Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akustycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akustycznie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Włochy z Islandią

"Post pojawi się do niedzieli najpewniej" napisałem w poprzednim poście. Ha! Dobre sobie. Odwieczna zasada żeby nie narzucać sobie tutaj konkretnych terminów po raz kolejny została złamana i jak zawsze nie wyszło zmieszczenie się w terminie. Norma. Mam nadzieję, że jesteście do tego przyzwyczajeni i wybaczycie mi to jakoś.

Zastanawiałem się jakie brzmienie zaproponować Wam na leniwy, ciężki i zapłakany deszczem poniedziałek. Stwierdziłem, że najlepsze będą świeczki i kameralna atmosfera. Do tego trochę gitar bo moja własna gitara uciekła nad morze, a ja będę tam dopiero jutro wieczorem (już Pani nie lubię, Pani nadchodząca sesjo).

Artystkę o której będzie dzisiaj mowa znalazłem przypadkiem, gdy posiadałem jeszcze telewizor. Skacząc z kanału na kanał natrafiłem na ciekawy koncert na TVP Kultura. Tym razem nie były to włoskie tenory ani jakieś dziadowskie cosie. Można słuchać. Od razu podłapałem zauroczenie do Pani Emiliany Torrini, jej prześlicznego akcentu, lekko zadziornego wokalu i do całej atmosfery koncertu, który dawał mnóstwo energii. Zaraz po tym postanowiłem przesłuchać sobie jedną z jej płyt. Padło na "Fisherman's Woman" z 2005 roku.

Jak było?

Zaraz się dowiecie. Zapraszam do lektury!


Płyta: Emiliana Torrini - "Fisherman's Woman"

Wytwórnia: Rough Trade

Rok wydania: 2005

Gatunek: Trochę folku, trochę spokojnego indie rocka

Ile piosenek?: 12

Warto posłuchać: "Sunny Road", "Serenade", "Today Has Been OK", "Lifesaver", "Fisherman's Woman"




Dziewczyna Rybaka

Emiliana Torrini jest matką Islandki i Włocha jednak to w tym pierwszym kraju wychowała się ta zdolna Pani i tam zaczęła swoją muzyczną karierę. Zaczęło się nietypowo. Ojciec Emiliany posiada w Reyjkjavik (Boże, co za uporczywa nazwa stolicy) dość znaną restaurację. Szczęśliwe zrządzenie losu zaprowadziło tam Dereka Briketta - właściciela londyńskiej, bardzo cenionej wytwórni One Little Indian Records. Zobaczył śpiewającą wówczas dziewczynę, którą już chwilę potem zaprosił do Londynu do nagrania wydawnictwa. Potem była piosenka dla Kylie Minogue, epizod w soundtracku do Władcy Pierścieni, kolejne płyty. Jakoś się wiodło.

Emiliana długi czas trzymała się z wytwórnią, a w Islandii wydawała kolejne płyta z pogranicza blues'a i trip-hopu. "Fisherman's Woman" miało być krokiem naprzód - wydane za pomocą nowej wytwórni Rough Records odpowiedzialnej m.in. za The Smiths i zwrotem w kierunku innej muzyki.

Z elektronicznych, rozwleczonych brzmień Kobieta Rybaka (z angielskiego "Fisherman's Woman) poszła w kierunku folku i akustycznych brzmień.

Przez prawie cały krążek Emilianie towarzyszy jedynie gitara akustyczna. To ona odgrywa tu największą rolę, a pozostałe instrumenty dołączają się do niej sporadycznie. Jest kameralnie. Zupełnie jakbyśmy siedzieli w salonie przy kominku, a artystka przygrywała nam swoje pogodne piosenki. Jest bardzo przyjemnie. Wyjątkiem jest tytułowy "Fisherman's Woman", w którym rolę głównego bohatera przejmuje pianino.

Perfekcja z każdej strony

Na szczególną uwagę zasługuje perfekcyjny wokal Emiliany, który w połączeniu ze specyficznym akcentem daje naprawdę fajne połączenie. Dziewczyna wykorzystuje dar, który posiada i jest tego świadoma. Świadectwem tego jest trudny do wyparcia z głowy "Lifesaver", czy wspomniane wcześniej "Fisherman's Woman". Najpiękniejsze jest jednak wieńczące płytę "Serenade".

Poza Islandią przebija się też trochę obrazek Włoch. Uciekający poprzez struny gitary w  "Sunny Road"  i  zachowany w energii "Next Time Around" krajobraz tajemniczych uliczek, które aż chciałoby się zwiedzać, skrytych w późno popołudniowym słońcu.

Chłodna i surowa w brzmieniach Islandia i pogodne, rytmiczne Włochy - dwa z pozoru odmienne światy zostały tutaj połączony w jeden, w którym z pomocą zdolnej Emiliany, dzieją się rzeczy niezwykłe. To płyta do której można wracać o każdej porze roku i zawsze znajdzie się tutaj coś urzekającego.

Bardzo lubię ten krążek i w piosenkach wartych przesłuchania mógłbym wymienić wszystkie dwanaście, ale ograniczę się i jeszcze raz zachęcę do przesłuchania. Szczególnie polecam fanom islandzkich, akustycznych brzmień, bo Emiliana Torrini z takim wyjściem na światowy rynek alternatywy idealnie trafia w taki target. Świadczy o tym zresztą to, że po "Fisherman's Woman" artystka nie poprzestała i do tej pory na światowy rynek wypuściła jeszcze dwie następczynie opisywanego tu krążka i choć może nie jest to jakiś straszny sukces komercyjny, to jest to bardzo wartościowa muzyka.

sobota, 13 września 2014

Zagrane o świcie.

Dobry Wieczór!
Rzadko zdarza mi się pisać posty o tak późnej porze. Zwykle przelewam dla Was myśli na wirtualny papier chwilę po obiedzie albo wcześnie rano. No cóż - dzisiaj będzie nieco inaczej. Nieco praradoksalnie, bo piszę nocą o albumie, który całym swoim klimatem jak i nazwą tkwi w chłodnym, jesiennym poranku. Sporo nowych utworów z nadchodzącego wówczas - a dzisiaj już wydanego - "Brzasku" Skubas zagrał na tegorocznym Przystanku Woodstock. Mała Scena w jednej chwili aż drżała - w pozytywnym tego słowa znaczeniu - od energicznych, szybkich piosenek, aby zaraz uspokoić się i kołysząc w rytm spokojnej gitarki, pogrążyć się w koncertowym transie. Już w czasie koncertu myślałem tylko o jednym.
Jaki to będzie cholernie dobry album.
I jest.
Dzisiaj "Brzask" w roli głównej. Zapraszam do lektury!

Skubas - "Brzask", Kayax, 2014

2014 rok to ogólnie wysyp fenomenalnych płyt. Bardzo dużo akustycznych, ładnych brzmień jakie lubię. W Skubasie jednak podaje tę akustykę i przestrzeń zupełnie inaczej. Na rockowo. Jest chyba jedynym artystą jakiego znam, który rozpętał pogo, grając na gitarze akustycznej. Gdy wydał swoje debiutanckie "Wilczełyko" cały polski rynek muzyczny nie mógł znaleźć słów, aby wyrazić zachwyt. Dziś muzyk powrócił z zupełnie nowymi piosenkami - dojrzalszymi, utrzymanymi w stylistyce podobnej do tej wyznaczonej na debiucie i ustawiającymi poprzeczkę dla następnej płyty jeszcze wyżej. Symbolem płyty jest jastrząb, zachęcający nas z półki sklepowej zawadiackim spojrzeniem,
No kup mnie, kup.
Przesłuchaj. Warto.
Zaufaj mi - jestem jastrzębiem.

Całość zaczyna "Diabeł" nieco mroczny, z charakterystycznymi werblami, ciekawym tekstem. Klimat nieco senny - tak jak gdzieś o czwartej nad ranem - gdy nie wiadomo, czy to już dzień, czy jeszcze może noc. Jedni już na nogach szykują się do pracy, inni jeszcze śpią. Zaraz po diabelskich wyznaniach Skubas zabiera nas na "Plac Zbawiciela" - kawałek strasznie kojarzy mi się z ostatnią płytą Kings Of Leon, co nie oznacza, że jest genialny. Jak dla mnie może nawet i jeden z najfajniejszych Skubasa. Ale on wszystkie piosenki ma fajne, więc ciężko mi to określić dokładnie. W każdym razie dzień zaczyna się na dobre - szybka perkusja, partie gitarowe powiewające emmm... świeżością (naprawdę nie wiem jak to określić, ale ta zaczarowana gitara melodia naprawdę mnie orzeźwia). Gdy kończy się melodyjny opis budzącego się dnia na Placu Zbawiciela, Skubas gra dla nas "Kołysankę"  - utwór napisany jeszcze w 2013 roku - zainspirowany poznaniem przez monitor USG swojego Syna. Kojący, refleksyjny utwór chwyta za serce. Czuć silne doznania tkwiące gdzieś pod korą mózgu każdego, które opisuje Skubas. Instynkt. Końcówka rozbrzmiewa bardzo energicznie, do zabawy włącza się gromada rozmaitych instrumentów, towarzyszących gitarze.

"Brzask" jest tak genialny, że Youtube'owi piraci nawet jej nie tknęli. 
Pewnie każdy kupił krążek ;)

"Rejs" - utwór numer 4 - bardzo wpadł mi w ucho już na Woodstocku. Tutaj prezentuje się jeszcze majestatycznie. Atmosfera pnie się ku górze w donośnych refrenach i opada przy spokojnych zwrotkach. Bardzo majestatyczna kompozycja - jakkolwiek by to nie zabrzmiało. "Nie mam dla Ciebie miłości" to pierwszy singiel zapowiadający płytę, spokojna nostalgiczna ballada. Powiem Wam tylko tyle - jest tak dobra, że zagraniczne portale, prezentujące ciekawą muzykę z całego świata doceniają surowość melancholii. Wyborny utwór na jesień. Tytułowy "Brzask" i następujący po nim mój drugi faworyt - "Kosmos" tworzą ze wspomnianym singlem urokliwe akustyczne trio, które nic a nic nie szykuje na to, co następuje chwilę później. "Wyspa Nonsensu" to bardzo potężny rockowy utwór, podchodzący już trochę pod brudny grunge. Skubas znowu serwuje ogromne pokłady energetyczne. Coś mi się myśli, że bardzo miło będzie się wstawać do tej gitary. Słoneczna "Ballada o chłopcu" z radosnym pogwizdywaniem w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki - jest perfekcyjna do leniwej drzemki. Rozbudza dopiero rewelacyjna, acz krótka końcówka utworu. To jedyny mój zarzut do ów ballady. Lepiej dałaby sobie radę jako dwuminutowa suita, niż jako 4 minutowy uspiacz. 



Bluesowa "Wątpliwość" wieńczy cały "Brzask". Na horyzoncie wstaje południowe słońce. Skwar uderza na Plac Zbawiciela. Pora pożegnać się ze Skubasem i jego nowym materiałem. Jak nic to właśnie on rozpoczął mocnym uderzeniem sezon jesienny w polskiej muzyce. Przyjemna płyta na jesień - są momenty spokojniejsze, potrafi uderzyć i pierdyknąć ostrym piorunem. Zachęcam do posłuchania i wyrobienia sobie zdania, czy muzyk przeskoczył poprzeczkę "Wilczegołyka". Pomijając fakt, że "Brzask" obyłby się bez jednej, czy dwóch piosenek albo kilku nużących, zbyt spokojnych momentów, Ja uważam, że jak najbardziej mu się to udało.
Miłego dnia! :)



środa, 10 września 2014

Najpierw był długopis - dopiero potem patelnia.

Dzień Dobry!
Jest już moi kochani fanpage na facebooku - wreszcie można zacząć lajkować, obserwować, komentować i co tam tylko jeszcze robicie na fejsie. Jak tam zapowiadałem będzie dzisiaj o płycie młodego, uzdolnionego wykonawcy z Polski. Po raz kolejny obalę mit, że polska muzyka to jedynie Dorota Rabczewska i Bracia i reszta gromady panteonu bogów radiowej Eski. Chłopak, którego płytę mam zamiar dzisiaj Wam przedstawić od samego początku swojej kariery stoi gdzieś na uboczu od całego komercyjnego świata. A z taką płytą na spokojnie mógłby stać się światową gwiazdą jak Dawid Podsiadło. On jest jednak gdzieś zaczajony i obserwuje, ale za nic tam nie dołącza, czekając aż mądry słuchacz sam go znajdzie. Mu jednak - jak podkreśla w wywiadach - nie zależało, aby jego płyta leżała na półkach w Empikach. Nagrał ją całkowicie dla siebie.
Zapraszam do lektury ;)


Patrick the Pan - "Something of an End", Warner Music Poland, 2014

Powiem Wam, że cholernie podoba mi się ta okładka. Pamiętam, że to właśnie jej dotyczyła pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, gdy sięgałem po ten album. Wcześniej polecał mi go dobry przyjaciel, ale jakoś przeszedłem obok tej muzyki bokiem. Potem - jakoś rok później - przesłuchałem całość jeszcze raz z polecenia przyjaciółki, za co jestem jej bardzo wdzięczny, bo dzisiaj nie znałbym tego dzieła z polskiej ziemi i żyłbym pewnie w błogiej nieświadomości, zachwycając się czymś innym. Może nowym Aphex Twin, a może jarał się starymi piosenkami Pink Floydów. Dzisiaj wiem, że moje uszy wiele dobrych dźwięków by straciły, gdybym nie dawał kolejnych szans Patrickowi (btw bardzo śmieszna sprawa - gdyż ogólnie Patrick the Pan to tak naprawdę Piotr Madej, a nazwa jego projektu pochodzi od długopisu ukraińskiej studentki, który w jego licealnej klasie wszyscy okrzyknęli Parykiem. I początkowo tworzył sobie jako Patrick the Pen (czyli długopis). Potem jednak tworząc płytę artysta przypadkowo pozmieniał z przemęczenia swoją własną nazwę. Od tamtej pory jest Patrykiem Patelnią). Przekonał mnie dopiero fenomenalny "Hełm Grozy", który potem męczyłem w mp3 przez długi, długi okres. 

Ta piosenka jest po prostu niesamowita. 
Słuchając tego widzę Bałtyk zimową porą.


Więc jaka jest płyta pana Patryka Patelni? I tu znowu wrócę do okładki. Ten krążek ma w sobie po prostu coś dziwnego. Słuchając "Finally I'm One", tajemniczego "Remains", czy schizowego "The Moon and The Crane" mam wrażenie, że to nie jest już Ziemia. Co więcej - to już nie jest nawet ta galaktyka. Patrick The Pan zabiera słuchacza ze swoim debiutem gdzieś daleko, daleko, daleko stąd. Do swojego świata, zamkniętego w cztery ściany salonu, w którym w 2012 roku nagrywał przez dwa miesiące swoją płytę na komputerowym mikrofonie. "Something of an End" - jak sama nazwa wskazuje mówi o końcu. Zamyka pewien okres. Jest to płyta mocno emocjonalna - Patrick The Pan nie zamyka się do jednego gatunku, aby opowiadać o swoich przeżyciach.

Pierwszą piosenkę skomponował ponoć dla dziewczyny, która złamała mu serce. Ogólnie to musi być strasznie uczuciowy facet - bo tylko taki skomponowałby tak chwytające za serce i wgniatające w ziemię piosenki jak 7 minutowa gitarowa suita "Exiles Always Come Back", czy balladowe oparte jedynie o spokojne pianino "Slowly". Ale nie tylko o miłości jest "Something of an End" - toteż na przykład weselsze muzycznie "POV" podejmuje tematykę pornografii z bardzo ciekawej strony, Mamy też "Bubbles" przez które najwięcej osób zna twórczość Patryka Patelni. 

Muzycznie mamy bardzo ciekawą sprawę. Raz jest wesoło - dostajemy skoczne rytmiczne piosenki na gitarę, aby zaraz klimat przemienił się w schizująco deszczowy, bardzo mroczny. Każda z jedenastu kompozycji ma jednak to do siebie, że wszystkie brzmią jakby pochodziły z zupełnie innego świata - być może ze świata snów, gdyż właśnie tak kojarzy mi się ten album. Jak jedna wielka narkoza. I stąd może ten nierealny, surrealistyczny klimat piosenek, kryjący się pod podszewką miłego wokalu, gitar, pianina, bębnów, elektronicznych wisienek na torcie. 


"Bubbles" - w teledysku spotkamy Rysia z Klaa... Piotra Cywrusa.

Jeżeli miałbym wskazać Wam swoich ulubieńców na tej płycie? Na pewno psychodeliczne, bawiące się transową ciszą "Finally We're One" - ocknąłem się dopiero, gdy zabrzmiała reklama na Spotify - jeszcze nigdy nie była tak irytująca. Jak wspominałem prześliczny, napisany po polsku "Hełm Grozy", lubię mroczne, islandzkie "Warm Gold" i szczególne wyróżnienie dla "The Moon and The Crane" - za mocną elektronikę, która wrzyna się w mózgownicę. Aczkolwiek to tylko moje typy. Cała płytka godna przesłuchania. Gdybym oceniał tutaj albumy to spokojne 100 na 10 w skali rewelacyjności.
Pozdrawiam.
A wkrótce co nieco o Skubasie. 
Zapraszam niedługo. 
Waflie.





sobota, 6 września 2014

Między Ontario i Warszawą

Witam w...
Akustycznym Sier... Oh, wait - już Wrzesień. 
Wiecie - niesamowicie lubię wstawać wcześnie z rana. Może pobudki o godzinie 6:30 nie należą do najprzyjemniejszych momentów jakie przyszło mi przeżywać, aczkolwiek obserwowanie powoli rozbudzającego się miasta, przejażdżka na rowerze w świetle porannego, jesiennego słońca i ta energia pozwalająca robić absolutnie wszystko - warte jest kilku niecenzuralnych słów rzuconych jeszcze przez półsen w kierunku budzika. Pomyślałem więc - zakończę wreszcie akustyczny sierpień. Może już wrzesień, ale to nieważne. Płyta bardzo przyjemna i pasująca na słoneczne ostatnie dni lata. Pozytywnie dziś będzie, bo na wrzesień kilka smut szykuję, więc trzeba Was jakoś wcześniej nastroić, cobyście potem w depresję nie popadli!
Zapraszam do lektury ;)

Paula i Karol - "Overshare", Lado ABC, 2010

Już po otwierającym słoneczną zawartość "Love Someone" wiadomo, że mamy do czynienia z polską muzyką na bardzo dobrym poziomem, obalającą stereotyp, że "w naszym kraju to nagrywa się tylko śmieciowy pop i rapsy z blokowisk". Nie jest to pełnowymiarowy debiut zespołu, ale na pewno pierwsze podejście do dłuższej formy. Przed Grudniem 2010 mieli za sobą jedynie dobrze rokującą EP-kę, wszyscy zastanawiali się, co może przynieść dziesięć premierowych piosenek, nagranych w małym studyjku na warszawskim Żoliborzu - jak to co? Na pewno bardzo przyjemne, wpadające w ucho indie pomieszane z folkiem. Gdzieś w tej słonecznej muzyczce zaplątane są przepełnione tęsknotą teksty, sugerujące już bardziej jesienny klimat. Mamy rozdarcie między dwiema ojczyznami Pauli - w jednej chwili w "Goodnight Warsaw" mówimy "dobranoc" Warszawie, pogrążonej w zabawie piątkowej nocy, aby zaraz przedzierać się przez zaśnieżone kanadyjskie drogi w "Ontario"



niedziela, 17 sierpnia 2014

Sercowy blues Rykardy Parasol.

Siemka!
Akustyczny Sierpień. W oczekiwaniu na film, który nadawany będzie za kilka chwil na TVP Kultura (zero product placementu) postanowiłem machnąć sobie dla Was taką oto recenzję bardzo ładnego albumu. Coś w sam raz na ostatnie dni lata, klimatyczne podróże samochodem przez lasy i sielankowo wyglądające wsie. Płyta, która równie dobrze mogłaby być ścieżką dźwiękową zarówno dobrej komedii jak i filmu Quentina Tarantino (może kiedyś, kiedyś w snach dostaniemy takie połączenie - uważam, że byłoby to przewspaniałe). Płyt studyjnych ma obecnie ta Pani trzy, ale to zapewne dopiero początek jej kariery i za X lat krążków na pewno przybędzie. Ja skupię się dziś na debiutanckim - "Our Hearts First Meet" z roku 2006 (w Europie jednak płyta ukazała się dopiero w 2008). Zapraszam do lektury na temat debiutu Rykardy Parasol!

Rykarda Parasol - "Our Hearts First Meet", 2006 (US)/2008 (EU),
 ThreeRing Records
Niech Was nie zmyli imię i nazwisko artystki, bowiem Rykarda Polką nie jest, aczkolwiek nasz kraj nie jest jej obcy bowiem - jak pisze na swojej stronie internetowej - tutaj uczy się, koncertuje, zdarza jej się tu nawet pisać kolejne piosenki. Rykarda Parasol pochodzi z San Francisco. Jest córką dwójki imigrantów - Szwedki i Izraelczyka. Nie sugerujcie się również jej amerykańskim pochodzeniem. Nie ma chyba bardziej kosmopolitycznej persony niż ta artystka - przeważnie mieszka w Paryżu, koncertuje ze swoimi piosenkami w stylu - jak sama określa - noir rock - (w tym miejscu Waszą reakcją jest pewnie jedno wielkie ładafak? Posłuchacie to przekonacie się co miała na myśli, pisząc te słowa) po całym świecie. Jestem niesamowicie wdzięczny losowi, że pozwolił mi poznać jej muzykę praktycznie przypadkiem. Stało się to ponad rok temu - na Openerze anno domini 2013 - kiedy to zmęczony z przyjacielem Michałem zaszliśmy zajrzeć do kameralnego namiotu alter space pewnego lipcowego wieczora. Oboje już przysypialiśmy, bo był to naprawdę porządny dzień jeżeli chodzi o koncertowanie. W każdym razie wciąż pamiętam jaki niesamowity klimat wytworzyła Rykarda. Wiedziałem, co będę katować po powrocie. Później nasza znajomość oscylowała jedynie wokół płyty "Against The Sun" z której utwór "Cloak of Comedy" katowałem długi, długi czas w odtwarzaczu. Dopiero po roku byłem gotowy na starcie z całą twórczością Rykardy.

A oto co Was dziś czeka. W słuchawkach Rykarda Parasol  i  jej
"Candy Gold"

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Jak żyć? Dido odpowiada.

Cześć wszystkim!
Mam nadzieję, że post o "Silent Treatment" Pati Yang jak i sam krążek przypadły Wam do gustu. Teraz zmienimy trochę klimat. Nadchodzące trzy tygodnie ostatniego letniego miesiąca upłyną pod hasłem Akustyczny Sierpień. Zrecenzuję kilka różnych wydawnictw, których głównym instrumentarium są gitary, bębny, trąbki, wiolonczele - no po prostu będzie bardzo instrumentalnie, klimatycznie, chciałoby się rzec jak na koncertach unplugged. Wydaje mi się, że taka muzyka jest idealna na późnoletnie dni, gdy jest jeszcze w miarę ciepło i przyjemnie, ale za oknem szumiący nieustannie wiatr i wieczorne burze dają swój własny występ, a liście na drzewach coraz bardziej się rumienią. A zatem zapraszam do lektury. Cykl zacznę płytą chyba najbardziej mainstreamową i jednocześnie najmniej akustyczną ze wszystkich, które dla Was przygotowałem na ten miesiąc.

Dido - "Life For Rent", 2003, Cheeky Records

Może nie w całości, ale tę płytę odkryłem bardzo wcześnie. Dobrze pamiętam, że poszczególnymi piosenkami z tego krążka zachwycałem się już w szóstej klasie podstawówki, odkrywając działanie Youtube'a. To wówczas katowałem tam namiętnie teledyski do tytułowego "Life for rent", czy "Sand in my shoes". Młodziutką Dido, która zadebiutowała w 1999 roku płytą "No Angel" (ją zresztą recenzowałem sto lat temu, a link do ów recenzji znajdziecie tutaj) odkrył i wypromował na rynku Eminem, który do jednej ze swoich piosenek, zatytułowanej "Stan" wrzucił sample refrenu z  "Thank You" - bodajże drugiego singla z debiutu artystki. Miał chłop niezłego nosa, bowiem już cztery lata później Dido powróciła z kontynuacją tego, co zaczęła na początku nowego stulecia, dalej trzymając wysoki poziom z poprzedniej płyty. Świadczy o tym też sam sukces komercyjny "Life for rent".

Wielki sukces

Jeżeli miałbym wskazać z dyskografii Dido jedną płytę, na której znajduje się najwięcej hitów, to wskazałbym niewątpliwie właśnie tą dzisiaj przeze mnie omawianą. Praktycznie każdy singiel z wydawnictwa uzyskiwał sukces. Efektem tego znane wszystkim "White Flag" otwierające cały album, jest dziś uważane za kultowe dokonanie w muzyce pop. Może już trochę mniejszy, aczkolwiek równie wysoki rozgłos znalazły kolejne promujące krążek utwory - mające wydźwięk antynarkotykowe "Don't Leave Home", którego wczesna wersja "All You Want" znalazła miejsce na debiutanckiej płycie, energetyczne "Sand in my shoes", czy już bardziej poważne "Life for rent" - te piosenki wciąż gra się w radiach, nadal znajdują one kolejnych słuchaczy. Co jest kwestią tak dużego sukcesu zwieńczonego pięćdziesięcioma dwoma tygodniami na liście najlepiej sprzedających się albumów w Wielkiej Brytanii? 
Na pewno wprawne ucho wybitnego kompozytora Rollo Armstronga - brata Dido, członka nieistniejącej już grupy Faithless, czuwającego nad produkcją dwóch pierwszych wydawnictw swojej siostry. Drugą nadrzędną kwestią jest niesamowita melodyjność, która przepełnia wszystkie dwanaście kompozycji na "Life for rent". To przez nią chwytliwe popowe refreny poszczególnych utworów nie chcą po przesłuchaniu wyjść słuchaczowi z głowy. 

Jeden z najlepszych popowych utworów jakie istnieją. "Sand in my shoes" 
nadaje się wszędzie - do Eski, na klubową dyskotekę i do słuchania w czterech ścianach
każdą porą roku. Nie idzie się nie zakochać.

czwartek, 17 lipca 2014

Wyliczanka #6 "Drzwiowa muzyka"

Dziś będziemy wyliczać na paluszkach piosenki pewnego ważnego dla muzyki zespołu. Są takie bandy bez których muzyka - nawet ta najprostsza, najbardziej pierwotna, docierająca do każdego ucha - nie byłaby tą samą muzyką. Jedną z takich grup są The Doors. Fabryka hitów w stylu introwertycznego psychodelicznego rocka. Bo kto nie znałby chociaż jednej z ich piosenek - "Riders of the storm", "Break on trough (to the other side)", czy "Hello, I love you"? Zwykle zespoły tego kroju cierpią na dosyć smutną przypadłość - bezkształtna masa ludków zna bardzo dobrze tylko te katowane przez radia i przeceniane bez przerwy płyty z serii "The Best Of", kiedy każda taka grupa ma na swoich płytach takie kompozycje, że kolana się uginają. The Drzwi - jak i cały ten dzieciokwiatowoodstockowy rock są bardzo fajne na lato. Dlaczego? Trochę jest w tym ironii. Otóż mimo ciągłego wypierania się epoki, w której żyło pokolenie hippie skipie, to ich utworki są przesiąknięte tamtymi czasami jak gąbka wodą w czasie poobiedniego zmywania. To muzyka parnych, śmierdzących potem małych moteli, oldschoolowych samochodów mknących pośród polnych drug i całego tego westernowego stuffu. Przyznajcie, że takie lato ze starych amerykańskich filmów zawsze Was urzekało! Nie? No to zachwyci na pewno muzyka tamtych lat.
Zapraszam do lektury!

Break on trough (To the other side)

Przebój tylko gwoli wstępu do całości. Znienawidziłbym siebie gdybym tego tutaj nie wstawił. Zanim mnie zbesztacie - wiem, wiem, wiem, że miało być bez kotletowych hiciorów, ale zbyt mocno kocham tę piosenkę, żeby nią tutaj nie zarzucić. Mówi się trudno. Cóż - zawsze jest szansa istnienia jakiegoś specjalnego przypadku, który nie zna jednego z największych przebojów Jima i spółki. Teraz może nadrobić zaległości. Dużo nie trzeba mówić, wystarczy się wsłuchać. I przy okazji nastrajać się na kolejne punkty wyliczanki.
Przyciemnione pomieszczenie, śpiewający Jimmy Morrison -
kiedyś to robili kreatywne teledyski, nie ma co.

środa, 16 lipca 2014

Stworzyć dzieło?! Czemu nie?

Witam Was po straaaaaaasznie długiej przerwie. Wracam dziś z dawno temu zapowiedzianym postem - nie pojawiał się on z różnych przyczyn, a to brak weny do pisania, a to nieco większy projekt (o którym któregoś pięknego dnia Wam opowiem), a to jakieś wydarzenia typu spontaniczny wyjazd, czy kursy do prawa jazdy. Tego lata dzieje się u mnie sporo.
Rok temu opowiadałem Wam o albumach muzycznych, które zwykle mi wraz z tą parną porą roku towarzyszą. Dzisiaj napiszę o krążku, który niedawno dołączył do tego grona i jak dla mnie jest to czołówka pośród tegorocznych wydawnictw. Zastanawiam się nawet, czy również innymi porami roku nie będę katować w odtwarzaczu zestawu jedenastu przepięknych opowieści - bo własnie tym jest przede wszystkim ta płyta. Jak wiecie słuchanie niektórych piosenek przez wszystkie cztery pory roku nie jest u mnie częstym zjawiskiem.
Zapraszam zatem do długo oczekiwanej lektury. ;)

Maja Koman - "Pourqoi pas", 2014, Warner Music Poland

Dopracowane arcydzieło.

Moje pierwsze zetknięcie się z muzyką Mai miało miejsce już dawno, dawno temu. Było to bodajże podczas drugiej edycji telewizyjnego programu "Must Be The Music". Miałem wówczas bodajże 14 albo 15 lat. Pamiętam jednak dobrze ten moment, gdy artystka wyszła wtedy na scenę z małym ukulele pod ręką i uśmiechając się radośnie, wykonała swoją interpretację słynnej piosenki "Stary niedźwiedź mocno śpi". Już wtedy wiedziałem, że mam do czynienia z personą niezwykłą, o której prędzej, czy później będzie głośno. Niestety - nie wiem z jakiej racji - Maja nie dostała się do kolejnych etapów programu. Byłem potem na jurorów programu bardzo obrażony - jak zresztą później zauważyłem - nie tylko ja.

Przez kilka kolejnych lat dojrzewałem i obserwowałem kolejne poczynania Mai - przesłuchiwałem dema, które pojawiały się na serwisie Youtube, przeglądałem fanpage na facebooku w poszukiwaniu informacji o jakiejkolwiek płycie i grzecznie czekałem. Wreszcie któregoś pięknego dnia natrafiłem na informację. Krążek zatytułowany "Pourquois pas" (z francuskiego na polski - "Dlaczego nie?") jest w fazie produkcji. 
Na szczęście już od ponad miesiąca jest już do kupienia, a już w dniu premiery trafił na moją półkę z płytami. Swoje wrażenia ujmę tak - warto było czekać. 

wtorek, 10 czerwca 2014

Poobiednia drzemka z odrobiną jazzu

Dzień doberek!
A zatem poobiednia drzemka raz jeszcze. 
Czas oczekiwań na wyniki swojego pierwszego, "najważniejszego" egzaminu w życiu jak i początek "najdłuższych wakacji życia" to istna sielanka. Niekończące się spotkania ze znajomymi, których nie widziało się całe miesiące (no dobra, przesadzam, ale oni też uczyli się do swoich egzaminów, byli zajęci swoimi sprawami etc.). Czytanie książek do trzeciej nad ranem. Przesiadywanie na dworze, na siłowni, na basenie, wieczorne wycieczki rowerowe, świetne koncerty - jednym słowem odwiedzanie każdego miejsca jakie się da. Znajdzie się multum atrakcji, ale w czasie wypoczynku nie zapominam o Was moi drodzy! Dzisiaj na kolejny gorący dzień (a raczej nadchodzący nieuchronnie wieczór - mam nadzieję, że wyrobię się do z tym postem przed zmrokiem) pochillujemy sobie w towarzystwie lekkiego jazzu, jaki serwuje nam Anna Maria Jopek na swojej wspaniałej płycie o jakże zapadającym w pamięć tytule.
"Bosa".
Zapraszam do lektury ;)


Anna Maria Jopek - "Bosa", Universal Music, 2000

Jakby się nad tym zastanowić, poznałem tę płytę tylko i wyłącznie dzięki sympatycznemu zbiegowi okoliczności. Moi rodzice zakupili ten krążek dawno temu w jakiejś promocji po wybornie niskiej cenie (nie pamiętam ile dokładnie zapłaciliśmy, ale były to naprawdę grosze). Nikt u nas w domu nie znał twórczości Anny Marii Jopek, przez co płyta wylądowała na półce i pewnie odeszłaby w zapomnienie, gdybym sam się nią nie zainteresował. Artystkę kojarzyłem wówczas jedynie ze starą jak świat "Joszko Brodą", do której teledysk co jakiś czas puszczany był na Kino Polska Muzyka. W wolnej chwili przeglądałem książeczkę dołączoną do płyty (jest to zawsze u mnie punkt pierwszy, od którego zaczynam moje obcowanie z wszelką muzyką). Zawierała ładnie brzmiące teksty piosenek skomponowane ze zdjęciami Anny Marii, stojącej na tle jesiennego krajobrazu. Pomyślałem, że co mi w sumie szkodzi posłuchać?
Nie pożałowałem tej decyzji.

sobota, 31 maja 2014

Chodnikowe opowieści #Historia jednej piosenki część 5.

O tej Pani pisałem już dawno, dawno temu na Korkach. Wiedziałem o niej wówczas niezbyt dużo w porównaniu do tego, co wiem dzisiaj. Post tamten był jedynie zbiorem luźnych informacji o kobiecie, którą w 2011 roku za sprawą  "Rolling in the deep" pokochał cały świat. Od Ohio przez Japonię, aż po państwa byłej Jugosławii. W sumie to nie ma się czemu dziwić - toć to przecież bardzo utalentowana dziewczyna! Po przeczytaniu biografii artystki, stała się ona zdecydowanie bliższa mojemu sercu. W odległej przeszłości, wspominając o jej debiutanckim "19", zachwaliłem jedynie "Right as rain" i cover "Make You feel my love". A jest na tej płycie taka jedna perełka, którą już na samym początku swojej kariery młodziutka Adele zwojowała swój kraj, a następnie wielkie USA. I o tej perełce teraz wspomnę jako zadośćuczynienie za "błędy młodości". Zapraszam do lektury ^^

Adele - "Chasing Pavements", 2008, XL Records

Drugi singiel z płyty "19" jest jedną z pierwszych piosenek w całej twórczości Adele. Ma bardzo ciekawą i długą historię. Otóż młoda Adele zobaczywszy swoją pierwszą miłość, zdradzającą ją w jednym z londyńskich barów, podeszła do "dupkowatego jegomościa" i wymierzyła mu siarczysty cios w policzek. Została za to wyrzucona z lokalu, no bo kto to widział tak się zachowywać przy ludziach. Błąkając się po okolicy, rozmyślała o całej sytuacji. Wtedy do jej głowy wpadł fragment tekstu znanej nam już piosenki. Wyśpiewała go prędko do dyktafonu w swoim telefonie komórkowym i powróciwszy do domu, dobrała do niego trzy akordy. Tak narodził się jeden z pierwszych przebojów ze słynnej  "19". 

Ciekawie wykonany teledysk do singla - miał ktoś głowę ;)

Sam tytuł to nie lada gratka dla lingwistów. Dosłownie można to tłumaczyć jako "sięgnąć bruku/chodnika". Upadek moralny? Nic bardziej mylnego! Jest to angielski idiom (nota dla nieobeznanych - coś na wzór naszego związku frazeologicznego), mówiący "podążać za marzeniami mimo tego, że są one skazane na porażkę". Adele w swojej piosence pyta "Powinnam trwać przy Tobie, mimo że prowadzi to donikąd?". W angielskim slangu gejowskim znaczy jednak znacznie więcej. Określenie to nabiera wtedy wielu wulgarnych znaczeń, o jakich artystce podczas tworzenia tekstu nawet się nie śniło! Urósł wówczas mit jakoby Adele była tak naprawdę homoseksualna, co potem artystka dementowała, gdy amerykańskie rozgłośnie radiowe zabroniły nadawania piosenki ze względu na "wulgarny tekst".

poniedziałek, 17 marca 2014

Historia jednej piosenki #3 - klatka po klatce.

Witam!
No i niestety - zaczął się kolejny tydzień. Muszę przyznać, że wcale mi się ta informacja nie podoba. Za oknem byle jako. Ale nie przejmujmy się! Wakacje już wkrótce, a wraz z nimi leżakowanie do południa, wieczorne wypady, wychodzenie na zewnątrz w samym t-shircie. Do tego jeszcze jednak trochę czasu. Na czas oczekiwań polecę Wam dzisiaj przyjemną, gitarową, pozytywną nutkę. Bomba energetyczna dla każdego, całkowicie za darmoszkę! Zapraszam! I proszę spojrzeć w dół - już sama okładka robi pozytywne wrażenie - słonko, woda, chmurki, gitarka - kto by tym pogardził?

Jack Johnson - "From here to Now to You", Brushfire, 2013