Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hey. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 lipca 2014

Niech gra muzyka!

Ostatnie dni to dla mnie głównie wypoczynek i szykowanie się mentalnie na Woodstock. Jeżeli ktoś z Was również się tam wybiera to w tym miejscu na oficjalnej stronie festiwalu  możecie sobie ogarnąć cały line up łącznie z jubileuszowym koncertem Kasi Kowalskiej, na którym artystka zagra materiał ze swojej debiutanckiej płyty "Gemini" z 1994 (to już dwadzieścia lat piosenek takich jak "Oto ja", czy "Wyznanie" - może przed woodem walnę Wam tutaj recenzję tego krążka?). Wracając do głównego wątku całej dzisiejszej imprezy. Przede wszystkim chciałem tylko powiedzieć, że dalej nie mogę wyjść z podziwu jak statystyki pod postem o Jarocinie idą wciąż do góry - pierwszego dnia mordka mi się przez Was cieszyła jakbym widział co najmniej darmowy bilet na wakacje w Buenos Aires. Postanowiłem iść za ciosem i czym prędzej wrócić i machnąć zapowiedzianą wcześniej recenzję. O czym będzie dzisiaj? Otóż popiszę sobie o jednej z najbardziej eklektycznych płyt polskiej muzyki pierwszej dekady XXI wieku.
Zapraszam do lektury!

Hey - "music.music", Warner Music Poland, 2003
Z deszczu pod rynnę.

Po dość burzliwym okresie w życiu muzycznym grupy powoli wszystko zaczęło się stabilizować i wracać do normy. Gdy w 1999 roku Hey musiał w ramach spłacenia długów z wytwórnią Izabelinu nagrać i wydać płytę kompletnie za darmo, stanął przed kryzysem spowodowanym odejściem Piotra Banacha - dotychczasowego lidera i kompozytora wielu ważnych dla zespołu kompozycji (baj de łej on sam też nie zniknął permanentnie i wciąż prężnie działa między innymi w Indios Bravos). Kasia Nosowska pytała wtedy w nagłówkach swoich felietonów - "Hey is dead?". Na odpowiedź trzeba było chwilę poczekać, ale jak ostatecznie wiadomo zespół żyje pełnią życia i ma się dobrze. Po rewelacyjnie przyjętej nagranej już z Pawłem Krawczykiem płycie "[sic!]" - dzisiaj będącej obok debiutanckiego "Fire" w kanonie kultowych dokonań naszego rocka pojawiła się nadzieja na odbicie się od dna. Jubileuszowa trasa z okazji 10-lecia twórczości grupy, na którą fani wybierali piosenki poprzez specjalną stronę internetową (tak, tak moi drodzy - to nie Metallica pierwsza wpadła na taki innowacyjny pomysł) i wydanie zapisu z poszczególnych koncertów przyniosło równie pozytywny odzew co sam "[sic!]". Podczas gdy materiał zatytułowany      
"[Koncertowy]" zyskiwał kolejne dobrze rotujące recenzje Kasia Nosowska i Paweł Krawczyk ogłosili oficjalnie, że są parą (na rany Chrystusa jak to tabloidowo brzmi - jakbym był  pisemkiem dla gospodyń domowych). Wszyscy fani zespołu oczekiwali na kolejny studyjny krążek, a sami muzycy porównywani byli pod niebiosa z Johnem Lennonem i Yoko Ono. Rzeczywistość jest jednak inna i po wzlotach zwykle znowu następują upadki - tak to już jest, że życie to ciągła huśtawka i równie szybko jak krytyczne głosy zaczęły zachwalać "nowego" Hey'a, tak równie szybko się od zespołu odwróciły. Pofilozfowałem to mogę się skupić na samym "music.music". 

Między innymi z takimi kawałkami jak "Miss Ouri" mamy do czynienia na 
"music.music"

sobota, 29 marca 2014

Kryzys wiary?

Dzień dobry.
Dziś ciężar wiosny pachnącej rozkwitającymi kwiatami. Ja jak to ja - pory roku kojarzę z ulubionymi płytami. Dużo dobrych dźwięków kojarzy mi się z tym okresem.
Może jest ich już nawet za dużo?
Dziś będzie felieton. Dawno tego nie robiłem. Niestety - u mnie zwykle jak pojawiają się tu przemyślenia, to zawsze się robi jakoś tak ckliwie i smutno.
Znowu wprowadzę dramaturgię na Korkach.

Niby noc jak każda inna. Wczoraj wybrałem się na happysad w Słowianinie. Lubię tę okolicę bo i Odra, i port, i dźwigozaurów rząd w tle majaczącym na tle zachodzącego słońca. Bardzo poetycki, zachwycający obrazek. Katharsis przezyłem jednak dopiero wewnątrz słynnego, szczecińskiego Domu Kultury. Pogo niesamowite, energia nie do opisania, krok za krokiem krok. Teraz dzięki temu modny fiolet zdobi moją prawą rekę. Nie powiem mocno na mnie to urzekło. Już drugi raz idę na happysad i dostaję to, czego tak mocno oczekuję zawsze idąc na koncert Hey'a. Mocne, obrastające w siłę brzmienia, wspólne śpiewanie piosenek i taniec spoconych ciał.
Jeśli wiesz co chcę powiedzieć - Cały mój świat potrzebuje psychologa.

czwartek, 16 stycznia 2014

Noworocznie.

Kurcze pieczone. Witam Was w nowym roku! :)
Nie chciałem zaczynać roku tego typu postem, walczyłem ze sobą wiele czasu, żeby nie kopiować tego "podsumowania 2013 roku" tak słynnego na innych tego typu portalach. No bo w sumie wiecie, co miałbym w takim poście napisać? Wiecie, czym się zasłuchiwałem. Musiałbym powtórzyć jak wspaniałe i pozytywne są Domowe Melodie, nowa płyta Mikromusic to wspaniały krok na przód dla tego zespołu, Crystal Fighters zaatakowali rynek nową dawką energii, wciąż zachwycam się Jaszczurką Pati Yang, a pod koniec roku na nowo zakochałem się w ONA. Ahh, no i na pierwszych miejscach musieliby znaleźć się Sorry Boys oraz Edyta Bartosiewicz i po raz kolejny powtórzyć, że "Renovatio" to płyta wybitna. No ludziska sami powiedzcie, ile można? Mimo wszystko cała ta noworoczna aura wywarła na mnie wpływ i podsumowania, zestawienia i inne tego typu refleksje aż cisnęły mi się na serce. Postanowiłem, że dam temu wypłynąć, z tą jednak różnicą, że Ja zamiast skupić się na zeszłym roku, który można już upchnąć na spokojnie w szufladce z napisem "przeszłość", zastanowię się nad przyszłymi trzystoma paroma dniami. 
Zanim zacznę opowiadać, cofnę się z Wami w czasie jeszcze wcześniej niż do zeszłego roku - zatrzymamy się na moment w 2012, kiedy to blog zaczynał raczkować (boże, ale on już stary!). Powiedziałem sobie wtedy, że tym razem pojadę na Opener'a, który wtedy moim marzeniem był już od jakichś dwóch lat. Udało się. Stwierdziłem również, że nie opuszczę bloga (co dawniej mi się zdarzało - tamte blogi były jednak dziecinną zajawką i na próżno będziecie ich szukać w krainie internetu - zatarłem wszystkie ślady :)) i jeżeli tylko będę mieć coś do powiedzenia, to się najzwyczajniej w świecie odezwę. Obie z tych rzeczy się udały. I jestem z tego dumny. Czy w roku 2013 też coś sobie postanowiłem? 
Oczywiście!
Tym razem mam zamiar pojechać w sierpniu do Kostrzyna Nad Odrą i zobaczyć w końcu Przystanek Woodstock. Jest to moje marzenie, które co roku - dokładnie planowane - niestety nie wychodzi z tych, czy innych względów, tym razem mam zamiar jednak zrealizować ten pomysł. Jak się będę bawić na scenie w rytmie Skid Rowa, T.Love i Lao Che? Tego dowiecie się już wkrótce? Na pewno w tym roku będzie o wiele więcej postów na przełomie maja i października, gdyż po maturze czekają mnie najdłuższe wakacje w życiu. Myślę nad stworzeniem wówczas zupełnie nowego cyklu, ale nie mam pojęcia jak to wyjdzie. Na razie nie zapeszam. Kolejny punkt - stworzyć wreszcie profil na facebookowy dla bloga! Chcę również zobaczyć na żywo Pati Yang i przeprowadzić wywiad z jakimś znanym muzykiem. Z postanowień pozamuzycznych zrobię sobie tatuaż i zacznę uczyć się języka rosyjskiego - to takie najważniejsze i najmocniejsze punkty programu. Innych nie ma. 
A teraz to na czym miałem się skupić w tym poście, a ostatecznie temat zszedł na zupełnie inne tory (stety niestety chyba nigdy nie nauczę się trzymać tylko jednej kwestii i nie rozgadywać :)). Na co czekam w 2014 roku muzycznie? Ciekawić mnie będzie na pewno pierwsza płyta solowa Damona Albarna - wokalisty zespołów blur (który słyszałem na żywo) oraz Gorillaz. W internecie na razie znaleźć można tylko kilkusekundowy trailer płyty. Coraz więcej mówi się też o tym, że wydawać ma Adele - świeżo upieczona Mama urlop macierzyński ma już raczej za sobą. Z polskich płyt wypatrywać będę czegokolwiek spod szyldu Hey/Nosowska. Raz, że od wydania ostatniej płyty - "Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan" minęły już prawie dwa lata, a dwa - Ja zawsze wypatruję płyty Kasi solo albo Hey'a. Na pewno ciekawy jestem długogrających krążków Much (które ostatnio uraczyły Nas już singlem promującym nowe wydawnictwo), Happysadu (przy okazji obchodzić będzie 10-lecie wydania pierwszej płyty, także będzie ciekawie) oraz Pati Yang (mam nadzieję, że płyta zapowiedziana na marzec w końcu się pojawi i tym razem nic nie przeszkodzi artystce w jej wydaniu). Ostatnia wspomniana pozycja ciekawi mnie najbardziej dlatego, że "Man is a dreamer" - nowy materiał twórczyni "Jaszczurki" ma być całkowicie rockowy, jego namiastką jest singiel "I'm ready" z końca 2012 roku. Ciekawy też jestem solowego albumu Artura Rojka. Jaka będzie odpowiedź byłego wokalisty Myslovitz na to, co wyprodukowała jego była formacja bez niego? W sieci jest już również "zwiastun" płyty. Jak w przypadku Damona Albarna - jest to tylko kilka sekund, w czasie których pan Artur przechadza się wiosenną porą (a może to wczesna jesień) po enigmatycznej wiosce w rytm nastrojowego, chill outowego motywu. 2014 zapowiada się bardzo ciekawie...

Jakże długi teaser solowej płyty Damona.

środa, 18 grudnia 2013

Świąteczne wspominki. Czyli #Wyliczanka numer bodajże 4.

Witam Was wszystkich w ten grudniowy wieczór!
Równo rok temu (no dobra, dobra - bez jednego dnia), zacząłem Was bombardować muzyką, którą uważałem za najlepszą na świąteczny czas, wypełniony śnieżnymi krajobrazami za oknem, karpiem na stole i lampką czerwonego wina, wypitą przy dźwiękach, płynących z adaptera winyli. (żebym Ja tak pięknie rok temu pisał, wiem, jestem fontanną skromności). Tak naprawdę wtedy wolałem się skupiać na tandetnych obrazkach sprzed wigilijnego stołu, gdzie wszyscy życzą sobie wszystkiego dobrego. Pomijając zawartość merytoryczną ubiegłorocznych wypocin - wówczas sprezentowałem Wam fenomenalne June Julii Marcell oraz magiczne A Jolly Little Christmas from Frank Sinatra. Była to zaledwie malutka cząstka muzyki, która kojarzy mi się ze Świętami Bożego Narodzenia. Coś mnie naszło i postanowiłem stworzyć słodki jak peerelowskie landrynki post. Dzisiaj, korzystając z okazji zbliżających się Świąt wrócę do tego okresu. Będzie totalnie na spontanie, bez żadnego przygotowania. Taki będę szalony! Zatem starą, blogową tradycją - zapraszam do lektury!

#15 Cool Kids of Death - "Plan Ewakuacji" 

To było bodajże 3 (A może 2? Nie jestem pewien) lata temu. Wróciliśmy z jakieś imprezy rodzinnej dzień przed Wigilią razem z rodzicami bardzo późno. Nic w tym więc dziwnego, że najzwyczajniej w świecie chciałem się wyspać przed kolejnym długim, rodzinnym spędem. Niestety Babcia wraz z Mamą miały zdecydowanie inne plany. Wigilia zwykle odbywa się u Nas, więc oczywiście wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, co wiąże się z przygotowaniami już od 8 rano. Tamtego dnia leciała u nich w kuchni Trójka i to właśnie ta piosenka mnie zbudziła. Wstałem, wyjrzałem przez okno, padał śnieg, a w tle właśnie Plan Ewakuacji. Wtedy zrozumiałem, że wszystko jest na swoim miejscu. Polecam również teledysk (dostępny w internecie, ale blogger odmawia posłuszeństwa w dodaniu go tutaj).




#14 Sorry Boys- Evolution (St. Teresa)

Jeszcze nie miałem okazji tego testować świątecznie i katować tym rodziny. W tym roku spróbuję. O Sorry Boys pisałem. I pisałem. I pisałem jeszcze więcej. O najnowszej płycie, zatytułowanej "Vulcano" stworzonej przez tą wybitną, polską formację też już pisałem. Ten utwór - jak dla mnie obecnie numer 1. na liście przebojów z tej płyty. Od pierwszego przesłuchania już czułem, że będzie to coś wspaniałego, słuchać tego na Święta (w tle w tym kawałku brakuje mi tylko dzwonków sań Świętego Brodacza). 


#13 The Police - "Every Little Thing She Does Is Magic"

Z tym kawałkiem jest jak ze wszystkimi utworami starego, dobrego Frania Sinatry - za każdym razem na święta katuję do bólu uszu. Pamiętam jak usłyszałem ten kawałek po raz pierwszy na jakimś karaoke. Potem wróciłem do domu i słuchając jednego z największych przebojów Stinga i spółki robiłem świąteczne porządki. Wtedy jeszcze słuchałem muzyki na Groovesharku i Youtubie i wpadłem w taką manię, że zrobiłem dla The Police nawet osobne playlisty na obu tych portalach. Pewnie dalej gdzieś je mam na moich antycznych, zakurzonych i zjedzonych przez mole kontach. Ale ten kawałek jest taki piękny i aż buchający zimowomiłosną magią, musicie tego posłuchać, żeby poczuć magię świąt. Olejcie oklepane, kotletowe "coraz bliżej święta"!


#12 Brodka- "Bez tytułu"

To był rok 2011. Zaczynałem wtedy Liceum. To był bardzo dobry rok dla polskiej muzyki rozrywkowej - między innymi właśnie wtedy Monika Brodka zmieniła się z ugrzecznionej laureatki "Idola", śpiewającej o ślubie w nieokrzesaną bojowniczkę polskiej alternatywy i wydała pod okiem Marcina Borsa swój najlepszy dotychczas album długogrający - "Grandę". A tam znalazło się miejsce na przykład dla takiej perełki jak "Bez tytułu". Tłusty, elektroniczny, główny motyw na syntezatorze i ciekawe syntetyczne wstawki, z towarzyszącą łamiącą się perkusją, zmieszane z wokalem Moniki w pyszne świąteczne, muzyczne ciasto. Zakochałem się wtedy na ulicy, słuchając tego tracku. Można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego przesłuchania, trwająca do dziś :)


#11 Frank Sinatra- "Let it snow"

Ja wiem, wiem. Święta to u mnie Sinatra i Sinatra, ale to nie mogło się tutaj nie znaleźć. Magia. Dzisiaj już się takiej nie da stworzyć w studiu. Można tylko słuchać i słuchać. I słowa są tu niepotrzebne (zupełnie do mnie niepodobne stwierdzenie



#10 Czesław Śpiewa- "Frozen Margarita (with gin)"

Obecnie nie jestem już fanem tego Pana. To nie kwestia tego, że się sprzedał jak mówią niektórzy, ale jakoś minęliśmy się w ideałach i muzycznie. Mimo wszystko "Pop" z 2010 roku stoi u mnie na półce i jestem z tego dumny, bo jakby nie patrzeć jest to bardzo dobra płyta. A "Frozen Margarita" - osobliwa historia z alkoholem w tle z baśniową oprawą muzyczną, przypominającą mi trochę Shreka. Pamiętam jak śnieg zasypał szczecińskie ulice, a wtedy właśnie tego słuchałem. To były ładne święta dla moich dziecięcych oczu.



#9 Kasia Kowalska- "Oto Ja"

Gemini. Rok 1994. Nie było mnie jeszcze na świecie, gdy powstała ta płyta (może byłem już w planach - tego nie wiem, ale może być taka opcja). Wracając do samej piosenki. O ile "Gemini" to płyta bardzo drapieżna i nieokiełznana, o tyle "Oto Ja" to najspokojniejsza wysepka na tym morzu rockowego szaleństwa. Piękny evergreen lat '90, a te mimo że trochę tandetne, to nigdy się nie nudzą. Jest to jeden z moich "naj" jeżeli chodzi o Kasię Kowalską.



#8 Sofa- "Serpentyny i bańki mydlane"

Sofę odkryłem jakoś rok temu za sprawą zupełnie innego utworu niż wspomniany. Był to mianowicie "Hardkor i Disko", puszczony w jakimś radiu w ramach anegdoty na temat końca świata, przepowiedzianego przez Majów. Jak widać przeżyliśmy kolejną apokalipsę, a w tamtym roku z sympatii jaką wzbudziła we mnie ta ciekawa grupa, łącząca muzykę rockową z elektroniką, choinkę ubieraliśmy w domu przy "Serpentynach...". I tak jakoś będzie mi się kojarzyć ze świętami już zawsze. Polecam zapoznać się z przygodami Eryka w kosmosie!


#7 Metallica - "One"

Dlaczego akurat to? Pamiętam, że i Mama, i Babcia były w ten świąteczny poranek w pracy. Tata miał wolne i został z takim 8-letnim Patryczkiem w domu. Co postanowili zrobić? Podenerwować sąsiadów, dokładnie! A najlepszym sposobem na zirytowanie tych, którzy puszczają techno o 3 nad ranem jest puścić im muzykę na cały regulator, kiedy Ci smacznie odsypiają melanże życia. Jako iż Tata dawno, dawno temu w innej galaktyce był metalem i nosił długie kudły, to puściliśmy im cały koncercik Mettaliki. To był piękny początek świąt! Swoją drogą - wybiera się ktoś na nadchodzący koncert Jamesa Hetfielda i jego świty?



#6 The XX- "VCR"

A to już kawałek na poświąteczne wegetowanie. Najlepiej przy wspaniałych prezentach, jakim mogą być płyty - senny "Vcr" z debiutanckiej płyty jednego z najsłynniejszych angielskich zespołów indie, jest idealny właśnie na takie chwile relaksu. Wszystko jest w tej piosence leniwe, spokojne i ciasteczkowe. Takie jakie właśnie mają być święta!



#5 Bjork- "Moon"

O tym, że Bjork to wybitna artystka, wspominać już nie trzeba. Ma na koncie mnóstwo płyt, doskonale przyjętych przez fanów nie tylko w rodzimej Islandii. Z płyty "Biophilia" wydanej w 2011 roku właśnie jakoś na święta, najbardziej wgryzł mi się w głowę singlowy "Moon", do którego istnieje przepiękny teledysk. Najlepiej słucha się tego kawałka nocą (zwłaszcza taką zimową), wyczekując na przybycie Mikołaja (albo pakując prezenty, chociaż to tak naprawdę Mikołaj owija je w te piękne papiery z hipermarketu). Jest tu - jak na całym albumie - coś niesamowicie nieuchwytnego. Polecam!



#4 Myslovitz- "3 Sny o tym samym"

Mój przyjaciel się na mnie za to obrazi. Ale pozdrawiam go, ślę ściski i mówię, że to wysokie miejsce to kwestia przypadku, bo kolejność jest losowa. W czym rzecz? Przyjaciel jest przeogromnym fanem Myslovitz, ale tylko tego z Arturem Rojkiem, zaś działalność Michała Kowalonka w zespole z Mysłowic jest dla niego nie do przyjęcia. Ja wielkim fanem twórczości tej grupy nie jestem wcale. Lubię posłuchać, ale bez zachwytów, jednak uważam, że przy pierwszym singlu "nowego" Myslovitz z płyty "1.577" (wie ktoś w ogóle co ten tytuł oznacza?) naprawdę fajnie się zasypia, pod ciepłą perzyną, gdy za oknem szaleje zima.




#3 Edyta Bartosiewicz- "XXI Wiek"

To już bardziej kawałek, którego słucham już w pierwszy noworoczny dzień zaraz po Sylwestrze. Dalej jest to w każdym razie okres świąteczny i właśnie dlatego ta kompozycja ma również swoje miejsce w tej Wyliczance. O tej Pani pisałem już w tym roku również milion razy, więc nie będę się już rozdrabniać na części pierwsze. Co mogę powiedzieć o tym utworze? Przecudowne, rockowe granie z przełomu dwóch wieków. Na dodatek Edyta, śpiewająca na kilku różnych ścieżkach w końcowym refrenie, zawsze powala mnie na łopatki. Swoją drogą - ulubioną porą roku tej Pani jest właśnie zima ;)



#2 Dixie Chicks - "Landslide"

Prześliczna piosenka w wykonaniu girlsbandu, serwującego głównie akustyczne country. Poznałem niedawno, ale również mam zamiar przetestować tej zimy, bo kawałek ewidentnie tak mi się kojarzy. Nieco nostalgiczny. Zobaczymy jakie wynikną z tego wspomnienia.



#1 Muchy - "Nieprzeszkadzajmibotańczę"

Główne skojarzenia? Pewna zimowa, szczenięca miłosna przygoda dwa lata temu. Dzisiaj dalej z tą osobą utrzymuję bardzo dobre kontakty, ale tak czy inaczej jakiś sentyment do tego kawałka pozostał. Chłodne gitarowe chwyty i skoczny rytm idealnie wpasowują się w ten zimowy styczniowo-grudniowy klimat. Jeden z niewielu kawałków Much, które bardzo lubię. Nie mogę się przekonać, chociaż to co macie do przesłuchania pod spodem to czysty majstersztyk!




To już koniec! Przyznam, że naprawdę miło było sobie powspominać. Mam nadzieję, że te święta będą równie udane jak poprzednie. Zarówno muzycznie, jak i w innych aspektach (chociaż Kevina nie będzie w tv :( ) A jak jest u Was? Macie jakieś kawałki, które zachowaliście w sercu jako te świąteczne? Jeżeli tak - podzielcie się nimi w komentarzach albo pod adresem mailowym muzycznekorki@gmail.com! Zapraszam też do subskrybowania, aby być na bieżąco!
Ściskam i życzę miłego wieczoru!
Ps: Nie było nic od Hey'a! Co za niedopatrzenie z mojej strony! Chociaż tutaj będzie naprawdę świątecznie. Pod spodem dwa specjalne wykonania, piosenek bożonarodzeniowych, których bezczelny blogger również nie chce pozwolić mi wrzucić do posta - "White Christmas" z jakiegoś starego programu bożonarodzeniowego Polskiej Telewizji 2. Jakość tragiczna, ale za to jaki biały kruk! Dwie Kasie - Nosowska i Kowalska, takie młode. I to wykonanie! Łezka się w oku kręci. Oprócz tego już sama Kasia Nosowska w odcinku specjalnym Szansy na Sukces (bodajże rok 1995 - wtedy się urodziłem! :)), śpiewa kolędę "Dzisiaj w Betlejem". Rarytas o jakie ciężko w dzisiejszych czasach. Polecam posłuchać, by poczuć jeszcze bardziej magię świąt.
http://www.youtube.com/watch?v=X9YITuIwz1Q
http://www.youtube.com/watch?v=VQHZSGCAZf4

Waflekins.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Święto Heinekena #3 "Dzień lukru i cukru-pudru"

Spis treści:
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 4

No dobra... Kiedyś trzeba to zrobić, więc powoli wykańczamy moją relację z Opener'a (w końcu kiedyś trzeba :)). Dzisiejszego wieczoru będzie naprawdę mnóstwo przychylnych epitetów, gloryfikacji ponad słońce i innych tego typu miłych rzeczy okraszonych jeszcze na dodatek lukrem- co by było jeszcze bardziej słodko. Dlaczego? Ponieważ uważam, że trzeci dzień Święta Heinekena był najlepszym ze wszystkich tegorocznego festiwalu. Pozytywna energia gromadziła się we mnie całe popołudnie i wieczór, aby w końcu spokojnie wyciszyć się dopiero wczesnym rankiem. Był więc Kaliber 44, który nie wiedzieć skąd dostał się na scenę główną, energetyczna Ifi Ude, jeszcze bardziej drapieżna i rozkręcona Skunk Anansie, dające czadu ze swoją nową płytą Queens of the stone age, mój najukochańszy Hey (<3 <3 <3), bardzo ładne The National i Rykarda Parasol, która swoim przepięknym zachrypniętym wokalem ululała mnie do snu :) Zapraszam!

Kaliber 44
Kaliber- już z Gutkiem.
Od razu mówię, że nie byłem na całym koncercie, gdyż pognałem pod koniec pognałem by zająć dobrą miejscówkę na koncercie Ifi- aczkolwiek gdyby nie ten priorytetowy koncert na scenie Alter Space, to mimo iż zbytnio nie jara mnie rap tak Kaliber we wznowionym składzie- Abradab, Joka i DJ Feel X ze specjalnym gościem- Gutkiem- wokalistą znanego w niektórych środowiskach Indios Bravos (pochwalę się, że wywodzącego się z mojego rodzinnego miasta) i powołanym wówczas tylko na czas festiwalu (bo jak wiadomo grupa postanowiła jednak działać dalej i wydać płytę). Wgłąb Kossakowa poszły największe hity grupy- Normalnie o tej porze i Film (który zakończył cały koncert), piosenki z solowej twórczości Abradaba, które trochę mniej mi się podobają niż twórczość Kalibra. Dodam jeszcze o naprawdę fajnie wykonanej Wenie, którą bardzo lubię :)
Ciekawym urozmaiceniem koncertu był Nie rytmiczny me how z repertuaru Indios Bravos, wykonany razem z Gutkiem. Niestety zaraz po tym pognałem spod głównej sceny w rytm piosenki Chase the devil (tym razem Gutek "coverował" samego siebie).

Ifi Ude
Ifi ponownie zaczarowała moją duszę- wygrałaś Opener'a
dziewczyno!
Koncert, który wygrał dla mnie całego Opener'a. Przyznam się również, że to był jeden z koncertów na które najbardziej czekałem na festiwalu. Ifi przyprowadziła ze sobą bardzo liczną trupę- trzy przemiłe panie (z czego jak się dowiedzieliśmy jedna jest siostrą wokalistki) w chórkach, perkusję, klawiszowca, dwie gitary... bardzo rockowy skład zważywszy na stylistykę wykonywaną przez grupę. Tak duży skład jednak bardzo dodał uroku wszystkim piosenkom. Artystka wykonała kilka piosenek ze swojej nadchodzącej płyty- Shake it don't panic pierwszy raz na przykład ujrzało światło dzienne. Oprócz tego nie zabrakło największego "hitu"- My Baby Gone w rytm, którego wszyscy skakali i bawili się. Należy dodać, że na koncercie można było poczuć się jak na dobrej dyskotece- wszyscy wokoło ze sobą tańczyli, co niektórzy śpiewali razem z wokalistką, wymachiwali dłońmi, a w czasie Fali poszły przez salę fale- magia totalna magia. Z resztą to może kwestia czarów, gdyż piosenkarka początkowo wyszła przebrana za szamankę (strój ten pojawił się również w jednym z jej klipów ;)). Tak- początkowo- gdyż przebierała się ona trzy razy (prawie jak Lady Gaga na trasy Ifi będzie pewnie wozić całą szafę wymyślnych kostiumów). Atmosfera została jednak stonowana podczas poważnej, lekko nostalgicznej Wełny z akompaniamentem wiolonczeli. "Piękny koncert- wygrał jak dla mnie Opener'a"- powiedziałem, nie wiedząc co mnie czeka na Skunk Anansie.

Skunk Anansie
Skin publiczność wokalnie wbija w ziemię, a potem sama jeszcze fizycznie
w nich skacze- gratka dla fanów Skunk Anansie.
Kolejny koncert aż buchający energią. Skin i jej spółka wykonali sporo piosenek z najnowszego albumu- szałowe I believed in you, czy też I hope you get to meet your hero, ale także starsze hiciory- przede wszystkim znany wszystkim Hedonism, trochę mniej Charlie Big Potato i Because of you (po którego wykonaniu miałem prawdziwą "fazę" na ten utwór). Skin porządnie się wydzierała, a nawet skoczyła w publiczność, pośród której zaliczyła nawet spacer, by stać niedaleko mnie, gdy jej koledzy wywijali na instrumentach prawdziwe "cuda na strunach". Było również headbangowanie i śpiewanie You're so fucking political. Bardzo, bardzo dobry koncert i kto nie był niech płacze, i żałuje bo taka okazja może zdarzyć się dopiero za kilka lat. Po takim cudownym koncercie pozostają tylko miłe wspomnienia. Aż miło potem napić się zimnego piwka, czy tymbarka :)
Black Traffic-

Queens of the stone age
Queensi roztańczeni i pełni energii. Zapraszamy
ponownie do Polski!
Zaczęło robić się ciemniej i ciemniej, aż w końcu zapadł zmrok i na scenę weszli Queens of the stone age, promując swój najnowszy album ...Like Clockwork jednak dużo nowej płyty nie było. Przywitali się swoim największym, popisowym hiciorem- Feel good hit of the summer. Potem w świat poszły również inne- No one knows, czy Make it Wit-chu. Z najnowszego krążka jedynym elementem, którego było dużo to psychodeliczne teledyski puszczane w tle, przeplatające się z wizualizacjami okładki. Przy okazji wspomnę o tym, że grupa wygrała dla mnie pod względem najlepszego oświetlenia koncertu- nie wiem, kto za tym stał, ale odwalił kawał dobrej roboty, brawo Queensi- zapraszamy ponownie, jednak muszę udać się na Hey. I w ten sposób oddaliłem się w rytm I appear missing (cóż za zbieg okoliczności :P)- jednak wbrew mojej miłości do Hey'a i Nosowskiej zbierałem się stamtąd naprawdę długo.

Hey
Kasia z uśmiechem powitała wszystkich
przybyłych na koncert jej grupy-
"uściskałabym was"- mówiła
zdjęcie ze strony afterparty.pl
Może miejscówki nie miałem najlepszej przez moje zasiedzenie na QOTSA, ale i tak nie przeszkadzało mi to raczyć się dźwiękami ulubionego zespołu. Grupa zagrała bardzo dużo nowych kawałków- Wilk vs Kot otwierający koncert (ta piosenka zawsze jakoś potrafi mnie zachwycić w wersji live- nie ważne jak często słyszę), Wieliczka (przygotowana jako jedna ze specjalnych niespodzianek), drugą niespodzianką było już z przedostatniej płyty- Nie więcej wykonane z Moniką Brodką, ale momentami były powroty do starości (Zazdrość- którą widziałem już tylko na nagraniach, Schizophrenic family albo znana wszystkim Cudzoziemka w raju kobiet). Był też dawno nie grany cover Everybody's gonna learn sometimes, ale szczerze- Hey powinien wyrzucić go na dobre z setlisty. Pognałem na The National.





The National
Uwaga Panie, Uwaga Panowie- Matt się wczuwa
Może jakimś zbytnim fanem twórczości "Naszynali" nie jestem, ale koncert był naprawdę ładny. NajbardziejI need my girl, wykonane o wiele piękniej niż studyjnie. To muszę przyznać Mattowi Berningerowi- wokaliście i tekściarzowi grupy- w to co robi wkłada naprawdę dużo emocji i to słychać przy może jego niezbyt udanych popisach wokalnych (cóż ja należę bardziej do fanów damskich wokali) jednak na pewno szczerych. I w tym jest jakaś prawda, uczucie. A może zawodzenie pieśniarza wywołane było zbyt dużą dawką alkoholu wypitego w czasie koncertu? Tak, tak- koncert nie był okazją do tego, żeby być abstynentem i po wypiciu całej butelki nieznanego trunku bodajże przy Mr. November Matt poleciał w tłum. Co jeszcze zostało zagrane naprawdę fajnie? Na pewno chyba największy hit grupy- I should live in the salt, a i jeszcze Abel. Pomimo uczucia pustki, które zostało mi po koncercie, do studyjnych podejść The National nie mam zamiaru przechodzić.
w pamięć zapadło mi

Rykarda Parasol
Na ten koncert poszedłem już będąc na pograniczu jawy i snu. Niewątpliwie jednak ten koncert przyczynił się do pojawienia się tego posta akurat teraz- przypomniałem sobie bowiem jak zachwycałem się wokalem pani Rykardy po Openerze i przysięgałem na wszystko, że będę teraz często jej słuchać- i co z tego wyszło?Figa z makiem. Ale wróćmy do wokalu Parasol- przepiękne zachrypnięte głosisko, cholernie zmysłowe. Pamiętam jak wszedłem już na koncert na scenę Alter Space, a artystka akurat grała swój kawałek otwierający najnowszą płytę- Cloak of comedy- poczułem, że przyszedłem w bardzo dobre miejsce. Kobieta świetnie dogadywała się z publicznością, a swoje występy co chwila przerywała konferansjerskimi wykonami. Najlepiej pamiętam opowieść o tym jak powstała piosenka Drinking song z drugiej płyty- "For Blood and Wine", toteż sam utwór też zapadł mi w pamięć- i dobrze, bo jest równie fajny i lekki jak Cloak of comedy. Wiecie co? Uważam, że Rykarda idealnie nadawałaby się do duetu z Nickiem Cavem, a ich występy powinny się odbyć zaraz po sobie. Jej muzyka jest idealna na te jeszcze ciepłe letniojesienne noce- pełna magi i powabnych gitar akustycznych przeplatanych z innymi instrumentami- coś pięknego.

I to by było na tyle. Dziękuję za przeczytanie moich wypocin, przypominam, że zawsze jestem chętny na wymianę spostrzeżeń- muzycznych i nie tylko- pod adresem muzycznekorki@gmail.com także zapraszam was wszystkich- tak samo mocno mogę powiedzieć, że już wkrótce zakończymy tą serię- (wiem cieszycie się już pewnie :P), ale o koncertach jeszcze będziemy gadać- bo nie tylko na Opener'a w czasie wakacji się wybrałem (a i jesienią się coś szykuje). Trzymajcie się i wpadnijcie niedługo na 4. część relacji- jeżeli chcecie być na bieżąco, w prawym górnym rogu bodajże opcja "Subskrybuj" nie gryzie :)

Waflekins


poniedziałek, 4 marca 2013

Wiosna, ach to ty!

Dzisiejszy post nie bez powodu nosi taki tytuł (zaczerpnięty od piosenki Marka Grechuty). Jako, iż zaczęliśmy tą cudowną porę roku, gdy temperatura powoli wzrasta, wszystko zaczyna się zielenić, a i ludzie jacyś tacy weselsi. Pomyślałem zatem- "czemu by nie zrobić takiego tematycznego wpisu?". Niestety piosenek jest tyle, że musiałem zrobić Top10, a selekcja była naprawdę trudna. Niestety wiele piosenek nie przeszło, być może kiedyś stworzę z nich większą playlistę i wrzucę wam w którymś z postów, ale na razie zostawiam to w takiej formie jaka jest. Otóż tym razem macie przed sobą drugi post z serii Wyliczanki, do którego możecie zajrzeć wchodząc w podany link lub znajdując zakładkę na górze strony. Zapraszam zatem do lektury i posłuchania sobie kilku piosenek, które kojarzą mi się z tym jakże uroczym okresem.

#10- Blur- "End of a century"

Tekstowo nie ma tu nic związanego z wiosną. Bardziej jest tu opłakiwanie, staczającej się cywilizacji i radość, że kończy się miniona epoka. Tak mówił, grał i ogłaszał wszech i wobec Blur w 1994 roku na swojej Parklife. Czy kawałek usłyszymy na tegorocznym Heineken Open'er Festival'u? Nigdy nic nie wiadomo :)


#9- Psapp- "Rear Moth"

Piosenka o nazwie przetłumaczonej na polski "Tył ćmy" (?!) stworzona została przez brytyjski duet Psapp i umieszczona na płycie Tiger, My friend z 2004 roku. Bardzo przyjemna i również niezbyt skomplikowana. Ciekawe jest za to tutaj instrumentarium- poza zabawnie brzmiącymi samplami, organkami, cymbałkami i Bóg wie czym jeszcze, możemy tutaj usłyszeć jeszcze gumową kaczuszkę! Wyjątkowo innowacyjny pomysł. Na dodatek wpada w ucho.


#8- Janis Joplin- "Flower in the sun"

Jedna z największych niekwestionowanych gwiazd rock'a lat '60 ubiegłego wieku wraz ze swoją piosenką- wydaną niestety już pośmiertnie na koncertowym albumie z 1972. Studyjnie na pewno brzmiałoby to równie genialnie, a nawet lepiej. Cieszmy się jednak, że Janis udało się wydać na świat takie dziecko chociaż koncertowo.


#7- Cisza jak ta- "Śnieżka"

Nie ukrywam, że piosenkę poznałem w radiowej "Trójce", gdy słuchałem jej do snu pewnej majowej nocy. Następnego dnia od razu pomknąłem w kierunku komputera, by znaleźć ten genialny utwór. Obecnie grupa nagrywa swoją szóstą płytę, a my w tym czasie możemy posłuchać kompozycji z płyty "Nasze światy". Muszę chyba przyznać, że ta górska poezja bardzo do mnie trafia.


#6- Muzyka Końca Lata- "Dokąd?"

Prosta piosenka z wpadającym w ucho refrenem i równie wesołym teledyskiem formacji z Mińska Mazowieckiego. "Dokąd?" było tak dobrym singlem, że o posiadanie go pofatygował się sam TVN, który umieścił go w zapowiedzi swojej ramówki na maj 2011. Wszystko bardzo ładne w swojej prostocie, tekst też nie jest jakiś zbytnio wymagający, więc nie wymaga 150 różnych interpretacji. Po prostu idealny mainstream, do słuchania w cieplejsze dni :)


#5- Strachy na Lachy- "Jedna szansa na sto"

Wiosenna, płomienna miłość- kto z nas nie przeżył tego cudownego stanu? Na dodatek podmiot liryczny doznaje zauroczenia w komunikacji miejskiej. O takich życiowych sytuacjach opowiada kawałek z płyty Piła Tango, którą znam od wczesnego dzieciństwa dzięki moim kochanym rodzicom (wielokrotnie katowaliśmy krążek na starym odtwarzaczu w samochodzie) należy do jednej z moich ulubionych płyt w ogóle. Na pewno w jakiś sposób mnie ukształtowała. 


#4- Paula i Karol- "Whole Again"

Polski duet wywodzący się ze stolicy. Piosenka otwiera najnowszy album o takim samym tytule. Powstał do niej również genialny teledysk, który naprawdę warto obejrzeć. Piosenka z przyjemnymi samplami i tysiącem głosów dwójki wokalistów, śpiewających na kilku ścieżkach jednocześnie. Możemy być dumni z naszej rodzimej muzyki między innymi dzięki Pauli i Karolowi.


#3- The Beatles- I should have known better.

Niewątpliwie najważniejszy zespół całej muzycznej popkultury ever! Harmonijka, akustyczne gitary i ckliwy refren z przesłaniem "That when I tell you, that I love You. You gonna say You love Me too, oh" Taka słodycz od panów z Liverpoolu idealnie wpasowuje się jako tło dla wiosennych dni.


#2- Peter, Bjorn and John- Young Folks

Komercha, komercha i jeszcze raz komercha. Melodyjne pogwizdywanie jako tło do miliona reklam- głównie sieci komórkowych lub kolejnych przecenionych czekoladowych batoników, ale za to jakiej jakości jest to komercja! Dowód na to, że kawałki spod szyldu alternatywny pop nie muszą razić. Singiel z płyty Writer's Block z 2006 roku to największy przebój grupy, tworzący genialną atmosferę na koncertach.



#1- Voo Voo & Kasia Nosowska- Nim stanie się tak (jak gdyby nigdy nic nie było)

Ta piosenka będzie w dwóch różnych linkach. W starszej wersji- z jednej z pierwszych płyt zespołu Voo Voo oraz druga- coś jakby "wznowienie" stworzone w duecie z pierwszą damą polskiej sceny muzycznej, Katarzyną Nosowską. Piosenka- w jakiej wersji by nie była, jest przeze mnie uwielbiana i od razu wskakuje na wszystkie moje prywatne listy przebojów, gdy temperatura za oknem tylko z lekka zaczyna przekraczać 0 stopni.































Dziękuję wam za przeczytanie kolejnego posta i wejście wraz ze mną w przyjemny, wiosenny nastrój. Mam nadzieję, że zaprezentowane przeze mnie piosenki wywołały u was równie pozytywne emocje. Za kilka dni przywitam was ponownie, by porozmawiać trochę na techniczne tematy. Będzie to coś na wzór felietonu, a może sprawozdania- jeszcze nie jestem pewien, co do formy przyszłego artykułu. Nie zapominajcie również, by pisać na muzycznekorki@gmail.com o swoich przemyśleniach, propozycjach artystów do zrecenzowania i wszystkim, czego tylko dusza zapragnie :)
Pokój!
Waflekins.

niedziela, 3 lutego 2013

Weekendowe newsy. Dzień wszechobecnego hejta.

Edit: Po przeczytaniu i sprawdzeniu tego wpisu mogę niewątpliwie stwierdzić, że dziś na blogu dzień wszechobecnego hejta. Czy mówiłem już jak bardzo nienawidzę formatowania na tej stronce? Dobrze, lepiej nie zaczynać...
Witam wszystkich w to chłodne i nieprzyjemnie jesienne popołudnie. Większość z was zapewne teraz (tak samo jak ja) zamula i usilnie poszukuje rozrywki w naszym kochanym internecie. Chętnie umilę wam te parę niedzielnych chwil, aby przekazać wam, co ciekawego dzieje się w świecie muzyki, a dzieje się naprawdę wiele : )
Beyonce Knowles- znana też jako "Bajonsi"
  • Hey ogłosił swojego drugiego singla, promującego płytę "Do Rycerzy, do Szlachty, doo Mieszczan" formacja wybrała utwór "Co tam?"- ścieżkę numer dwa z krążka. Jak dla mnie trafny cios, mam nadzieję, że piosenka przypadnie do gustu wszystkim- nawet tym najbardziej wybrednym spośród hejterów. 
  • Płyta "Delta Machine" grupy Depeche Mode coraz bliżej- w związku z tym do radia wkracza piosenka Heaven, mająca zwiastować najnowszą płytę. Jest zupełnie inaczej niż na płytach Depeszów. Czyżby formacja planowała zwrot w inną stylistykę? Osobiście- mam mieszane uczucia, co do piosenki. Chyba muszę się jeszcze z tym oswoić. Tymczasem wracam do Personal Jesus i Enjoy the silence.
  • Beyonce po swojej "wpadce" z zaśpiewanym na inauguracji Prezydenta Barracka Obamy hymnem USA, na specjalnej konferencji prasowej, artystka przyznała się do błędu. Szczerze? Dziewczyna miała rację- skoro orkiestra grała bez przygotowania, warunki pogodowe były równe tym naszym dzisiejszym, a na dodatek występ emitowany był na cały kraj- to nie dziwne, że chciała, by wszystko wypadło fajnie. Swoich rozgoryczonych fanów zapewniła, że na mającym odbyć się dzisiaj finałowym meczu futbolu amerykańskiego, hymn zaśpiewa już całkowicie sama. Dodatkowo na konferencji również wykonała go w wersji a'capella, by pokazać na co ją stać ;)
  • Zbulwersowana jest cała polska rockowa gimbaza. Justin Bieber ma wystąpić w Polsce! Będzie to pierwszy jego gig w naszym kraju, a nastroje już od kilku dni są napięte niczym przed Euro 2012. Czy naprawdę warto wypruwać sobie żyły z takiego powodu i zakładać takie fanpejdże jak te? Do dzieciarni tego świata- hejtując jakiegoś popowego wykonawcę wcale nie jesteście lepsi. Co do samego koncertu- odbyć ma się na łódzkiej Atlas Arenie 25 Marca. Piosenkarz promuje swój najnowszy krążek Believe.
  • Moje uszy doznały szoku- i to niezbyt pozytywnego. Równie dobrze mogłyby się zatkać i pozostać w głuchocie na wieki. Wszystko poprzez żyjących muzyków Nirvany oraz Paula McCartneya (znanego oczywiście jako jeden z najlepszych Beatlesów)- wpadli oni na to, aby wznowić działalność grupy. Na razie bez nazwy, ale nagrali już pierwszy studyjny singiel, który wykonali pierwszy raz na koncercie dla ofiar Huraganu Catrina. Cut me some slack- to bez urazy- wyjątkowo słaby utwór, wybitnych muzyków, kojarzący się jedynie z kryzysem wieku średniego. Stać was na więcej, chłopaki, zatem może zamiast tego zajmijcie się innymi projektami? 

piątek, 1 lutego 2013

Hey stawia pytania.

Uwaga! Obiektywizm tego materiału jest równy 0!!! :)

Jedno z wielu zdjęć do sesji, promującej płytę ?.

Dzisiaj będzie o zespole dla mnie bardzo ważnym- nie ma bowiem dnia, kiedy nie katuję ich przynajmniej jednej całej płyty. Dziś zrecenzuję ich album, bo gdybym zrobił o nich artykuł z serii Przyjrzyjmy się to chyba rozpisałbym się na 100 stron małym druczkiem :P
Zatem płytą, którą postaram się wam przybliżyć jest ? z roku 1995. Hey tylko raz porwał się na akcję kontynuowania płyty, czego dowodem jest właśnie ten krążek. To próba dokończenia tego, co zespół rozpoczął na Heledore. Zupełna zmiana charakteru zespołu. Fakt, jest to wciąż mocny zespół z wydzierającą się na wszystkie strony, o tym jak to jest jej źle młodą Kasią Nosowską. Jest to jeszcze Hey, który nie podpadł w konflikt z własną wytwórnią, próbującą wydoić zespół, nic mu nie dając. Jest to Hey, który nie cierpi na kryzys, spowodowany zachowaniem ówczesnego lidera- Piotra Banacha. Jest to Hey, który wciąż żyje obietnicą kariery w USA (czego dowodem jest pełna, anglojęzyczna wersja płyty). Aczkolwiek jest to zespół o wiele dojrzalszy niż na poprzednich płytach. Zatem zaczynajmy :)

Czysta biel.
Wraz z płytą otrzymujemy prześliczną książeczkę, która obok bootlegu z Heledore jest chyba najpiękniejszym z "Chejowej" dyskografii. Oglądając płytę już rzuca nam się inna stylistyka okładki niż na poprzednich płytach. Ciekawe ułożenie chłopaków z Hey'a w jednego, super-przystojnego dżentelmena, na którego Kasia ogląda się nieśmiało. Jest biało- wszystko wydaje się wręcz wyprane z uczuć- nic bardziej mylnego, bowiem płyta ? jest jednym z największych przeżyć emocjonalnych, jakie serwuje nam "stary Hey". Krążek otwiera Wczesna Jesień (która- co zabawne- w angielskiej wersji nazywa się już Early Winter- czyli "Wczesna Zima"), oparta na miażdżących riffach gitarowych i doskonałym tekście, w którym Nosowska przywołuje odległe chwile beztroskiego życia. Piosenka wprowadza w jesienny, nostalgiczny klimat krążka. Kolejna- Dorosłość jak początek umierania- sprezentowane w jednym z wcześniejszych

postów to dobitna manifestacja tego, że wszyscy się starzejemy, okraszona chrypiącym głosem Kasi, który w refrenie zmienia się w delikatnie wyśpiewane słowa: "Dyskretnej troski trzeba mi". Naprawdę, jeden z najlepszych kawałków na płycie (a takich tu naprawdę wiele). Następnie dostajemy Prawdę- dosyć spokojną piosenkę, o niewłaściwym zachowaniu w mediach, potężny cios wymierzony specjalnie w ówczesny menagment grupy. Z bardzo zasmucającym refrenem "To moja wina/Winna jestem ja/ Sprzedałam siebie/ Winna jestem Ja." Do utworu powstał psychodeliczny teledysk.


Dum Dum.

Utworem numer 4 jest cover zespołu, z którego Hey się wywodzi. Dum Dum powstało w Szczecinie i działał w nim prawie cały skład zespołu, do momentu w którym Piotr Banach (ex. lider Hey'a) postanowił stworzyć coś nowego. W czasie gdy zapanowała heyomania w naszym kraju, Dum Dum usunął się w cień i nie był już formacją chętnie towarzyszącą słynnej, komercyjnej braci w czasie koncertów. Covery tego funk-metalowego zespołu znalazły się na ? zapewne jako hołd starym czasom. Na krążku dostajemy trzy takie
Młodzi, zbuntowani :)
 piosenki I don't know, Fire of my soul (ścieżka 11) oraz Just another day (14). O ile ta druga jeszcze jako tako wkomponowuje się w całość i brzmi nawet fajnie, o tyle dwóch pozostałych jakoś nie darzę szczególną sympatią. Mogłoby ich spokojnie nie być na płycie, a i tak nikt- przynajmniej ja- by się nie pogniewał. Jak dla mnie najsłabszy element płyty.


Powrót do korzeni.

W kolejnych piosenkach dostajemy prawie cały set z Heledore- poza angielską wersją Listu oraz Z jednej krwi- jest grunge'owy Anioł- który jako ciekawostka- ktoś kiedyś zinterpretował jako piosenkę o narkomanii. Rzekomy narkoman, podmiot utworu, brał substancję nazwaną "Jedyny podmiot zdarzeń". Anioł brzmi jeszcze jak Hey z czasów największej popularności. Dostajemy również psychodeliczną Kroplę- z przerażającymi piskami, zgrzytaniem oraz surowymi gitarami. Tekst oparty o pewną książkę, ale dziś nie pamiętam już jej tytułu i znaleźć tego też nie daję rady. Następnie mamy r.e.r.e- nie wiadomo skąd pochodzi jakże dziwna nazwa. Dostajemy kolejną emocjonalną bombę, w której Kasia- przynajmniej według mnie- śpiewa do swojego nienarodzonego jeszcze syna. Trzeba tego przesłuchać i nie ma innej opcji. Majstersztyk wśród Hey'owych ballad.

Potem Heledore'owy set trwa w najlepsze. Rockowe Musli- napisany z jakże odmiennym charakterem- gdy wokalistka jeszcze kilkanaście minut temu śpiewała, że wszystko jest złe, że jest niczym i inne tego typu "pozytywne historie", tak teraz wyśpiewuje, a nawet można by rzec- wykrzykuje, iż nie wolno się poddawać, tylko zmieniać własną przyszłość. As raindrops fell- otwierające poprzednią płytę oraz List, jeden z większych przebojów formacji z wpadającym w ucho refrenem. Ballada do dziś jest czasem grana na koncertach, jednak ze starych hiciorów zwykle zastępują ją Teksański i Moja i Twoja Nadzieja. To jest właśnie ogromny plus płyty- za cholerę nie jest to krążek zrobiony pod masową publikę. Nie znajdziemy tu już wiele piosenek do radia, wszystkie są o wiele dojrzalsze i ponad "medialny szum". Niestety Hey wymierzył też sobie po części sam sobie cios, gdyż do późniejszej promocji za granicą użyją najmniej komercyjnej płyty, jaką wówczas posiadali. Omawiany set zamyka Heledore Babe- świetna anglojęzyczna pieśń, która promowała poprzedni album. Osobiście bardzo ją lubię i często do niej wracam. Spokojne partie gitarowe, niespokojny zaśpiew w refrenie. Kwintesencja Hey'a.


 Spokojny nastrój zostaje zachwiany, gdy jak burza w odtwarzacz wpada kolejny utwór. Tym razem już nie z poprzedniej EP-ki. Punkowa wręcz sieczka zatytułowana je-łe, piosenka o pokonywaniu demonów i własnych słabości. Muzycznie jest mega agresywnie- jeżeli ktoś chce sobie na przykład dać ostry wycisk przy ćwiczeniach- to właśnie piosenka dla takiego delikwenta. Płytę zamyka utwór numer 15, uspokaja nas i wprowadza w spokojny nastrój. Gdy mnie sen zmorzy to nostalgiczne wyznanie, jakie podtrzymuje Nosowska przy Ho!- nie chce popularności, nie chce już śpiewać. Wówczas pewnie można było sobie po takim zakończeniu stawiać pytania- czy nagrają kiedyś coś jeszcze? Jakie będzie kolejne dzieło Hey'a? Czy to, o czym ona śpiewa to naprawdę? Płyta pozostawia nas w rozdwojonych uczuciach- z jednej strony to aż piętnaście piosenek- z czego większość to starsze wykonania we "wznowieniu z nową okładką i dostępne również na kasecie", z drugiej- czego można spodziewać się po takim natężeniu emocji? Chce się więcej i więcej...






środa, 12 grudnia 2012

DO RYCERZY, DO SZLACHTY DOO MIESZCZAN koncertowo w Szczecinie.


Zespół Hey odwiedza swoje rodzinne strony.
http://slowianin.org/images/artykuly/450/9934.jpg
Zdjęcia autorstwa Łukasza Popielarza- więcej jego zdjęć na stronie Domu Kultury Słowianin- pod adresem- http://slowianin.org/galeria,450,hey-support-ulkr

Już nie całkowicie szczeciński zespół- albowiem składający się w 2/6 z mieszkańców innych miast naszego kraju. Już nie całkowicie w tak rockowym stylu jak na słynnych płytach Fire lub [sic!]. Za to  wraz z całkowicie nowym materiałem i w stu procentach idealnie. Hey przybył 9 grudnia- przedzierając się przez atakującą Polskę śnieżycę- aby zaprezentować publiczności nową płytę Do rycerzy, Do szlachty, Doo mieszczan w koncertowej oprawie. Wraz z nimi przyjechał supportujący UL/KR, ale o tym za moment.



Osobiście należę do ogromnych entuzjastów Kasi Nosowskiej i spółki, którzy stanowią zawartość 85% mojego odtwarzacza mp3. Na koncert wybrałem się z ogromną chęcią, stęskniony ogromnie (bowiem nie grali tu od maja- fakt, niektórzy muszą czekać na przyjazd swoich ulubionych zespołów po kilka lat, ale ja zostałem zbyt rozpieszczony koncertowo słuchając polskiej muzyki). Ustawiłem się ładnie i grzecznie w drugim rzędzie za barierką i wyczekiwałem...

Na samym początku na scenę wkroczył zespół UL/KR, który zapowiadał się o niebo lepiej studyjnie. Wokalista- Błażej Król- wszedł na scenę ubrany w koszulę, przypominającą o modzie latach '90 bez jakiegokolwiek kontaktu. Po prostu chwycił gitarę i zaczął grać jak gdyby nigdy nic. Fakt, rozpoczęcie koncertu ciekawe i wciągające- niektóre osoby z publiczności dały się porwać tej mieszance dark wave'u, ambientu i elektroniki i pozwoliły sobie na delikatny taniec w rytm muzyki jednak - to ostre słowa, ale prawdziwe- duetu w stosunku do publiki szybko sprawiły, że wiele osób zaczęło przeglądać telefony komórkowe, rozmawiać między sobą- po części zagłuszając grających albo na przysypiać. Ciekawie wypadły Brodzę, Ruiny i Tuż nad głowami z debiutanckiej EP-ki zespołu. Coś było jednak w tym, że niektórzy przysypiali na supporcie, który z definicji powinien rozruszać publiczność- duet z Gorzowa zagrał 6 piosenek, wykluczając te dwie najbardziej energiczne. Euforia wśród tłumu wróciła, gdy dowiedzieliśmy się, że "jeszcze dwie piosenki i wchodzi zespół Hey". Jakby nie patrzeć to dla nich przyszła publiczność. W końcu doczekaliśmy się, a co do UL/KR- to była ich pierwsza trasa koncertowa, może przy promocji kolejnej płyty- o ile Pan im na to przyzwoli, pozwolą sobie na więcej kontaktu ze słuchaczem, a bez tego daleko nie zajdą.

Wróćmy jednak do Hey'a- po krótkiej przerwie zaczęli wchodzić kolejni członkowie zespołu- Paweł, dwóch Marcinów, Jacek i Robert, a na samym końcu Ona, która wywołała największe poruszenie. Katarzyna Nosowska. W swojej niepowtarzalnej kreacji- wielkim czarnym płaszczu, jak zawsze skromna, ale jakże radosna, że wróciła do Słowianina, gdzie- jak sama wspomniała podczas koncertu- "wypiła swoje pierwsze piwko, co skończyło się potem bardzo źle". Zaczęli od "Bez Chorągwi"- trafne rozpoczęcie- w końcu to piosenka o przybyciu zespołu z nową płytą. Wpadający w ucho refren- "Kto puka? To my. Kto puka? To my- pozwól rozgościć się, pozwól nam wejść" wokalistka zaśpiewała, co jakiś czas uderzając w przystawiony obok mikrofonu bęben- czyżby Nosowska wykazywała chęci do gry na perkusji? ;)

 Następnie według setlisty zabrzmiały Woda- gdzie Kasia ochoczym zaśpiewem "Płyńmy razem" zaprosiła do zabawy. Następnie grupa powróciła na moment do poprzedniego- znanego już wielu osobom i odnoszącego w dalszym ciągu sukcesy- albumu, zatytułowanego "Miłość!Uwaga!Ratunku!Pomocy!", aby zaraz potem przenieść się w tej podróży jeszcze dalej- do płyty "music.music" z 2003 roku, a dokładniej do pierwszego singla- "Muki", który jak autorka tekstu zdradza- przypomina jej się zawsze, gdy ma do czynienia z jakimś urzędnikiem (to właśnie o nich jest ten kawałek). Wycieczka po płytach Hey'a trwa dalej, gdy słyszymy Cudziemkę w raju kobiet oraz A ty?, które wywołały wielki entuzjazm. Zaraz potem grupa chciała zaprezentować nam swojego najnowszego singla- o tym samym tytule co nowy krążek. Sprzęt jednak zaliczył małą awarię- zawiódł mikrofon Katarzyny- i po spontanicznym uratowaniu sytuacji przez nowego członka (Marcina Zabrockiego przyp.), który zagrał nam "Parostatek" i "Pszczółkę Maję", zagrano piosenkę od nowa, gdy tylko naprawiono sprzęt. Nowa płyta brzmi naprawdę wyśmienicie- zwłaszcza porywające w tan "Co tam?", "Wilk vs Kot"  na którym wszyscy śpiewali tekst wraz z Kasią, czy też magiczne "Podobno"- również z fragmentem, gdzie Kasia przygrywa na bębnie. Najmilszym elementem koncertu wspominanym przeze mnie było 6 krotne pogo, którego ślady dalej trzymają się na moich butach. Publiczność rozszalała w rytm starych przebojów grupy, uspokoiła się dopiero przy końcówce bisów- gdy zabrzmiały "Everybody is gonna learn sometimes", cover zagranicznego artysty- BECKA i najsłynniejszy utwór grupy- "Moja i Twoja Nadzieja"- jeden z najlepszych polskich evergreenów lat '90.

Nie zagrano całej nowej płyty- brakowało trzech piosenek. W sumie dwóch, ponieważ "Z przyczyn techicznych", w którym gościnnie występuje Gaba Kulka- zespół nie ma w zamiarze grać, póki nie spotkają się w duecie z piosenkarką na jednej scenie. Nie było "Wieliczki" (na co bardzo narzekał mój kolega, towarzyszący mi na koncercie) oraz "Lotu pszczoły nad tymiankiem"- jednej z ładniejszych piosenek z płyty. Ogólnie koncert na wielki plus. Jeden z najlepszych sekstetu ze Szczecina jaki miałem okazję przeżyć (mimo to mam nadzieję, że na kolejnym zaskoczą mnie jeszcze bardziej ;)). Zespół mógłby wyjść na drugi bis, tak proszony przez publiczność, ale można zrozumieć, że po takiej dawce emocji- powrocie w rodzinne strony, długiej podróży i nawalającym dwukrotnie sprzęcie, Hey chciał chociaż przez chwilę odpocząć. Zamieszczam wam fragment koncertu, nagrany przez użytkownika Youtube- "Kto tam? Kto jest w środku?" z płyty "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!", a na dniach sam wrzucę nagraną przeze mnie "Moją i Twoją Nadzieję", do której podam wam link.
Pozdrowienia i do następnego razu.


PS: Przepraszam, że tyle czekaliście na nowego posta, ale długo się za niego zabierałem. Musiałem ochłonąć po koncercie etc. (dobra już nic nie mówię, bo tylko winny się tłumaczy ;))
Wafflekins.