Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 grudnia 2014

Gdzież się podziewałem jak nie było mnie tu, gdzie teraz jestem?

Powracam po miesiącu przerwy. Wprawdzie w czasie tego miesiąca nie napisałem niczego dłuższego niż lista zakupów, ale mam nadzieję, że nie wyszedłem z wprawy. Miałem na głowię kilka dużych egzaminów, kolokwiów i projektów w internecie. Kolejne przede mną. Nie wiadomo jeszcze czy pokonałem wielką królową wszystkich nauk - matematykę stosowaną. Mam nadzieję, że uciąłem jej łeb przy samej szyi. Miło by było zacząć zaliczanie egzaminów soczystą piąteczką.
Pomarzyć i głupi może, nie?

W każdym bądź razie postanowiłem poopowiadać Wam, gdzie ostatnio muzycznie zapuściłem korzenie, co w pierwszych miesiącach studenckiego życia leci u mnie w odtwarzaczu. Czyli w sumie nihil novi. To samo co robiłem dotychczas i co chciałbym robić jeszcze długo.
Trzeba tylko uciec ze zwariowanej krainy liczb.
Nie przedłużając zbytnio - zapraszam do lektury.

09. Pablopavo & Ludziki - "Telehon"

Patrikosowe feng shui - pozbycie się telewizora bardzo, ale to bardzo korzystnie wpłynie na Wasze życie. W każdym bądź razie moje poranki z czwórkową audycją poranną "Nawiedzeni" poszerzyły dość znacznie moją "śmietnikową" playlistę na Spotify, gdzie wrzucam absolutnie wszystko, co wpadnie mi w ucho. Jedną z takich piosenek jest właśnie dosyć mocno porypany tekstowo "Telehon". Niby oniryzm, wątki narodowościowe, wszystko jest takie dziwnie odrealnione. I ciągle to "Halo?! Tu Pablopavo dzwonię do Ciebie ze snu!" wołające do półsennego słuchacza z oddali.
A może po prostu nie posłodziłem herbaty?



08. Barabas - "Idiotka"

Intrygująca piosenka o dewotce. Dość nietypowa tematyka jak na polskie konserwowane klimaty. Eski i RMF-u raczej "Idiotka" nie zwojuje, ale światek zafascynowany elektroniką zauważy ciekawą kreację sceniczną Barbas (swoją drogą uwielbiam gogle Pani wokalistki), gdy tylko wydadzą swój pierwszy longplay. Jestem o tym święcie przekonany. Hehehe piosenka o dewocie, klęczącej w kościele, a ja jestem ŚWIĘCIE przekonany. Hihihi.  Suchary na bok. Płyta zamiesza na polskim rynku muzycznym. Na razie jest tylko pierwszy singiel, ale ja kupuję tą elektrotrupę w ciemno!


07. Natalia Przybysz - "Królowa Śniegu"

Krążkiem "Prąd" 1/2 byłego Sistars - Natalia Przybysz - pokazała, że na soulu i piosenkach Janis Joplin jej repertuar się nie kończy. I co teraz hejterzy? Na razie nad "Prądem" zachwyty wznosi większość branży muzycznej. Nie dziwię im się. To bardzo ładny krążek. Najbardziej do gustu przypadła mi spokojna "Królowa Śniegu", położona praktycznie na samym finiszu płyty. Brzmiąca trochę jak oldschoolowe country. Słuchając słonecznej, spokojnej gitarki przychodzą mi na myśl Mazury latem. Jest bardzo kolorowo, ciekawie. Wszystko wokół jest takie spokojne, a przy czym niesamowicie napompowane emocjami. Aż chciałoby się westchnąć "wow, wow. Uszanowanko dla Pani Natalii Przybysz"

sobota, 6 września 2014

Między Ontario i Warszawą

Witam w...
Akustycznym Sier... Oh, wait - już Wrzesień. 
Wiecie - niesamowicie lubię wstawać wcześnie z rana. Może pobudki o godzinie 6:30 nie należą do najprzyjemniejszych momentów jakie przyszło mi przeżywać, aczkolwiek obserwowanie powoli rozbudzającego się miasta, przejażdżka na rowerze w świetle porannego, jesiennego słońca i ta energia pozwalająca robić absolutnie wszystko - warte jest kilku niecenzuralnych słów rzuconych jeszcze przez półsen w kierunku budzika. Pomyślałem więc - zakończę wreszcie akustyczny sierpień. Może już wrzesień, ale to nieważne. Płyta bardzo przyjemna i pasująca na słoneczne ostatnie dni lata. Pozytywnie dziś będzie, bo na wrzesień kilka smut szykuję, więc trzeba Was jakoś wcześniej nastroić, cobyście potem w depresję nie popadli!
Zapraszam do lektury ;)

Paula i Karol - "Overshare", Lado ABC, 2010

Już po otwierającym słoneczną zawartość "Love Someone" wiadomo, że mamy do czynienia z polską muzyką na bardzo dobrym poziomem, obalającą stereotyp, że "w naszym kraju to nagrywa się tylko śmieciowy pop i rapsy z blokowisk". Nie jest to pełnowymiarowy debiut zespołu, ale na pewno pierwsze podejście do dłuższej formy. Przed Grudniem 2010 mieli za sobą jedynie dobrze rokującą EP-kę, wszyscy zastanawiali się, co może przynieść dziesięć premierowych piosenek, nagranych w małym studyjku na warszawskim Żoliborzu - jak to co? Na pewno bardzo przyjemne, wpadające w ucho indie pomieszane z folkiem. Gdzieś w tej słonecznej muzyczce zaplątane są przepełnione tęsknotą teksty, sugerujące już bardziej jesienny klimat. Mamy rozdarcie między dwiema ojczyznami Pauli - w jednej chwili w "Goodnight Warsaw" mówimy "dobranoc" Warszawie, pogrążonej w zabawie piątkowej nocy, aby zaraz przedzierać się przez zaśnieżone kanadyjskie drogi w "Ontario"



środa, 23 października 2013

Jeżeli tak wygląda życie pozagrobowe, to Ja tam chcę! Czyli roztańczone Arcade Fire.


Zacznę to tak, że fanem Arcade Fire nigdy nie byłem. Gdyby ktoś nie wiedział dodam, iż jest to indie-rockowa grupa z Kanady- utworzona w 2003 roku. Na swoim koncie ma już trzy płyty, które w niektórych kręgach naprawdę się mocno się liczą. Ich koncerty to ponoć wybuchające wulkany energii. Bardzo jara się nią mój przyjaciel, którego z tego miejsca pozdrawiam :)
Czemu o tym piszę?
Otóż za 5 dni wychodzi ich najnowsza, czwarta długogrająca płyta zespołu, następca The Suburbs z 2010 roku. O Reflektorze zatem słyszę bardzo często. Przed chwilą dostałem od niego cynk, że nowa piosenka i lyric video ujrzały światło dzienne, że lepszy niż pierwszy singiel- tytułowy Reflektor (które linkuję wam na samym dole- wiem, wiem musicie się najeździć, ale coś za coś).

Afterlife- najnowszy utwór Arcade Fire z vintage'owym lyric video.

Co mogę powiedzieć o najnowszym utworze? Afterlife- bo tak nazywa się ów piosenka- wyszła zdecydowanie za późno. Gdyby ukazała się na przełomie wakacji, z miejsca stałaby się drugim hitem lata po Get Lucky. Mocno taneczny kawałek ze wstawkami przypominającymi disco, aż pozwala sobie przypomnieć ten wspaniały czas, kiedy na dworze było gorąco i parno, dookoła wszędzie pełno pozytywnej energii. No i festiwale muzyczne. Jeżeli tak wygląda życie pozagrobowe (teraz lekcja angielskiego afterlife- życie pozagrobowe) to Ja tam chcę! Wielce pozytywny twór przypomina miejscami fuzję nowych płyt Crystal Fighters i Daft Punk. Idealny do beztroskiego hasania pod sceną. W zespole wyczuwam idealnego kandydata na przyszłorocznego Opener'a (który również z indie i hipsterstwem się kojarzy- może jeszcze kilkoma innymi rzeczami, ale o tym już nie mówię). Płycie na pewno się przyjrzę. Może nawet będzie notka na blogu jak bardziej się wkręcę, a na to się zapowiada. Teraz jednak pozostaje doczekać do 29., kiedy płyta stanie się ogólnodostępna dla wszystkich zjadaczy chleba. Zachęcam do przesłuchania, bo zdecydowanie każdemu umili ten jakże pochmurny (przynajmniej w Szczecinie) dzień! :)

A tutaj Reflektor- pierwszy singiel z nadchodzącej płyty. 

A teraz słuchajcie moje misie pysie! Ostatnio przez moje neurony krętymi ścieżkami do mózgu (tak matura z biologii mnie pogania) przebiega ogromna masa pomysłów, dotyczących tego o czym pisać. Nie będę się oczywiście trzymać żadnego wyznaczonego harmonogramu, gdyż nigdy mi to zbytnio nie idzie, o czym już mogliście się przekonać, jednak prawdopodobnie już w najbliższych dniach będą pojawiać się pierwsze efekty mojej pracy. Uchylę sobie rąbka tajemnicy. Jutro lub pojutrze chciałbym pociągnąć dalej Przyjrzyjmy się, bo sto lat już tam nikt nie zaglądał i pajęczyny się zaczęły tam pojawiać w szarych kątach sufitu. Będzie też (oczywiście nie tego samego dnia) skromna Wyliczanka- jak ktoś nie zna ów działów to polecam. Lekcje w plenerze także doczekają się własnego posta, ponieważ ostatnio odwiedziłem sobie jeden festiwalik w Szczecinie. Niestety z koncertu Podsiadła relacji nie będzie, bo bilety wykupiono zanim zdążyliśmy się z ludźmi ogarnąć. Co do festiwalu też skromnie- udało mi się załapać tylko na jeden dzień tego festiwalu, ale za to jaki! Słuchajcie! Koncerty Izy Lach, Mikromusic i Rebeki na jednej scenie nie zdarzają się w takiej dziurze jak Szczecin często zatem o tym też Wam poopowiadam. Mam już również bilet na koncert Sorry Boys promujący najnowszą płytkę zatytułowaną Vulcano, więc jakby co to z tego gigu też pewnie co nieco będzie na blogu. Daleka przyszłość uraczy Was też kilkoma recenzjami płyt, zatem jeżeli nie będziecie mieli czego słuchać na listopadowe smuty będziecie mieli się z czym zapoznawać. No i to by było na razie na tyle.
A i oczywiście jakby ktoś chciał popisać na wszelakie tematy to zapraszam do korespondencji pod adresem muzycznekorki@gmail.com!
Trzymajcie się ciepło nie dawajcie się jesiennej chandrze!
Waflekins.

poniedziałek, 2 września 2013

Najurokliwsza para internetów.

Witam wszystkich was zgromadzonych, ciepło całuję rączki (niektóre już pewnie przyodziane w stylowe rękawiczki przygotowane już na jesień), kłaniam się i zapraszam do obiecanego dzisiaj posta, którym wkroczymy w jesień. Może komuś ciepłej herbatki? A może jakąś dobrą płytę na szarokolorowe jesienne dni? Przygotowałem dzisiaj dla was to wszystko- nic tylko przykryć się ciepłym pledowym kocem, rozsiąść się wygodnie i zapoznać się z tym, co dzisiaj przygotowałem dla was, najlepszych czytelników jakich tylko mogłem sobie wymarzyć! Dobrze- cukru do posłodzenia herbaty też już macie teraz pod dostatkiem, energicznie mieszamy i wracamy do tematu dzisiejszej opowieści. Bo tym jest niewątpliwie ta płyta.

Bohaterowie dzisiejszego posta już padają
u Waszych stóp.
Na pewno każdy z was zna te słynne na portalu Youtube piosenki- zwykle domowej roboty- gdzie każdy instrument, na którym gra artysta jest pokazany na filmiku, a wszystko zgrywając się w ładny kolaż, tworzy "oryginalny" obrazek do piosenki? Coś takiego proponuje na przykład nasz polski CeZik, ale czy ktoś kiedyś z was zadawał sobie pytanie "Ale kto to tak naprawdę stworzył"? Wyprowadzę teraz wiele osób z błędu, ale nie- na pewno nie był to wspomniany wcześniej nasz rodzimy gwiazdor portalu. Pobawimy się teraz w lekcję historii. Otóż pięknego, ciepłego lata w 2008 roku (a było to stosunkowo niedawno) gdzieś w Ameryce, pewien obiecujący multiinstrumentalista- Jack Comte postanowił zaprosić swoją dziewczynę, Nataly Dawn, pogrywającą trochę na gitarze basowej, aby coś wspólnie stworzyć. W ten sposób nagrywali kolejne utwory na Youtube, stając się pionierami tak zwanych "videosongów". Jako Pomplamoose (z francuskiego "grapefruit") zdobywszy dostatecznie dużo fanów, postanowili uwiecznić swoje dokonania na niesamowitym krążku, który nazwali Tribute to famous people. I to o nim dzisiaj będziemy mówić. Zapraszam na lekcję :)


Pomplamoose- Tribute to famous people, 2010, ShadowTree Music

Potęga coverów.
Wprawdzie nie jest to pierwszy album duetu (pierwszym była składanka nazwana po prostu Video Songs z własnymi kompozycjami), jednak dopiero tutaj czuć tą pozytywną magię jaką roztacza wokół siebie Pomplamoose. Na tej płycie znajdują się- jak nazwa wskazuje- hity największych artystów światowych scen muzycznych jednak przerobione na klimaty, które dominują na debiucie owocowego duo- taka mieszanka wybuchowa jest naprawdę ładna, wpadająca w ucho i pozwalająca potupać do niej nóżką, a jednocześnie czuć w tym już jakąś pełną emocji jesienną nostalgię. Pod opiekę biorą naprawdę ogromny rozstrzał gatunkowy, bo pojawia się i Lady GaGa, i Aerosmith, aby wcześniej raczyć nas francuską balladą Edith Piaff. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, obiecuję :)

Akustyczna jesień
Całość rozpoczyna się nietypowo, albowiem coverem piosenki My favourite things. Zwykły Polak zapyta się "a co w tym dziwnego?". Jest to otóż bożonarodzeniowy hit jeszcze z lat '50 ubiegłego wieku przy
Takie tam w duecie- już kadr z videosongu nie do piosenki z
tej płyty :)
akompaniamencie samej jeszcze gitary. Zaraz potem uwodzi prześliczny francuskojęzyczny La vie en rose, tym razem interpretacji prześlicznego utworu Edith Piaff. I chociaż Nataly Dawn przepięknie śpiewa w języku mieszkańców Paryża, to potrafi pokazać, iż doskonale radzi sobie w swoim ojczystym języku. Wersja hitu Beyonce All single ladies by Pomplamoose jest o wiele bardziej przebojowa od oryginału. I tutaj właśnie pojawia się już typowe już dla płyty instrumentarium. Jest bardzo akustycznie i bardzo symfonicznie- w ruch idą chyba wszystkie możliwe instrumenty jakie przeciętny Anglik potrafi zgromadzić w domu. Ale o ile Comte jest zwyczajnym Anglikiem, o tyle muzykiem jest wybitnym i słychać to w jego aranżacjach m.in. September piosenki Earth, Wind and Fire, I don't wanna miss a thing- armagedonowej petardy Aerosmith, czy też Telephone Lady GaGi (o wiele lepsze od oryginału- gorąco polecam przesłuchać), zamykające cały krążek. 

All Signle Ladies- to dzięki tej piosence zacząłem słuchać
Pomplamoose :)


Trochę nostalgicznie.
I mimo tego, że w wielu miejscach potrafi być przebojowo i z powerem, o tyle w niektórych momentach wraca delikatny, powabny nastrój z poprzedniej płyty. Jest to przede wszystkim chyba najurokliwsza perełka całego dokonania- Maki'n out- cover ballady Marka Owena, która jest niczym innym jak zwykłym wyznaniem miłości. Gitara basowa prześlicznie komponuje się z delikatnym głosem grającej na niej Nataly, a gitara akustyczna Jacka tylko wtórując gdzieś w tle, dodaje temu jeszcze więcej uroku. Dostajemy oprócz tego musicalowe, znane z wielu filmów Mister Sandman z repertuaru Chordettes- wokalistka atakująca znienacka swoim głosem na kilku różnych ścieżkach, wprowadza słuchacza w ciekawość, by przejść do rozczulającego refrenu. 

Maki'n out na żywo. Ciary na plecach.

Wielkie ładunki emocji, które się tu pojawiają powalają na kolana i nie pozwala już wstać. Dodatkowo niezwykle urokliwa symfonia dźwięków, płynących z płyty pozwala poczuć się o wiele, wiele lepiej, śpiewając razem z duetem- jak dla mnie najsłodszą parą internetu (sorry, słodkie kotki z facebooka- jest coś bardziej uroczego od was). Jest to bardzo, bardzo przyjemna płyta na jesień, na której każdy znajdzie coś dla siebie i mimo, że jest kilka słabszych momentów, to lepsza większość zdecydowanie broni całość. Podsumowując Tribute to famous people dostanie ode mnie 9/10.


Dziękuję wam za przeczytanie kolejnego posta i za to, że jesteście tu ze mną. Jeżeli chcecie się podzielić jakimiś spostrzeżeniami, piszcie na muzycznekorki@gmail.com o wszystkim, co tylko przyjdzie do głowy, subskrybujcie i wypatrujcie w internecie, bo będzie się działo! A tymczasem kończę herbatkę i życzę kolorowych snów! :)

Waflekins.









niedziela, 1 września 2013

Święto Heinekena #4 "To już ostatnia niedzie...sobota"

Miguel na głównej scenie Opener'a. Na jego koncercie nie byłem, aczkolwiek fotkę bardzo lubię. Ponoć na jego koncertem Rihanna bawiła się świetnie ;)



Spis treści:
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 3

Jak obiecałem- skończę serię przed końcem wakacji. Post miał być wczoraj, ale niestety coś nie pykło i wena do pisania uciekła równie szybko jak się pojawiła. A zatem dzisiaj- jako iż zaczęła się już jesień- z lekką nostalgiczną łezką w oku, powspominam raz jeszcze ciepłe letnie wieczory lipca, gdy całymi wieczorami słuchałem muzyki na żywo. Skończmy zatem niekończącą się historię o Openerze. Zapraszam :)

Everything, Everything
Koncert zaczął się bardzo klimatycznie od MY KZ UR BF, rozpoczynające płytę Man alive. Nie sądziłem, że koncert kwartetu z Manchesteru tak bardzo mnie zachwyci. Przepletli oni piosenki ze swoich dwóch albumów (oprócz wspomnianego wcześniej debiutu mają jeszcze na koncie nominowaną do wielu nagród płytę o nazwie Arc wydaną w tym roku). Publiczność naprawdę dobrze bawiła się w rytm takich piosenek jak Don't try (które szczerze mówiąc po festiwalu bardzo mi się udzieliło), Tin (The Manhole) oraz Kemosable. Ładny koncert, ale już dało się odczuć lekko sztywną atmosferę pod samą sceną, gdzie czekały już wierne fanki Kings Of Leon- średnia wieku 13+. Mimo wszystko ostatni dzień festiwalu zaczął się naprawdę fajnie.

Fismoll
Po przebojowym koncercie Everything, Everything udałem się do magicznego namiotu Alter Space, gdzie swoją debiutancką płytę- At Glade (o której jeszcze na blogu się pojawi)- zaprezentuje Fismoll- czyli obiecujący młody chłopak Arkadiusz Glensk i jego kilkuosobowa trupa muzyczna. Muszę przyznać, że koncerty w tym miejscu zawsze były najbardziej magiczne- mały lekko duszny od kurzu namiot idealnie sprzyjał spokojnemu, eterycznemu nastrojowi akustycznych piosenek artysty. Na setliście znalazła się cała płyta- nie pominięto z niej nic- jedynie kolejność utworów była inna niż na krążku. Całości towarzyszyły przepiękne wizualizacje puszczone z projektora, przedstawiające motywy opisujące tekst (np. budząca się z zimowego snu natura w czasie rozpoczynającego koncert Flowering). Pamiętam, że najbardziej z całego koncertu spodobały mi się te najbardziej nostalgiczne (jak to oczywiście ja- upodobam sobie najsmutniejsze piosenki)- Let me breathe your sigh i pierwszy singiel służący jako zapowiedź płyty Let's play birds, który w niektórych kręgach odniósł spory sukces.

Crystal Fighters
Mega pozytywne Crystal Fighters- i jest impreza ♥
Jak dla mnie drugi po Ifi Ude najlepszy koncert całego festiwalu. Skoczne piosenki, pełne energii piosenki hiszpańskiej grupy nastroiły publiczność do tańca i szalonych skoków połączonych z wygibasami w powietrzu. Oprócz tego przez cały koncert zespół utrzymywał genialny kontakt z publicznością- i tak rzucony ze sceny pomysł na zrobienie fali wzdłuż całej publiki w czasie At home okazał się świetną akcją. Grupa świetnie przeplatała kawałki te bardziej elektroniczne jak I love London i Xtatic Truth z tymi bardziej akustycznymi dajmy na to Plage, Love Natural i Follow, co ostatecznie stworzyło mieszankę wybuchową. To nie mógł być zły koncert, gdyż Crystal Fighters to po prostu mistrzowie- a spotkam się jeszcze z nimi w listopadzie w Warszawie :)

Kings of Leon
Chester w czerni i bieli.
Ten koncert mógł być lepszy. Coś nie wypaliło i nie wiem co to było- czy popowa publika, dla której największym wyzwaniem było klaskanie w rytm muzyki, a może sam zespół, który przyjechał "byleby zagrać koncert w jakiejś tam Gdyni i zabrać się do domu" albo poprzeczka wysoko postawiona poprzez poprzednie fenomenalne koncerty tego dnia, a może to Rihanna szlajająca się pod gdzieś pod barierkami w pijanym rauszu? W Kossakowo poszły największe hity zespołu- Use Somebody, Sex on fire, Pyro i wiele innych mniej znanych na przykład bardzo cieszyłem się z mojego ulubionego Back down south oraz Immortals. Ale wiecie co wam powiem? Nie zagrali Charmer. Wielka, wielka szkoda. Ogółem koncert nie był zły, ale mógł być też o niebo lepszy- żałuję, że nie wyszedłem z koncertu na, żeby zobaczyć chociaż na moment Devendrę Banhearta.


John Greenwood
Johny Greenwood- lekko śpiący.
Półgodzinna, magiczna kompozycja na 12 gitar pod wodzą multiinstrumentalisty, który za swoją rodzimą formację ma słynny na cały świat Radiohead. Coś ładnego, ciekawie zrobionego i o wiele lepszego niż koncert Kings of Leon, a trwało tylko pół godziny.





Lao Che
Fanem Lao Che nie jestem i nigdy nie byłem. Koncert Płockiej formacji poszedłem zobaczyć ze względu na moich festiwalowych towarzyszy, gdyż każdy wśród nich jest nimi zachwycony. Mimo tego, że do twórczości grupy podchodzę z lekkim dystansem to pamiętam, że naprawdę fajnie zagrali piosenki Zombi!, Idzie Wiatr i Urodziła mnie ciotka (z tekstem, w którym Spięty ciekawie bawi się słowem). Z tego, co widziałem osoby, które przyszły na koncert bardzo dobrze się bawiły i mnóstwo osób latało pod sceną na fali, więc raczej grupie udało się rozkręcić fajną imprezę na swoim koncercie i to liczy się na plus. Po występie Lao Che udałem się jeszcze na magiczne UL/KR, którego usłyszałem tylko jedną piosenkę i elektronicznego Catz'n Dogz, ale byłem tak zmęczony całym dniem latania między scenami festiwalu, że za wiele z tych koncertów nie pamiętam.

A więc co powiem wam już po Openerze? To było najpiękniejsze pięć dni w czasie moich wakacji, pełne niesamowitych przygód między kolejnymi dniami całego eventu. Noce spędzone przy zajebiście dobrej muzyce, przede wszystkim dużo szaleństwa pod sceną. Już wiem czemu ludzie co roku wydają taką grubą kasę (bo powiedzmy sobie- pół tysiąca to jak na Polaka nie jest mała kwota, gdzie miesiąc później mają Woodstock całkowicie za darmo) i zajeżdżają do Gdyni, gdzie przez kilka dni miasto wypełnia się ludźmi z zielonymi obrączkami na dłoniach, okupując najbliższy sklep monopolowy. Smutno mi było opuszczać tamto miejsce, ale jedno wiem na pewno. Już niedługo tam wrócę. Prędzej, czy później. Houk!

Pewnie wielu z was zapyta pewnie co teraz, jakie mam plany na przyszłość. Na pewno wspomnę jeszcze lato i opowiem o koncercie Nelly Furtado i Hey w czasie finału największych regat na świecie, który w tym roku miał miejsce w Szczecinie. Kosztem Woodstocku (toteż nie będzie relacji, przykro mi) w sierpniu dużo pracowałem, aby móc zarobić na jesienne koncertowanie, pojawi się zatem na pewno relacja z Dawida Podsiadła, Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie (między innymi Mela Koteluk, Iza Lach, xxanaxx i Ania Rusowicz), Happysadu Crystal Fighters z Warszawy. Oprócz tego już jutro zaczniemy recenzję płyt już takich wczesnojesiennych (tak, tak niestety porzucamy wilcze wycie lata, czy latanie po plaży śpiewając stare jak świat Holloee Poloy). Ale spokojnie- już jutro przeniesiemy się w magiczną porę roku, kiedy świat jest najbardziej kolorowy, z nieba pada dużo deszczu, a drogi pięknie ścielą się spadającymi z drzew liśćmi dębów, klonów i kasztanów, odpowiednio się przy tym nastrajając. Będzie mega pozytywnie! Zatem wpadajcie jutro na herbatkę, a tymczasem łapcie "zajawkę" następnego posta.




czwartek, 15 sierpnia 2013

Fabryka newsów #9 "Muzyczne lato czyli na szybko co się dzieje"

Z takimi koncertami jak tych tutaj na zdjęciu, szykuje się
wspaniała muzyczna jesień :)
Znowu odpoczywamy od Opener'a (myślę, że serwuję go przystępnymi dawkami- do września może się z relacją wyrobię). Wiem, znowu kazałem Wam trochę czekać na ten post, ale niestety ostatnio wolnym czasem nie gardzę i to się odbija również na blogu. W obiecanym poście przedstawię wam kilka ważnych wydarzeń z różnorodnych zakątków świata- będzie i alternatywa, i masowy popik. Amerykańskie listy przebojów i nasza warszawska Stodoła. No to nie ociągam się i zapraszam na muzyczne wydarzenia ostatnich kilku dni :)

  • Znacie Igrzyska Śmierci? Poza fenomenalną sławą jaką pokryła się pierwsza część ekranizacji i wspaniałą historią o tym jak człowiek potrafi być okrutny, stworzoną przez Suzanne Collins film może pochwalić się również wyborną ścieżką dźwiękową, na której poprzednio znalazły się utwory takich artystów jak Taylor Swift, Arcade Fire, Birdy oraz Glen Hansard. Widać, że twórcy ścieżki dźwiękowej postawili sobie za cel utrzymanie wyznaczonej poprzeczki- a może nawet przebicie jej. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że grupa Coldplay znana z takich hitów jak Fix You, The Scientist, czy  już nowsze i oklepane przez pół globu Paradise nagrała nową piosenkę, zatytułowaną Atlas specjalnie na potrzeby najnowszej części filmu. Będzie się działo!
  • Czas letnich muzycznych festiwali powoli dobiega końca. Skończyły się już Alter Artowe Coke Live Music Festival i Heineken Open'er Festival. Z Kostrzyna już dawno wynieśli się też ostatni Woodstockowicze. Colours of Ostrava również dobiegło końca. I mimo, że festów jest przed nami jeszcze kilka to ich koniec nie powinien być dla Nas smutkiem! Kolejni artyści zapowiadają swoje występy w Polsce już na jesień i zimę tego roku! Swój przyjazd do warszawskiej Stodoły zapowiedzieli Crystal Fighters (o których już niedługo słów kilka ;) i będę o nich mówić sporo), na Arenie Ursynów swój występ da francuski ulubieniec muzycznych salonów- Woodkid, Biffy Clyro również wpadnie mimo, że jeszcze nie zdążył na dobre zapomnieć o występie w Krakowie. Oprócz tego Glen Hansard (którego przedstawiać chyba nie muszę). Oboje zagrają w warszawskim klubie Palladium (z tym, że Glen ze spółką zagoszczą również we Wrocławiu). Także, wielka Warszawo- szykujcie pieniążki.
  • W masowych mediach ostatnio aż wrze. Swoje single wydały po kolei Katy Perry i Lady Gaga. W przeciągu najbliższych kilku tygodni szykuje się spora bitwa piosenek Roar vs Appalause na listach przebojów wraz z innymi singlami, które cieszą się uznaniem obecnie. Jak dla mnie Roar Katy Perry (ponoć trochę splagiatowane) jest o wiele lepsze, nowy singiel Gagi jest dość agresywnie atakującą ucho elektroniką, której mi jakoś ciężko się słucha (ale niektórzy to lubią)- co więcej jestem trochę zawiedziony, gdy skuszony ofertą jazzowej płyty Lady Gagi dowiaduję się, że to chyba tylko zwykła plotka. Co wygra? Czas pokaże.
  • Arctic Monkeys, którzy występowali na scenie głównej Opener'a, a ja w swojej relacji trochę okrutnie się o ich występie wypowiedziałem, wydają nowego singla (już drugiego po Do I Wanna Know, którego również słyszałem w Gdyni na żywo! :P), zwiastującego nową płytę zespołu. Wraz z klimatycznym, nocnym teledyskiem w necie pojawiła się piosenka Why'd You Only Call Me When You're High?- jaka jest moja opinia? Trochę słabszy od poprzedniego, ale nadchodzący krążek ma szansę stać się jedną z najlepszych płyt Arctic Monkeys. 
Mam nadzieję, że się podobało! Trzymajcie się i czekajcie na kolejne wieści ode mnie, a tymczasem Ja spadam!
Trzymajcie się ciepło.
Waflekins.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Święto Opener'a #2 "Cały dzień pod główną"

Spis treści:
Dzień 1
Dzień 3
Dzień 4

Otóż wracam do upragnionej przez niektórych notki o Openerze! Jeżeli nie jesteście w temacie to zapraszam do części pierwszej (którą macie w linku). Spamu ciąg dalszy i mimo, iż minął dopiero miesiąc to wydaje mi się, że minęło o wiele, wiele więcej czasu, ale do rzeczy! Tytuł tego wpisu już zapowiada to, o czym będę tym razem opowiadać. Same największe szychy całej imprezy plus kilka wyjątków. Drugiego dnia tańczyłem w pogo na Kim Nowak,  zaliczyłem chwilowy wypoczynek przy Sorry Boys, śpiewałem razem z Tame Impala, ze zmęczeniem podziwiałem Arctic Monkeys, ponownie wypoczywałem na Nicku Cavie aby zaraz potem zedrzeć gardło na Marii Peszek. Byłem również w teatrze na sztuce Courtney Love z piosenkami Nirvany w tle, aczkolwiek o ile gra aktorska była na naprawdę wysokim poziomie to całe przedstawienie było jakieś zbyt mozolne (choć i tak wyniosłem z niego pozytywne emocje). Czujecie się zachęceni moją opóźnioną trochę- jak niekiedy nasza kochana polska kolej- relacją? :) A zatem zapraszam do dalszej lektury!

Kim Nowak
Muszę przyznać, że fanem zespołu jakoś specjalnie nigdy nie byłem. Dalej są mi obojętni, ale pod względem publiczności to chyba jeden z najbardziej powerowych koncertów całej imprezy. Chociaż nie rozumiem ich obecności na Mainie. O wiele lepiej sprawdziliby się chociażby na Alter Stage'u- jak dla mnie taka duża scena po prostu ich zjadła. Cieszę się, że udało mi się załapać na skromne, aczkolwiek dające popalić pogo przy Szczurze, czy też AAA! zespół przekazał naprawdę kawał dobrej energii na dalsze koncerty, ale muzycznie jakoś średnio mnie uwiedli. Większość piosenek wpadła jednym uchem, a wypadła drugim. Aczkolwiek bawić się bawiłem bardzo dobrze!






Sorry Boys
Muszę przyznać, że wieczór zacząłem bardzo po polsku i o ile wiele osób już siedziało na Please the trees albo czekało na dobrą miejscówkę przy Tame Impala to Ja zostałem na cały koncert Sorry Boys (których nota bene widziałem dzień wcześniej akustycznie na dworcu i zdołałem zamienić kilka zdań z Belą Komoszyńską- naprawdę miłą wokalistką zespołu- między innymi dowiedziałem się, że nowa płyta już na jesień)! Grupa spisała się naprawdę wyśmienicie i na pewno dali sobie radę na scenie pod namiotem, pokazując prawdziwą klasę w pięknym The Sun, skocznym Chance, czy moim ulubionym, ponętnym wręcz Caesar on fire (chociaż każdy ich utwór jest tak naprawdę w jakiś sposób moim faworytem). Sorry Boys zagrali też zupełnie nowy kawałek, którego nie grali nigdzie indziej- Phoenix- był naprawdę ciekawą kompozycją na miarę nowego singla, aczkolwiek mam obawy, że cała nowa płyta znowu będzie w języku angielskim.

Tame Impala
Z Tame Impala musiałem się naprawdę długo zapoznawać, aby ich polubić jednak koncert w Gdyni udowodnił mi, że kwartetu z Australii nie da się nie lubić. Nie wiem, czy tylko mi, ale ich twórczość mocno kojarzy mi się miejscami z jakąś elektroniczną wersją The Beatles. I mimo, że nie wiem jak Beatlesi spisywali się na scenie, tak Tame Impala naprawdę dało radę. Cieszę się, że udało mi się dojść praktycznie pod samą scenę mimo tłumów jakie grupa Kevina Parkera zebrała pod sceną główną. Pamiętam jak w strugach deszczu skakałem i klaskałem wraz z wieloma innymi osobami już od początkowego Music to walk home by i głównie z nowej płyty pochodził cały set. Oprócz tego grupa wykonała Feels like we only go backwards, czy Mind Mischief wykonane o wiele lepiej niż studyjnie. Po Apocalypse Dreams Australijczycy zniknęli, a szkoda- bo fajnie byłoby usłyszeć np. Lucidity i Jeremy's Storm na krótkich bisach, bo pierwszej płyty było bardzo mało.

Arctic Monkeys
Tego headlinera chyba najmniej miło wspominam. Koncert był nawet dobry- pięknie, fajnie, skocznie, ale ja cały czas odczuwałem, że nie ma tu tego czegoś. Brakuje tej studyjnej magii, która sprawiała, że Brianstorm był taki mroczny, a Dancing Shoes takie przebojowe. Bardzo fajnie wypadło za to na przykład I bet you look good on the dancefloor, które porwało całą nawet najbardziej malkontencką część publiki. Jednak, gdy teraz wspominam ten koncert to myślę, że o wiele lepiej dał sobie radę Nick Cave, który przybył na scenę zaraz po Arktycznych Małpkach, które pożegnały się stonowanymi piosenkami When the sun goes down i 505 (no dobra, bisy wyszły im chyba najlepiej). Aha! Zagrali też Do I Wanna Know- singiel z nowej, nadchodzącej płyty! :)

Nick Cave & The Bad Seeds

O północy w rytm największego hitu z nowej płyty "Push the sky away"- mianowicie We Know Who U R na scenę główną festiwalu wkroczył tanecznym krokiem jeden z moich prywatnych headlinerów- Nick Cave. Naprawdę piękny koncert, do którego muzyk kilkakrotnie wyskakiwał do publiczności. Niestety Ja byłem już zbyt zmęczony staniem w ogromnym tłumie, więc siedziałem lekko oddalony od sceny racząc się kolejnymi piosenkami. Setlista naprawdę przecudowna. Przemyślana pod każdym względem, ponieważ nie czuć było przesytu nową płytą. Jubilee Street, Mermaids, czy Push the sky away zagrane już na zakończenie koncertu zostały przeplecione ze starszymi utworami. Cieszyło mnie słuchanie balladowego Into My arms, rockowe Deanna i The Mercy Seat oraz klimatyczne Papa Won't Leave You, Henry. Na bisy nie zostawałem i w sumie nic nie straciłem, bo był tylko jeden. Wypoczęty pognałem na Marię Peszek.

Maria Peszek
Prawdopodobnie najlepszy koncert całego tego dnia. Maria przyjechała na tegoroczną edycję, promując swoją najnowszą płytę "Jezus Maria Peszek", którą już recenzowałem na samym początku istnienia bloga. Maria stworzyła niesamowity klimat mimo, iż set to krążek zagrany od początku do końca z kilkoma innymi piosenkami ze starszych płyt. Nie zaskakujący set został mi jednak wynagrodzony dawką emocji. Znowu mogłem szaleć pod sceną i śpiewać wraz z tysiącami innych osób. Jednym z moich najmocniejszych muzycznych wspomnień z Opener'a jest właśnie tysiące gardeł wyśpiewujących wraz z Marią refren Sorry Polsko. Chyba nikt nie spodziewał się tak hucznego przyjęcia artystki, która dała z tego co pamiętam, aż 4 bisy! Oprócz materiału z nowej płyty zaskoczyła mnie przerobiona wersja Piosenki dla Edka z pierwszej płyty artystki. To już nie flaki z olejem serwowane na Marii Awarii. Było silnie, było rockowo i z powerem. Maria zaskoczyła też coverem grupy Depeche Mode i wykonaniem piosenki Personal Jesus z płonącymi świeczkami przyczepionymi do ciała Marii. Po tym koncercie poszedłem do namiotu, chociaż z innych scen dochodziły mnie jeszcze pozostałe kończące się powoli koncerty. Tak upłynął mi dzień drugi festiwalu.

Jesteście ciekawi co było dalej? Część trzecia już niedługo. Dziś wieczorem zaserwuję za to jeszcze jednego króciutkiego posta, tak żeby wynagrodzić moją sporą nieobecność. A może chcecie podzielić się swoimi przemyśleniami, podrzucić jakiś pomysł albo polecić swoją muzykę, o której warto byłoby napisać? Piszcie na muzycznekorki@gmail.com :)
Do następnego razu!

Waflekins.

środa, 12 czerwca 2013

Dźwięki indie lata.

Przyznam bez bicia, że szwedzkie, grające muzykę indie trio Peter, Bjorn and John znam głównie za sprawą hitu Young Folks- jak najprzeciętniejszy słuchacz masowy. To dzięki osławionemu singlowi poznałem krążek Writer's Block- ewidentnie płytę Anno Domini 2006. Przyznam również, że jest to jedyna płyta grupy jaką znam. Pamiętam moje próby przesłuchania innego ich krążka- Gimme Some z roku 2011, ale nie podeszła mi już jak wspomniana wyżej Writer's Block. Mimo tego jest to płyta, która niesamowicie na mnie wpłynęła i praktycznie wszystkie piosenki na niej zawarte kojarzą mi się z dźwiękami lata. Słuchając ich mroźną, zimową porą przypominają mi się długie ciepłe dni, zakrapiane mnóstwem promieni słońca, nagrzana po całym dniu za oknem pachnąca pościel, ptaki śpiewające w przesiąkniętym zielenią parku. Writer's Block to płyta dla mnie niesamowicie ważna i o ile wykonania na żywo tychże Panów w ogóle mnie nie przekonują, to studyjnie nie zliczę ile razy już słuchałem moich 11 letnich hymnów. Dzisiaj postaram się zarazić nimi i Was- jak się uda to się jeszcze zobaczy. Na razie zapraszam do lektury mojej recenzji tegoż albumu :)

Peter, Bjorn and John- "Writer's Block" data wydania- 14
Sierpnia 2006 roku; label Startime

Co jest największą zaletą tej płyty? Jest niesamowicie prosta- wszystkie piosenki są zbudowane na starej jak świat zasadzie zwrotka-refren-zwrotka-refren, wszystkie wpadają w ucho dzięki chwytliwej melodyce refrenów i można do nich potupać nóżką. Mogą ich słuchać praktycznie wszyscy i każdemu się spodoba. W ten sposób otrzymujemy najlepszych kandydatów do promocji albumu w radiowych rozgłośniach- Objects of My affection, wspomniany wcześniej hit Young Folks, Let's call it off z wrzynającą się z ogromną siłą perkusją i The Chills- wyróżniający się z całej płyty swoim elektronicznym brzmieniem. Nie rozumiem braku tej ostatniej w spisie oficjalnych singli, promujących płytę- jak dla mnie zespół popełnił ogromny błąd nie promując nią krążka.


Powodem mogło być to, że całe Writer's Block budują głównie przesterowane gitarowe dźwięki, przy których The Chills  brzmią jak odrzut z zupełnie innej płyty. Elektroniką trąca również kolejny genialny utwór z płyty- Paris 2004, ale elektronika ta jest już całkowicie w klimatach pozostałych utworów krążka. Wracając do gitar- robią naprawdę wspaniałe wrażenie, nadając klimat takim utworom jak Amsterdam- przy którym można naprawdę się odprężyć, bardzo romantycznym i jakże krótkim Start to melt, czy w stonowanym Poor Cow zagranym już na gitarze akustycznej utworze zamykającym płytę. W niektórych momentach chłopcy jednak przeginają i o ile piosenka Up against the wall zaczyna się fajnym motywem- o tyle rozwleczony na siedem minut zaczyna w połowie irytować. To samo jest z niewykorzystanym potencjałem piosenki Roll the credits. 



Album pomimo opisanych wpadek oceniam spokojnie na 7/10 (hahaha! niespodzianka! Nigdy nie wprowadzałem ocen do recenzowanych albumów, ale teraz to się zmieni. Zdziwnieni, co? :)). Jest to zdecydowanie jedno z większych osiągnięć grupy, dzięki któremu trafili do szerszego grona odbiorców niż alternatywne podziemie, w którym grając muzykę podpadającą pod rock-pop szybko by przepadli w gąszczu innych grup. Writer's Block dało im nadzieję, że ludzie zawsze będą pamiętać o nich jako o twórcach tej słynnej piosenki Young folks. Czy to dobrze dla tria? Tego nie wiem.
Dalej Wam mało? Na dokładkę link do teledysku największego hitu Petera, Bjorna and Johna.



PS: Przed weekendem spodziewajcie się mnie z kolejną notką- jak zapowiedziałem znów będzie recenzja (pewnie już nimi rzygacie, prawda?). Jeżeli macie ich dosyć i chcielibyście coś zmienić w moim blogu piszcie śmiało na muzycznekorki@gmail.com- przeczytam z chęcią Wasze uwagi i pochwały. Jeżeli chcesz wdać się ze mną w dyskusję na któryś z tematów poruszonych na blogu (i nie tylko ;)) pisz również na ten mail- chętnie pogadam z czytelnikiem- zawsze możesz mi polecić jakiś zespół, a Ja być może kiedyś napiszę o nim na blogu. Oprócz tego dziękuję wszystkim, którzy już napisali. Wasze wsparcie jest nieocenione- dajecie mi niesamowitą motywację do pisania i prezentowania Wam kolejnych to zespołów.
Do zobaczyska wkrótce!
Waflekins.

sobota, 2 marca 2013

Indie z pogańską duszą.

Sekstet z Islandii podbił świat w szybkim tempie.
Ostatnio przemiły głos z Tv ogłosił wszem i wobec z samego rana, iż wkroczyliśmy w meteorologiczną wiosnę. Na dworze delikatnie przygrzewa słońce, znowu siedzi się ze znajomymi do późna na dworze, a natura budzi się do życia. Za to w moim odtwarzaczu ciężkie, ostre brzmienia (spokojnie- jeszcze opowiem o nich w przyszłych postach), ustępują o wiele bardziej lekkim i powabniejszym brzmieniom. Co przychodzi w takim razie na myśl? Ewidentnie jeden z najciekawszych zespołów wiosny i lata 2012- mowa o islandzkiej grupie Of Monsters and Men, która na koncie miała wcześniej już jedną EP-kę, zatytułowaną Into The Woods, ale cztery piosenki z ów płyty były tylko wstępem do tego, co otrzymujemy na wydanej 4 Kwietnia 2012 płycie My Head Is an Animal (bowiem wszystkie piosenki z poprzedniczki znalazły się na pełnym longplayu). Grupa w zaskakująco szybkim tempie zawojowała muzyczne światki- mniejsze i większe. Wszystkie komercyjne stacje radiowe świata zasłuchiwały się kolejnymi singlami, największe stacje telewizyjne emitowały teledyski (a tutaj trzeba napomnieć o tym, że Of Monster and Men jak dla mnie to mistrzowie, jeżeli chodzi o wideoklipy, absolutni zwycięzcy w tej kategorii), a przy okazji nie zapomniało o nich również"hipsterskie podziemie", które wciągnęło się w klimat pierwszej pełnej płyty zespołu, pozostając w swojej opinii "alternatywnymi do potęgi".
Oczywiście- jak to w świecie- znalazło się też wielu hejterów. Bowiem wielu hejterów już okrzyknęło Of Monsters and Men gwiazdą jednego przeboju. Wszystko poprzez emitowane nagminnie w radiach i telewizji Little Talks- pierwszy singiel z płyty, który odniósł największy komercyjny sukces. Czy to prawda? Jak na razie ciężko to stwierdzić, bowiem jakikolwiek nie byłby cały album, to jest to naprawdę jeden z lepszych debiutów, jakich przyszło mi słuchać i jakoby sam w sobie jest sporym osiągnięciem dla grupy.

Płyta rozpoczyna się szybkim gitarowym riffem, który podpada trochę pod country. Zaraz potem do gitary dołączają się dwa wokale, delikatne i niebywale ze sobą współgrające. To Nanna Bryndís Hilmarsdóttir oraz Ragnar þórhallsson. Grupa ma bowiem dwóch wokalistów. Dirty Paws kończy się z ogromnym impetem, aby zastąpił ją wpadający w ucho King and Lionheart, który- nota bene- nie rozumiem dlaczego jeszcze nie jest singlem. Piosenka promowana jest jednak przez genialny teledysk- jak już wspomniałem, na poziomie wręcz mistrzowskim. 


Następnie dostajemy kolejną dawkę energii. Symfonia w dźwięków w Moutain Song aż zachęca do tupania nogą. Chciałbym usłyszeć kiedyś w koncertowej wersji. Na uspokojenie po trzech przebojowych bombach raczeni jesteśmy eterycznym Slow and Steady, które zaczyna się dość psychodelicznymi dźwiękami. Przyznam się, że jest to jedna z dwóch piosenek, które ostatnio "katuję" :). O Little Talks- pierwszym singlu z płyty rozpisywać już się nie będę, gdyż wszyscy go na pewno znają jako jeden z hitów zeszłego lata. Potem dostajemy brzmiące deszczowo Six Weeks, kojarzące się lekko z Moonlight Shadow Mike'a Oldfielda. Następny na płycie jest mój ulubiony utwór z całego krążka- mianowicie Love, Love, Love. Kawałek ponownie zaczyna się przepiękną symfonią dźwięków, która w większości z nas rozbudza nasze słowiańskie korzenie. 
Okładka My Head is an Animal- dość specyficzny strój
na plażę, nieprawdaż?

Zawsze gdy słucham dokonania Of Monsters and Men, czuję jakbym przeniósł się w czasie do czasów pogaństwa, dzikich rytuałów i widzę oczami wyobraźni piękne obrazy. Można powiedzieć, że My Head is an Animal to indie z pogańską duszą. Jak dla mnie kandydat na kolejnego singla. Zaraz potem Your Bones- już trochę bardziej przypominające dokonania artystów indie z Ameryki. W Sloom znów wracamy się do wcześniejszych klimatów, dostajemy powolny kawałek z gitarą akustyczną w tle- kolejny uspokajacz po dawce doznań z poprzednich kawałków. Trochę jak Slow and Steady. Lakehouse to kawałek już nie tyle wiosenny co letni, ale równie ładny.

Yellow Light, wieńczące płytę porusza już trochę inne uczucia. Pojawia się nowy instrument- ksylofon wkomponowujący się w tło. Ale poza tym kawałek taki jak reszta płyty- dobry, ale nie wprowadza nic nowego, jest jak cała reszta i umyka gdzieś w tłumie. A taki koniec płyty nie może być. Rozumiem, że Of Monsters and Men chcieli spójności artystycznej, trzymania się jednego gatunku, ale na przyszłym longplayu będą musieli jednak trochę się nakombinować, żeby przeskoczyć poprzeczkę z ich debiutanckiej płyty i nie powtórzyć schematów. Mimo wszystko, wierzę w nich, czasu mają bardzo dużo- bowiem terminy trasy koncertowej po całym świecie- głównie festiwali, gdzie występują z takimi artystami jak Rihanna, Nick Cave i Red Hot Chili Peppers, czy Kings Of Leon, kończą się dopiero późnym sierpniem.  Czyżby nagrywanie nowego krążka? Nie wiem jak wy, ale ja już nie mogę się doczekać :)
Namiastkę koncertowej magii w Love, Love, Love na żywo, które podesłał nam mój dobry przyjaciel, który również kocha Of Monsters and Men- no bo jak można ich nie kochać?
Płytę spokojnie mogę ocenić na 8/10.

Zaś ja już wkrótce zapraszam was do kolejnego posta, który będzie niebawem- już w poniedziałek. Będzie znowu bardzo wiosennie, będzie wielu wykonawców, a ja jak zawsze udzielę wam odpowiednich lekcji, o każdym z nich :P
Ps: Nie zapominajcie pisać na muzycznekorki@gmail.com, postaram się odpisać na wszystkie wasze komentarze, wpisy, propozycje tematów etc. 
Trzymajcie się ciepło, wszyscy! 
Waflekins.