Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sorry Boys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sorry Boys. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 grudnia 2013

Świąteczne wspominki. Czyli #Wyliczanka numer bodajże 4.

Witam Was wszystkich w ten grudniowy wieczór!
Równo rok temu (no dobra, dobra - bez jednego dnia), zacząłem Was bombardować muzyką, którą uważałem za najlepszą na świąteczny czas, wypełniony śnieżnymi krajobrazami za oknem, karpiem na stole i lampką czerwonego wina, wypitą przy dźwiękach, płynących z adaptera winyli. (żebym Ja tak pięknie rok temu pisał, wiem, jestem fontanną skromności). Tak naprawdę wtedy wolałem się skupiać na tandetnych obrazkach sprzed wigilijnego stołu, gdzie wszyscy życzą sobie wszystkiego dobrego. Pomijając zawartość merytoryczną ubiegłorocznych wypocin - wówczas sprezentowałem Wam fenomenalne June Julii Marcell oraz magiczne A Jolly Little Christmas from Frank Sinatra. Była to zaledwie malutka cząstka muzyki, która kojarzy mi się ze Świętami Bożego Narodzenia. Coś mnie naszło i postanowiłem stworzyć słodki jak peerelowskie landrynki post. Dzisiaj, korzystając z okazji zbliżających się Świąt wrócę do tego okresu. Będzie totalnie na spontanie, bez żadnego przygotowania. Taki będę szalony! Zatem starą, blogową tradycją - zapraszam do lektury!

#15 Cool Kids of Death - "Plan Ewakuacji" 

To było bodajże 3 (A może 2? Nie jestem pewien) lata temu. Wróciliśmy z jakieś imprezy rodzinnej dzień przed Wigilią razem z rodzicami bardzo późno. Nic w tym więc dziwnego, że najzwyczajniej w świecie chciałem się wyspać przed kolejnym długim, rodzinnym spędem. Niestety Babcia wraz z Mamą miały zdecydowanie inne plany. Wigilia zwykle odbywa się u Nas, więc oczywiście wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, co wiąże się z przygotowaniami już od 8 rano. Tamtego dnia leciała u nich w kuchni Trójka i to właśnie ta piosenka mnie zbudziła. Wstałem, wyjrzałem przez okno, padał śnieg, a w tle właśnie Plan Ewakuacji. Wtedy zrozumiałem, że wszystko jest na swoim miejscu. Polecam również teledysk (dostępny w internecie, ale blogger odmawia posłuszeństwa w dodaniu go tutaj).




#14 Sorry Boys- Evolution (St. Teresa)

Jeszcze nie miałem okazji tego testować świątecznie i katować tym rodziny. W tym roku spróbuję. O Sorry Boys pisałem. I pisałem. I pisałem jeszcze więcej. O najnowszej płycie, zatytułowanej "Vulcano" stworzonej przez tą wybitną, polską formację też już pisałem. Ten utwór - jak dla mnie obecnie numer 1. na liście przebojów z tej płyty. Od pierwszego przesłuchania już czułem, że będzie to coś wspaniałego, słuchać tego na Święta (w tle w tym kawałku brakuje mi tylko dzwonków sań Świętego Brodacza). 


#13 The Police - "Every Little Thing She Does Is Magic"

Z tym kawałkiem jest jak ze wszystkimi utworami starego, dobrego Frania Sinatry - za każdym razem na święta katuję do bólu uszu. Pamiętam jak usłyszałem ten kawałek po raz pierwszy na jakimś karaoke. Potem wróciłem do domu i słuchając jednego z największych przebojów Stinga i spółki robiłem świąteczne porządki. Wtedy jeszcze słuchałem muzyki na Groovesharku i Youtubie i wpadłem w taką manię, że zrobiłem dla The Police nawet osobne playlisty na obu tych portalach. Pewnie dalej gdzieś je mam na moich antycznych, zakurzonych i zjedzonych przez mole kontach. Ale ten kawałek jest taki piękny i aż buchający zimowomiłosną magią, musicie tego posłuchać, żeby poczuć magię świąt. Olejcie oklepane, kotletowe "coraz bliżej święta"!


#12 Brodka- "Bez tytułu"

To był rok 2011. Zaczynałem wtedy Liceum. To był bardzo dobry rok dla polskiej muzyki rozrywkowej - między innymi właśnie wtedy Monika Brodka zmieniła się z ugrzecznionej laureatki "Idola", śpiewającej o ślubie w nieokrzesaną bojowniczkę polskiej alternatywy i wydała pod okiem Marcina Borsa swój najlepszy dotychczas album długogrający - "Grandę". A tam znalazło się miejsce na przykład dla takiej perełki jak "Bez tytułu". Tłusty, elektroniczny, główny motyw na syntezatorze i ciekawe syntetyczne wstawki, z towarzyszącą łamiącą się perkusją, zmieszane z wokalem Moniki w pyszne świąteczne, muzyczne ciasto. Zakochałem się wtedy na ulicy, słuchając tego tracku. Można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego przesłuchania, trwająca do dziś :)


#11 Frank Sinatra- "Let it snow"

Ja wiem, wiem. Święta to u mnie Sinatra i Sinatra, ale to nie mogło się tutaj nie znaleźć. Magia. Dzisiaj już się takiej nie da stworzyć w studiu. Można tylko słuchać i słuchać. I słowa są tu niepotrzebne (zupełnie do mnie niepodobne stwierdzenie



#10 Czesław Śpiewa- "Frozen Margarita (with gin)"

Obecnie nie jestem już fanem tego Pana. To nie kwestia tego, że się sprzedał jak mówią niektórzy, ale jakoś minęliśmy się w ideałach i muzycznie. Mimo wszystko "Pop" z 2010 roku stoi u mnie na półce i jestem z tego dumny, bo jakby nie patrzeć jest to bardzo dobra płyta. A "Frozen Margarita" - osobliwa historia z alkoholem w tle z baśniową oprawą muzyczną, przypominającą mi trochę Shreka. Pamiętam jak śnieg zasypał szczecińskie ulice, a wtedy właśnie tego słuchałem. To były ładne święta dla moich dziecięcych oczu.



#9 Kasia Kowalska- "Oto Ja"

Gemini. Rok 1994. Nie było mnie jeszcze na świecie, gdy powstała ta płyta (może byłem już w planach - tego nie wiem, ale może być taka opcja). Wracając do samej piosenki. O ile "Gemini" to płyta bardzo drapieżna i nieokiełznana, o tyle "Oto Ja" to najspokojniejsza wysepka na tym morzu rockowego szaleństwa. Piękny evergreen lat '90, a te mimo że trochę tandetne, to nigdy się nie nudzą. Jest to jeden z moich "naj" jeżeli chodzi o Kasię Kowalską.



#8 Sofa- "Serpentyny i bańki mydlane"

Sofę odkryłem jakoś rok temu za sprawą zupełnie innego utworu niż wspomniany. Był to mianowicie "Hardkor i Disko", puszczony w jakimś radiu w ramach anegdoty na temat końca świata, przepowiedzianego przez Majów. Jak widać przeżyliśmy kolejną apokalipsę, a w tamtym roku z sympatii jaką wzbudziła we mnie ta ciekawa grupa, łącząca muzykę rockową z elektroniką, choinkę ubieraliśmy w domu przy "Serpentynach...". I tak jakoś będzie mi się kojarzyć ze świętami już zawsze. Polecam zapoznać się z przygodami Eryka w kosmosie!


#7 Metallica - "One"

Dlaczego akurat to? Pamiętam, że i Mama, i Babcia były w ten świąteczny poranek w pracy. Tata miał wolne i został z takim 8-letnim Patryczkiem w domu. Co postanowili zrobić? Podenerwować sąsiadów, dokładnie! A najlepszym sposobem na zirytowanie tych, którzy puszczają techno o 3 nad ranem jest puścić im muzykę na cały regulator, kiedy Ci smacznie odsypiają melanże życia. Jako iż Tata dawno, dawno temu w innej galaktyce był metalem i nosił długie kudły, to puściliśmy im cały koncercik Mettaliki. To był piękny początek świąt! Swoją drogą - wybiera się ktoś na nadchodzący koncert Jamesa Hetfielda i jego świty?



#6 The XX- "VCR"

A to już kawałek na poświąteczne wegetowanie. Najlepiej przy wspaniałych prezentach, jakim mogą być płyty - senny "Vcr" z debiutanckiej płyty jednego z najsłynniejszych angielskich zespołów indie, jest idealny właśnie na takie chwile relaksu. Wszystko jest w tej piosence leniwe, spokojne i ciasteczkowe. Takie jakie właśnie mają być święta!



#5 Bjork- "Moon"

O tym, że Bjork to wybitna artystka, wspominać już nie trzeba. Ma na koncie mnóstwo płyt, doskonale przyjętych przez fanów nie tylko w rodzimej Islandii. Z płyty "Biophilia" wydanej w 2011 roku właśnie jakoś na święta, najbardziej wgryzł mi się w głowę singlowy "Moon", do którego istnieje przepiękny teledysk. Najlepiej słucha się tego kawałka nocą (zwłaszcza taką zimową), wyczekując na przybycie Mikołaja (albo pakując prezenty, chociaż to tak naprawdę Mikołaj owija je w te piękne papiery z hipermarketu). Jest tu - jak na całym albumie - coś niesamowicie nieuchwytnego. Polecam!



#4 Myslovitz- "3 Sny o tym samym"

Mój przyjaciel się na mnie za to obrazi. Ale pozdrawiam go, ślę ściski i mówię, że to wysokie miejsce to kwestia przypadku, bo kolejność jest losowa. W czym rzecz? Przyjaciel jest przeogromnym fanem Myslovitz, ale tylko tego z Arturem Rojkiem, zaś działalność Michała Kowalonka w zespole z Mysłowic jest dla niego nie do przyjęcia. Ja wielkim fanem twórczości tej grupy nie jestem wcale. Lubię posłuchać, ale bez zachwytów, jednak uważam, że przy pierwszym singlu "nowego" Myslovitz z płyty "1.577" (wie ktoś w ogóle co ten tytuł oznacza?) naprawdę fajnie się zasypia, pod ciepłą perzyną, gdy za oknem szaleje zima.




#3 Edyta Bartosiewicz- "XXI Wiek"

To już bardziej kawałek, którego słucham już w pierwszy noworoczny dzień zaraz po Sylwestrze. Dalej jest to w każdym razie okres świąteczny i właśnie dlatego ta kompozycja ma również swoje miejsce w tej Wyliczance. O tej Pani pisałem już w tym roku również milion razy, więc nie będę się już rozdrabniać na części pierwsze. Co mogę powiedzieć o tym utworze? Przecudowne, rockowe granie z przełomu dwóch wieków. Na dodatek Edyta, śpiewająca na kilku różnych ścieżkach w końcowym refrenie, zawsze powala mnie na łopatki. Swoją drogą - ulubioną porą roku tej Pani jest właśnie zima ;)



#2 Dixie Chicks - "Landslide"

Prześliczna piosenka w wykonaniu girlsbandu, serwującego głównie akustyczne country. Poznałem niedawno, ale również mam zamiar przetestować tej zimy, bo kawałek ewidentnie tak mi się kojarzy. Nieco nostalgiczny. Zobaczymy jakie wynikną z tego wspomnienia.



#1 Muchy - "Nieprzeszkadzajmibotańczę"

Główne skojarzenia? Pewna zimowa, szczenięca miłosna przygoda dwa lata temu. Dzisiaj dalej z tą osobą utrzymuję bardzo dobre kontakty, ale tak czy inaczej jakiś sentyment do tego kawałka pozostał. Chłodne gitarowe chwyty i skoczny rytm idealnie wpasowują się w ten zimowy styczniowo-grudniowy klimat. Jeden z niewielu kawałków Much, które bardzo lubię. Nie mogę się przekonać, chociaż to co macie do przesłuchania pod spodem to czysty majstersztyk!




To już koniec! Przyznam, że naprawdę miło było sobie powspominać. Mam nadzieję, że te święta będą równie udane jak poprzednie. Zarówno muzycznie, jak i w innych aspektach (chociaż Kevina nie będzie w tv :( ) A jak jest u Was? Macie jakieś kawałki, które zachowaliście w sercu jako te świąteczne? Jeżeli tak - podzielcie się nimi w komentarzach albo pod adresem mailowym muzycznekorki@gmail.com! Zapraszam też do subskrybowania, aby być na bieżąco!
Ściskam i życzę miłego wieczoru!
Ps: Nie było nic od Hey'a! Co za niedopatrzenie z mojej strony! Chociaż tutaj będzie naprawdę świątecznie. Pod spodem dwa specjalne wykonania, piosenek bożonarodzeniowych, których bezczelny blogger również nie chce pozwolić mi wrzucić do posta - "White Christmas" z jakiegoś starego programu bożonarodzeniowego Polskiej Telewizji 2. Jakość tragiczna, ale za to jaki biały kruk! Dwie Kasie - Nosowska i Kowalska, takie młode. I to wykonanie! Łezka się w oku kręci. Oprócz tego już sama Kasia Nosowska w odcinku specjalnym Szansy na Sukces (bodajże rok 1995 - wtedy się urodziłem! :)), śpiewa kolędę "Dzisiaj w Betlejem". Rarytas o jakie ciężko w dzisiejszych czasach. Polecam posłuchać, by poczuć jeszcze bardziej magię świąt.
http://www.youtube.com/watch?v=X9YITuIwz1Q
http://www.youtube.com/watch?v=VQHZSGCAZf4

Waflekins.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Sorry Boys w natarciu- wrażenia z "Vulcano"

Grupa Sorry Boys- bohaterowie dzisiejszego postu. Foto: materiały promocyjne zespołu
Słuchajcie! Witam wszystkich ciepło i serdecznie! Dzisiaj prawdopodobnie czekają Was dwa posty. Pisać kończę właśnie pierwszy- zostają tylko poprawki (chyba, że postanowię zarzucić nim jutro z czystego lenistwa), a jako iż dzisiejszy dzień jest wyjątkowy pod względem premier płytowych to posta również umieszczę o najnowszym wydawnictwie, pachnącym jeszcze tłocznią. Jest to druga - zaraz po Renovatio Edyty Bartosiewicz (moje wrażenia na temat tej płyty możecie znaleźć na korkach) - płyta, której wyczekiwałem w tym roku najbardziej. Jest to krążek grupy bardzo często tutaj goszczącej. Gdy zapowiadali swoje wydawnictwo kolejnymi singlami, nieustannie się nimi na blogu zachwycałem. Moi drodzy- właśnie ukazała się druga płyta niewątpliwie jednego z najciekawszych zespołów na naszej polskiej scenie muzycznej- Sorry Boys po trzech latach od swojego wybitnego debiutu "Hard Working Classes", postanowili podzielić się z nami całkowicie nowymi dziesięcioma utworami, które tworzą wyczekiwane od dawna "Vulcano". I to moje wrażenia na temat tego krążka będą tematem dzisiejszego posta numer jeden. Moim starodawnym blogowym zwyczajem zapraszam do lektury :)

Sorry Boys- "Vulcano", Mystic Production, 2013


Najpierw opowiem Wam bajkę...

Na tę płytę czekało od dawna wielkie grono fanów kwartetu, które zdążyło się uzbierać w przeciągu kilku ostatnich lat, od kiedy grupa istnieje. W tym czasie w karierze zespołu niczym w wielkim wulkanie cały czas zbierały się kolejne sukcesy jak support przed występem angielskiej multiinstrumentalistki I Blame Coco, czy podróże w trasy koncertowe z najbardziej uznanymi artystami w Polsce- działającą od wielu lat grupą rockową Hey i wciąż zaskakującą kolejnymi rewolucjami Brodką. Potem występy na najznakomitszych festiwalach w Polsce- między innymi Męskie Granie w 2012 roku i Open'er rok później. W końcu jednak wszystko skumulowało się w całość i doszło do erupcji ów wielkiego muzycznego wulkanu. Spokojnie- bajka ma happy end i nikt  na szczęście przy tym nie ucierpiał. Ba! Skutki tego wybuchu były wspaniałe! W Powstał przepiękny muzyczny krajobraz, obfitujący w tysiące smaczków i ogrom wspaniałych dźwięków. Otrzymaliśmy bardzo dobry pod każdym względem krążek, którego nie da się opisać w kilku słowach. W zestawieniu z "Hard Working Classes" jak dla mnie "Vulcano" zdecydowanie wygrywa. O ile poprzedniczka była bardzo zmysłowa, a o uczuciach opowiadała wyjątkowo delikatnie , o tyle Vulcano aż bucha od niesamowitej, trudnej do określenia energii - furia wymieszaną z pewnego rodzaju tęsknotą. Zdecydowanie mocniejsze pod względem brzmienia instrumentarium- nie musicie się jednak obawiać drastycznej zmiany gatunku na heavy metal (chociaż i to mogłoby w wydaniu Sorry Boys być ciekawe) - zastąpiły delikatne gitary i lekką perkusję, która teraz stała się potężna i jakby miażdżąca słuchacza swoją siłą. To jak bardzo zespół urósł w siłę, słychać już od pierwszej piosenki.

Wielki wybuch
Evolution (St. Teresa)- pokazuje nam, że faktycznie ewolucję grupy (tak parafrazując już tytuł piosenki). Głównie pod względem muzycznym, chociaż tekstowo również zachodzi ciekawa zmiana (po raz pierwszy tekst o tematyce religijnej). Głos charyzmatycznej Beli Komoszyńskiej pomieszany z innymi, "mruczącymi" gdzieś głosami buduje niesamowitą atmosferę. Trochę świąteczną jak dla mnie. W interpretacji tekstu może się przydać fakt, że podmiotem lirycznym jest sama Święta Teresa. Phoenix- drugi singiel, druga piosenka- zbudowany na powtarzającym się, urywanym wciąż motywie. Ale to tylko początek. Wkrótce nasze uszy raczy niesamowita symfonia dźwięków. Naprawdę nostalgiczne i potężne, zapierające dech w piersiach.  Leaving Warsaw, gdzie następuje personifikacja stolicy. Dostajemy w związku z tym - jak za starych, dobrych czasów Hard Working Classes opowieść miłosną. Utwór brzmi bardzo deszczowo- może za sprawą, grających w piosence "pierwsze skrzypce" syntezatorów i perkusji. Naprawdę podoba mi się natężenie elektroniki na Vulcano, gdyż świetnie się ona wpasowuje w repertuar zespołu. Następnie przychodzi pora na pierwszy singiel, który premierę miał już dawno, dawno temu- The Sun to kolejny, jeden z niewielu tak pozytywnie nastrajających utworów na płycie.



Wkrótce jednak sielankowy, wakacyjny hit przemija, a w odtwarzacz zaplątuje się jesień przekazana w nostalgicznej, przepięknej balladzie Back to piano, od której w oczach mogą pojawić się łzy (i nie zwalajcie winy na żaden wpadający paproch - utwór potrafi poruszyć serducho). Utwór opowiadany z perspektywy osoby zranionej przez miłość. Pełen pięknych wyznań, które tak przepięknie brzmią w ustach Beli. Dagny to chyba dla mnie największa zagadka tej płyty. Bardzo enigmatycznie brzmiący kawałek, zupełnie jakby wyrwany z repertuary Nicka Cave'a, nadający się do soundtracku jakiegoś porządnego, amerykańskiego serialu. Utwór na pewno przewyższa muzycznie, to co obecnie tworzy się obecnie w polskiej muzyce rozrywkowej. I jeszcze wpadający w ucho refren! Naprawdę porządne brzmienie na światowym poziomie- jak gdyby stworzone w profesjonalnym amerykańskim studiu. Szczerze mówiąc? Jeszcze nie odgadłem tajemnicy tego kawałka i prędko chyba jej jeszcze nie odkryję. Taki klimat utrzymuje również z resztą This new world, mieszając go przy okazji jednak z klimatami jakie serwuje Phoenix i Leaving Warsaw. Na początku wydawało mi się, że to This New World będzie jednym z najmocniejszych momentów płyty. Jednak gdy usłyszałem Vulcano w całości, uznałem, że piosenka nie ma co kandydować o bycie singlem. Fakt- jest to utwór dobry, ale nie tak świetny jak cała reszta. Tytułowe Vulcano  ma charakter dość onirystyczny- jest to zapis snu wokalistki i tekściarki- Beli Komoszyńskiej. Opowiada o dzikiej wyspie, na której znajduje się wulkan, a mieszkający ludzie wcale nie lękają się niebezpieczeństwa, jakie niesie życie w jego okolicy. Zaczyna się potężnym brzmieniem syntezatorów, do których dołączają majestatyczne smyczki, roztaczając dość tajemniczy, a nawet nieco groźny klimat. Dopiero po pojawieniu się niesamowitych partii basowych i perkusji cała atmosfera się zmienia- a piosenka staje się skoczna i wpadająca w ucho. Wyczuwam w nim potencjalnego kandydata na zimowy hit.

Teledysk do "Phoenix"- sztandarowego utworu
prezentującego klimat. Polecam jeżeli ktoś jeszcze nie widział!

Jeśli chodzi o Miss Homeless- mogę przysiąc, że już go kiedyś słyszałem, ale nie jestem pewien kiedy. Zapewne przy okazji Opener'a i akustycznego koncertu przed dworcem w Gdyni. Kolejny świetny twór grupy, Izabela Komoszyńska ze swoją chrypą wspaniale komponuje się z poszczególnymi partiami instrumentów. Ewidentnie mój faworyt z tego materiału. Piosenka zbudowana podobnie jak wszystkie na płycie- pomieszanie elektroniki z dawną stylistyką zespołu. Najbardziej podobają mi się w nim partie gitary elektrycznej, która kończy utwór, by jednocześnie rozpocząć Zimną Wojnę- największą tekstową rewolucję na Vulcano. Jest to bowiem pierwszy utwór z polskim tekstem, o wiele tutaj zagadnień typowo wojskowych i zarazem z typowym dla tekstów Komoszyńskiej pikantnym romantyzmem, która już od początku zachęca "Umierajmy we dwoje/ Umierajmy na ulicach/ Ja się tego nie boję". Opowiada o destrukcyjnej wojnie między dwójką ludzi- zapewne byłych kochanków. Rozpoczyna go gitara "bawiąca się" zadziornie z elektroniką. Refren przemienia klimat pasujący nawet na dyskotekę, do tego beatu chętnie tupta się nogą.  Na początku ciężko mi było się z tym utworem zaprzyjaźnić- teraz uważam go za czysty majstersztyk i duma mnie rozpiera, że mamy na swojej scenie muzycznej TAKICH artystów jak Sorry Boys. Jedyny mój zarzut do Zimnej Wojny  jest taki, że piosenka jest zdecydowanie za krótka i jakby urwana w połowie.

Ogółem
Płytę polecam wszystkim, którzy uważają, że w Polsce nie da się stworzyć dobrej muzyki oraz tych, którzy sądzą, iż dla młodych grup nie ma możliwości wybicia się w tym kraju jeżeli nie tworzą przesłodzonego do granic możliwości popu. Jest to porządne polskie granie, mieszające gatunki niczym największy krupier, tasujący karty w kasynie. Znajdziemy tutaj trochę rockowej zmysłowości, elektronicznej potęgi, a przy okazji jest i miejsce na typową, rzewną balladę. Sorry Boys po prostu pokazują, że nie spoczęli na laurach i cały czas nad sobą pracują, co ewidentnie im wychodzi! Krążek jest przy okazji idealny pod względem długości (bez skojarzeń)- nie męczy ogromem piosenek, ale nie jest też przy tym za krótki. 100/10
Cała płyta do przesłuchania tutaj:



I standardowo- zapraszam do komunikowania się w komentarzach, na maila muzycznekorki@gmail.com
Ściskam i pozdrawiam!
Waflekins

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Sorry Boys powstają z popiołów

Okładka singla "Phoenix"- bardzo podobna do tej z "The Sun"
jak widać wszystko ma tworzyć zgraną całość
jak na razie bardzo smakowitą dla ucha słuchacza
Dzisiaj premierę miał najnowszy singiel grupy Sorry Boys- już od dawna zapowiadany przez zespół. Po rewelacyjnym, wakacyjno-chilloutowym The Sun, które zyskało przychylność tych starszych słuchaczy, jak i przyciągnęła do grupy nowe rzesze fanów, teraz przyszła pora na pełen emocji Phoenix. Jak słychać z singli prezentujących następcę debiutanckiej płyty formacji ( tak dla przypomnienia Hard Working Classes z 2010 roku) będzie się znacznie różnić od poprzedniczki. Pojawia się pełno syntezatorów, których wcześniej grupa nie używała. Dalej tekstowo przeważa język angielski, a wielka szkoda bo chętnie posłuchałbym pięknego, przepełnionego uczuciami wokalu Beli Komoszyńskiej w naszym rodzimym języku.  Phoenix rozpoczynają pojedyncze chwyty na nieznanym mi bliżej instrumencie (Cymbałki? Gitara elektryczna? Saksofon? A może tylko komputerowy chwyt?) , które przeplatają się gdzieś z gitarą akustyczną i wspomnianymi już syntezatorami, tworząc wpadającą w ucho symfonią. Wiedziałem, że Sorry Boys powstając z kolejnym singlem na pewno mnie nie zawiodą, ale tym razem przerośli moje oczekiwania. Piosenka jest bardzo dojrzała- o wiele bardziej niż wszystko, co wcześniej Sorry Boys robili, ma w sobie jakiś tajemniczy pierwiastek, który przyciąga i gdy utwór się kończy jak prawdziwy feniks powstaje ponownie. Kto jeszcze nie słyszał to gorąco polecam- link pod spodem, a ja tym czasem w oczekiwaniu na jesień i płytę, odtwarzam Phoenix'a ponownie. I ponownie. I potem jeszcze raz.


wtorek, 13 sierpnia 2013

Święto Opener'a #2 "Cały dzień pod główną"

Spis treści:
Dzień 1
Dzień 3
Dzień 4

Otóż wracam do upragnionej przez niektórych notki o Openerze! Jeżeli nie jesteście w temacie to zapraszam do części pierwszej (którą macie w linku). Spamu ciąg dalszy i mimo, iż minął dopiero miesiąc to wydaje mi się, że minęło o wiele, wiele więcej czasu, ale do rzeczy! Tytuł tego wpisu już zapowiada to, o czym będę tym razem opowiadać. Same największe szychy całej imprezy plus kilka wyjątków. Drugiego dnia tańczyłem w pogo na Kim Nowak,  zaliczyłem chwilowy wypoczynek przy Sorry Boys, śpiewałem razem z Tame Impala, ze zmęczeniem podziwiałem Arctic Monkeys, ponownie wypoczywałem na Nicku Cavie aby zaraz potem zedrzeć gardło na Marii Peszek. Byłem również w teatrze na sztuce Courtney Love z piosenkami Nirvany w tle, aczkolwiek o ile gra aktorska była na naprawdę wysokim poziomie to całe przedstawienie było jakieś zbyt mozolne (choć i tak wyniosłem z niego pozytywne emocje). Czujecie się zachęceni moją opóźnioną trochę- jak niekiedy nasza kochana polska kolej- relacją? :) A zatem zapraszam do dalszej lektury!

Kim Nowak
Muszę przyznać, że fanem zespołu jakoś specjalnie nigdy nie byłem. Dalej są mi obojętni, ale pod względem publiczności to chyba jeden z najbardziej powerowych koncertów całej imprezy. Chociaż nie rozumiem ich obecności na Mainie. O wiele lepiej sprawdziliby się chociażby na Alter Stage'u- jak dla mnie taka duża scena po prostu ich zjadła. Cieszę się, że udało mi się załapać na skromne, aczkolwiek dające popalić pogo przy Szczurze, czy też AAA! zespół przekazał naprawdę kawał dobrej energii na dalsze koncerty, ale muzycznie jakoś średnio mnie uwiedli. Większość piosenek wpadła jednym uchem, a wypadła drugim. Aczkolwiek bawić się bawiłem bardzo dobrze!






Sorry Boys
Muszę przyznać, że wieczór zacząłem bardzo po polsku i o ile wiele osób już siedziało na Please the trees albo czekało na dobrą miejscówkę przy Tame Impala to Ja zostałem na cały koncert Sorry Boys (których nota bene widziałem dzień wcześniej akustycznie na dworcu i zdołałem zamienić kilka zdań z Belą Komoszyńską- naprawdę miłą wokalistką zespołu- między innymi dowiedziałem się, że nowa płyta już na jesień)! Grupa spisała się naprawdę wyśmienicie i na pewno dali sobie radę na scenie pod namiotem, pokazując prawdziwą klasę w pięknym The Sun, skocznym Chance, czy moim ulubionym, ponętnym wręcz Caesar on fire (chociaż każdy ich utwór jest tak naprawdę w jakiś sposób moim faworytem). Sorry Boys zagrali też zupełnie nowy kawałek, którego nie grali nigdzie indziej- Phoenix- był naprawdę ciekawą kompozycją na miarę nowego singla, aczkolwiek mam obawy, że cała nowa płyta znowu będzie w języku angielskim.

Tame Impala
Z Tame Impala musiałem się naprawdę długo zapoznawać, aby ich polubić jednak koncert w Gdyni udowodnił mi, że kwartetu z Australii nie da się nie lubić. Nie wiem, czy tylko mi, ale ich twórczość mocno kojarzy mi się miejscami z jakąś elektroniczną wersją The Beatles. I mimo, że nie wiem jak Beatlesi spisywali się na scenie, tak Tame Impala naprawdę dało radę. Cieszę się, że udało mi się dojść praktycznie pod samą scenę mimo tłumów jakie grupa Kevina Parkera zebrała pod sceną główną. Pamiętam jak w strugach deszczu skakałem i klaskałem wraz z wieloma innymi osobami już od początkowego Music to walk home by i głównie z nowej płyty pochodził cały set. Oprócz tego grupa wykonała Feels like we only go backwards, czy Mind Mischief wykonane o wiele lepiej niż studyjnie. Po Apocalypse Dreams Australijczycy zniknęli, a szkoda- bo fajnie byłoby usłyszeć np. Lucidity i Jeremy's Storm na krótkich bisach, bo pierwszej płyty było bardzo mało.

Arctic Monkeys
Tego headlinera chyba najmniej miło wspominam. Koncert był nawet dobry- pięknie, fajnie, skocznie, ale ja cały czas odczuwałem, że nie ma tu tego czegoś. Brakuje tej studyjnej magii, która sprawiała, że Brianstorm był taki mroczny, a Dancing Shoes takie przebojowe. Bardzo fajnie wypadło za to na przykład I bet you look good on the dancefloor, które porwało całą nawet najbardziej malkontencką część publiki. Jednak, gdy teraz wspominam ten koncert to myślę, że o wiele lepiej dał sobie radę Nick Cave, który przybył na scenę zaraz po Arktycznych Małpkach, które pożegnały się stonowanymi piosenkami When the sun goes down i 505 (no dobra, bisy wyszły im chyba najlepiej). Aha! Zagrali też Do I Wanna Know- singiel z nowej, nadchodzącej płyty! :)

Nick Cave & The Bad Seeds

O północy w rytm największego hitu z nowej płyty "Push the sky away"- mianowicie We Know Who U R na scenę główną festiwalu wkroczył tanecznym krokiem jeden z moich prywatnych headlinerów- Nick Cave. Naprawdę piękny koncert, do którego muzyk kilkakrotnie wyskakiwał do publiczności. Niestety Ja byłem już zbyt zmęczony staniem w ogromnym tłumie, więc siedziałem lekko oddalony od sceny racząc się kolejnymi piosenkami. Setlista naprawdę przecudowna. Przemyślana pod każdym względem, ponieważ nie czuć było przesytu nową płytą. Jubilee Street, Mermaids, czy Push the sky away zagrane już na zakończenie koncertu zostały przeplecione ze starszymi utworami. Cieszyło mnie słuchanie balladowego Into My arms, rockowe Deanna i The Mercy Seat oraz klimatyczne Papa Won't Leave You, Henry. Na bisy nie zostawałem i w sumie nic nie straciłem, bo był tylko jeden. Wypoczęty pognałem na Marię Peszek.

Maria Peszek
Prawdopodobnie najlepszy koncert całego tego dnia. Maria przyjechała na tegoroczną edycję, promując swoją najnowszą płytę "Jezus Maria Peszek", którą już recenzowałem na samym początku istnienia bloga. Maria stworzyła niesamowity klimat mimo, iż set to krążek zagrany od początku do końca z kilkoma innymi piosenkami ze starszych płyt. Nie zaskakujący set został mi jednak wynagrodzony dawką emocji. Znowu mogłem szaleć pod sceną i śpiewać wraz z tysiącami innych osób. Jednym z moich najmocniejszych muzycznych wspomnień z Opener'a jest właśnie tysiące gardeł wyśpiewujących wraz z Marią refren Sorry Polsko. Chyba nikt nie spodziewał się tak hucznego przyjęcia artystki, która dała z tego co pamiętam, aż 4 bisy! Oprócz materiału z nowej płyty zaskoczyła mnie przerobiona wersja Piosenki dla Edka z pierwszej płyty artystki. To już nie flaki z olejem serwowane na Marii Awarii. Było silnie, było rockowo i z powerem. Maria zaskoczyła też coverem grupy Depeche Mode i wykonaniem piosenki Personal Jesus z płonącymi świeczkami przyczepionymi do ciała Marii. Po tym koncercie poszedłem do namiotu, chociaż z innych scen dochodziły mnie jeszcze pozostałe kończące się powoli koncerty. Tak upłynął mi dzień drugi festiwalu.

Jesteście ciekawi co było dalej? Część trzecia już niedługo. Dziś wieczorem zaserwuję za to jeszcze jednego króciutkiego posta, tak żeby wynagrodzić moją sporą nieobecność. A może chcecie podzielić się swoimi przemyśleniami, podrzucić jakiś pomysł albo polecić swoją muzykę, o której warto byłoby napisać? Piszcie na muzycznekorki@gmail.com :)
Do następnego razu!

Waflekins.