Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stanowczo za dużo dygresji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stanowczo za dużo dygresji. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 sierpnia 2014

Terapia cud

Dzień dobry wszystkim!

Tej nocy skończyłem oglądać "Przyjaciół". Szło mi naprawdę długo oglądanie 10 sezonów (zwłaszcza, że nie jestem z tych, którzy oglądają po sześć odcinków naraz) i od kwietnia zdążyłem się dość mocno przywiązać do paczki tych radosnych mordek. No jestem troszkę w rozsypce i nie wiem za co się teraz zabrać (jeżeli ma ktoś jakiś serial do polecenia to zapraszam do pisania w komentarzach albo na maila). Aby odetchnąć po troszku, zapoznam Was z płytą wybitną. Nazwałbym ją płytą dnia, ale zasługuje na zdecydowanie większe miano - płyta miesiąca, roku, milenium?
Będzie dziś o krążku artystki, na której kolejne wydawnictwo już od bardzo dawna wyczekuję (nieoficjalne info jest takie, że premiera ponoć w styczniu - o ile ponownie jej nie przełoży), pojawiła się na blogu już kilka razy, a jej muzykę darzę przeogromnym uczuciem. Proszę państwa - przed Wami Pati Yang i "Silent Treatment". Zapraszam do lektury :D

Pati Yang - "Silent Treatment", EMI Music, 2005

Dojrzewając artystycznie.

Okres między debiutancką "Jaszczurką" (nad którą zachwycałem się na Korkach dawno temu - zresztą zachwycam się tym dziełem każdego dnia, tylko już o tym nie piszę) a jej następczynią to prawie dekada (mniej więcej 7-8 lat). Przez ten okres w życiu Pati Yang wydarzyło się naprawdę wiele. Debiut nie sprzedał się tak dobrze jak wyobrażali sobie wszyscy - od redakcji Machiny, która jeszcze przed premierą zapowiadała w dziewczynie nową nadzieję polskiej muzyki elektronicznej, a w jej rękach umieszczała już rozmaite nagrody typu Fryderyki, aż po samo wydawnictwo, z którym Pati od początku wydawania "Jaszczurki" zbytnio się nie rozumiała. Po trasie koncertowej kompozytorka wyprodukowała dwie bardzo dobre piosenki do filmu "Egoiści", wzięła udział w projekcie "Młodzi Śpiewają Klasyków", gdzie przedstawiła swoją dosyć mrocznie zeschizowaną interpretację wiersza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i dalej nagrywała. Po ówczesnych przymierzaniach się do nowej płyty pozostał tylko zbiór nigdy nieopublikowanych utworów, pochodzących z nieznanego bliżej roku, który krąży gdzieś w czeluściach internetu (kto będzie chciał i się rozejrzy, na pewno znajdzie tego nielegala). 
Następnie Pati wyjechała na kilka mniejszych koncertów do Belgii. Jak wspomina - stamtąd było już blisko do Anglii, więc wybrała się i tam na kilka chwil. W Wielkiej Brytanii została już na stałe, aby odnaleźć swoje miejsce na ziemi. Zapoznawszy się ze swoim przyszłym mężem Stephenem Hiltonem utworzyła projekt Children (ich debiutancki singiel utrzymany w trip-hopowej stylistyce był prekursorem do narodzenia się FlyKKillera, o którym na pewno kiedyś jeszcze wspomnę), nagrywała z nim muzykę do wielu filmów w tym "Ocean's Eleven", czy "Ocean's Twelve". 
Wreszcie coś jednak tknęło na szczęście artystkę, aby powrócić do solowego projektu. Tym razem do pomocy w studiu zaprosiła narzeczonego (co nie było złym pomysłem mając na uwadze to, że facet miał za sobą współpracę z takimi nazwami jak No Doubt, Moloko, Depeche Mode, czy Pet Shop Boys). Ale rozgadałem się na temat historii i zapomniałem o najważniejszym, czyli o samym efekcie współpracy - taki zafundowany przez Pati "Silent Treamtent" (czyli na polski "Terapia ciszą") to kuracja, na którą na pewno każdy fan dobrej muzyki chciałby się udać.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Płyta pełna impresji czyli długaśny post o Kasi Nosowskiej

Dobry wieczór miśki!
Też stwierdzacie, że już dawno nie było nic o żadnej płycie? Od czasu, kiedy opowiadałem Wam ostatni raz o Pati Yang i jej "Wires and Sparks" minął już prawie miesiąc! Czas galopuje przed siebie jak nienormalny uciekający z wariatkowa - zdecydowanie zbyt szybko. Dzisiaj znowu nie powiem o płycie najnowszej, świeżej i cieplutkiej prosto z półki. Jestem sentymentalny i 3/4 moich postów jest o krążkach starszych, więc tak będzie i tym razem. Naszło mnie dzisiaj jakieś takie dziwne uczucie, kiedy spacerowałem z psem, iż muszę sobie tę płytkę przypomnieć, powspominać, wypić herbatkę. Pomyślałem więc "Hej! To dobry pomysł! Czemu nie zaangażujesz w to czytelników? Przecież wszystkich to interesuje!". No to skoro znacie już genezę tego posta to możemy przejść do rzeczy.
22 Września 2011 roku pamiętam bardzo dokładnie. Był dzień przed premierą płyty, na którą wyczekiwałem, a firma u której ją zamawiałem już wspaniałomyślnie ją dostarczyła. Co więcej z autografem samej artystki, która ów krążek stworzyła (taka ot przedsprzedażowa promocja). Jedenaście zupełnie nowych kawałków, które usłyszałem zaraz potem (no bo oczywiście od razu poleciałem z tym dziełem do odtwarzacza) towarzyszyły mi jeszcze długo, długo potem. Tak naprawdę jeżeli miałbym wyznaczyć moment, w którym rozpoczęło się na dobre moje dojrzewanie emocjonalne i artystyczne, to byłby to właśnie chyba ten dzień. Świeciło wtedy słońce - ogólnie to była piękna jesień, Ja zaczynałem wtedy Liceum (aż dziw mnie bierze, że to już zaraz prawie 3 lata miną), w którym musiałem się szybko odnaleźć i zadomowić, co na dobrą sprawę nie było takie trudne. I mimo tego, iż wiele osób kojarzy sobie piosenki na tej płycie z kolorami, to Ja słysząc kolejne utwory z tracklisty widzę sytuacje. Momenty, które należą już do przeszłości. Jednak są to bardzo miłe chwile, do których chce się wracać. Tak jest również z całą "8" autorstwa Katarzyny Nosowskiej - osoby, która bardzo mocno wpłynęła na to jaki dziś jestem i czego słucham oraz niezawodnego UniSexBandu, działającego z nią dalej.  Zapraszam do lektury! :)

czwartek, 16 stycznia 2014

Noworocznie.

Kurcze pieczone. Witam Was w nowym roku! :)
Nie chciałem zaczynać roku tego typu postem, walczyłem ze sobą wiele czasu, żeby nie kopiować tego "podsumowania 2013 roku" tak słynnego na innych tego typu portalach. No bo w sumie wiecie, co miałbym w takim poście napisać? Wiecie, czym się zasłuchiwałem. Musiałbym powtórzyć jak wspaniałe i pozytywne są Domowe Melodie, nowa płyta Mikromusic to wspaniały krok na przód dla tego zespołu, Crystal Fighters zaatakowali rynek nową dawką energii, wciąż zachwycam się Jaszczurką Pati Yang, a pod koniec roku na nowo zakochałem się w ONA. Ahh, no i na pierwszych miejscach musieliby znaleźć się Sorry Boys oraz Edyta Bartosiewicz i po raz kolejny powtórzyć, że "Renovatio" to płyta wybitna. No ludziska sami powiedzcie, ile można? Mimo wszystko cała ta noworoczna aura wywarła na mnie wpływ i podsumowania, zestawienia i inne tego typu refleksje aż cisnęły mi się na serce. Postanowiłem, że dam temu wypłynąć, z tą jednak różnicą, że Ja zamiast skupić się na zeszłym roku, który można już upchnąć na spokojnie w szufladce z napisem "przeszłość", zastanowię się nad przyszłymi trzystoma paroma dniami. 
Zanim zacznę opowiadać, cofnę się z Wami w czasie jeszcze wcześniej niż do zeszłego roku - zatrzymamy się na moment w 2012, kiedy to blog zaczynał raczkować (boże, ale on już stary!). Powiedziałem sobie wtedy, że tym razem pojadę na Opener'a, który wtedy moim marzeniem był już od jakichś dwóch lat. Udało się. Stwierdziłem również, że nie opuszczę bloga (co dawniej mi się zdarzało - tamte blogi były jednak dziecinną zajawką i na próżno będziecie ich szukać w krainie internetu - zatarłem wszystkie ślady :)) i jeżeli tylko będę mieć coś do powiedzenia, to się najzwyczajniej w świecie odezwę. Obie z tych rzeczy się udały. I jestem z tego dumny. Czy w roku 2013 też coś sobie postanowiłem? 
Oczywiście!
Tym razem mam zamiar pojechać w sierpniu do Kostrzyna Nad Odrą i zobaczyć w końcu Przystanek Woodstock. Jest to moje marzenie, które co roku - dokładnie planowane - niestety nie wychodzi z tych, czy innych względów, tym razem mam zamiar jednak zrealizować ten pomysł. Jak się będę bawić na scenie w rytmie Skid Rowa, T.Love i Lao Che? Tego dowiecie się już wkrótce? Na pewno w tym roku będzie o wiele więcej postów na przełomie maja i października, gdyż po maturze czekają mnie najdłuższe wakacje w życiu. Myślę nad stworzeniem wówczas zupełnie nowego cyklu, ale nie mam pojęcia jak to wyjdzie. Na razie nie zapeszam. Kolejny punkt - stworzyć wreszcie profil na facebookowy dla bloga! Chcę również zobaczyć na żywo Pati Yang i przeprowadzić wywiad z jakimś znanym muzykiem. Z postanowień pozamuzycznych zrobię sobie tatuaż i zacznę uczyć się języka rosyjskiego - to takie najważniejsze i najmocniejsze punkty programu. Innych nie ma. 
A teraz to na czym miałem się skupić w tym poście, a ostatecznie temat zszedł na zupełnie inne tory (stety niestety chyba nigdy nie nauczę się trzymać tylko jednej kwestii i nie rozgadywać :)). Na co czekam w 2014 roku muzycznie? Ciekawić mnie będzie na pewno pierwsza płyta solowa Damona Albarna - wokalisty zespołów blur (który słyszałem na żywo) oraz Gorillaz. W internecie na razie znaleźć można tylko kilkusekundowy trailer płyty. Coraz więcej mówi się też o tym, że wydawać ma Adele - świeżo upieczona Mama urlop macierzyński ma już raczej za sobą. Z polskich płyt wypatrywać będę czegokolwiek spod szyldu Hey/Nosowska. Raz, że od wydania ostatniej płyty - "Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan" minęły już prawie dwa lata, a dwa - Ja zawsze wypatruję płyty Kasi solo albo Hey'a. Na pewno ciekawy jestem długogrających krążków Much (które ostatnio uraczyły Nas już singlem promującym nowe wydawnictwo), Happysadu (przy okazji obchodzić będzie 10-lecie wydania pierwszej płyty, także będzie ciekawie) oraz Pati Yang (mam nadzieję, że płyta zapowiedziana na marzec w końcu się pojawi i tym razem nic nie przeszkodzi artystce w jej wydaniu). Ostatnia wspomniana pozycja ciekawi mnie najbardziej dlatego, że "Man is a dreamer" - nowy materiał twórczyni "Jaszczurki" ma być całkowicie rockowy, jego namiastką jest singiel "I'm ready" z końca 2012 roku. Ciekawy też jestem solowego albumu Artura Rojka. Jaka będzie odpowiedź byłego wokalisty Myslovitz na to, co wyprodukowała jego była formacja bez niego? W sieci jest już również "zwiastun" płyty. Jak w przypadku Damona Albarna - jest to tylko kilka sekund, w czasie których pan Artur przechadza się wiosenną porą (a może to wczesna jesień) po enigmatycznej wiosce w rytm nastrojowego, chill outowego motywu. 2014 zapowiada się bardzo ciekawie...

Jakże długi teaser solowej płyty Damona.

środa, 18 grudnia 2013

Świąteczne wspominki. Czyli #Wyliczanka numer bodajże 4.

Witam Was wszystkich w ten grudniowy wieczór!
Równo rok temu (no dobra, dobra - bez jednego dnia), zacząłem Was bombardować muzyką, którą uważałem za najlepszą na świąteczny czas, wypełniony śnieżnymi krajobrazami za oknem, karpiem na stole i lampką czerwonego wina, wypitą przy dźwiękach, płynących z adaptera winyli. (żebym Ja tak pięknie rok temu pisał, wiem, jestem fontanną skromności). Tak naprawdę wtedy wolałem się skupiać na tandetnych obrazkach sprzed wigilijnego stołu, gdzie wszyscy życzą sobie wszystkiego dobrego. Pomijając zawartość merytoryczną ubiegłorocznych wypocin - wówczas sprezentowałem Wam fenomenalne June Julii Marcell oraz magiczne A Jolly Little Christmas from Frank Sinatra. Była to zaledwie malutka cząstka muzyki, która kojarzy mi się ze Świętami Bożego Narodzenia. Coś mnie naszło i postanowiłem stworzyć słodki jak peerelowskie landrynki post. Dzisiaj, korzystając z okazji zbliżających się Świąt wrócę do tego okresu. Będzie totalnie na spontanie, bez żadnego przygotowania. Taki będę szalony! Zatem starą, blogową tradycją - zapraszam do lektury!

#15 Cool Kids of Death - "Plan Ewakuacji" 

To było bodajże 3 (A może 2? Nie jestem pewien) lata temu. Wróciliśmy z jakieś imprezy rodzinnej dzień przed Wigilią razem z rodzicami bardzo późno. Nic w tym więc dziwnego, że najzwyczajniej w świecie chciałem się wyspać przed kolejnym długim, rodzinnym spędem. Niestety Babcia wraz z Mamą miały zdecydowanie inne plany. Wigilia zwykle odbywa się u Nas, więc oczywiście wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, co wiąże się z przygotowaniami już od 8 rano. Tamtego dnia leciała u nich w kuchni Trójka i to właśnie ta piosenka mnie zbudziła. Wstałem, wyjrzałem przez okno, padał śnieg, a w tle właśnie Plan Ewakuacji. Wtedy zrozumiałem, że wszystko jest na swoim miejscu. Polecam również teledysk (dostępny w internecie, ale blogger odmawia posłuszeństwa w dodaniu go tutaj).




#14 Sorry Boys- Evolution (St. Teresa)

Jeszcze nie miałem okazji tego testować świątecznie i katować tym rodziny. W tym roku spróbuję. O Sorry Boys pisałem. I pisałem. I pisałem jeszcze więcej. O najnowszej płycie, zatytułowanej "Vulcano" stworzonej przez tą wybitną, polską formację też już pisałem. Ten utwór - jak dla mnie obecnie numer 1. na liście przebojów z tej płyty. Od pierwszego przesłuchania już czułem, że będzie to coś wspaniałego, słuchać tego na Święta (w tle w tym kawałku brakuje mi tylko dzwonków sań Świętego Brodacza). 


#13 The Police - "Every Little Thing She Does Is Magic"

Z tym kawałkiem jest jak ze wszystkimi utworami starego, dobrego Frania Sinatry - za każdym razem na święta katuję do bólu uszu. Pamiętam jak usłyszałem ten kawałek po raz pierwszy na jakimś karaoke. Potem wróciłem do domu i słuchając jednego z największych przebojów Stinga i spółki robiłem świąteczne porządki. Wtedy jeszcze słuchałem muzyki na Groovesharku i Youtubie i wpadłem w taką manię, że zrobiłem dla The Police nawet osobne playlisty na obu tych portalach. Pewnie dalej gdzieś je mam na moich antycznych, zakurzonych i zjedzonych przez mole kontach. Ale ten kawałek jest taki piękny i aż buchający zimowomiłosną magią, musicie tego posłuchać, żeby poczuć magię świąt. Olejcie oklepane, kotletowe "coraz bliżej święta"!


#12 Brodka- "Bez tytułu"

To był rok 2011. Zaczynałem wtedy Liceum. To był bardzo dobry rok dla polskiej muzyki rozrywkowej - między innymi właśnie wtedy Monika Brodka zmieniła się z ugrzecznionej laureatki "Idola", śpiewającej o ślubie w nieokrzesaną bojowniczkę polskiej alternatywy i wydała pod okiem Marcina Borsa swój najlepszy dotychczas album długogrający - "Grandę". A tam znalazło się miejsce na przykład dla takiej perełki jak "Bez tytułu". Tłusty, elektroniczny, główny motyw na syntezatorze i ciekawe syntetyczne wstawki, z towarzyszącą łamiącą się perkusją, zmieszane z wokalem Moniki w pyszne świąteczne, muzyczne ciasto. Zakochałem się wtedy na ulicy, słuchając tego tracku. Można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego przesłuchania, trwająca do dziś :)


#11 Frank Sinatra- "Let it snow"

Ja wiem, wiem. Święta to u mnie Sinatra i Sinatra, ale to nie mogło się tutaj nie znaleźć. Magia. Dzisiaj już się takiej nie da stworzyć w studiu. Można tylko słuchać i słuchać. I słowa są tu niepotrzebne (zupełnie do mnie niepodobne stwierdzenie



#10 Czesław Śpiewa- "Frozen Margarita (with gin)"

Obecnie nie jestem już fanem tego Pana. To nie kwestia tego, że się sprzedał jak mówią niektórzy, ale jakoś minęliśmy się w ideałach i muzycznie. Mimo wszystko "Pop" z 2010 roku stoi u mnie na półce i jestem z tego dumny, bo jakby nie patrzeć jest to bardzo dobra płyta. A "Frozen Margarita" - osobliwa historia z alkoholem w tle z baśniową oprawą muzyczną, przypominającą mi trochę Shreka. Pamiętam jak śnieg zasypał szczecińskie ulice, a wtedy właśnie tego słuchałem. To były ładne święta dla moich dziecięcych oczu.



#9 Kasia Kowalska- "Oto Ja"

Gemini. Rok 1994. Nie było mnie jeszcze na świecie, gdy powstała ta płyta (może byłem już w planach - tego nie wiem, ale może być taka opcja). Wracając do samej piosenki. O ile "Gemini" to płyta bardzo drapieżna i nieokiełznana, o tyle "Oto Ja" to najspokojniejsza wysepka na tym morzu rockowego szaleństwa. Piękny evergreen lat '90, a te mimo że trochę tandetne, to nigdy się nie nudzą. Jest to jeden z moich "naj" jeżeli chodzi o Kasię Kowalską.



#8 Sofa- "Serpentyny i bańki mydlane"

Sofę odkryłem jakoś rok temu za sprawą zupełnie innego utworu niż wspomniany. Był to mianowicie "Hardkor i Disko", puszczony w jakimś radiu w ramach anegdoty na temat końca świata, przepowiedzianego przez Majów. Jak widać przeżyliśmy kolejną apokalipsę, a w tamtym roku z sympatii jaką wzbudziła we mnie ta ciekawa grupa, łącząca muzykę rockową z elektroniką, choinkę ubieraliśmy w domu przy "Serpentynach...". I tak jakoś będzie mi się kojarzyć ze świętami już zawsze. Polecam zapoznać się z przygodami Eryka w kosmosie!


#7 Metallica - "One"

Dlaczego akurat to? Pamiętam, że i Mama, i Babcia były w ten świąteczny poranek w pracy. Tata miał wolne i został z takim 8-letnim Patryczkiem w domu. Co postanowili zrobić? Podenerwować sąsiadów, dokładnie! A najlepszym sposobem na zirytowanie tych, którzy puszczają techno o 3 nad ranem jest puścić im muzykę na cały regulator, kiedy Ci smacznie odsypiają melanże życia. Jako iż Tata dawno, dawno temu w innej galaktyce był metalem i nosił długie kudły, to puściliśmy im cały koncercik Mettaliki. To był piękny początek świąt! Swoją drogą - wybiera się ktoś na nadchodzący koncert Jamesa Hetfielda i jego świty?



#6 The XX- "VCR"

A to już kawałek na poświąteczne wegetowanie. Najlepiej przy wspaniałych prezentach, jakim mogą być płyty - senny "Vcr" z debiutanckiej płyty jednego z najsłynniejszych angielskich zespołów indie, jest idealny właśnie na takie chwile relaksu. Wszystko jest w tej piosence leniwe, spokojne i ciasteczkowe. Takie jakie właśnie mają być święta!



#5 Bjork- "Moon"

O tym, że Bjork to wybitna artystka, wspominać już nie trzeba. Ma na koncie mnóstwo płyt, doskonale przyjętych przez fanów nie tylko w rodzimej Islandii. Z płyty "Biophilia" wydanej w 2011 roku właśnie jakoś na święta, najbardziej wgryzł mi się w głowę singlowy "Moon", do którego istnieje przepiękny teledysk. Najlepiej słucha się tego kawałka nocą (zwłaszcza taką zimową), wyczekując na przybycie Mikołaja (albo pakując prezenty, chociaż to tak naprawdę Mikołaj owija je w te piękne papiery z hipermarketu). Jest tu - jak na całym albumie - coś niesamowicie nieuchwytnego. Polecam!



#4 Myslovitz- "3 Sny o tym samym"

Mój przyjaciel się na mnie za to obrazi. Ale pozdrawiam go, ślę ściski i mówię, że to wysokie miejsce to kwestia przypadku, bo kolejność jest losowa. W czym rzecz? Przyjaciel jest przeogromnym fanem Myslovitz, ale tylko tego z Arturem Rojkiem, zaś działalność Michała Kowalonka w zespole z Mysłowic jest dla niego nie do przyjęcia. Ja wielkim fanem twórczości tej grupy nie jestem wcale. Lubię posłuchać, ale bez zachwytów, jednak uważam, że przy pierwszym singlu "nowego" Myslovitz z płyty "1.577" (wie ktoś w ogóle co ten tytuł oznacza?) naprawdę fajnie się zasypia, pod ciepłą perzyną, gdy za oknem szaleje zima.




#3 Edyta Bartosiewicz- "XXI Wiek"

To już bardziej kawałek, którego słucham już w pierwszy noworoczny dzień zaraz po Sylwestrze. Dalej jest to w każdym razie okres świąteczny i właśnie dlatego ta kompozycja ma również swoje miejsce w tej Wyliczance. O tej Pani pisałem już w tym roku również milion razy, więc nie będę się już rozdrabniać na części pierwsze. Co mogę powiedzieć o tym utworze? Przecudowne, rockowe granie z przełomu dwóch wieków. Na dodatek Edyta, śpiewająca na kilku różnych ścieżkach w końcowym refrenie, zawsze powala mnie na łopatki. Swoją drogą - ulubioną porą roku tej Pani jest właśnie zima ;)



#2 Dixie Chicks - "Landslide"

Prześliczna piosenka w wykonaniu girlsbandu, serwującego głównie akustyczne country. Poznałem niedawno, ale również mam zamiar przetestować tej zimy, bo kawałek ewidentnie tak mi się kojarzy. Nieco nostalgiczny. Zobaczymy jakie wynikną z tego wspomnienia.



#1 Muchy - "Nieprzeszkadzajmibotańczę"

Główne skojarzenia? Pewna zimowa, szczenięca miłosna przygoda dwa lata temu. Dzisiaj dalej z tą osobą utrzymuję bardzo dobre kontakty, ale tak czy inaczej jakiś sentyment do tego kawałka pozostał. Chłodne gitarowe chwyty i skoczny rytm idealnie wpasowują się w ten zimowy styczniowo-grudniowy klimat. Jeden z niewielu kawałków Much, które bardzo lubię. Nie mogę się przekonać, chociaż to co macie do przesłuchania pod spodem to czysty majstersztyk!




To już koniec! Przyznam, że naprawdę miło było sobie powspominać. Mam nadzieję, że te święta będą równie udane jak poprzednie. Zarówno muzycznie, jak i w innych aspektach (chociaż Kevina nie będzie w tv :( ) A jak jest u Was? Macie jakieś kawałki, które zachowaliście w sercu jako te świąteczne? Jeżeli tak - podzielcie się nimi w komentarzach albo pod adresem mailowym muzycznekorki@gmail.com! Zapraszam też do subskrybowania, aby być na bieżąco!
Ściskam i życzę miłego wieczoru!
Ps: Nie było nic od Hey'a! Co za niedopatrzenie z mojej strony! Chociaż tutaj będzie naprawdę świątecznie. Pod spodem dwa specjalne wykonania, piosenek bożonarodzeniowych, których bezczelny blogger również nie chce pozwolić mi wrzucić do posta - "White Christmas" z jakiegoś starego programu bożonarodzeniowego Polskiej Telewizji 2. Jakość tragiczna, ale za to jaki biały kruk! Dwie Kasie - Nosowska i Kowalska, takie młode. I to wykonanie! Łezka się w oku kręci. Oprócz tego już sama Kasia Nosowska w odcinku specjalnym Szansy na Sukces (bodajże rok 1995 - wtedy się urodziłem! :)), śpiewa kolędę "Dzisiaj w Betlejem". Rarytas o jakie ciężko w dzisiejszych czasach. Polecam posłuchać, by poczuć jeszcze bardziej magię świąt.
http://www.youtube.com/watch?v=X9YITuIwz1Q
http://www.youtube.com/watch?v=VQHZSGCAZf4

Waflekins.

poniedziałek, 14 października 2013

Waflekins Nawija #2 "Popularne znaczy złe?"

Witajcie! Dzisiaj mam zamiar podzielić się z Wami jednym z tych głębokich jak dno Oceanu Atlantyckiego postów, gdzie nie będę opowiadać ani o żadnej specjalnie wybranej płycie, planach co do życia bloga (a patrząc po statystykach- pochwalę się wam- naprawdę ostatnio trzyma się dobrze, za co z całego serca dziękuję i wysyłam gorące buziaki dla wszystkich, którzy tu zaglądają i czytają). Nie będzie przyglądania się komuś szczególnemu, czy liczenia do 10. Trochę dzisiaj sobie po prostu pogadam, ot co- jak to miało miejsce przy słuchaniu muzyki w internecie. Ostatnio, podczas rozmowy z przyjaciółmi napomknąłem o tym, że nauczyłem się grać pewną piosenkę na gitarze- a że akurat instrument był pod ręką, oczywiście im ją zaprezentowałem. Kiedy kilka osób z ów towarzystwa stwierdziło, że "naprawdę fajne" i zapytali mnie, co to dokładnie było- odpowiedziałem. Natknąłem się jednak tylko na żartobliwe spojrzenie, do którego niektórzy dodali jeszcze pytanie "Żartujesz? Przecież to taka beznadziejna papka!" w ramach dodatkowego prezentu. Zastanawiacie się pewnie o jakiż to utwór chodziło. Mianowicie jakiś tydzień temu nauczyłem się grać Wrecking Ball najnowszego- bardzo kontrowersyjnego pod względem teledysku- singla Miley Cyrus na gitarze. I naszła mnie taka oto refleksja...

Popularne, więc bez kontrowersji? 
Powiem Wam więcej- publicznie znienawidzony utwór dawnej, ugrzecznionej Hanny Montany (przepraszam jeżeli użyłem złej pisowni- nie znam się na obecnych produktach Disney'a) nawet mi się podoba. Zadałem sobie pytanie- dlaczego właśnie taki ma on status? Kontrowersyjny teledysk? Czemu zatem niemiecki rockowy Rammestein nie został zniszczony, po tym jak zrobił ze swojego teledysku do piosenki Pussy film pornograficzny, gdzie artyści uprawiają seks w krótkich pornograficznych scenkach? Dlaczego Frankie Goes to Hollywood dzisiaj można usłyszeć na dyskotekach, skoro w ich największym przeboju- Relax- już sam tekst opowiada o sadomasochistycznym stosunku dwóch mężczyzn? Jak jednym z najważniejszych zespołów nurtu grunge dalej jest Nirvana, skoro w teledysku do Heart-Shaped Box dostajemy Jezusa ubranego w czapkę Mikołaja, dookoła którego krąży dziewczynka ubrana w strój Ku-Klux-Klanu? Lizanie młotka i latanie na kuli buldożera, nie pokazując tak naprawdę nic obscenicznego jest bardziej kontrowersyjne od wyżej wymienionych? W żadnym wypadku nie jestem stronniczy dla panny Cyrus- teledysk do Wrecking Ball jest po prostu pod niektórymi względami żałosny, ale czy przez to musimy skreślać całą piosenkę? Oprócz tego nasuwa mi się inne pytanie- czy to, że Miley Cyrus tworzy pop, a Rammestein metal nie pozwala jej na niektóre rzeczy, które mogą niemieccy muzycy? Czy muzyka popularna musi być ugrzeczniona? Czy jest właśnie przez to gorsza? 

Sprawczyni całego zamieszania związanego z tym postem.

Według mnie odpowiedź brzmi nie- i chociaż twórcy muzyki popularnej- jak na przykład Madonna, mająca za sobą wiele kontrowersyjnych przygód- chcą udowodnić, że ich też stać na bycie kontrowersyjnym, to są skutecznie "hejtowani" za takie zachowania, gdy artyści rockowi mogą robić co im się tylko żywnie podoba pod otoczką "alternatywy i walki z komercją". Czyli może wina leży po stronie komercyjności artystów? 

Popularne=Złe?
Ale czym jest tak naprawdę komercja? Szczerze mówiąc jest to dosyć dziwne zjawisko. Nie jest to żaden gatunek muzyczny, a jednak zgromadzeni są tu różni artyści- może tu trafić zarówno rock, disco jak i pop, a jednak przez niektóre środowiska artyści z tej grupy są uznawani za największe zło tego świata. W czym jednak są gorsi? Bo udało się im stworzyć utwór, który porwie dziesiątki tysięcy osób do śpiewania go razem z zespołem na koncertach, a innym zespołom po prostu się to nie udaje? Ponieważ to oni są na
Tajemniczy Marylin Manson to- niektórzy
będą zaprzeczać- również komercja moi
drodzy alternatywni ludzie :)
salonach, a nie ulubione zespoły hejtujących komercję osób? Bo zarabiają więcej niż inni artyści? Wybaczcie taka jest praca muzyka- każdy chce mieć pieniądze z tego, co robi jeżeli wykonuje swoją robotę dobrze. Równie dobrze możecie naskoczyć w takim razie na panią ze spożywczego, że nie oddaje wam ziemniaków, które są obecnie za 3 zł za kilogram za 10 groszy! Stańcie z banerami, krzyczącymi "sprzedałaś się!" pod jej sklepem. Nie zapomnijcie o dodaniu kilku wulgaryzmów dla smaczku, niech Baba wie co myślicie o takim zachowaniu. Brzmi absurdalnie, prawda?
Pamiętam czasy, kiedy sam należałem do tej jakże alternatywnej rzeszy ludzi, której nie podobało się wszystko, co tylko trafiało do tv i radia. Szczerze się wstydzę, że taki byłem, bo w wielu momentach prowokowało to różne nieprzyjemne sytuacje. Dzisiaj potrafię słuchać wszystkiego- na swojej mp3 mam zarówno krytykowaną za bycie popularną przez niektórych moich znajomych Adele jak i "bardzo alternatywną" Nirvanę  (bo- teraz narażę się wielu osobom- Metallica i Nirvana to również komercja, nie oszukujmy się. Większość z tych osób żyje w złudzeniu, że słucha czegoś alternatywnego, gdy jest to zwykły mainstream- po prostu inaczej podany), ale też grupy o których mało kto słyszał- spoza świata popularnych. I takich "połączeń" jest tam o wiele więcej. Nie wstydzę się komercji, bo tak naprawdę nie jest ona niczym złym. Tak samo jak niczym złym nie jest słuchanie muzyki spoza list przebojów- bo w drugą stronę taka nienawiść również istnieje.

A Ty? Słuchasz muzyki, czy gatunków?
A jak jest z Wami? Słuchacie wszystkiego, czy na jakieś gatunki muzyki (a może właśnie na tą przebrzydłą komercję) się zamykacie? Dlaczego tak jest? Z takimi refleksjami was na razie pozostawię. Odpowiedź możecie zostawić w komentarzu albo napisać do mnie wirtualny list muzycznekorki@gmail.com. Dzięki za jakiekolwiek aktywności- chciałbym poznać Wasze zdanie w tej sprawie :)
Do zobaczenia przy następnym poście i dziękuję za przeczytanie tego! :)
Cześć!
Waflekins.


niedziela, 6 października 2013

W kosmosie z Pati.

Dobry wieczór kochani czytelnicy!
Na wstępie chciałbym podziękować, za tak tłumne zainteresowanie postem o płycie Renovatio Edyty Bartosiewicz- osobiście chciałbym przeprosić za wszelkie gafy jakie tam popełniłem (bo kilka ich jest, gdybym tylko mógł byłyby już poprawione, ale niestety na to już za późno, trudno :)). Przez długi czas cierpiałem na zbyt dużą wenę i wymyślałem temat za tematem, którymi was na pewno wkrótce uraczę- aktualnie tworzą się dwa, żaden jednak nie jest ukończony z racji tego, że są to trochę poważniejsze i ambitniejsze posty, nad którymi muszę pomyśleć dwa razy. Ewentualnie dziesięć. Jednak, żeby nie było ciszy zdecydowałem się na inny post- również z grona tych, które sto lat czekają na udostępnienie większemu gronu czytelników. Dzisiaj jest na niego idealna pora. Jest już za oknem całkiem ciemny- jesienny, lekko mglisty (przynajmniej w Szczecinie), chłodny wieczór i nie mam w zanadrzu żadnych innych postów, którymi sypnąć niczym mag asami z trochę przydużego rękawa dziurawego, starego swetra. "Teraz albo nigdy"- pomyślałem. Zatem dzisiaj pomówimy o płycie dla mnie wyjątkowej i niesamowitej, jeżeli chodzi o polskie rynek muzyczny.

Dzisiaj zapoznam Was z osobowością
iście kosmiczną.
Z płytą zapoznałem się jakieś półtorej roku temu, gdy usłyszałem "głównego" singla promującego krążek- "Jaszczurkę" z dnia na dzień stał się moim osobistym przebojem, do którego bardzo często wracam. Wyprodukowany on został w 1998 roku przez młodziutką, 18-letnią Patrycję Grzymałkiewicz- z dzisiejszej perspektywy już Patrycję Hilton (ale mówimy teraz z perspektywy końcówki lat '90). Której historia jest iście niesamowita. Kto by pomyślał, że dziewczynka, która za młodu jeździła w trasy z Lady Pank, bo jej Mama związana była z Janem Borysewiczem- ówczesnym liderem grupy. W wieku 15 lat wymsknie się z domu w Polsce do odległej Anglii, gdzie zamieszka całkowicie sama i podczas lekcji w szkole muzycznej na wydziale pop music, zacznie tworzyć piosenki, które trzy lata później wyda na własnej płycie, nagranej już po powrocie do kraju? Czyste szaleństwo prawda? To poczekajcie i zobaczcie jaka to była płyta! Bo z popem na pewno nie miała nic wspólnego. Dzisiaj zapoznamy się z płytą Jaszczurka, zapraszam! :)


Pati Yang- Jaszczurka, 1998, Sony Music Polska
Między jawą, a snem.
Artystka zapytana kiedyś w jednym z wywiadów o tą płytę, stwierdziła, że "jest to płyta o młodej dziewczynie zagubionej gdzieś między światem realnym, a światem snów"- albo coś bardzo podobnego w ten deseń (niestety teraz nie mogę znaleźć nigdzie tego cytatu jak go potrzebuję). I niewątpliwie coś w tym jest. Udowadnia nam to już otwierający płytę, bardzo agresywny utwór Si- mający być początkowo kawałkiem tytułowym- (na nazwanie płyty nie zgodziła się jednak wytwórnia Sony, która zmusiła Pati do nazwania płyty tytułem singla). Dość potężny wstęp i wielu może przy nim odpaść- mi samemu na początku średnio przypadł do gustu, by teraz być jednym z moich ulubionych. Pati melorecytuje cały tekst, wcielając się w dziewczynę, opowiadającą (trochę pod wpływem alkoholu) Panu X parę słów o toksycznej miłości. Z każdej strony atakuje nas mocna elektronika, kojarząca się dzisiaj trochę z Crystal Castles, ale wtedy nikt nawet o nich nie słyszał. W Si już słychać z jakiego nurtu jest ta płyta. To nic innego jak trip hopowe dokonania Massive Attack, Portishead, czy Tricky'ego, przeniesione w nasze polskie, postpeerelowe realia. Kolejny kawałek 3 Pati stanowi trochę kontrast dla poprzedzającego utworu- zawsze kojarzyłem je sobie trochę z nocą i następującym po niej poranku. Chyba najbardziej chwytliwa ścieżka ze wszystkich na Jaszczurce z wpadającym w ucho gitarowym riffem. Potem dostajemy tytułową Jaszczurkę- śmiało to powiem- jeden z najpiękniejszych polskich utworów elektroniki łączonej z popem. Co więcej z wyśmienitym teledyskiem, dość psychodelicznym i prezentującym świat snów wspomniany przez Pati.

Teledysk do "Jaszczurki"
Po polsku i po angielsku.
Kolejnym naprawdę ciekawym kawałkiem jest Uwolnij- Ja tutaj czuję, że podmiot liryczny musiał przejść naprawdę wiele w swoim życiu. Niewiarygodne, że zwyczajna nastolatka potrafiła napisać coś tak przejmującego i mrocznego- z resztą sama oprawa muzyczna idealnie oddaje klimat. Aooh- to najkrótsza piosenka- trwa ledwo 3 minuty, ale szczerze mówiąc zawsze, gdy jej słucham zaczynam się bać- i to autentycznie narasta we mnie niepokój- sami z resztą przesłuchajcie w wolnej chwili, a zrozumiecie o co mi chodzi. Następnie dostajemy utwory już anglojęzyczne- Higher Perception, w którym da się usłyszeć przeogromne inspiracje Trickym, Underlegend- nigdy nie rozumiałem, czemu stał się drugim singlem (Nie zrozumcie mnie źle! Utwór jest muzycznie naprawdę ładny, spokojny, pozwalający odetchnąć z lekko pacyfistycznym tekstem, ale w żadnym wypadku nie jest to piosenka "do radia". Myślę, że w dużej mierze ta decyzja przeważyła o porażce komercyjnej krążka. By the way piosenka zawsze kojarzyła mi się z Another Brick in the wall Pink Floydów- sam nie wiem czemu.)- oraz Too late- zdecydowanie bardziej wpadającym w ucho niż ten wyżej wspomniany i co więcej żwawszym. Przeplatają się one z pozostałymi dwoma polskojęzycznymi trackami- Nie wróci- kawałek dla mnie enigmatyczny- nie wiem, co w nim jest takiego, że ciężko się od niego oderwać oraz Może zapomni- tekstowo zbudowanym z jednego zdania, wydaje mi się kontynuacją Aooh, które kończy się trochę nierozwinięte- w tej piosence słychać z kolei wielkie inspiracje grupą Portishead. Empty Temple- najspokojniejszy moment na całej płycie, gdzie podmiot liryczny właśnie opowiada o momencie, w którym umiera, przejmująca ballada oparta o dwa gitarowe chwyty, powoli rozchodzące się w przestrzeni. Niesamowita końcówka, po której zostajemy wbici w ziemię i pozostawieni w ciszy...

"Aooh"- a nie mówiłem? :)

Bristol w Warszawie.
...W ciszy trwającej aż do 2005 roku, ponieważ swój kolejny album Pati wyda dopiero wtedy. I to już poza granicami naszego kraju. Jaszczurka okazawszy się płytą jeszcze zbyt elektroniczną jak na polski rynek (gdzie dominował dalej rock) i z wytwórnią, która zbytnio nie wiedząc jak wypromować taką perłę, po prostu dała ciała, Pati zawinęła się ponownie do Londynu. Obecnie artystka ma na koncie trzy inne krążki (piąta płyta już w drodze), gdzie dalej pozostaje nietuzinkową dziewczyną z pomysłem- taką samą jak przy Jaszczurce.

Zanim to nastąpiło dalej w 1998 Pati ruszyła jednak w trasę, która również okazała się niewypałem z wielu powodów- jednakże były to na pewno magiczne wydarzenia. Chciałbym cofnąć się w czasie i móc usłyszeć np. Underlegend rozegrane na dwie perkusje (bo podczas trasy młodą Pati Yang wspomagała liczna trupa, nazwana Robot, którą w wywiadach artystka wspomina różnie- z jednej strony byli to ponoć wspaniali muzycy, z drugiej grupa naprawdę ciężka do ogarnięcia- ponoć na jednym z koncertów ów trasy jeden z muzyków wstał i poszedł do baru, z którego na scenę już nie wrócił, a gig kontynuowano bez jednego muzyka). Próba przeniesienia Bristolu do Polski nie udała się. Myślę jednak, że gdyby Jaszczurka ukazała się dzisiaj, Pati z dnia na dzień zyskałaby w naszym kraju sławę. Polecam posłuchać tej płyty, bo kto raz wkręci się w ten kosmiczny klimat na zawsze będzie wracać do tego układu... jak Ja :)

Waflekins.


niedziela, 25 sierpnia 2013

Święto Heinekena #3 "Dzień lukru i cukru-pudru"

Spis treści:
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 4

No dobra... Kiedyś trzeba to zrobić, więc powoli wykańczamy moją relację z Opener'a (w końcu kiedyś trzeba :)). Dzisiejszego wieczoru będzie naprawdę mnóstwo przychylnych epitetów, gloryfikacji ponad słońce i innych tego typu miłych rzeczy okraszonych jeszcze na dodatek lukrem- co by było jeszcze bardziej słodko. Dlaczego? Ponieważ uważam, że trzeci dzień Święta Heinekena był najlepszym ze wszystkich tegorocznego festiwalu. Pozytywna energia gromadziła się we mnie całe popołudnie i wieczór, aby w końcu spokojnie wyciszyć się dopiero wczesnym rankiem. Był więc Kaliber 44, który nie wiedzieć skąd dostał się na scenę główną, energetyczna Ifi Ude, jeszcze bardziej drapieżna i rozkręcona Skunk Anansie, dające czadu ze swoją nową płytą Queens of the stone age, mój najukochańszy Hey (<3 <3 <3), bardzo ładne The National i Rykarda Parasol, która swoim przepięknym zachrypniętym wokalem ululała mnie do snu :) Zapraszam!

Kaliber 44
Kaliber- już z Gutkiem.
Od razu mówię, że nie byłem na całym koncercie, gdyż pognałem pod koniec pognałem by zająć dobrą miejscówkę na koncercie Ifi- aczkolwiek gdyby nie ten priorytetowy koncert na scenie Alter Space, to mimo iż zbytnio nie jara mnie rap tak Kaliber we wznowionym składzie- Abradab, Joka i DJ Feel X ze specjalnym gościem- Gutkiem- wokalistą znanego w niektórych środowiskach Indios Bravos (pochwalę się, że wywodzącego się z mojego rodzinnego miasta) i powołanym wówczas tylko na czas festiwalu (bo jak wiadomo grupa postanowiła jednak działać dalej i wydać płytę). Wgłąb Kossakowa poszły największe hity grupy- Normalnie o tej porze i Film (który zakończył cały koncert), piosenki z solowej twórczości Abradaba, które trochę mniej mi się podobają niż twórczość Kalibra. Dodam jeszcze o naprawdę fajnie wykonanej Wenie, którą bardzo lubię :)
Ciekawym urozmaiceniem koncertu był Nie rytmiczny me how z repertuaru Indios Bravos, wykonany razem z Gutkiem. Niestety zaraz po tym pognałem spod głównej sceny w rytm piosenki Chase the devil (tym razem Gutek "coverował" samego siebie).

Ifi Ude
Ifi ponownie zaczarowała moją duszę- wygrałaś Opener'a
dziewczyno!
Koncert, który wygrał dla mnie całego Opener'a. Przyznam się również, że to był jeden z koncertów na które najbardziej czekałem na festiwalu. Ifi przyprowadziła ze sobą bardzo liczną trupę- trzy przemiłe panie (z czego jak się dowiedzieliśmy jedna jest siostrą wokalistki) w chórkach, perkusję, klawiszowca, dwie gitary... bardzo rockowy skład zważywszy na stylistykę wykonywaną przez grupę. Tak duży skład jednak bardzo dodał uroku wszystkim piosenkom. Artystka wykonała kilka piosenek ze swojej nadchodzącej płyty- Shake it don't panic pierwszy raz na przykład ujrzało światło dzienne. Oprócz tego nie zabrakło największego "hitu"- My Baby Gone w rytm, którego wszyscy skakali i bawili się. Należy dodać, że na koncercie można było poczuć się jak na dobrej dyskotece- wszyscy wokoło ze sobą tańczyli, co niektórzy śpiewali razem z wokalistką, wymachiwali dłońmi, a w czasie Fali poszły przez salę fale- magia totalna magia. Z resztą to może kwestia czarów, gdyż piosenkarka początkowo wyszła przebrana za szamankę (strój ten pojawił się również w jednym z jej klipów ;)). Tak- początkowo- gdyż przebierała się ona trzy razy (prawie jak Lady Gaga na trasy Ifi będzie pewnie wozić całą szafę wymyślnych kostiumów). Atmosfera została jednak stonowana podczas poważnej, lekko nostalgicznej Wełny z akompaniamentem wiolonczeli. "Piękny koncert- wygrał jak dla mnie Opener'a"- powiedziałem, nie wiedząc co mnie czeka na Skunk Anansie.

Skunk Anansie
Skin publiczność wokalnie wbija w ziemię, a potem sama jeszcze fizycznie
w nich skacze- gratka dla fanów Skunk Anansie.
Kolejny koncert aż buchający energią. Skin i jej spółka wykonali sporo piosenek z najnowszego albumu- szałowe I believed in you, czy też I hope you get to meet your hero, ale także starsze hiciory- przede wszystkim znany wszystkim Hedonism, trochę mniej Charlie Big Potato i Because of you (po którego wykonaniu miałem prawdziwą "fazę" na ten utwór). Skin porządnie się wydzierała, a nawet skoczyła w publiczność, pośród której zaliczyła nawet spacer, by stać niedaleko mnie, gdy jej koledzy wywijali na instrumentach prawdziwe "cuda na strunach". Było również headbangowanie i śpiewanie You're so fucking political. Bardzo, bardzo dobry koncert i kto nie był niech płacze, i żałuje bo taka okazja może zdarzyć się dopiero za kilka lat. Po takim cudownym koncercie pozostają tylko miłe wspomnienia. Aż miło potem napić się zimnego piwka, czy tymbarka :)
Black Traffic-

Queens of the stone age
Queensi roztańczeni i pełni energii. Zapraszamy
ponownie do Polski!
Zaczęło robić się ciemniej i ciemniej, aż w końcu zapadł zmrok i na scenę weszli Queens of the stone age, promując swój najnowszy album ...Like Clockwork jednak dużo nowej płyty nie było. Przywitali się swoim największym, popisowym hiciorem- Feel good hit of the summer. Potem w świat poszły również inne- No one knows, czy Make it Wit-chu. Z najnowszego krążka jedynym elementem, którego było dużo to psychodeliczne teledyski puszczane w tle, przeplatające się z wizualizacjami okładki. Przy okazji wspomnę o tym, że grupa wygrała dla mnie pod względem najlepszego oświetlenia koncertu- nie wiem, kto za tym stał, ale odwalił kawał dobrej roboty, brawo Queensi- zapraszamy ponownie, jednak muszę udać się na Hey. I w ten sposób oddaliłem się w rytm I appear missing (cóż za zbieg okoliczności :P)- jednak wbrew mojej miłości do Hey'a i Nosowskiej zbierałem się stamtąd naprawdę długo.

Hey
Kasia z uśmiechem powitała wszystkich
przybyłych na koncert jej grupy-
"uściskałabym was"- mówiła
zdjęcie ze strony afterparty.pl
Może miejscówki nie miałem najlepszej przez moje zasiedzenie na QOTSA, ale i tak nie przeszkadzało mi to raczyć się dźwiękami ulubionego zespołu. Grupa zagrała bardzo dużo nowych kawałków- Wilk vs Kot otwierający koncert (ta piosenka zawsze jakoś potrafi mnie zachwycić w wersji live- nie ważne jak często słyszę), Wieliczka (przygotowana jako jedna ze specjalnych niespodzianek), drugą niespodzianką było już z przedostatniej płyty- Nie więcej wykonane z Moniką Brodką, ale momentami były powroty do starości (Zazdrość- którą widziałem już tylko na nagraniach, Schizophrenic family albo znana wszystkim Cudzoziemka w raju kobiet). Był też dawno nie grany cover Everybody's gonna learn sometimes, ale szczerze- Hey powinien wyrzucić go na dobre z setlisty. Pognałem na The National.





The National
Uwaga Panie, Uwaga Panowie- Matt się wczuwa
Może jakimś zbytnim fanem twórczości "Naszynali" nie jestem, ale koncert był naprawdę ładny. NajbardziejI need my girl, wykonane o wiele piękniej niż studyjnie. To muszę przyznać Mattowi Berningerowi- wokaliście i tekściarzowi grupy- w to co robi wkłada naprawdę dużo emocji i to słychać przy może jego niezbyt udanych popisach wokalnych (cóż ja należę bardziej do fanów damskich wokali) jednak na pewno szczerych. I w tym jest jakaś prawda, uczucie. A może zawodzenie pieśniarza wywołane było zbyt dużą dawką alkoholu wypitego w czasie koncertu? Tak, tak- koncert nie był okazją do tego, żeby być abstynentem i po wypiciu całej butelki nieznanego trunku bodajże przy Mr. November Matt poleciał w tłum. Co jeszcze zostało zagrane naprawdę fajnie? Na pewno chyba największy hit grupy- I should live in the salt, a i jeszcze Abel. Pomimo uczucia pustki, które zostało mi po koncercie, do studyjnych podejść The National nie mam zamiaru przechodzić.
w pamięć zapadło mi

Rykarda Parasol
Na ten koncert poszedłem już będąc na pograniczu jawy i snu. Niewątpliwie jednak ten koncert przyczynił się do pojawienia się tego posta akurat teraz- przypomniałem sobie bowiem jak zachwycałem się wokalem pani Rykardy po Openerze i przysięgałem na wszystko, że będę teraz często jej słuchać- i co z tego wyszło?Figa z makiem. Ale wróćmy do wokalu Parasol- przepiękne zachrypnięte głosisko, cholernie zmysłowe. Pamiętam jak wszedłem już na koncert na scenę Alter Space, a artystka akurat grała swój kawałek otwierający najnowszą płytę- Cloak of comedy- poczułem, że przyszedłem w bardzo dobre miejsce. Kobieta świetnie dogadywała się z publicznością, a swoje występy co chwila przerywała konferansjerskimi wykonami. Najlepiej pamiętam opowieść o tym jak powstała piosenka Drinking song z drugiej płyty- "For Blood and Wine", toteż sam utwór też zapadł mi w pamięć- i dobrze, bo jest równie fajny i lekki jak Cloak of comedy. Wiecie co? Uważam, że Rykarda idealnie nadawałaby się do duetu z Nickiem Cavem, a ich występy powinny się odbyć zaraz po sobie. Jej muzyka jest idealna na te jeszcze ciepłe letniojesienne noce- pełna magi i powabnych gitar akustycznych przeplatanych z innymi instrumentami- coś pięknego.

I to by było na tyle. Dziękuję za przeczytanie moich wypocin, przypominam, że zawsze jestem chętny na wymianę spostrzeżeń- muzycznych i nie tylko- pod adresem muzycznekorki@gmail.com także zapraszam was wszystkich- tak samo mocno mogę powiedzieć, że już wkrótce zakończymy tą serię- (wiem cieszycie się już pewnie :P), ale o koncertach jeszcze będziemy gadać- bo nie tylko na Opener'a w czasie wakacji się wybrałem (a i jesienią się coś szykuje). Trzymajcie się i wpadnijcie niedługo na 4. część relacji- jeżeli chcecie być na bieżąco, w prawym górnym rogu bodajże opcja "Subskrybuj" nie gryzie :)

Waflekins


niedziela, 28 lipca 2013

Święto Heinekena cz. 1 "Marzenia się spełniają"


Spis treści:
Dzień 2
Dzień 3
Muszę przyznać, że odwiedzenie słynnego gdyńskiego Heineken Opener Festival'u było moim marzeniem
od niepamiętnych czasów. Co roku sprawdzałem kolejne line'up-y marząc jak to byłoby znaleźć się tam i uczestniczyć we wszystkich tych cudownych, niecodziennych koncertach i gdy rok temu omijały mnie koncerty Bjork, Bat for Lashes, Bona Ivera, Julli Marcell, czy Justice stwierdziłem, że w 2013 wybiorę się tam na 1000%, a jak nie to niech mnie piorun trzaśnie. I... udało się :)
Nie było wcale łatwo i w trakcie ustalania wszystkiego powoli zaczynałem tracić nadzieję, gdy kolejni znajomi mówili, że "a to nie mają ochoty, bo zespoły nie takie", "woleliby jechać na samą Rihannę", czy "za dużo kasy na takie coś". Na szczęście znalazł się jeden mój bardzo dobry przyjaciel, który skuszony zapowiedzią The National powiedział "dobra, jadę". Potem ogarnął mnie wielki szał, bo nocowaliśmy na polu namiotowym- trzeba było przecież w końcu wszystko kupić, co doprowadziło do tego, że przeczytałem całą internetową encyklopedię "Jak przetrwać na Openerze" w kilkudziesięciu tomach w postaci różnych witryn :P potem ustalanie na co idziemy dokładnie każdego dnia, czytanie o trójmieście i jego atrakcjach. Chciałem to napisać o wiele, wiele wcześniej, ale najpierw dochodziłem do siebie po całym festiwalu, tydzień później kolejny wyjazd i jakoś moje ciśnienie na tego posta zmalało, ale już zaczynam. Powiem Wam teraz do jakich wniosków doszedłem:

  • Jakieś świecące odblaskowe cosie, czy coś co przykuwa uwagę do namiotu nie jest wcale tak bardzo przydatne. Daliśmy sobie radę bez tego, a na polu namiotowym nie jest tak łatwo się zgubić jak sądziłem. Jest tam mnóstwo punktów orientacyjnych, dzięki którym można dojść do namiotu.
  • Prysznice. Pamiętam jak przeraziłem się, gdy przeczytałem, że ciepła woda to tylko rano, a potem to już tylko pozostaje wybrać między syfem albo zmaganiem się z wodą zimną jak Arktyka. Jakoś nigdy nie narzekałem na brak ciepłej wody pod natryskiem, a jedyne co może przeszkadzać w "porannej toalecie", gdy wstanie się po 10:00 to fakt, że co najmniej godzinę spędzasz w kolejce.
  • Karnety SKM- bardzo fajna sprawa. Płacisz niewiele, a możesz poruszać się po całym Trójmieście bez żadnych problemów, a to bardzo przydatne, bo Gdynia, Sopot i Gdańsk aż obfitują w miejsca, które warto zwiedzić. W samej Gdyni najbardziej urzekło mnie chyba Orłowo, nadmorski Bulwar oraz małe, zapomniane przez świat uliczki, którymi szwendaliśmy się jednego dnia (przy jednej z nich trafiłem poza tym na kawiarnię przy ulicy Świętojańskiej- bodajże "u Krystyny", gdzie serwują wspaniałe lody!)
  • Darmowy autobus na Kossakowo- do godziny 15:00 jest raczej spokojnie i dojazd nie zajmuje więcej niż 15-20 minut. Co dzieje się potem? Tłumy festiwalowiczów, którzy na ostatnią chwilę mają zamiar zdążyć na upragnione koncerty, a przy okazji spakować jeszcze swoje zakupy do namiotów nadciągają w kierunku przystanku, co prowadzi do dłuuuuuuuugiej kolejki. Fakt, że nie trzeba stać długo, bo komunikacja miejska w trójmieście działa wręcz wybitnie, a kolejne autobusy dojeżdżają co minutę, ale korków na trasie przez to spowodowanych już nie zwalczymy (w ten sposób spóźniliśmy się na połowę koncertu Dawida Podsiadła).
  • Kalosze. Nie wiem, podobno są bardzo przydatne, ale w tym roku miałem szczęście, bo pojechałem bez nich, nie padało i nie musiałem zmagać się z mrożącym krew w żyłach błotem. 
  • Opaski. Nic się nie bój, jeżeli masz przez cały festiwal obsesję na jej punkcie, że się zsunie, czy że będzie za luźno założona i Cię nie wpuszczą- nie ma takiej opcji ;)
  • Pole namiotowe. Samo w sobie jest cudownym miejscem, pełnym ciekawych ludzi (pamiętam jak już na wejściu spotkaliśmy dwóch power rangersów), z którymi można pogadać, chętnie Ci pomogą itd. itp. oprócz tego pole jest naprawdę bezpieczne- żeby wejść na sam jego teren musiałem przejść dwie rewizje bagażu, by ochrona upewniła się, że nie mam niczego, co mogłoby zagrażać niebezpieczeństwu. Także naprawdę polecam!
Przechodząc do samego Opener'a. Pierwszego dnia zaplanowaliśmy sobie, że Dawida Podsiadła, Mikromusic, Editors, Blur, Alt-J oraz Domowe Melodie. W takiej kolejności też opiszę każdy koncert. Wychodzi na to, że wpisów o Openerze będzie zatem jeszcze kilka- nieźle Was nim zamęczę (spokojnie, w międzyczasie będą pojawiać się posty na inne tematy, co by nie być monotematycznym) :)
Nie chciałem zamęczać aparatu w telefonie, żeby bateria wytrzymała jak najdłużej, więc zdjęć mam niedużo- posługiwać będę się tym, co znajdę w sieci (kilka z tych, które zrobiłem może tutaj wyląduje).

Dawid Podsiadło

Dotarliśmy do namiotu, gdzie grał Podsiadło i spółka dopiero w połowie koncertu i to w kompletnym szale, więc nie pamiętam z niego zbyt dużo. Szczególnie w pamięć zapadło mi skakanie do Elephant, S&T w lekko zmienionej wersji niż albumowa (i ta zmiana aranżacji na wielki, wielki plus). Na zakończenie Dawid kulturalnie przedstawił zespół i zagrali Nieznajomego, który na żywo robi o wiele, wiele większy klimat niż studyjnie.


Mikromusic

Jak dla mnie gdzieś tu popełniono błąd. A szkoda, bo wiele dobrego się spodziewałem. Podsiadło wraz ze swoją grupą wprawili festiwalowiczów w niesamowity nastrój i pozytywnie ich nabuzował. Na scenę weszli po nim muzycy z Mirkomusic i atmosfera z typowo tanecznej zmieniła się na senną, co doprowadziło do tego, że ludzie w połowie koncertu zaczęli wychodzić, by czekać już na Editros. Ja zostałem do końca. Muszę pochwalić wspaniały wokal Natalii Grosiak, który na żywo brzmi jeszcze lepiej niż na płytach. Grupa nie zagrała całej nowej płyty, a zrobiła bardzo miły misz masz swojej twórczości- zabrzmiały zarówno Jesień, Niemiłość i te nowsze- Sopot, czy też Takiego chłopaka (którego dzielnie odśpiewali wszyscy zgromadzeni). Mi się koncert bardzo podobał, ale szkoda mi było, że tyle osób wyszło w trakcie. Zdecydowanie lepiej spisaliby się

Editors
Nie spodziewałem się fajerwerków. Może dlatego, że Editorsi jakoś nigdy specjalnie mi nie podchodzili i poszedłem tylko dlatego, że "no niby gwiazda, więc fajnie byłoby zobaczyć". W przeciwieństwie do Mikromusic, które przed chwilą opuściłem- tu zespół grał praktycznie same nowe piosenki. Bardzo irytował mnie za to sam wokalista (i nie chodzi mi bynajmniej o wokal), który co chwila, a to poprawiał sobie kołnierzyk, a to gładził swoje zaczesane do tyłu nażelowane włosy.Z całego koncertu spodobały mi się tylko wykonania tytułowej piosenki z najnowszej płyty- Ton of love i słynnego Papillonu. Wyglądało to bardzo kiczowato i w sumie żałuję, że nie poszedłem zobaczyć w tym czasie Savages lub Vavamuffin, ale mówi się trudno. Przynajmniej miałem dobrą miejscówkę na blur.





blur
Jeden z najprzyjemniejszych punktów całego wieczoru jak i festiwalu. Do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że WIDZIAŁEM BLUR NA ŻYWO! Damon Albarn od początku koncertu przekazywał publice niesamowitą energię. Grupa zagrała składankę swoich największych hitów, więc było oczywiste, gdy setlista rozpoczęła się od Girls and Boys w rytm którego skakali dosłownie wszyscy. Było również genialne Beetlebum, najnowszy singiel Under the westway, Tender (odśpiewane razem ze wszystkimi zgromadzonymi). Zagrano też te mniej znane piosenki- Parklife oraz This is a low (obie z krążka Parklife z roku 1994). Koncert zachwycił nawet największych malkontentów, a sam blur czuję, że już prędko wróci do naszego pięknego kraju. Gdy słuchałem tych dźwięków poczułem się niesamowicie szczęśliwy i już czułem, że spełniło się jedno z moich największych marzeń. Byłem na Openerze.

Alt-J
Bardzo dobrym pomysłem było przełożenie koncertu na późniejszą godzinę, przez co wszyscy, którzy zostali na cały występ blur niczego nie przegapili. W sumie były też tego minusy ponieważ w namiocie i poza jego obrębem był ogromny ścisk. Ale opłacało się swoje wystać, bo grupa pokazała na co ją stać i ze swojego debiutanckiego krążka wyciągnęli wszystko to co najlepsze. Oczywiście momentem, w którym tłumy były najbardziej oszołomione był ten, gdy zabrzmiało Breezeblocks, ale Ja uważam, że jeszcze piękniej grupa zagrała Matildę. 

Domowe Melodie
Naprawdę fajny koncert. Z początku bardzo kameralna atmosfera- artyści w stylowych pidżamach, zaś fani siedzieli pod sceną tuż obok zespołu, radośnie śpiewali piosenki z debiutanckiego albumu Domowe Melodie i klaskali, bo spora grupa osób przebywała wtedy na Kendricku Lamarze i Crystal Castles, ale powoli Alter Space zaczął się zapełniać i zapełniać, by już w połowie koncertu nie było wolnego miejsca wewnątrz. Grupa dała 4 lub 5 bisów nie pamiętam dokładnie, ale zasłużyła sobie na to, bo dała najlepszy koncert pierwszego dnia. Z tego co było widać trio nie spodziewało się tak tłumnego przyjęcia i gdy tylko któryś z muzyków zerkał na publiczność, speszony odwracał wzrok do instrumentu. Mimo całego tego "wstydziocha" zagrali naprawdę pięknie- widać, że granie przynosi im frajdę, a każdym kawałkiem umieją się dobrze bawić (stąd np. zakończony wręcz rockowo Zbyszek, czy Tak Dali z hiphopowym beatem Staszka Czyżewskiego). Grupa zagrała też zupełnie nową piosenkę Tak to nie tak oraz Panie Prezydencie. Niesamowite wydarzenie. Na dokładkę Grażka i Pan Prezydent :)
http://www.youtube.com/watch?v=ALeCyOwvlUM

Wkrótce kolejne części, dzięki za uwagę :D
Waflekins

niedziela, 16 czerwca 2013

Genialny debiut Holloee Poloy.

Wiem, to zdjęcie Edyty Bartosiewicz
 już kiedyś wstawiałem na blogu, ale
Holloee Poloy nie ma własnego zdjęcia!
Post miał być przed weekendem, ale wciągnąłem się w wir przeróżnych przygód, które raczej nie pasują tematyką do bloga, no może poza jazzowym jam session przyjaciółki, który ostatecznie się nie odbył. Nie! Znowu za bardzo odbiegam od tematu! Opowiem Wam dziś o płycie, która w porównaniu do wszystkiego o czym pisałem dotychczas na blogu (oprócz starego jak świat świątecznego postu o Sinatrze) jest całkowitym dinozaurem. Co można powiedzieć o Holloee Poloy poza tym, że ciężko jest wymówić nazwę przy pierwszym jej przeczytaniu? Grupa powstała w 1988 roku nazywając się początkowo Staff i dała o sobie znać wygrywając wówczas konkurs o jakże uroczej nazwie- "Mokotowska Muzyczna Jesień". Nagrodą było nagranie swojej debiutanckiej płyty i tak własnie w maju 1989 poczyniono The Big Beat krążek wyjątkowy. Jest to jedna z czołowych pozycji bardzo nielicznego grona płyt, które naprawdę na mnie wpłynęły i bardzo silnie ukształtowały muzycznie. Długo słuchanie przeze mnie muzyki polegało tylko na tym, że szukałem tylko i wyłącznie czegoś podobnego do Holloee Poloy. Jak trafiłem na taki nieznany staroć w dzisiejszych czasach? Dawno, dawno temu byłem ogromnym fanem Edyty Bartosiewicz (która się przypadkiem do zespołu dołączyła jako wokalistka) i w oczekiwaniu na jej kolejną zapowiadaną od ponad dekady płytę postanowiłem poszukać jakichś piosenek w rodzaju "B-side'ów", które nie weszły na oficjalne płyty z tych, czy innych powodów. Szukając dowiedziałem się, że śpiewała Ona w zespole, o którym dziś mówiłem. The Big Beat to płyta dziś niedostępna w sklepach (sporadycznie na allegro), w internecie jest z nią już trochę lepiej, ale wtedy? Szukałem jej miesiącami w przestrzeniach "internetów" i wreszcie znalazłem- nie zawiodłem się, założyłem słuchawki jeszcze nie wiedząc, że ruszam w jedną z najpiękniejszych muzycznych przygód życia. Wracając do tematu- zapraszam do kolejnej recenzji z serii Co Waflekins poleca Wam na wakacje?, którą otworzyłem poprzednim postem.

Holloee Poloy- "The Big Beat", Polskie Nagrania
1990 r.
Zawiodą się wszyscy fani pop-rockowego wydania solowej Edyty. The Big Beat to zupełnie inny świat. Płyta całkowicie awangardowa, przeplatająca ze sobą bardzo dobry rock, funk, jazz, a nawet niekiedy momentami hip hop. Muzycznie jest to całkowite szaleństwo. Słychać ogromne inspiracje takimi wykonawcami jak Prince, czy The Police, ale Ja na przykład słyszę tutaj również wczesnych Red Hot Chili Peppers, a elektroniczne wstawki kojarzą się z kultowym Kraftwerkiem. Album to mieszanka niesamowitych energetycznych hitów- dajmy na to chociażby otwierające album całkowicie funkowe Cars, zaczynające się spokojnie, aczkolwiek to tylko zmyłka True Love and Confusion, That Rumour- z którym wiąże się pewna historia, bowiem ściągając początkowo album pobrałem płytę (tak wstydzę się tego strasznie) bez tego kawałka- po prostu wszystkie dostępne w internecie wersje tej płyty były bez piątej ścieżki. Zorientowałem się dopiero po dwóch latach :)
Niesamowicie wciągają też- jak dla mnie dwie najpiękniejsze piosenki w dyskografii Edyty Bartosiewicz- czy to gościnnie, czy solo- See Saw oraz Could die in your eyes- będące również niewątpliwie najmocniejszymi punktami płyty. Zamykając oczy i słuchając tych dźwięków widzę w wyobraźni piękne obrazy- fale obijające się o piaszczyste brzegi naszego Bałtyku. Dlatego ta płyta towarzyszy mi ZAWSZE na wakacjach (no bo, że co roku jeżdżę nad morze to już inna kwestia).
Zachwycają również wybitne sekcje dęte, którymi pochwalić się może w największej mierze kawałek At your doors, aczkolwiek kawałków z dęciakami jest jeszcze kilka- po prostu wspomniałem już o nich wyżej.  Po wspomnianej piosence, która niesamowicie buduje napięcie słuchacz doznaje zdziwienia jak zmienia się tempo płyty w Don't break down, które ma w sobie bardzo dużo hip hopu zmieszanego z funkowym brzmieniem. Okazja do usłyszenia rapującej Edyty Bartosiewicz nie zdarza się często :)
Płytę zamyka mroczne Time to look again zaczynające się elektronicznym "mrowieniem". Na albumie jest ogrom elektroniki, która ciekawie przeplata się gdzieś w tle pomiędzy transowym basem, a pobrzmiewającymi gitarami elektrycznymi. The Big Beat to niesamowita symfonia dźwięków.

Wielu z Was zadaje sobie pewnie pytanie- skoro płyta jest tak genialna, to czemu nie odniosła sukcesu? Być może to przez to, że nie ma na płycie żadnego polskiego tekstu, przez co ciężej było dotrzeć do polskiego słuchacza (może to i nawet lepiej bo wszystkie traktujące o miłości wypociny Marka Stonemana po polsku byłyby uznane za beznadziejne)? Może przez to, że płyta wydana była w większej mierze na winylu, na który wtedy mogli sobie pozwolić tylko bogaci burżuje? A może przez to, że sam zespół rozpadł się chwile po ukazaniu się płyty? Uważam, że gdyby Holloee Poloy powstało w Zachodniej kulturze ewidentnie stałoby się klasykiem stawianym obok takich wykonawców jak Depeche Mode, wspomniany już Kraftwerk i Herbie Hancock. Bo jest to płyta niesamowita, ale zbyt światowa jak na Nasz zamknięty grajdołek, w którym w tym czasie (a dodajmy, że był to rok 1989) królowali Perfect, Lady Pank, Maanam i Maryla Rodowicz. Płycie daję spokojnie mocne 9/10

Niestety Youtube nie chce wstawić tutaj piosenek, więc po prostu powrzucam linki, którymi każdy będzie mógł się poczęstować (estetyka tego posta mnie przeraża)- mój the best of z albumu. Koniecznie przesłuchajcie:
http://www.youtube.com/watch?v=cYr4S5OSuWo- Don't break down (ale już nie jako top tylko zwykła ciekawostka).

Za niedługo widzimy się z kolejną recenzją- ostatnią lub przedostatnią z takich wakacyjnych zapowiedzi. Pomówimy wtedy o stworzeniach, które w naturze mają ostre, niebezpieczne kły, ale potrafią pokazać też i pazur (pewnie umieracie z ciekawości). Będą również przekładane tak długo zmiany (nowe tło już się robi i powiem Wam, że jest śliczne). Zapraszam też Was do pisania na maila muzycznekorki@gmail.com- chętnie poczytam Wasze opinie na temat mojego bloga :)
Do zobaczyska wkrótce, a ja wracam do słuchania The Big Beat- nie wiem już który raz z kolei!
Waflekins.