucić jakiś pomysł albo polecić swoją muzykę, o której warto byłoby napisać? Piszcie na muzycznekorki@gmail.com :)
Do następnego razu!

Waflekins.

niedziela, 28 lipca 2013

Święto Heinekena cz. 1 "Marzenia się spełniają"


Spis treści:
Dzień 2
Dzień 3
Muszę przyznać, że odwiedzenie słynnego gdyńskiego Heineken Opener Festival'u było moim marzeniem
od niepamiętnych czasów. Co roku sprawdzałem kolejne line'up-y marząc jak to byłoby znaleźć się tam i uczestniczyć we wszystkich tych cudownych, niecodziennych koncertach i gdy rok temu omijały mnie koncerty Bjork, Bat for Lashes, Bona Ivera, Julli Marcell, czy Justice stwierdziłem, że w 2013 wybiorę się tam na 1000%, a jak nie to niech mnie piorun trzaśnie. I... udało się :)
Nie było wcale łatwo i w trakcie ustalania wszystkiego powoli zaczynałem tracić nadzieję, gdy kolejni znajomi mówili, że "a to nie mają ochoty, bo zespoły nie takie", "woleliby jechać na samą Rihannę", czy "za dużo kasy na takie coś". Na szczęście znalazł się jeden mój bardzo dobry przyjaciel, który skuszony zapowiedzią The National powiedział "dobra, jadę". Potem ogarnął mnie wielki szał, bo nocowaliśmy na polu namiotowym- trzeba było przecież w końcu wszystko kupić, co doprowadziło do tego, że przeczytałem całą internetową encyklopedię "Jak przetrwać na Openerze" w kilkudziesięciu tomach w postaci różnych witryn :P potem ustalanie na co idziemy dokładnie każdego dnia, czytanie o trójmieście i jego atrakcjach. Chciałem to napisać o wiele, wiele wcześniej, ale najpierw dochodziłem do siebie po całym festiwalu, tydzień później kolejny wyjazd i jakoś moje ciśnienie na tego posta zmalało, ale już zaczynam. Powiem Wam teraz do jakich wniosków doszedłem:

  • Jakieś świecące odblaskowe cosie, czy coś co przykuwa uwagę do namiotu nie jest wcale tak bardzo przydatne. Daliśmy sobie radę bez tego, a na polu namiotowym nie jest tak łatwo się zgubić jak sądziłem. Jest tam mnóstwo punktów orientacyjnych, dzięki którym można dojść do namiotu.
  • Prysznice. Pamiętam jak przeraziłem się, gdy przeczytałem, że ciepła woda to tylko rano, a potem to już tylko pozostaje wybrać między syfem albo zmaganiem się z wodą zimną jak Arktyka. Jakoś nigdy nie narzekałem na brak ciepłej wody pod natryskiem, a jedyne co może przeszkadzać w "porannej toalecie", gdy wstanie się po 10:00 to fakt, że co najmniej godzinę spędzasz w kolejce.
  • Karnety SKM- bardzo fajna sprawa. Płacisz niewiele, a możesz poruszać się po całym Trójmieście bez żadnych problemów, a to bardzo przydatne, bo Gdynia, Sopot i Gdańsk aż obfitują w miejsca, które warto zwiedzić. W samej Gdyni najbardziej urzekło mnie chyba Orłowo, nadmorski Bulwar oraz małe, zapomniane przez świat uliczki, którymi szwendaliśmy się jednego dnia (przy jednej z nich trafiłem poza tym na kawiarnię przy ulicy Świętojańskiej- bodajże "u Krystyny", gdzie serwują wspaniałe lody!)
  • Darmowy autobus na Kossakowo- do godziny 15:00 jest raczej spokojnie i dojazd nie zajmuje więcej niż 15-20 minut. Co dzieje się potem? Tłumy festiwalowiczów, którzy na ostatnią chwilę mają zamiar zdążyć na upragnione koncerty, a przy okazji spakować jeszcze swoje zakupy do namiotów nadciągają w kierunku przystanku, co prowadzi do dłuuuuuuuugiej kolejki. Fakt, że nie trzeba stać długo, bo komunikacja miejska w trójmieście działa wręcz wybitnie, a kolejne autobusy dojeżdżają co minutę, ale korków na trasie przez to spowodowanych już nie zwalczymy (w ten sposób spóźniliśmy się na połowę koncertu Dawida Podsiadła).
  • Kalosze. Nie wiem, podobno są bardzo przydatne, ale w tym roku miałem szczęście, bo pojechałem bez nich, nie padało i nie musiałem zmagać się z mrożącym krew w żyłach błotem. 
  • Opaski. Nic się nie bój, jeżeli masz przez cały festiwal obsesję na jej punkcie, że się zsunie, czy że będzie za luźno założona i Cię nie wpuszczą- nie ma takiej opcji ;)
  • Pole namiotowe. Samo w sobie jest cudownym miejscem, pełnym ciekawych ludzi (pamiętam jak już na wejściu spotkaliśmy dwóch power rangersów), z którymi można pogadać, chętnie Ci pomogą itd. itp. oprócz tego pole jest naprawdę bezpieczne- żeby wejść na sam jego teren musiałem przejść dwie rewizje bagażu, by ochrona upewniła się, że nie mam niczego, co mogłoby zagrażać niebezpieczeństwu. Także naprawdę polecam!
Przechodząc do samego Opener'a. Pierwszego dnia zaplanowaliśmy sobie, że Dawida Podsiadła, Mikromusic, Editors, Blur, Alt-J oraz Domowe Melodie. W takiej kolejności też opiszę każdy koncert. Wychodzi na to, że wpisów o Openerze będzie zatem jeszcze kilka- nieźle Was nim zamęczę (spokojnie, w międzyczasie będą pojawiać się posty na inne tematy, co by nie być monotematycznym) :)
Nie chciałem zamęczać aparatu w telefonie, żeby bateria wytrzymała jak najdłużej, więc zdjęć mam niedużo- posługiwać będę się tym, co znajdę w sieci (kilka z tych, które zrobiłem może tutaj wyląduje).

Dawid Podsiadło

Dotarliśmy do namiotu, gdzie grał Podsiadło i spółka dopiero w połowie koncertu i to w kompletnym szale, więc nie pamiętam z niego zbyt dużo. Szczególnie w pamięć zapadło mi skakanie do Elephant, S&T w lekko zmienionej wersji niż albumowa (i ta zmiana aranżacji na wielki, wielki plus). Na zakończenie Dawid kulturalnie przedstawił zespół i zagrali Nieznajomego, który na żywo robi o wiele, wiele większy klimat niż studyjnie.


Mikromusic

Jak dla mnie gdzieś tu popełniono błąd. A szkoda, bo wiele dobrego się spodziewałem. Podsiadło wraz ze swoją grupą wprawili festiwalowiczów w niesamowity nastrój i pozytywnie ich nabuzował. Na scenę weszli po nim muzycy z Mirkomusic i atmosfera z typowo tanecznej zmieniła się na senną, co doprowadziło do tego, że ludzie w połowie koncertu zaczęli wychodzić, by czekać już na Editros. Ja zostałem do końca. Muszę pochwalić wspaniały wokal Natalii Grosiak, który na żywo brzmi jeszcze lepiej niż na płytach. Grupa nie zagrała całej nowej płyty, a zrobiła bardzo miły misz masz swojej twórczości- zabrzmiały zarówno Jesień, Niemiłość i te nowsze- Sopot, czy też Takiego chłopaka (którego dzielnie odśpiewali wszyscy zgromadzeni). Mi się koncert bardzo podobał, ale szkoda mi było, że tyle osób wyszło w trakcie. Zdecydowanie lepiej spisaliby się

Editors
Nie spodziewałem się fajerwerków. Może dlatego, że Editorsi jakoś nigdy specjalnie mi nie podchodzili i poszedłem tylko dlatego, że "no niby gwiazda, więc fajnie byłoby zobaczyć". W przeciwieństwie do Mikromusic, które przed chwilą opuściłem- tu zespół grał praktycznie same nowe piosenki. Bardzo irytował mnie za to sam wokalista (i nie chodzi mi bynajmniej o wokal), który co chwila, a to poprawiał sobie kołnierzyk, a to gładził swoje zaczesane do tyłu nażelowane włosy.Z całego koncertu spodobały mi się tylko wykonania tytułowej piosenki z najnowszej płyty- Ton of love i słynnego Papillonu. Wyglądało to bardzo kiczowato i w sumie żałuję, że nie poszedłem zobaczyć w tym czasie Savages lub Vavamuffin, ale mówi się trudno. Przynajmniej miałem dobrą miejscówkę na blur.





blur
Jeden z najprzyjemniejszych punktów całego wieczoru jak i festiwalu. Do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że WIDZIAŁEM BLUR NA ŻYWO! Damon Albarn od początku koncertu przekazywał publice niesamowitą energię. Grupa zagrała składankę swoich największych hitów, więc było oczywiste, gdy setlista rozpoczęła się od Girls and Boys w rytm którego skakali dosłownie wszyscy. Było również genialne Beetlebum, najnowszy singiel Under the westway, Tender (odśpiewane razem ze wszystkimi zgromadzonymi). Zagrano też te mniej znane piosenki- Parklife oraz This is a low (obie z krążka Parklife z roku 1994). Koncert zachwycił nawet największych malkontentów, a sam blur czuję, że już prędko wróci do naszego pięknego kraju. Gdy słuchałem tych dźwięków poczułem się niesamowicie szczęśliwy i już czułem, że spełniło się jedno z moich największych marzeń. Byłem na Openerze.

Alt-J
Bardzo dobrym pomysłem było przełożenie koncertu na późniejszą godzinę, przez co wszyscy, którzy zostali na cały występ blur niczego nie przegapili. W sumie były też tego minusy ponieważ w namiocie i poza jego obrębem był ogromny ścisk. Ale opłacało się swoje wystać, bo grupa pokazała na co ją stać i ze swojego debiutanckiego krążka wyciągnęli wszystko to co najlepsze. Oczywiście momentem, w którym tłumy były najbardziej oszołomione był ten, gdy zabrzmiało Breezeblocks, ale Ja uważam, że jeszcze piękniej grupa zagrała Matildę. 

Domowe Melodie
Naprawdę fajny koncert. Z początku bardzo kameralna atmosfera- artyści w stylowych pidżamach, zaś fani siedzieli pod sceną tuż obok zespołu, radośnie śpiewali piosenki z debiutanckiego albumu Domowe Melodie i klaskali, bo spora grupa osób przebywała wtedy na Kendricku Lamarze i Crystal Castles, ale powoli Alter Space zaczął się zapełniać i zapełniać, by już w połowie koncertu nie było wolnego miejsca wewnątrz. Grupa dała 4 lub 5 bisów nie pamiętam dokładnie, ale zasłużyła sobie na to, bo dała najlepszy koncert pierwszego dnia. Z tego co było widać trio nie spodziewało się tak tłumnego przyjęcia i gdy tylko któryś z muzyków zerkał na publiczność, speszony odwracał wzrok do instrumentu. Mimo całego tego "wstydziocha" zagrali naprawdę pięknie- widać, że granie przynosi im frajdę, a każdym kawałkiem umieją się dobrze bawić (stąd np. zakończony wręcz rockowo Zbyszek, czy Tak Dali z hiphopowym beatem Staszka Czyżewskiego). Grupa zagrała też zupełnie nową piosenkę Tak to nie tak oraz Panie Prezydencie. Niesamowite wydarzenie. Na dokładkę Grażka i Pan Prezydent :)
http://www.youtube.com/watch?v=ALeCyOwvlUM

Wkrótce kolejne części, dzięki za uwagę :D
Waflekins

środa, 12 grudnia 2012

DO RYCERZY, DO SZLACHTY DOO MIESZCZAN koncertowo w Szczecinie.


Zespół Hey odwiedza swoje rodzinne strony.
http://slowianin.org/images/artykuly/450/9934.jpg
Zdjęcia autorstwa Łukasza Popielarza- więcej jego zdjęć na stronie Domu Kultury Słowianin- pod adresem- http://slowianin.org/galeria,450,hey-support-ulkr

Już nie całkowicie szczeciński zespół- albowiem składający się w 2/6 z mieszkańców innych miast naszego kraju. Już nie całkowicie w tak rockowym stylu jak na słynnych płytach Fire lub [sic!]. Za to  wraz z całkowicie nowym materiałem i w stu procentach idealnie. Hey przybył 9 grudnia- przedzierając się przez atakującą Polskę śnieżycę- aby zaprezentować publiczności nową płytę Do rycerzy, Do szlachty, Doo mieszczan w koncertowej oprawie. Wraz z nimi przyjechał supportujący UL/KR, ale o tym za moment.



Osobiście należę do ogromnych entuzjastów Kasi Nosowskiej i spółki, którzy stanowią zawartość 85% mojego odtwarzacza mp3. Na koncert wybrałem się z ogromną chęcią, stęskniony ogromnie (bowiem nie grali tu od maja- fakt, niektórzy muszą czekać na przyjazd swoich ulubionych zespołów po kilka lat, ale ja zostałem zbyt rozpieszczony koncertowo słuchając polskiej muzyki). Ustawiłem się ładnie i grzecznie w drugim rzędzie za barierką i wyczekiwałem...

Na samym początku na scenę wkroczył zespół UL/KR, który zapowiadał się o niebo lepiej studyjnie. Wokalista- Błażej Król- wszedł na scenę ubrany w koszulę, przypominającą o modzie latach '90 bez jakiegokolwiek kontaktu. Po prostu chwycił gitarę i zaczął grać jak gdyby nigdy nic. Fakt, rozpoczęcie koncertu ciekawe i wciągające- niektóre osoby z publiczności dały się porwać tej mieszance dark wave'u, ambientu i elektroniki i pozwoliły sobie na delikatny taniec w rytm muzyki jednak - to ostre słowa, ale prawdziwe- duetu w stosunku do publiki szybko sprawiły, że wiele osób zaczęło przeglądać telefony komórkowe, rozmawiać między sobą- po części zagłuszając grających albo na przysypiać. Ciekawie wypadły Brodzę, Ruiny i Tuż nad głowami z debiutanckiej EP-ki zespołu. Coś było jednak w tym, że niektórzy przysypiali na supporcie, który z definicji powinien rozruszać publiczność- duet z Gorzowa zagrał 6 piosenek, wykluczając te dwie najbardziej energiczne. Euforia wśród tłumu wróciła, gdy dowiedzieliśmy się, że "jeszcze dwie piosenki i wchodzi zespół Hey". Jakby nie patrzeć to dla nich przyszła publiczność. W końcu doczekaliśmy się, a co do UL/KR- to była ich pierwsza trasa koncertowa, może przy promocji kolejnej płyty- o ile Pan im na to przyzwoli, pozwolą sobie na więcej kontaktu ze słuchaczem, a bez tego daleko nie zajdą.

Wróćmy jednak do Hey'a- po krótkiej przerwie zaczęli wchodzić kolejni członkowie zespołu- Paweł, dwóch Marcinów, Jacek i Robert, a na samym końcu Ona, która wywołała największe poruszenie. Katarzyna Nosowska. W swojej niepowtarzalnej kreacji- wielkim czarnym płaszczu, jak zawsze skromna, ale jakże radosna, że wróciła do Słowianina, gdzie- jak sama wspomniała podczas koncertu- "wypiła swoje pierwsze piwko, co skończyło się potem bardzo źle". Zaczęli od "Bez Chorągwi"- trafne rozpoczęcie- w końcu to piosenka o przybyciu zespołu z nową płytą. Wpadający w ucho refren- "Kto puka? To my. Kto puka? To my- pozwól rozgościć się, pozwól nam wejść" wokalistka zaśpiewała, co jakiś czas uderzając w przystawiony obok mikrofonu bęben- czyżby Nosowska wykazywała chęci do gry na perkusji? ;)

 Następnie według setlisty zabrzmiały Woda- gdzie Kasia ochoczym zaśpiewem "Płyńmy razem" zaprosiła do zabawy. Następnie grupa powróciła na moment do poprzedniego- znanego już wielu osobom i odnoszącego w dalszym ciągu sukcesy- albumu, zatytułowanego "Miłość!Uwaga!Ratunku!Pomocy!", aby zaraz potem przenieść się w tej podróży jeszcze dalej- do płyty "music.music" z 2003 roku, a dokładniej do pierwszego singla- "Muki", który jak autorka tekstu zdradza- przypomina jej się zawsze, gdy ma do czynienia z jakimś urzędnikiem (to właśnie o nich jest ten kawałek). Wycieczka po płytach Hey'a trwa dalej, gdy słyszymy Cudziemkę w raju kobiet oraz A ty?, które wywołały wielki entuzjazm. Zaraz potem grupa chciała zaprezentować nam swojego najnowszego singla- o tym samym tytule co nowy krążek. Sprzęt jednak zaliczył małą awarię- zawiódł mikrofon Katarzyny- i po spontanicznym uratowaniu sytuacji przez nowego członka (Marcina Zabrockiego przyp.), który zagrał nam "Parostatek" i "Pszczółkę Maję", zagrano piosenkę od nowa, gdy tylko naprawiono sprzęt. Nowa płyta brzmi naprawdę wyśmienicie- zwłaszcza porywające w tan "Co tam?", "Wilk vs Kot"  na którym wszyscy śpiewali tekst wraz z Kasią, czy też magiczne "Podobno"- również z fragmentem, gdzie Kasia przygrywa na bębnie. Najmilszym elementem koncertu wspominanym przeze mnie było 6 krotne pogo, którego ślady dalej trzymają się na moich butach. Publiczność rozszalała w rytm starych przebojów grupy, uspokoiła się dopiero przy końcówce bisów- gdy zabrzmiały "Everybody is gonna learn sometimes", cover zagranicznego artysty- BECKA i najsłynniejszy utwór grupy- "Moja i Twoja Nadzieja"- jeden z najlepszych polskich evergreenów lat '90.

Nie zagrano całej nowej płyty- brakowało trzech piosenek. W sumie dwóch, ponieważ "Z przyczyn techicznych", w którym gościnnie występuje Gaba Kulka- zespół nie ma w zamiarze grać, póki nie spotkają się w duecie z piosenkarką na jednej scenie. Nie było "Wieliczki" (na co bardzo narzekał mój kolega, towarzyszący mi na koncercie) oraz "Lotu pszczoły nad tymiankiem"- jednej z ładniejszych piosenek z płyty. Ogólnie koncert na wielki plus. Jeden z najlepszych sekstetu ze Szczecina jaki miałem okazję przeżyć (mimo to mam nadzieję, że na kolejnym zaskoczą mnie jeszcze bardziej ;)). Zespół mógłby wyjść na drugi bis, tak proszony przez publiczność, ale można zrozumieć, że po takiej dawce emocji- powrocie w rodzinne strony, długiej podróży i nawalającym dwukrotnie sprzęcie, Hey chciał chociaż przez chwilę odpocząć. Zamieszczam wam fragment koncertu, nagrany przez użytkownika Youtube- "Kto tam? Kto jest w środku?" z płyty "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!", a na dniach sam wrzucę nagraną przeze mnie "Moją i Twoją Nadzieję", do której podam wam link.
Pozdrowienia i do następnego razu.


PS: Przepraszam, że tyle czekaliście na nowego posta, ale długo się za niego zabierałem. Musiałem ochłonąć po koncercie etc. (dobra już nic nie mówię, bo tylko winny się tłumaczy ;))
Wafflekins.