Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 września 2014

Zagrane o świcie.

Dobry Wieczór!
Rzadko zdarza mi się pisać posty o tak późnej porze. Zwykle przelewam dla Was myśli na wirtualny papier chwilę po obiedzie albo wcześnie rano. No cóż - dzisiaj będzie nieco inaczej. Nieco praradoksalnie, bo piszę nocą o albumie, który całym swoim klimatem jak i nazwą tkwi w chłodnym, jesiennym poranku. Sporo nowych utworów z nadchodzącego wówczas - a dzisiaj już wydanego - "Brzasku" Skubas zagrał na tegorocznym Przystanku Woodstock. Mała Scena w jednej chwili aż drżała - w pozytywnym tego słowa znaczeniu - od energicznych, szybkich piosenek, aby zaraz uspokoić się i kołysząc w rytm spokojnej gitarki, pogrążyć się w koncertowym transie. Już w czasie koncertu myślałem tylko o jednym.
Jaki to będzie cholernie dobry album.
I jest.
Dzisiaj "Brzask" w roli głównej. Zapraszam do lektury!

Skubas - "Brzask", Kayax, 2014

2014 rok to ogólnie wysyp fenomenalnych płyt. Bardzo dużo akustycznych, ładnych brzmień jakie lubię. W Skubasie jednak podaje tę akustykę i przestrzeń zupełnie inaczej. Na rockowo. Jest chyba jedynym artystą jakiego znam, który rozpętał pogo, grając na gitarze akustycznej. Gdy wydał swoje debiutanckie "Wilczełyko" cały polski rynek muzyczny nie mógł znaleźć słów, aby wyrazić zachwyt. Dziś muzyk powrócił z zupełnie nowymi piosenkami - dojrzalszymi, utrzymanymi w stylistyce podobnej do tej wyznaczonej na debiucie i ustawiającymi poprzeczkę dla następnej płyty jeszcze wyżej. Symbolem płyty jest jastrząb, zachęcający nas z półki sklepowej zawadiackim spojrzeniem,
No kup mnie, kup.
Przesłuchaj. Warto.
Zaufaj mi - jestem jastrzębiem.

Całość zaczyna "Diabeł" nieco mroczny, z charakterystycznymi werblami, ciekawym tekstem. Klimat nieco senny - tak jak gdzieś o czwartej nad ranem - gdy nie wiadomo, czy to już dzień, czy jeszcze może noc. Jedni już na nogach szykują się do pracy, inni jeszcze śpią. Zaraz po diabelskich wyznaniach Skubas zabiera nas na "Plac Zbawiciela" - kawałek strasznie kojarzy mi się z ostatnią płytą Kings Of Leon, co nie oznacza, że jest genialny. Jak dla mnie może nawet i jeden z najfajniejszych Skubasa. Ale on wszystkie piosenki ma fajne, więc ciężko mi to określić dokładnie. W każdym razie dzień zaczyna się na dobre - szybka perkusja, partie gitarowe powiewające emmm... świeżością (naprawdę nie wiem jak to określić, ale ta zaczarowana gitara melodia naprawdę mnie orzeźwia). Gdy kończy się melodyjny opis budzącego się dnia na Placu Zbawiciela, Skubas gra dla nas "Kołysankę"  - utwór napisany jeszcze w 2013 roku - zainspirowany poznaniem przez monitor USG swojego Syna. Kojący, refleksyjny utwór chwyta za serce. Czuć silne doznania tkwiące gdzieś pod korą mózgu każdego, które opisuje Skubas. Instynkt. Końcówka rozbrzmiewa bardzo energicznie, do zabawy włącza się gromada rozmaitych instrumentów, towarzyszących gitarze.

"Brzask" jest tak genialny, że Youtube'owi piraci nawet jej nie tknęli. 
Pewnie każdy kupił krążek ;)

"Rejs" - utwór numer 4 - bardzo wpadł mi w ucho już na Woodstocku. Tutaj prezentuje się jeszcze majestatycznie. Atmosfera pnie się ku górze w donośnych refrenach i opada przy spokojnych zwrotkach. Bardzo majestatyczna kompozycja - jakkolwiek by to nie zabrzmiało. "Nie mam dla Ciebie miłości" to pierwszy singiel zapowiadający płytę, spokojna nostalgiczna ballada. Powiem Wam tylko tyle - jest tak dobra, że zagraniczne portale, prezentujące ciekawą muzykę z całego świata doceniają surowość melancholii. Wyborny utwór na jesień. Tytułowy "Brzask" i następujący po nim mój drugi faworyt - "Kosmos" tworzą ze wspomnianym singlem urokliwe akustyczne trio, które nic a nic nie szykuje na to, co następuje chwilę później. "Wyspa Nonsensu" to bardzo potężny rockowy utwór, podchodzący już trochę pod brudny grunge. Skubas znowu serwuje ogromne pokłady energetyczne. Coś mi się myśli, że bardzo miło będzie się wstawać do tej gitary. Słoneczna "Ballada o chłopcu" z radosnym pogwizdywaniem w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki - jest perfekcyjna do leniwej drzemki. Rozbudza dopiero rewelacyjna, acz krótka końcówka utworu. To jedyny mój zarzut do ów ballady. Lepiej dałaby sobie radę jako dwuminutowa suita, niż jako 4 minutowy uspiacz. 



Bluesowa "Wątpliwość" wieńczy cały "Brzask". Na horyzoncie wstaje południowe słońce. Skwar uderza na Plac Zbawiciela. Pora pożegnać się ze Skubasem i jego nowym materiałem. Jak nic to właśnie on rozpoczął mocnym uderzeniem sezon jesienny w polskiej muzyce. Przyjemna płyta na jesień - są momenty spokojniejsze, potrafi uderzyć i pierdyknąć ostrym piorunem. Zachęcam do posłuchania i wyrobienia sobie zdania, czy muzyk przeskoczył poprzeczkę "Wilczegołyka". Pomijając fakt, że "Brzask" obyłby się bez jednej, czy dwóch piosenek albo kilku nużących, zbyt spokojnych momentów, Ja uważam, że jak najbardziej mu się to udało.
Miłego dnia! :)



poniedziałek, 25 listopada 2013

Przyjrzyjmy się #4- "Muzyka Końca Lata"

Muzyka Końca Lata w pełnym składzie- piękne zdjęcie
autorstwa Kamili Szuby.
Uprawiany gatunek: Neobigbit, rock, ale tylko ten najbardziej romantyczny i balladowy, indie 

Skład zespołu: Bartosz Chmielewski (wokal główny, gitara), Marcin Biernat (gitara, wokal), Piotr Majszyk (gitara basowa), Darek Gosk (perkusja), Ola Bilińska (pojawia się często jako druga wokalistka, więc warto również o niej wspomnieć)

Dyskografia: Demo (2003), Jedno wesele dwa pogrzeby (2006), 2:1 dla dziewczyn (2007), PKP Anielina (2011), Szlagiery (2013)

Hity z radia: Dokąd, 2001-2007, Fenoloftaleina, Nie ukryjesz się przede mną, Żabi

Co ja polecam poza tymi wyżej?: Johnny, Shake banana, Wakacje w mieście, Wiosna, Zima, Zmiana czasu, 16 skończy w czerwcu i poza tym WSZYSTKO!


Cóż lato się już na pewno skończyło. Kończy się również listopad, ale halo! Zaraz! Ten post miał być jakoś w październiku! Troszkę się ociągałem na blogu- w życiu poza blogiem już trochę mniej, ale o tym zaraz. Także dzisiaj opowiem Wam o zespole, który gra muzykę bardzo przyjemną, sielankową i która na pewno spodoba się wielu, którzy kochają polską muzykę, a akurat nie mają czego słuchać. I chociaż nazwa sugeruje, że zespołu najlepiej słucha się późnym latem, tudzież (nigdy nie wiem kiedy się to stosuje, także wszelkie gafy wytykajcie w komentarzach) jesienią, to tej sympatycznej trupy muzycznej z okolic Warszawy można słuchać o każdej porze roku! Standardowo- zapraszam do lektury :)

Grupa początkowo miała być projektem dla niewielkiego składu, a wszystkie kwestie nagrywania piosenek były rozwiązywane dość innowacyjnymi sposobami. Dlaczego? Gdyż w 2002 roku, gdy spotkali się trzej przemili panowie- Bartosz Chmielewski, Bartosz Gromulski i Mateusz Banasiuk, postanowili, że swoje pierwsze demo nagrają poza wielkimi korporacjami muzycznymi i z dala od wrzawy, panującej gdzieś pośród radiowego szumu, spowodowanego pewnie złym ustawieniem anteny. Jak więc nagrywali? Otóż pierwsze demo Muzyki Końca Lata jeszcze w niepełnym składzie, powstało na strychu! Tak, tak- nie inaczej! Patrząc, iż był to 2002 rok, gdzie o tak dobry sprzęt jak dzisia i warunki studyjne było o wiele ciężej niż dzisiaj, to był to bardzo ciekawy sposób tworzenia. Dema nigdzie niestety nie dane mi było przesłuchać, chociaż obstawiam, że w ten sposób powstały zaczątki pierwszej oficjalnej płyty zespołu- "Jedno Wesele Dwa Pogrzeby", wydanej dopiero cztery lata później. 

"Jedno Wesele Dwa pogrzeby"  to swoisty muzyczny znak pierwszej połowy pierwszej dekady XXI wieku. Młodzieńcze teksty, opisujące- czasem może trochę groteskowo- doskonale polską rzeczywistość (polecam np. "Wakacje w mieście", czy też "Skąd jest ten wiatr?"), jest szaleństwo, buzująca z każdej strony młodość, przeplatająca się z pięknym romantyzmem (nie mylić z Mickiewiczem). Z resztą ciekawe teksty to jeden z najmocniejszych punktów Muzyki Końca Lata w całej ich twórczości. Ale oprócz tego, że płyta opisuje dokładnie jak wtedy wyglądała nasza ukochana Polska kraina mlekiem i miodem płynąca, to muzycznie również pokazuje, co było wtedy trendy. 2006 to rok, kiedy "trendi" w polskiej muzyce były Strachy na Lachy, a ich "Dzień dobry, kocham Cię" dalej zajmowało pierwsze miejsca na listach przebojów, oprócz tego największa świetność Happysadu (z którymi z resztą band współpracował). Wtedy debiutuje Maria Peszek, której płyta "Moje miasto"- z resztą jak i dwie pozostałe- jest na językach wszystkich (co o niej mówią, to już nie ważne). Równie popularne wtedy Hey, który śpiewa ballady o kochaniu mimo wszystko i Myslovitz, które pyta, czy lepiej jest mieć, czy być. Te wszystkie inspiracje ja na tej płycie słyszę. Mamy tutaj rytmy reggae, krótkie, urywane co chwila gitarowe akordy (czym charakteryzował się bardzo np. Happysad), romantyczne ballady (prześliczne "Żabi", które polecam z całego serca), ale również i gitarowe szaleństwo. 

Płyta przyjęła się całkiem nieźle i pewnie to zadecydowało o tym, że już wkrótce pojawiły się- wydane zaledwie rok później "2:1 dla dziewczyn" (z której pochodzą takie cuda jak "Fenoloftaleina", czy "Ekstramocne", kontynuujące to, co grupa zaczęła poprzednią płytą, stawiające przy tym jednak na zainteresowania polskim big-beatem lat '60 XX wieku i wydany w 2011 po krótkiej przerwie "PKP Anielina"- najlepiej przyjęty przez publikę krążek.







Przez "PKP Anielinę" poznałem właśnie Muzykę Końca Lata. Przy tej płycie zespół przeszedł sporą przemianę- stylistyka może i została w większej mierze taka sama, aczkolwiek piosenki wydają się zdecydowanie bardziej przebojowe- nastawione na puszczenie na dobrej imprezie, do których wszyscy będą się świetnie bawić i tańczyć. Oprócz tego pozostawienie poprzedniej wytwórni i przyłączenie się do Thin Man Records- bohatera na naszej rodzimej scenie muzycznej- grupy, która wypromowała między innymi grupy UL/KR, Maki i Chłopaki, czy Kobiety,ale także i mniej znane np. Płyny (które wydały jedną, wspaniałą płytę i grają dalej). Thin man ostatnio zaczął współpracować jeszcze z kilkoma perełkami, na które potencjał bardzo liczę. Wracając do samej Anieliny- doskonała współpraca wytwórni z TVN-em zaowocowała tym, że pierwszy singiel z płyty- "Dokąd?" dał się poznać zdecydowanie szerszemu gronu publiczności niż dotychczas, grupą zaczęło się interesować coraz więcej ludzi. Wtedy w świat poszedł kolejny świetny utwór promocyjny- "2001-2007". Oba znowu aż do wyrzygania romantyczne. Widać, że grupa się też trochę uspokaja- już samo zaczynające "Lato 2004" i tytułowe "PKP Anielina" zdecydowanie odbiegające od wcześniejszej twórczości. Są też moje największe faworyty z całej ich dyskografii- "Johnny" i "Dworcowa". Znowu przepełnione wszechobecną miłością. Wkrótce jednak grupa wraca do starego, big-beatowo rock and rollowego wcielenia w "Koguciku", "Wiośnie" i "Zimie", które również są zdecydowanie bardziej przyswajalne dla normalnego słuchacza niż wcześniej. Ogółem- wyciszenie się, przyniosło grupie zdecydowanie większy komercyjny sukces, a przy tym dalej prezentując bardzo dobry poziom! W 2013 świat ujrzała jeszcze składanka największych hitów grupy- "Szlagiery" z dwiema nowymi piosenkami- "Shake Banana" i coverem starego hitu gruby ABC "Nie ukrywaj się przede mną"- polecam każdemu jako świąteczny prezent, kto chce się zapoznać z twórczością Muzyki Końca Lata.



To będzie tyle z mojej strony! Mam nadzieję, że nie zanudziłem Was moimi wywodami!
Do następnego razu- a to niedługo, bo muszę Wam sporo opowiedzieć, co się u mnie dzieje.
A dzieje się wiele.

Waflekins.



środa, 23 października 2013

Jeżeli tak wygląda życie pozagrobowe, to Ja tam chcę! Czyli roztańczone Arcade Fire.


Zacznę to tak, że fanem Arcade Fire nigdy nie byłem. Gdyby ktoś nie wiedział dodam, iż jest to indie-rockowa grupa z Kanady- utworzona w 2003 roku. Na swoim koncie ma już trzy płyty, które w niektórych kręgach naprawdę się mocno się liczą. Ich koncerty to ponoć wybuchające wulkany energii. Bardzo jara się nią mój przyjaciel, którego z tego miejsca pozdrawiam :)
Czemu o tym piszę?
Otóż za 5 dni wychodzi ich najnowsza, czwarta długogrająca płyta zespołu, następca The Suburbs z 2010 roku. O Reflektorze zatem słyszę bardzo często. Przed chwilą dostałem od niego cynk, że nowa piosenka i lyric video ujrzały światło dzienne, że lepszy niż pierwszy singiel- tytułowy Reflektor (które linkuję wam na samym dole- wiem, wiem musicie się najeździć, ale coś za coś).

Afterlife- najnowszy utwór Arcade Fire z vintage'owym lyric video.

Co mogę powiedzieć o najnowszym utworze? Afterlife- bo tak nazywa się ów piosenka- wyszła zdecydowanie za późno. Gdyby ukazała się na przełomie wakacji, z miejsca stałaby się drugim hitem lata po Get Lucky. Mocno taneczny kawałek ze wstawkami przypominającymi disco, aż pozwala sobie przypomnieć ten wspaniały czas, kiedy na dworze było gorąco i parno, dookoła wszędzie pełno pozytywnej energii. No i festiwale muzyczne. Jeżeli tak wygląda życie pozagrobowe (teraz lekcja angielskiego afterlife- życie pozagrobowe) to Ja tam chcę! Wielce pozytywny twór przypomina miejscami fuzję nowych płyt Crystal Fighters i Daft Punk. Idealny do beztroskiego hasania pod sceną. W zespole wyczuwam idealnego kandydata na przyszłorocznego Opener'a (który również z indie i hipsterstwem się kojarzy- może jeszcze kilkoma innymi rzeczami, ale o tym już nie mówię). Płycie na pewno się przyjrzę. Może nawet będzie notka na blogu jak bardziej się wkręcę, a na to się zapowiada. Teraz jednak pozostaje doczekać do 29., kiedy płyta stanie się ogólnodostępna dla wszystkich zjadaczy chleba. Zachęcam do przesłuchania, bo zdecydowanie każdemu umili ten jakże pochmurny (przynajmniej w Szczecinie) dzień! :)

A tutaj Reflektor- pierwszy singiel z nadchodzącej płyty. 

A teraz słuchajcie moje misie pysie! Ostatnio przez moje neurony krętymi ścieżkami do mózgu (tak matura z biologii mnie pogania) przebiega ogromna masa pomysłów, dotyczących tego o czym pisać. Nie będę się oczywiście trzymać żadnego wyznaczonego harmonogramu, gdyż nigdy mi to zbytnio nie idzie, o czym już mogliście się przekonać, jednak prawdopodobnie już w najbliższych dniach będą pojawiać się pierwsze efekty mojej pracy. Uchylę sobie rąbka tajemnicy. Jutro lub pojutrze chciałbym pociągnąć dalej Przyjrzyjmy się, bo sto lat już tam nikt nie zaglądał i pajęczyny się zaczęły tam pojawiać w szarych kątach sufitu. Będzie też (oczywiście nie tego samego dnia) skromna Wyliczanka- jak ktoś nie zna ów działów to polecam. Lekcje w plenerze także doczekają się własnego posta, ponieważ ostatnio odwiedziłem sobie jeden festiwalik w Szczecinie. Niestety z koncertu Podsiadła relacji nie będzie, bo bilety wykupiono zanim zdążyliśmy się z ludźmi ogarnąć. Co do festiwalu też skromnie- udało mi się załapać tylko na jeden dzień tego festiwalu, ale za to jaki! Słuchajcie! Koncerty Izy Lach, Mikromusic i Rebeki na jednej scenie nie zdarzają się w takiej dziurze jak Szczecin często zatem o tym też Wam poopowiadam. Mam już również bilet na koncert Sorry Boys promujący najnowszą płytkę zatytułowaną Vulcano, więc jakby co to z tego gigu też pewnie co nieco będzie na blogu. Daleka przyszłość uraczy Was też kilkoma recenzjami płyt, zatem jeżeli nie będziecie mieli czego słuchać na listopadowe smuty będziecie mieli się z czym zapoznawać. No i to by było na razie na tyle.
A i oczywiście jakby ktoś chciał popisać na wszelakie tematy to zapraszam do korespondencji pod adresem muzycznekorki@gmail.com!
Trzymajcie się ciepło nie dawajcie się jesiennej chandrze!
Waflekins.

poniedziałek, 2 września 2013

Najurokliwsza para internetów.

Witam wszystkich was zgromadzonych, ciepło całuję rączki (niektóre już pewnie przyodziane w stylowe rękawiczki przygotowane już na jesień), kłaniam się i zapraszam do obiecanego dzisiaj posta, którym wkroczymy w jesień. Może komuś ciepłej herbatki? A może jakąś dobrą płytę na szarokolorowe jesienne dni? Przygotowałem dzisiaj dla was to wszystko- nic tylko przykryć się ciepłym pledowym kocem, rozsiąść się wygodnie i zapoznać się z tym, co dzisiaj przygotowałem dla was, najlepszych czytelników jakich tylko mogłem sobie wymarzyć! Dobrze- cukru do posłodzenia herbaty też już macie teraz pod dostatkiem, energicznie mieszamy i wracamy do tematu dzisiejszej opowieści. Bo tym jest niewątpliwie ta płyta.

Bohaterowie dzisiejszego posta już padają
u Waszych stóp.
Na pewno każdy z was zna te słynne na portalu Youtube piosenki- zwykle domowej roboty- gdzie każdy instrument, na którym gra artysta jest pokazany na filmiku, a wszystko zgrywając się w ładny kolaż, tworzy "oryginalny" obrazek do piosenki? Coś takiego proponuje na przykład nasz polski CeZik, ale czy ktoś kiedyś z was zadawał sobie pytanie "Ale kto to tak naprawdę stworzył"? Wyprowadzę teraz wiele osób z błędu, ale nie- na pewno nie był to wspomniany wcześniej nasz rodzimy gwiazdor portalu. Pobawimy się teraz w lekcję historii. Otóż pięknego, ciepłego lata w 2008 roku (a było to stosunkowo niedawno) gdzieś w Ameryce, pewien obiecujący multiinstrumentalista- Jack Comte postanowił zaprosić swoją dziewczynę, Nataly Dawn, pogrywającą trochę na gitarze basowej, aby coś wspólnie stworzyć. W ten sposób nagrywali kolejne utwory na Youtube, stając się pionierami tak zwanych "videosongów". Jako Pomplamoose (z francuskiego "grapefruit") zdobywszy dostatecznie dużo fanów, postanowili uwiecznić swoje dokonania na niesamowitym krążku, który nazwali Tribute to famous people. I to o nim dzisiaj będziemy mówić. Zapraszam na lekcję :)


Pomplamoose- Tribute to famous people, 2010, ShadowTree Music

Potęga coverów.
Wprawdzie nie jest to pierwszy album duetu (pierwszym była składanka nazwana po prostu Video Songs z własnymi kompozycjami), jednak dopiero tutaj czuć tą pozytywną magię jaką roztacza wokół siebie Pomplamoose. Na tej płycie znajdują się- jak nazwa wskazuje- hity największych artystów światowych scen muzycznych jednak przerobione na klimaty, które dominują na debiucie owocowego duo- taka mieszanka wybuchowa jest naprawdę ładna, wpadająca w ucho i pozwalająca potupać do niej nóżką, a jednocześnie czuć w tym już jakąś pełną emocji jesienną nostalgię. Pod opiekę biorą naprawdę ogromny rozstrzał gatunkowy, bo pojawia się i Lady GaGa, i Aerosmith, aby wcześniej raczyć nas francuską balladą Edith Piaff. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, obiecuję :)

Akustyczna jesień
Całość rozpoczyna się nietypowo, albowiem coverem piosenki My favourite things. Zwykły Polak zapyta się "a co w tym dziwnego?". Jest to otóż bożonarodzeniowy hit jeszcze z lat '50 ubiegłego wieku przy
Takie tam w duecie- już kadr z videosongu nie do piosenki z
tej płyty :)
akompaniamencie samej jeszcze gitary. Zaraz potem uwodzi prześliczny francuskojęzyczny La vie en rose, tym razem interpretacji prześlicznego utworu Edith Piaff. I chociaż Nataly Dawn przepięknie śpiewa w języku mieszkańców Paryża, to potrafi pokazać, iż doskonale radzi sobie w swoim ojczystym języku. Wersja hitu Beyonce All single ladies by Pomplamoose jest o wiele bardziej przebojowa od oryginału. I tutaj właśnie pojawia się już typowe już dla płyty instrumentarium. Jest bardzo akustycznie i bardzo symfonicznie- w ruch idą chyba wszystkie możliwe instrumenty jakie przeciętny Anglik potrafi zgromadzić w domu. Ale o ile Comte jest zwyczajnym Anglikiem, o tyle muzykiem jest wybitnym i słychać to w jego aranżacjach m.in. September piosenki Earth, Wind and Fire, I don't wanna miss a thing- armagedonowej petardy Aerosmith, czy też Telephone Lady GaGi (o wiele lepsze od oryginału- gorąco polecam przesłuchać), zamykające cały krążek. 

All Signle Ladies- to dzięki tej piosence zacząłem słuchać
Pomplamoose :)


Trochę nostalgicznie.
I mimo tego, że w wielu miejscach potrafi być przebojowo i z powerem, o tyle w niektórych momentach wraca delikatny, powabny nastrój z poprzedniej płyty. Jest to przede wszystkim chyba najurokliwsza perełka całego dokonania- Maki'n out- cover ballady Marka Owena, która jest niczym innym jak zwykłym wyznaniem miłości. Gitara basowa prześlicznie komponuje się z delikatnym głosem grającej na niej Nataly, a gitara akustyczna Jacka tylko wtórując gdzieś w tle, dodaje temu jeszcze więcej uroku. Dostajemy oprócz tego musicalowe, znane z wielu filmów Mister Sandman z repertuaru Chordettes- wokalistka atakująca znienacka swoim głosem na kilku różnych ścieżkach, wprowadza słuchacza w ciekawość, by przejść do rozczulającego refrenu. 

Maki'n out na żywo. Ciary na plecach.

Wielkie ładunki emocji, które się tu pojawiają powalają na kolana i nie pozwala już wstać. Dodatkowo niezwykle urokliwa symfonia dźwięków, płynących z płyty pozwala poczuć się o wiele, wiele lepiej, śpiewając razem z duetem- jak dla mnie najsłodszą parą internetu (sorry, słodkie kotki z facebooka- jest coś bardziej uroczego od was). Jest to bardzo, bardzo przyjemna płyta na jesień, na której każdy znajdzie coś dla siebie i mimo, że jest kilka słabszych momentów, to lepsza większość zdecydowanie broni całość. Podsumowując Tribute to famous people dostanie ode mnie 9/10.


Dziękuję wam za przeczytanie kolejnego posta i za to, że jesteście tu ze mną. Jeżeli chcecie się podzielić jakimiś spostrzeżeniami, piszcie na muzycznekorki@gmail.com o wszystkim, co tylko przyjdzie do głowy, subskrybujcie i wypatrujcie w internecie, bo będzie się działo! A tymczasem kończę herbatkę i życzę kolorowych snów! :)

Waflekins.









niedziela, 1 września 2013

Święto Heinekena #4 "To już ostatnia niedzie...sobota"

Miguel na głównej scenie Opener'a. Na jego koncercie nie byłem, aczkolwiek fotkę bardzo lubię. Ponoć na jego koncertem Rihanna bawiła się świetnie ;)



Spis treści:
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 3

Jak obiecałem- skończę serię przed końcem wakacji. Post miał być wczoraj, ale niestety coś nie pykło i wena do pisania uciekła równie szybko jak się pojawiła. A zatem dzisiaj- jako iż zaczęła się już jesień- z lekką nostalgiczną łezką w oku, powspominam raz jeszcze ciepłe letnie wieczory lipca, gdy całymi wieczorami słuchałem muzyki na żywo. Skończmy zatem niekończącą się historię o Openerze. Zapraszam :)

Everything, Everything
Koncert zaczął się bardzo klimatycznie od MY KZ UR BF, rozpoczynające płytę Man alive. Nie sądziłem, że koncert kwartetu z Manchesteru tak bardzo mnie zachwyci. Przepletli oni piosenki ze swoich dwóch albumów (oprócz wspomnianego wcześniej debiutu mają jeszcze na koncie nominowaną do wielu nagród płytę o nazwie Arc wydaną w tym roku). Publiczność naprawdę dobrze bawiła się w rytm takich piosenek jak Don't try (które szczerze mówiąc po festiwalu bardzo mi się udzieliło), Tin (The Manhole) oraz Kemosable. Ładny koncert, ale już dało się odczuć lekko sztywną atmosferę pod samą sceną, gdzie czekały już wierne fanki Kings Of Leon- średnia wieku 13+. Mimo wszystko ostatni dzień festiwalu zaczął się naprawdę fajnie.

Fismoll
Po przebojowym koncercie Everything, Everything udałem się do magicznego namiotu Alter Space, gdzie swoją debiutancką płytę- At Glade (o której jeszcze na blogu się pojawi)- zaprezentuje Fismoll- czyli obiecujący młody chłopak Arkadiusz Glensk i jego kilkuosobowa trupa muzyczna. Muszę przyznać, że koncerty w tym miejscu zawsze były najbardziej magiczne- mały lekko duszny od kurzu namiot idealnie sprzyjał spokojnemu, eterycznemu nastrojowi akustycznych piosenek artysty. Na setliście znalazła się cała płyta- nie pominięto z niej nic- jedynie kolejność utworów była inna niż na krążku. Całości towarzyszyły przepiękne wizualizacje puszczone z projektora, przedstawiające motywy opisujące tekst (np. budząca się z zimowego snu natura w czasie rozpoczynającego koncert Flowering). Pamiętam, że najbardziej z całego koncertu spodobały mi się te najbardziej nostalgiczne (jak to oczywiście ja- upodobam sobie najsmutniejsze piosenki)- Let me breathe your sigh i pierwszy singiel służący jako zapowiedź płyty Let's play birds, który w niektórych kręgach odniósł spory sukces.

Crystal Fighters
Mega pozytywne Crystal Fighters- i jest impreza ♥
Jak dla mnie drugi po Ifi Ude najlepszy koncert całego festiwalu. Skoczne piosenki, pełne energii piosenki hiszpańskiej grupy nastroiły publiczność do tańca i szalonych skoków połączonych z wygibasami w powietrzu. Oprócz tego przez cały koncert zespół utrzymywał genialny kontakt z publicznością- i tak rzucony ze sceny pomysł na zrobienie fali wzdłuż całej publiki w czasie At home okazał się świetną akcją. Grupa świetnie przeplatała kawałki te bardziej elektroniczne jak I love London i Xtatic Truth z tymi bardziej akustycznymi dajmy na to Plage, Love Natural i Follow, co ostatecznie stworzyło mieszankę wybuchową. To nie mógł być zły koncert, gdyż Crystal Fighters to po prostu mistrzowie- a spotkam się jeszcze z nimi w listopadzie w Warszawie :)

Kings of Leon
Chester w czerni i bieli.
Ten koncert mógł być lepszy. Coś nie wypaliło i nie wiem co to było- czy popowa publika, dla której największym wyzwaniem było klaskanie w rytm muzyki, a może sam zespół, który przyjechał "byleby zagrać koncert w jakiejś tam Gdyni i zabrać się do domu" albo poprzeczka wysoko postawiona poprzez poprzednie fenomenalne koncerty tego dnia, a może to Rihanna szlajająca się pod gdzieś pod barierkami w pijanym rauszu? W Kossakowo poszły największe hity zespołu- Use Somebody, Sex on fire, Pyro i wiele innych mniej znanych na przykład bardzo cieszyłem się z mojego ulubionego Back down south oraz Immortals. Ale wiecie co wam powiem? Nie zagrali Charmer. Wielka, wielka szkoda. Ogółem koncert nie był zły, ale mógł być też o niebo lepszy- żałuję, że nie wyszedłem z koncertu na, żeby zobaczyć chociaż na moment Devendrę Banhearta.


John Greenwood
Johny Greenwood- lekko śpiący.
Półgodzinna, magiczna kompozycja na 12 gitar pod wodzą multiinstrumentalisty, który za swoją rodzimą formację ma słynny na cały świat Radiohead. Coś ładnego, ciekawie zrobionego i o wiele lepszego niż koncert Kings of Leon, a trwało tylko pół godziny.





Lao Che
Fanem Lao Che nie jestem i nigdy nie byłem. Koncert Płockiej formacji poszedłem zobaczyć ze względu na moich festiwalowych towarzyszy, gdyż każdy wśród nich jest nimi zachwycony. Mimo tego, że do twórczości grupy podchodzę z lekkim dystansem to pamiętam, że naprawdę fajnie zagrali piosenki Zombi!, Idzie Wiatr i Urodziła mnie ciotka (z tekstem, w którym Spięty ciekawie bawi się słowem). Z tego, co widziałem osoby, które przyszły na koncert bardzo dobrze się bawiły i mnóstwo osób latało pod sceną na fali, więc raczej grupie udało się rozkręcić fajną imprezę na swoim koncercie i to liczy się na plus. Po występie Lao Che udałem się jeszcze na magiczne UL/KR, którego usłyszałem tylko jedną piosenkę i elektronicznego Catz'n Dogz, ale byłem tak zmęczony całym dniem latania między scenami festiwalu, że za wiele z tych koncertów nie pamiętam.

A więc co powiem wam już po Openerze? To było najpiękniejsze pięć dni w czasie moich wakacji, pełne niesamowitych przygód między kolejnymi dniami całego eventu. Noce spędzone przy zajebiście dobrej muzyce, przede wszystkim dużo szaleństwa pod sceną. Już wiem czemu ludzie co roku wydają taką grubą kasę (bo powiedzmy sobie- pół tysiąca to jak na Polaka nie jest mała kwota, gdzie miesiąc później mają Woodstock całkowicie za darmo) i zajeżdżają do Gdyni, gdzie przez kilka dni miasto wypełnia się ludźmi z zielonymi obrączkami na dłoniach, okupując najbliższy sklep monopolowy. Smutno mi było opuszczać tamto miejsce, ale jedno wiem na pewno. Już niedługo tam wrócę. Prędzej, czy później. Houk!

Pewnie wielu z was zapyta pewnie co teraz, jakie mam plany na przyszłość. Na pewno wspomnę jeszcze lato i opowiem o koncercie Nelly Furtado i Hey w czasie finału największych regat na świecie, który w tym roku miał miejsce w Szczecinie. Kosztem Woodstocku (toteż nie będzie relacji, przykro mi) w sierpniu dużo pracowałem, aby móc zarobić na jesienne koncertowanie, pojawi się zatem na pewno relacja z Dawida Podsiadła, Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie (między innymi Mela Koteluk, Iza Lach, xxanaxx i Ania Rusowicz), Happysadu Crystal Fighters z Warszawy. Oprócz tego już jutro zaczniemy recenzję płyt już takich wczesnojesiennych (tak, tak niestety porzucamy wilcze wycie lata, czy latanie po plaży śpiewając stare jak świat Holloee Poloy). Ale spokojnie- już jutro przeniesiemy się w magiczną porę roku, kiedy świat jest najbardziej kolorowy, z nieba pada dużo deszczu, a drogi pięknie ścielą się spadającymi z drzew liśćmi dębów, klonów i kasztanów, odpowiednio się przy tym nastrajając. Będzie mega pozytywnie! Zatem wpadajcie jutro na herbatkę, a tymczasem łapcie "zajawkę" następnego posta.