Jak pewnie się domyślacie (albo i nie) w muzyce popularnej najbardziej czekam przede wszystkim na piątą płytę Pati Yang. Tak, ona dalej nie wyszła i na razie niewiele o niej wiadomo. Premiera ponoć w marcu, ale tego do końca jeszcze nie wie chyba nikt poza samą artystką.
Jest jednak jeszcze jeden artysta z naszego kraju, którego umieszczam na swoim skromnym tym razem podium w kategorii "płyty, na które czekam w 2015". Jest to Baasch.
Jeżeli go nie znacie - zapraszam do lektury.
Jeśli już go znacie to w sumie również zapraszam gorąco.
Otóż 2 Marca bieżącego roku ma mieć premierę debiutancki longplay Baascha. Nowego artysty ze stajni Nextpopu. Wytwórni, która wydała już na świat płyty Kari oraz tajemniczej grupy BOKKA. Za pseudonimem Baasch kryje się zaś artysta młodego pokolenia polskich muzyków - Bartłomiej Schmidt.
Mimo młodego wieku na swoim koncie ma już występy przed Trickym, jedną EP-kę zatytułowaną "Simple Dark Romantic Songs" oraz własnego autorstwa soundtrack (swoją drogą bardzo dobry) do filmu "Płynące Wieżowce". Jednak dopiero w tym roku Baasch wyłoży na stół wszystkie karty i zaprezentuje dziesięć utworów, które stanowić będą jego pierwszy album długogrający. Dwa z nich - Siamse Sister oraz Several Gods można było poznać już wcześniej. Oscylują one wokół mrocznie brzmiących elektronicznych dźwięków połączonych z tekstami w języku angielskim. Ciekawostką jest to, że na nadchodzącym "Corridors" ma pojawić się duet z zespołem BOKKA - znajomych z tej samej wytwórni. W związku z nadchodzącą premierą udostępniono wczoraj trzeci utwór z płyty. Tytułowy "Corridors" podtrzymuje schemat synthpopowych klimatów mocno oderwanych od rzeczywistości i tylko zaostrza mój apetyt na ten krążek. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko grzecznie czekać i raczyć się tym, co Baasch już wydał na światło dzienne.
Dobry wieczór!
Witam się z Wami po dłuższej przerwie - upłynęła mi ona na podróżowaniu. Moment w Berlinie i nieco dłuższy, arcywspaniały wypad nad nasze polskie morze, a to dopiero początek wakacji! Z innych nowinek co do mojego życia (jeżeli kogokolwiek by to tutaj obchodziło) - zapisuję się na prawo jazdy. Także wszyscy szczecińscy czytelnicy (a wiem, że kilku takich delikwentów istnieje) już mogą drżeć, gdy wyjadę na ulice! No i przechodząc do meritum sprawy, oczywistością jest, że jak wyjeżdżam i przez prawie dwa tygodnie jestem bez jakichkolwiek informacji ze świata muzyki, tak nagle w jednym momencie dzieje się tyle, że widząc to wszystko po powrocie do rzeczywistości, można dostać szamotania pępka i przyśpieszonego bicia serca. Postanowiłem nadrobić zaległości, usiąść i wcinając bardzo pożywne kanapki z nutellą (w tym momencie znacząco oblizuję kąciki ust), napisać Wam co nieco o tym, co się w ogóle dzieje.
Mikromusic przenosi się w przeszłość! Ich najnowszy utwór noszący urokliwą nazwę Lato 1996 (idealny chwyt na takie sentymentalne dziady jak ja), jest pierwszą piosenką stworzoną/wypuszczoną do sieci na potrzeby akcji Dilmah. Firma zajmująca się na co dzień herbatami, które sam czasem pijam (taki mały produkt placement :P), zaprosiła do współpracy pewne grono polskich wykonawców. Ich piosenki mają stanowić stworzyć cały cykl, inspirowany zmieniającymi się porami roku. Nie znamy listy wykonawców, którzy biorą udział w przedsięwzięciu, ale czekam niecierpliwie z nadzieją na jakiś utwór Hey'a. W każdym razie idea urzekła mnie na tyle, że nowe dzieło Mikromusic - za sprawą Takiego Chłopaka gwiazdy zeszłego roku na polskiej scenie muzycznej - pochłonąłem od razu gdy tylko złapałem dostęp do internetu. Piosenka oscyluje bardzo w klimacie "Pięknego Końca", zamykającego na ten moment dyskografię wrocławskiej grupy. Dodatkowo do utworu dostajemy również obrazek w postaci przyjemnego dla oka teledysku.
PS: Z tego co słyszałem Mikromusic ma dla nas jeszcze jedną niespodziankę w postaci DVD, które nagrane zostanie na koncercie w Teatrze Muzycznym Captiol już 7 Września! Będzie prezent pod choinkę? Jak myślicie? ;)
Tegoroczny Jarocin będzie niesamowity. Wspaniali headlinerzy w postaci koncertu Pidżamy Porno, której skład ostatnio spotkał się na scenie w 2012 roku, zagrany zostanie debiutancki album Republiki "Nowe
Na Jarocin wyruszam z moją zwariowaną przyjaciółką Moniką,
zdjęcie ukradłem perfidnie z jej konta na facebooku. Mam
nadzieję, że się za to nie pogniewa.
Sytuacje" w wykonaniu m.in. Piotra Roguckiego, za którym przepadam troszkę mniej oraz Jacka "Budynia" Szymkiewicza, którego uwielbiam. Zagości Anathema, Matisyahu - powiem Wam tyle, będzie magicznie.
Ja niestety nie usłyszę w 100% składu wielkopolskiego festiwalu, gdyż wybieram się jedynie na pierwszy dzień imprezy, nie mniej jednak jadąc do niegdysiejszego serca polskiego punk-rocka, miasta buntowników lat '80, spełniam jedno ze swoich marzeń z późnego dzieciństwa, kiedy obejrzawszy film "Beasts of freedom - zew wolności", zamarzyłem o zobaczeniu jarocińskiej sceny na własne oczy. W dzisiejszym poście znajdzie się krótka wyliczanka z zespołami, które usłyszę na żywo podczas pierwszego dnia festiwalu.
Dezerter z podziemia.
Poza zapowiadającym się wspaniale koncercie "Grabaż 30", jeszcze jedno wydarzenie nie pozwala mi w spokoju czekać na 18 Lipca. Dezerter - za komuny jeden z wrogów publicznych numer jeden, niesforny skład buntowników grających hardcore punk, przybędzie do Jarocina, aby zagrać piosenki ze swojej płyty "Underground out of Poland" z 1987 roku, wydanej początkowo w Ameryce za sprawą Joeya Keithleya z legendarnej punkowej, kanadyjskiej grupy D.O.A., która inspirowała twórczość m.in. Red Hot Chili Peppers, czy The Offspring. Na płycie znajdują się bomby koncertowe takie jak "Ku przyszłości", "XXI wiek", "Dla zysku" (z tych cieszę się najbardziej, gdyż w czasie koncertu w Jarocinie będzie również Kasia Nosowska, która czasem wykonuje z Dezerterem ów piosenki, więc takie spontaniczne granie jest bardzo prawdopodobne).
Dzieci kwiaty powracają!
Jarocin 18 Lipca przeżyje powrót do punk-rockowych dezerterowych korzeni, ale również odżyje tam rewolucja dzieci kwiatów i big beatu. Ania Rusowicz - córka gwiazdy gatunku Ady Rusowicz - wokalistki Niebiesko-Czarnych - wystąpi na deskach sceny festiwalu, aby zagrać materiał ze swoich dwóch płyt długogrających. Jedną z nich jest nagrodzony aż czterema Fryderykami i statusem złotej płyty "Mój Big Bit". Druga to wydana w zeszłym roku płyta "Genesis", kontynuująca stylistykę z poprzedniego albumu Ani. Zapowiada się balanga w kwiecistych klimatów! Już zapuszczam włosy i szykuję bufiaste, wzorzyste spodnie.
Witam wszystkich!
Kolejny świąteczny okres. Już za kilka dni wszyscy zbierzemy się przy wielkim stole z naszymi rodzinami i w radosnej atmosferze zjemy pyszne śniadanko zwykle babcinej roboty. W ramach nadchodzących świąt wiele wykonawców bawi się w zajączka, rozdając nam prezenty w postaci bardzo przyjemnych dla oka obrazków. Jest ich multum, więc wybrałem sobie trzy najbardziej godne uwagi i postanowiłem wrzucić Wam tutaj, co by nie było, że nie ma ze mną kontaktu i matura pochłonęła mnie całkowicie. Polecam zrobić sobie popcorn, odciąć się od światła, a ze swoich pokoi zróbcie sale kinowe domowej roboty. No to nie przedłużając - tym razem nie zapraszam do lektury, a do oglądania! :)
Ifi Ude i jej podwodny świat.
Ifi zachwycałem się w ramach Opener'a. Wciąż pamiętam ten moment kiedy oglądając jeden z telewizyjnych talent-show (poza północą gdy leci "Rodzina zastępcza" to druga okazja kiedy włączam mój zakurzony telewizor), zobaczyłem jak wraz z zespołem wchodzi tajemnicza postać, ubrana w bufiaste spodnie (przynajmniej wydaje mi się, że były one bufiaste, aczkolwiek estetyka nie była tutaj najważniejsza). Dziewczyna i jej trupa zagrała wtedy wczesną wersję piosenki "Day", która bodajże dwa lata później pojawiła się na jej debiutanckiej płycie. W kolejnym etapie konkursu zagrała dla widowni "Falę", która niestety nie pozwoliła jej przejść dalej. Na szczęście Ifi nie przejęła się odejściem z programu, a płytę wydała własnymi siłami z pomocą fanów i akcji kickstarterowej. Dziś na facebooku wokalistki pojawił się link, do teledysku właśnie dla "Fali". Sam kawałek jest już magiczny, jego treść brzmi jak fragment nieznanej jeszcze mitologii. Wideo dla piosenki również czaruje oko - jest tajemniczo, kolorowo, ładna gra cienia i świateł.
Przez bardzo dłuuuuuugi okres zaniedbywałem Fabrykę Newsów. Z tego wstydu padam na kolana i wędruję do Częstochowy. Te atrakcje dopiero za moment. W niedzielne popołudnie zapoznam Was moi drodzy z kilkoma najważniejszymi - w moim odczuciu - wydarzeniami ostatnich dni. Jak zawsze działo się mnóstwo - można by tak mówić godzinami, ale na to czasu niestety nie ma i wydaje mi się, że większość z Was by w końcu mi tutaj posnęła, a tego bym nie chciał. Zebranie i subiektywne ocenienie zebranego materiału zawsze sprawiało mi trudności. Może dlatego tak ciężko tworzy mi się w tym dziale? Pięknie - ledwo zaczynam, a już szukam sobie wymówek. Nie ma tak dobrze! Fabrykę Newsów czas odkurzyć, odświeżyć, przypudrować jej nosek i ruszamy! Będzie pot, będą łzy (nie mam tu na myśli twórców "Agnieszki") i zaskoczenia. Zaciekawieni? Zapraszam do lektury!
Festiwalowy bój trwa! Największe giganty na tym polu - Orange Warsaw Festival, Open'er i
Orange Warsaw Festival 2013 (foto: Agencja Gazeta)
OFF - w zaparte walczą o każde pieniądze fanów muzyki. Moim zdaniem w tym roku najlepiej radzi sobie OWF, który zaczął "kotletami" z zeszłego Opener'a, aczkolwiek w miarę upływu czasu zaczął rzucać coraz to ciekawszymi nazwami - wśród nich znajdują się na przykład The Pretty Reckless, Lilly Allen, Limp Bizkit i The Kooks. Open'er (przypomnę mój festiwalowy ulubieniec) w tym roku radzi sobie w moim mniemaniu troszkę słabiej - aczkolwiek i tu nie brakuje bomb takich jak Ben Howard, Lykke Li, Metronomy. Do pojedynku dołączają się rosnące w siłę, leżące po sąsiedzku Colours of Ostrava z Johnem Newmanem, ZAZ, czy też The Asteroids Galaxy Tour oraz polski Free Form Festival, który w tegorocznym line upie posiada Klaxons, Tourist i Charlie XCX (znaną ze słynnej piosenki "I love it" nagranejz Iconą Pop). Kto zwycięży ostateczną rozgrywkę? Tego dowiemy się już na wakacje. Będzie się działo. Za którym festiwalem opowiadacie się Wy? Piszcie w komentarzach :)
Dzień dobry!
Nie było mnie przez pewien czas. Zwiedzałem Berlin w gronie hiszpańsko-polsko-niemieckim.
Był to naprawdę sympatyczny wyjazd, który może całkowicie zmienić człowiekowi poglądy na świat w przeciągu niecałego tygodnia. W trakcie jego trwania przeprowadzone zostały warsztaty dziennikarskie, ale to czego się podczas pobytu za zachodnią granicą nauczyłem sprowadza się do tego jak otwierać francuskie wino bez użycia korkociągu. Nie spodziewajcie się zatem poprawy języka, czy wyszukanego słownictwa na Korkach. Wszystko będzie jak dawniej. Dziś krótki pościk z racji tego, że artystka o której już raz tutaj wspominałem wydaje nową płytę - tak przynajmniej podejrzewam, bo ostatecznie nie zostało to powiedziane. Bardzo cieszy mnie fakt wydania na świat nowego muzycznego dziecka Agnieszki Chylińskiej. Czy utwór mi się podoba? O tym za momencik. Zapraszam do lektury :)
Okładka do singla "Kiedy przyjdziesz do mnie"
Gdzieś na przełomie 2009 roku Chylińska - dotychczas często wulgarna, szokująca i zwariowana, mianowana przez wielu królową polskiej sceny rockowej - zupełnie zmieniła swoje oblicze. Na prawo i lewo trąbiono o teledysku do piosenki "Nie mogę Cię zapomnieć", gdzie zupełnie inna od tej dawnej, zagubionej w świecie dziewczyny kobieta wdzięczyła się do kamery. Potem były jeszcze inne ekscesy jak zmiana koloru włosów na blond, plotka o chęci usunięcia tatuażu, książki dla dzieci i X-Factor - jednym słowem dała wciągnąć się w konsumpcyjną machinę zwaną mediami. Jej "Modern Rokcing" (który z członem rocking miało tyle wspólnego co ja ze Słowackim) zyskał ogromną rzeszę fanów, ale został ostro skrytykowany przez dotychczasowych słuchaczy. Nie mam jej za złe ochoty do zmian - była przecież już Matką i miała trzydzieści lat. Ustatkowała się. Brakowało mi jednak w przesłodzonym "Wybaczam Ci", czy nudnym jak przysłowiowe flaki z olejem "Niebie" czegoś, co miały jej wcześniejsze projekty. Zabrakło tego wspaniałego operowania wokalem i charakteru, który "zmuszał" słuchacza do ciągłego klikania w replay. Tego, za co pokochali ją wcześniej ludzie w "Czarnej myśli", "Szkoda by było", czy w "Rozbieraj mnie".
Najpierw post na szybko- z Fabryki Newsów, bo od dawna nie było żadnego posta z tego działu . Ostatniego czasu w muzyce dzieje się tak wiele, że postanowiłem zebrać dla Was po raz n-ty wszystkie najważniejsze dla mnie wydarzenia i na szybko je przedstawić. Zapraszam!
Open'er Festival 2014 w Gdyni już bez Heinekena w tytule! Znana na cały świat, renomowana firma produkująca piwo rezygnuje z bycia sponsorem tytularnym imprezy. O fundusze dla festiwalu na szczęście nie ma co się martwić- mimo tego, że logo Heinekena nie będzie zdobić nazwy festiwalu, to marka dalej pozostaje sponsorem całego wydarzenia, a My w czasie czterech, pięknych lipcowych dni 2014 roku, będziemy mogli się napić ów "nektaru Bogów, tworzonego w fabrykach Heinekena!
Ed Sheeran wydaje nowego singla! I to nie byle jakiego singla! Jego najnowsze dzieło- pierwsze od czasu zakończenia promocji, uznanego przez słuchaczy krążka "+", zatytułowane I see fire będzie stanowić główny motyw, ścieżki dźwiękowej do drugiej części filmowych przygód o Hobbicie Bilbo Bagginsie (dla nie orientujących się- film i książka Hobbit jest wprowadzeniem do kultowej już sagi Władcy Pierścieni J.R.R Tolkiena). Utwór już jest do zakupienia w serwisie iTunes, a Wy za to możecie go przesłuchać w serwisie Youtube tutaj, bo warto jeżeli ktoś lubi ładne, akustyczne granie w najlepszym wydaniu!
Amanda Palmer w Polsce. Fani często prowokującej media, zagranicznej artystki będą mieli okazję na żywo usłyszeć takie piosenki jak Killing Type, Want it Back, czy Berlin już dzisiaj w warszawskiej Proximie i jutro w krakowskim klubie Studio. Niezdecydowani, sprężajcie się- czasu jest nie dużo, a bilety dalej są. Przy okazji będziecie mieli okazję zobaczyć fenomenalną Gabę Kulkę, promującą swoją płytę "Wersje" wydaną w świat wczoraj.
Swoje single wydaje również Lady GaGa- po klęsce pierwszego singla- Appalause, artystka zdecydowała się co jakiś czas wypuszczać utwory promocyjne z płyty ArtPop. Mówiąc co jakiś czas, mam na myśli dokładniej mówiąc non stop. Są to mianowicie Aura, Do You Whant (duet z amerykańskim wokalistą R.Kellym), Venus i Dope. O ile Do you want prezentuje wyjątkowo słaby i niski poziom, a Venus to nieudana próba powrotu do czasów największej świetności ostatniego albumu Born this way (czyli zwykłe odgrzewanie kotletów, ale chociaż ładnie brzmiące), o tyle Dope to naprawdę porządny, nostalgiczny utwór na jesień, który miałby nawet szansę przebić się jako oficjalny singiel. Polecam przesłuchać, bo wzmacnia potężnie apetyt na przyszłoroczną jazzową płytę Cheek to Cheek, którą artystka nagra z Tonnym Bennetem- gwiazdą światowego jazzu.
Was zapraszam już jutro po 21! Wtedy zapowiadany już od dawna post o polskiej trupie muzycznej Muzyce Końca Lata!
Zacznę to tak, że fanem Arcade Fire nigdy nie byłem. Gdyby ktoś nie wiedział dodam, iż jest to indie-rockowa grupa z Kanady- utworzona w 2003 roku. Na swoim koncie ma już trzy płyty, które w niektórych kręgach naprawdę się mocno się liczą. Ich koncerty to ponoć wybuchające wulkany energii. Bardzo jara się nią mój przyjaciel, którego z tego miejsca pozdrawiam :)
Czemu o tym piszę?
Otóż za 5 dni wychodzi ich najnowsza, czwarta długogrająca płyta zespołu, następca The Suburbs z 2010 roku.O Reflektorze zatem słyszę bardzo często. Przed chwilą dostałem od niego cynk, że nowa piosenka i lyric video ujrzały światło dzienne, że lepszy niż pierwszy singiel- tytułowy Reflektor (które linkuję wam na samym dole- wiem, wiem musicie się najeździć, ale coś za coś).
Afterlife- najnowszy utwór Arcade Fire z vintage'owym lyric video.
Co mogę powiedzieć o najnowszym utworze? Afterlife- bo tak nazywa się ów piosenka- wyszła zdecydowanie za późno. Gdyby ukazała się na przełomie wakacji, z miejsca stałaby się drugim hitem lata po Get Lucky. Mocno taneczny kawałek ze wstawkami przypominającymi disco, aż pozwala sobie przypomnieć ten wspaniały czas, kiedy na dworze było gorąco i parno, dookoła wszędzie pełno pozytywnej energii. No i festiwale muzyczne. Jeżeli tak wygląda życie pozagrobowe (teraz lekcja angielskiego afterlife- życie pozagrobowe) to Ja tam chcę! Wielce pozytywny twór przypomina miejscami fuzję nowych płyt Crystal Fighters i Daft Punk. Idealny do beztroskiego hasania pod sceną. W zespole wyczuwam idealnego kandydata na przyszłorocznego Opener'a (który również z indie i hipsterstwem się kojarzy- może jeszcze kilkoma innymi rzeczami, ale o tym już nie mówię). Płycie na pewno się przyjrzę. Może nawet będzie notka na blogu jak bardziej się wkręcę, a na to się zapowiada. Teraz jednak pozostaje doczekać do 29., kiedy płyta stanie się ogólnodostępna dla wszystkich zjadaczy chleba. Zachęcam do przesłuchania, bo zdecydowanie każdemu umili ten jakże pochmurny (przynajmniej w Szczecinie) dzień! :)
A tutaj Reflektor- pierwszy singiel z nadchodzącej płyty.
A teraz słuchajcie moje misie pysie! Ostatnio przez moje neurony krętymi ścieżkami do mózgu (tak matura z biologii mnie pogania) przebiega ogromna masa pomysłów, dotyczących tego o czym pisać. Nie będę się oczywiście trzymać żadnego wyznaczonego harmonogramu, gdyż nigdy mi to zbytnio nie idzie, o czym już mogliście się przekonać, jednak prawdopodobnie już w najbliższych dniach będą pojawiać się pierwsze efekty mojej pracy. Uchylę sobie rąbka tajemnicy. Jutro lub pojutrze chciałbym pociągnąć dalejPrzyjrzyjmy się, bo sto lat już tam nikt nie zaglądał i pajęczyny się zaczęły tam pojawiać w szarych kątach sufitu. Będzie też (oczywiście nie tego samego dnia) skromna Wyliczanka- jak ktoś nie zna ów działów to polecam. Lekcje w plenerzetakże doczekają się własnego posta, ponieważ ostatnio odwiedziłem sobie jeden festiwalik w Szczecinie. Niestety z koncertu Podsiadła relacji nie będzie, bo bilety wykupiono zanim zdążyliśmy się z ludźmi ogarnąć. Co do festiwalu też skromnie- udało mi się załapać tylko na jeden dzień tego festiwalu, ale za to jaki! Słuchajcie! Koncerty Izy Lach, Mikromusic i Rebeki na jednej scenie nie zdarzają się w takiej dziurze jak Szczecin często zatem o tym też Wam poopowiadam. Mam już również bilet na koncert Sorry Boys promujący najnowszą płytkę zatytułowaną Vulcano, więc jakby co to z tego gigu też pewnie co nieco będzie na blogu. Daleka przyszłość uraczy Was też kilkoma recenzjami płyt, zatem jeżeli nie będziecie mieli czego słuchać na listopadowe smuty będziecie mieli się z czym zapoznawać. No i to by było na razie na tyle.
A i oczywiście jakby ktoś chciał popisać na wszelakie tematy to zapraszam do korespondencji pod adresem muzycznekorki@gmail.com!
Trzymajcie się ciepło nie dawajcie się jesiennej chandrze!
Z faecbooka CeZika- sierpień tego roku- dwójka bardzo nietypowych artystów spotyka się, by stworzyć coś wybuchowego.
Słuchajcie! Długo mnie nie było, ale wracam do Was z czymś naprawdę fajnym i od razu jak usłyszałem to dzieło- bo inaczej nazwać tego nie można- stwierdziłem, że muszę się z Wami tym podzielić. Czym prędzej, zatem to robię. Otóż od jakiegoś czasu słynny Youtube'owy polski muzyk CeZik- twórca uznanych coverów piosenek takich jak Ona tańczy dla mnie (o wiele bardziej udanego od oryginału), czy [sic!] (już nie tak bardzo lepszego od oryginału, ale również fajnego) etc- dawał nam znaki, że będzie kolaborować z inną polską uznaną piosenkarką- Melą Koteluk. Dzisiaj światło dzienne ujrzały owoce pracy dwójki muzyków- a dokładniej jest autorska piosenka duetu zatytułowana Nieprzytomny świat z tekstem napisanym przez Alberta Sienkiewicza i CeZika. Do tego otrzymaliśmy psychodeliczny teledysk z bardzo mocnym akcentem (polecam obejrzeć do końca całość) z doskonale wyreżyserowanym surrealistycznym światem jakby ze snu (trochę kojarzy mi się to z teledyskiem do Jaszczurki Pati Yang). Poważne instrumentarium- bo perkusja, klawisze i skrzypce przeplatają się z nowoczesnością- skocznym beatem (ale wcale nie dodaje on taneczności utworowi) i ciekawymi elektronicznymi wstawkami- chętnie bym się dowiedział, kto za nie odpowiada. Mimo, iż można początkowo odnieść wrażenie, że nie jest to jakieś zachwycające ani wpadające w ucho, akcja rozwija się pod koniec i przy każdej kolejnej nucie dostajemy eksplodującą emocjami bombę. Mieszanka wybuchowa dwóch światów- bo tym niewątpliwie są Mela i CeZik- miło byłoby usłyszeć coś kiedyś jeszcze od tego duetu w przyszłości. Tymczasem ja wracam tonąć w pościeli... a Was odsyłam do teledysku.
Okładka singla "Phoenix"- bardzo podobna do tej z "The Sun" jak widać wszystko ma tworzyć zgraną całość jak na razie bardzo smakowitą dla ucha słuchacza
Dzisiaj premierę miał najnowszy singiel grupy Sorry Boys- już od dawna zapowiadany przez zespół. Po rewelacyjnym, wakacyjno-chilloutowym The Sun, które zyskało przychylność tych starszych słuchaczy, jak i przyciągnęła do grupy nowe rzesze fanów, teraz przyszła pora na pełen emocji Phoenix. Jak słychać z singli prezentujących następcę debiutanckiej płyty formacji ( tak dla przypomnienia Hard Working Classes z 2010 roku) będzie się znacznie różnić od poprzedniczki. Pojawia się pełno syntezatorów, których wcześniej grupa nie używała. Dalej tekstowo przeważa język angielski, a wielka szkoda bo chętnie posłuchałbym pięknego, przepełnionego uczuciami wokalu Beli Komoszyńskiej w naszym rodzimym języku. Phoenix rozpoczynają pojedyncze chwyty na nieznanym mi bliżej instrumencie (Cymbałki? Gitara elektryczna? Saksofon? A może tylko komputerowy chwyt?) , które przeplatają się gdzieś z gitarą akustyczną i wspomnianymi już syntezatorami, tworząc wpadającą w ucho symfonią. Wiedziałem, że Sorry Boys powstając z kolejnym singlem na pewno mnie nie zawiodą, ale tym razem przerośli moje oczekiwania. Piosenka jest bardzo dojrzała- o wiele bardziej niż wszystko, co wcześniej Sorry Boys robili, ma w sobie jakiś tajemniczy pierwiastek, który przyciąga i gdy utwór się kończy jak prawdziwy feniks powstaje ponownie. Kto jeszcze nie słyszał to gorąco polecam- link pod spodem, a ja tym czasem w oczekiwaniu na jesień i płytę, odtwarzam Phoenix'a ponownie. I ponownie. I potem jeszcze raz.
Z takimi koncertami jak tych tutaj na zdjęciu, szykuje się wspaniała muzyczna jesień :)
Znowu odpoczywamy od Opener'a (myślę, że serwuję go przystępnymi dawkami- do września może się z relacją wyrobię). Wiem, znowu kazałem Wam trochę czekać na ten post, ale niestety ostatnio wolnym czasem nie gardzę i to się odbija również na blogu. W obiecanym poście przedstawię wam kilka ważnych wydarzeń z różnorodnych zakątków świata- będzie i alternatywa, i masowy popik. Amerykańskie listy przebojów i nasza warszawska Stodoła. No to nie ociągam się i zapraszam na muzyczne wydarzenia ostatnich kilku dni :)
Znacie Igrzyska Śmierci? Poza fenomenalną sławą jaką pokryła się pierwsza część ekranizacji i wspaniałą historią o tym jak człowiek potrafi być okrutny, stworzoną przez Suzanne Collins film może pochwalić się również wyborną ścieżką dźwiękową, na której poprzednio znalazły się utwory takich artystów jak Taylor Swift, Arcade Fire, Birdy oraz Glen Hansard. Widać, że twórcy ścieżki dźwiękowej postawili sobie za cel utrzymanie wyznaczonej poprzeczki- a może nawet przebicie jej. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że grupa Coldplay znana z takich hitów jak Fix You, The Scientist, czy już nowsze i oklepane przez pół globu Paradise nagrała nową piosenkę, zatytułowaną Atlas specjalnie na potrzeby najnowszej części filmu. Będzie się działo!
Czas letnich muzycznych festiwali powoli dobiega końca. Skończyły się już Alter Artowe Coke Live Music Festival i Heineken Open'er Festival. Z Kostrzyna już dawno wynieśli się też ostatni Woodstockowicze. Colours of Ostrava również dobiegło końca. I mimo, że festów jest przed nami jeszcze kilka to ich koniec nie powinien być dla Nas smutkiem! Kolejni artyści zapowiadają swoje występy w Polsce już na jesień i zimę tego roku! Swój przyjazd do warszawskiej Stodoły zapowiedzieli Crystal Fighters (o których już niedługo słów kilka ;) i będę o nich mówić sporo), na Arenie Ursynów swój występ da francuski ulubieniec muzycznych salonów- Woodkid, Biffy Clyro również wpadnie mimo, że jeszcze nie zdążył na dobre zapomnieć o występie w Krakowie. Oprócz tego Glen Hansard (którego przedstawiać chyba nie muszę). Oboje zagrają w warszawskim klubie Palladium (z tym, że Glen ze spółką zagoszczą również we Wrocławiu). Także, wielka Warszawo- szykujcie pieniążki.
W masowych mediach ostatnio aż wrze. Swoje single wydały po kolei Katy Perry i Lady Gaga. W przeciągu najbliższych kilku tygodni szykuje się spora bitwa piosenek Roar vs Appalause na listach przebojów wraz z innymi singlami, które cieszą się uznaniem obecnie. Jak dla mnie Roar Katy Perry (ponoć trochę splagiatowane) jest o wiele lepsze, nowy singiel Gagi jest dość agresywnie atakującą ucho elektroniką, której mi jakoś ciężko się słucha (ale niektórzy to lubią)- co więcej jestem trochę zawiedziony, gdy skuszony ofertą jazzowej płyty Lady Gagi dowiaduję się, że to chyba tylko zwykła plotka. Co wygra? Czas pokaże.
Arctic Monkeys, którzy występowali na scenie głównej Opener'a, a ja w swojej relacji trochę okrutnie się o ich występie wypowiedziałem, wydają nowego singla (już drugiego po Do I Wanna Know, którego również słyszałem w Gdyni na żywo! :P), zwiastującego nową płytę zespołu. Wraz z klimatycznym, nocnym teledyskiem w necie pojawiła się piosenka Why'd You Only Call Me When You're High?- jaka jest moja opinia? Trochę słabszy od poprzedniego, ale nadchodzący krążek ma szansę stać się jedną z najlepszych płyt Arctic Monkeys.
Mam nadzieję, że się podobało! Trzymajcie się i czekajcie na kolejne wieści ode mnie, a tymczasem Ja spadam!
Dzisiejszy dzień jest jednym z przyjemniejszych w tym roku. Pogoda naprawdę zaskoczyła i pomimo porannych przymrozków to było naprawdę gorąco. Nie inaczej działo się dziś w świecie muzyki. Mela Koteluk- ewidentna zwyciężczyni tegorocznej najbardziej prestiżowej gali muzycznej Fryderyki (nagroda w kategoriach Debiut Roku za płytę Spadochron oraz Artysta Roku 2012) znów wydaje! Dziś premierę ma coś na kształt maxisingla - może króciutkiej EP-ki, co dziś nie zdarza się zbyt często. Piosenki są dwie i zatytułowane zostały Wielkie Nieba oraz To Trop. Szczerze mówiąc jestem zaskoczony. Tak bardzo, że porzuciłem pisanie recenzji, która miała ukazać się dzisiaj wieczorową porą (nie, nie powiem na razie o czym), by napisać o tym jakże dobrym wydarzeniu. Jeżeli cały album będzie tak genialny jak dwa pierwsze single promujące album, który najpewniej pojawi się na przełomie lata i wczesnej jesieni, to jest to ponownie kandydatka do pozycji najlepszej polskiej płyty roku 2013. Oba kawałki utrzymane są w stylistyce debiutanckiego albumu. Bardzo szybko wpadają w ucho, chociaż przyznam się, że na początku eteryczny To Trop nie spodobał mi się tak bardzo jak Wielkie Nieba- który zawiera w sobie odrobinę szaleństwa i zdecydowanie szybciej wpada w ucho niż poprzednik. Dodatkowo całość okraszona jest zdjęciem Meli, utrzymanym w klimatach Spadochronu. Autorką jest znajoma jak i zarazem fotograf zespołu- Honorata Karpuda. Cóż dodać więcej? Nie pozostaje mi nic jak czekać na cały krążek, który prawdopodobnie powtórzy sukces debiutu i na razie rozkoszować się jak na razie najlepszymi w dorobku Meli Koteluk piosenkami- obie dostępne już na deezerze (link macie pod spodem- btw w deezerze da się robić śliczne odtwarzacze- punkt dla tego serwisu). Myślę, że Hey z Kasią Nosowską, Maria Peszek, Brodka i reszta polskiej śmietanki znowu ma powody do obaw, że Fryderyk zostanie sprzątnięty im brutalnie sprzed nosa.
Sprawy organizacyjne zostawiam na potem (na razie za dużo do nadrabiania w szkole :( ), a recenzje albumów już się tworzą. W międzyczasie uraczę Was kilkoma jakże ciekawymi, jeszcze ciepluchnymi newsami. Zapraszam!
Wiadomo jużkto poprowadzi kolejne Męskie Granie. Po fenomenalnie zorganizowanej trasie rok temu wiele się zmieniło. Przyroda znów pokazała, że mężczyzna- jako mały chłopiec nie da sobie rady bez kobiecej ingerencji. I tu pojawia się Kasia Nosowska- dla której rok temu zmieniono formułę trasy na "Kasia bawi się w opiekunkę", do każdego miasta przyporządkowany był jeden przedstawiciel "płci brzydkiej", któremu w kampanii reklamowej towarzyszyła właśnie uśmiechająca się na bilbordzie Nosowska. Wiele osób się oburzało, tupało nóżką, że "jak to? Kobieta prowadzi Męskie Granie?" "Sprzedała się" "Koniec z MG!" et cetera, et cetera. Mimo wszystko artystka pokazała rok temu, że jako organizator ma wielki talent i do Męskiego Grania jaj jej wcale nie brakuje. Właśnie dlatego tym razem jest dwóch dyrektorów- znany polski raper OSTR oraz dobra i pomocna Ciocia Kasia, służąca radąi doświadczeniem z zeszłego roku. Myślę, że władze trasy naprawdę ugodowo rozwiązały problem hejtowania z zeszłego roku, bo w końcu Nosowska ma wielu antyfanów i Oni tak, czy inaczej będą pluć w stronę trasy jadem. Od dziś rusza też w radiu singiel- jak dla mnie ładny (bo czekałem na duet Nosowska/OSTR), ale raczej nie podbije rozgłośni radiowych...
Na fanpage'u Meli Koteluk od jakiegoś czasu pojawiają się tajemnicza zdjęcia ze studia. Już
wiemy o co chodzi! 5 Czerwca Mela zagościła w studiu im. Henryka Debicha w Radiu Łódź, w ramach projektu "Otwarta Scena". Efektem tego jest- jak na razie wiadomo- zupełnie nowa piosenka artystki (prawdopodobnie promująca już nowy album). Premiera już jutro! Moja ciekawość sięga wszelkich możliwych zenitów.
Trochę spóźniony news- 3 Czerwca- więc tydzień temu- ukazała się nowa płyta trip- hopowego mistrza Tricky'ego zatytułowana False Idols. Na płytę składa się 16 premierowych kawałków, do których została zaproszona m.in. Francesca Belmonte. Szczerze? Przy całym moim uwielbieniu do jego krążków Blowback i Mixed Race, to jedyne co mi się podoba w False Idols to tytuł- cała reszta nie zawiera już tej samej magi. Sorry, Tricky. Dla zainteresowanych- płyta do przesłuchania na Spotify.
Kings of Leon 5 lipca już na głownej scenie festiwalu Heineken Open'er, a już dziś dostajemy przedsmak nowego albumu. Całego nowego krążka Mechanical Bull nie usłyszymy jeszcze podczas występu na festiwalu, ale między hiciorami jak Use Somebody, czy Sex on fire usłyszymy na pewno nowy numer zespołu (który premierę miał wczoraj podczas nowojorskiego festiwaluGovernor's Ball). Wykonanie pod spodem, a premiera płyty już 24 Września- szykujcie kasiorę fani Kingsów! Cieszyć się również mogą fani grup Disclosure i Queens of the stone age (oba zespoły również wystąpią w czasie gdyńskiego festu), które podbijają prestiżową listę UK Charts, utrzymując się ze swoimi najnowszymi produkcjami na pierwszych dwóch miejscach kompilacji.
Edit: Po przeczytaniu i sprawdzeniu tego wpisu mogę niewątpliwie stwierdzić, że dziś na blogu dzień wszechobecnego hejta. Czy mówiłem już jak bardzo nienawidzę formatowania na tej stronce? Dobrze, lepiej nie zaczynać... Witam wszystkich w to chłodne i nieprzyjemnie jesienne popołudnie. Większość z was zapewne teraz (tak samo jak ja) zamula i usilnie poszukuje rozrywki w naszym kochanym internecie. Chętnie umilę wam te parę niedzielnych chwil, aby przekazać wam, co ciekawego dzieje się w świecie muzyki, a dzieje się naprawdę wiele : )
Beyonce Knowles- znana też jako "Bajonsi"
Hey ogłosił swojego drugiego singla, promującego płytę "Do Rycerzy, do Szlachty, doo Mieszczan" formacja wybrała utwór "Co tam?"- ścieżkę numer dwa z krążka. Jak dla mnie trafny cios, mam nadzieję, że piosenka przypadnie do gustu wszystkim- nawet tym najbardziej wybrednym spośród hejterów.
Płyta "Delta Machine" grupyDepeche Mode coraz bliżej- w związku z tym do radia wkracza piosenka Heaven, mająca zwiastować najnowszą płytę. Jest zupełnie inaczej niż na płytach Depeszów. Czyżby formacja planowała zwrot w inną stylistykę? Osobiście- mam mieszane uczucia, co do piosenki. Chyba muszę się jeszcze z tym oswoić. Tymczasem wracam do Personal Jesus i Enjoy the silence.
Beyonce po swojej "wpadce" z zaśpiewanym na inauguracji Prezydenta Barracka Obamy hymnem USA, na specjalnej konferencji prasowej, artystka przyznała się do błędu. Szczerze? Dziewczyna miała rację- skoro orkiestra grała bez przygotowania, warunki pogodowe były równe tym naszym dzisiejszym, a na dodatek występ emitowany był na cały kraj- to nie dziwne, że chciała, by wszystko wypadło fajnie. Swoich rozgoryczonych fanów zapewniła, że na mającym odbyć się dzisiaj finałowym meczu futbolu amerykańskiego, hymn zaśpiewa już całkowicie sama. Dodatkowo na konferencji również wykonała go w wersji a'capella, by pokazać na co ją stać ;)
Zbulwersowana jest cała polska rockowa gimbaza. Justin Bieber ma wystąpić w Polsce! Będzie to pierwszy jego gig w naszym kraju, a nastroje już od kilku dni są napięte niczym przed Euro 2012. Czy naprawdę warto wypruwać sobie żyły z takiego powodu i zakładać takie fanpejdże jak te? Do dzieciarni tego świata- hejtując jakiegoś popowego wykonawcę wcale nie jesteście lepsi. Co do samego koncertu- odbyć ma się na łódzkiej Atlas Arenie 25 Marca. Piosenkarz promuje swój najnowszy krążek Believe.
Moje uszy doznały szoku- i to niezbyt pozytywnego. Równie dobrze mogłyby się zatkać i pozostać w głuchocie na wieki. Wszystko poprzez żyjących muzyków Nirvany oraz Paula McCartneya (znanego oczywiście jako jeden z najlepszych Beatlesów)- wpadli oni na to, aby wznowić działalność grupy. Na razie bez nazwy, ale nagrali już pierwszy studyjny singiel, który wykonali pierwszy raz na koncercie dla ofiar Huraganu Catrina. Cut me some slack- to bez urazy- wyjątkowo słaby utwór, wybitnych muzyków, kojarzący się jedynie z kryzysem wieku średniego. Stać was na więcej, chłopaki, zatem może zamiast tego zajmijcie się innymi projektami?
Mam dla was kilka świeżuteńkich- jak chleb z pieca w leżącym nieopodal sklepie- newsów, które na pewno was zaskoczą. Zauważyłem, że zainteresowanie postami wzrosło, dlatego cieszę się jak głupi, że mogę dla was pisać. Jako, iż w poprzednim poście większość treści zawarta była w liście (powiedzmy, że dziś robię dzień z listami :)), to teraz nie będzie inaczej. Garść najnowszych newsów, o tym co, gdzie, jak i kiedy- zapraszam do przejrzenia okiem:
News #1- Kult wydaje nową płytę! Trzymająca się już ponad trzy dekady, grający fuzję nowej fali i rocka alternatywnego grupa, ma na swoim koncie już 15 płyt długogrających. Na kolejnej ma znaleźć się 12 nowych utworów, a od listopada zespół gotowych ma już ich 4! Wokalista i lider formacji, Kazik Staszewski, wypowiada się o krążku bardzo optymistycznie- "Nie tłuczemy już kawałków, które potem nie przechodzą"- nowy krążek już na wiosnę, więc szykujcie pieniądze drodzy fani! Dotychczasową dyskografię zamyka album MTV Unplugged.
Kolejny news o szale wydawania płyt wiosną! Depeche Mode przerywa milczenie po swoim krążku Sounds of Universe z 2009 roku. Nowy materiał będziemy mogli poznać częściowo już za 3 dni, ponieważ pierwszy singiel z płyty, zatytułowany Heaven, będzie dostępny w sieci już 1 lutego! Krążek Delta Machine w sprzedaży już 26 Marca! Co więcej, grupa postawiła wyruszyć w trasę koncertową, która trafi też do polski!
Mówi wam coś grupa Atoms For Peace? Nie? Nic dziwnego, bowiem dopiero utworzona formacja wydaje płytę już niedługo (premiera zapowiedziana na wczesny 2013 rok) jednak jej członkowie mają już pewien bagaż doświadczeń. Znacie bowiem Fleę z Red Hot Chili Peppers i Thoma Yorke'a z Radiohead? Tak! To 1/2 grupy Atoms For Peace. W skład zespołu wchodzi jeszcze dwóch perkusistów obu grup. "Debiutancką" płytę AMOK promuje piosenka "Default", którą możecie usłyszeć na portalu Youtube.
Wydaje także Dawid Bowie "co się zowie" :). Jego pierwszy od ponad dekady album, nazywać się będzie The Next Day, a promuje go singiel Where are we now?
I na koniec całkowite szaleństwo! Lady Gaga długo kazała czekać na swoją nową płytę, bowiem po premierze płyty Born this way dwa lata temu, zamilkła i słuch po niej zaginął. Wraca jednak w odnowionej formie! Zapowiedziana już dawno temu płyta ARTPOP była obiektem tysiąca plotek. Każdy miał co do krążka inną teorię i żadnej nie można było ufać. Artystka zaskakuje wszystkich, bowiem płyta będzie jazzowa (wbrew mylącemu tytułowi) i nagrany wraz z jednym największych jazzmanów w historii- Tonym Bennetem, z którym Lady Gaga miała okazję nagrać już piosenkę The Lady is a tramp. Premiera wiosną 2013 i jestem tej płyty bardziej ciekawy niż tego, kiedy kolejny koniec świata- a może to właśnie Lady Gaga w jazzowej odsłonie jest właśnie tym końcem?
Zatem czekamy na wiosnę, ludzie! :D
Pozdrowienia i uściski dla wszystkich czytających.
Ten rok będzie dla mnie szczególny- nie tylko ze względu na pełnoletność i fakt, że już za 5 miesięcy zakończę swoją przygodę z przedmiotami ścisłymi- a tym samym drugą klasę liceum. Szczególne będą wakacje, które zapowiadają się niesamowicie! Głównie za sprawą dwóch ogromnych "masówek"- Heinek Open'er Festival'u i Przystanku Woodstock, na które się wybieram już od 2 lat- tym razem zrealizuję swoje plany.
W związku z tym postanowiłem, że zgromadzę tutaj wszelkie ważne informacje, które każdy będzie mógł sobie "ogarnąć"- a być może ktoś z was zdecyduje się pojechać! Otóż wiemy, że:
Heineken Open'er Festival- jak co roku odbywa się w Gdyni na lotnisku Gdynia- Kosakowo, gdzie rozstawiona będzie ogromna scena i pole namiotowe.
Organizatorzy zainspirowali się chyba hiszpańskim festiwalem Primavera Sound- stylistyka będzie indie-elektroniczna. Wiemy już, że wystąpią Disclosure, Animal Collective (oba zespoły wystąpią też w Barcelonie), Arctic Monkeys (wyczuwam cuuudowne pogo), psychotripowe Taame Impala, tworzące najlepsze hity radiowe Kings Of Leon, rockowe Blur oraz Quuens of the Stone Age- zapowiedziane jako pierwsze.
Jedyna na razie zapowiedziana polska gwiazda- Maria Peszek, która przyjedzie ze swoją płytą Jezus Maria Peszek- materiał okazał się ponoć koncertową petardą, więc cieszę się na zobaczenie jej na żywo- recenzję krążka znajdziecie również na tym blogu! :)
BĘDZIE DIABELSKI MŁYN!!!!!!!
Każdy, kto wykupi karnet 4-dniowy, dostanie w cenie biletu okazję zobaczenia kolejnej gwiazdy dzień po całej imprezie już za darmo! Rihanna wystąpi w Gdyni 7 lipca, promując swój nowy krążek Unapologetic, który jest kolejnym sukcesem komercyjnym artystki. Na ten "5 dzień Opener'a " do dyspozycji pozostanie pole namiotowe,
Ceny biletów to 470 zł (4 dni- bez pola namiotowego), 550 zł (4 dni- z polem namiotowym), 189 zł- bilety jednodniowe. Cena pozostawia bardzo wiele do życzenia... niestety.
PS: Zapraszam do zajrzenia wieczorem na kolejnego newsa- również krótką tzw. "zapowiedziówkę", ale będzie ciekawie :)
Najnowsza płyta zespołu Strachy na Lachy, zapowiedziana na 9 lutego, będzie na pewno jedną z lepszych polskich płyt 2013 roku- bo inaczej u Strachów być nie może. Przedpremierowo zespół postanowił ujawnić nam dwa single- pierwszym był Mokotów, który miał premierę jeszcze w październiku zeszłego roku, kiedy do premiery wydawało się być jeszcze bardzo długo. Nowa piosenka utrzymana była w typowym dla Strachów stylu- Grabaż bawi się tam słowem i opowieść o zwykłych kotach, przeradza w dobrą historię, wpadającą w ucho w połączeniu z grą chłopaków. Utwór dotarł do 13. miejsca na Liście Przebojów Trójki, ale po drugim singlu- który premierę miał wczoraj wieczorem, zatytułowanym I can't get no gratisfaction, słychać, że chłopcy ze Strachów przygotowali dla nas coś zdecydowanie lepszego.
I can't get no gratisfaction to piosenka dla wszystkich hejterów. Grabaż z charakterystyczną dla siebie manierą wciela się w rolę internetowego "ociekającego jadem forumowego trolla" i wyśpiewuje z werwą "My jedziemy po was w necie. Tak społecznie i za darmo, więc nawet jeśli grasz na flecie- płać za swoją popularność" oraz wyśmiewa siebie i swoich kolegów z branży muzycznej i aktorskiej- Skibę, Artura Rojka, Gienka Loskę, Borysa Szyca i wielu innych! Idealnie zaprezentowany obraz hejtera jest co jakiś czas przerywany- autor tekstu wraca do roli siebie samego i zachęca "Podpisz się, no podpisz się". Mi bardzo się podoba- przypomina czasy, gdy chłopcy grali jako Pidżama Porno.
I can't get no gratisfaction do przesłuchania na portalu Youtube- na profilu wytwórni SP Records. Premiera płyty !TO! planowana jest na 9 lutego, a dotychczasową dyskografię zespołu zamyka płyta Dekada.
Witam was po dosyć długiej przerwie, niestety trochę poległem i zawiodłem co do moich planów co do postowania (niestety przytłoczył mnie ogrom pracy poza blogiem- i na niej musiałem się najbardziej skupić). Od teraz postanowiłem nie wyznaczać sobie dokładnego harmonogramu, gdyż nie umiem się takowego trzymać. Posty będą się pojawiać i zostanę przy zapowiadaniu nowego posta na końcu poprzedniego, bo ta metoda jak na razie się sprawdza. W ramach rekompensaty mogę was zapewnić, że ułożyłem sobie idealny plan co do blogowania, mam nadzieję, że się powiedzie. Wiem już mniej więcej co publikować aż do marca- pomysłów jest mnóstwo. Jeżeli chcecie się jednak podzielić ze mną jakąś muzyką, którą warto poznać (co ciekawsze tytuły po przesłuchaniu będę na pewno recenzować), wydarzeniem, czy po prostu napisać coś do mnie- piszcie na specjalnego maila- muzycznekorki@gmail.com. Jednym słowem- roboty jest ogrom. Tymczasem zapraszam was do nowego posta, pierwszego w 2013 roku.
Pamiętacie, gdy opowiadałem wam o Dido i jej najnowszej płycie Girl who got away? Jeżeli nie to polecam zaznajomić się z artykułem "Dziewczyna, która uciekła" do którego zamieszczam wam link (http://muzczne.blogspot.com/2012/12/dziewczyna-ktora-ucieka.html). Miesiąc temu poznaliśmy piosenkę Let us move on wykonaną z raperem Kendrickiem Lamarem. Wówczas w muzycznych mediach (w tych zagranicznych rozeszło się to jakoś huczniej niż w tych polskich) zapanował szał związany z powrotem artystki- wszyscy zastanawiali się, czy wypuszczony do sieci utwór jest pierwszym oficjalnym singlem z płyty. Do piosenki powstał również tzw. "lyrics video"- ostatnio bardzo popularny wśród wielu artystów typ prezentowania najnowszych utworów, do których nie ma jeszcze teledysku. Z tej metody poza Dido skorzystali m.in. Hey, Adele, Rihanna, czy też szczeciński raper Łona. Artystka długo milczała co do nowej piosenki, dopiero wczoraj na oficjalnym facebookowym profilu piosenkarki pojawiła się notka o tym, że pierwszym singlem radiowym, promującym krążek Girl who got away stał się kawałek zatytułowany No freedom. Wraz z informacją zamieszczono zdjęcie rękopisu artystki z wypisanym tekstem nowego utworu. Oprócz tego zapowiedziano, że premiera dzisiaj po godzinie 11.30 czasu lokalnego w programie drugim radia BBC.
Widać artystka miała wszystko zaplanowane, gdyż zaraz po premierze piosenki na antenie, do sieci wypłynął videoclip (czyżby pierwszy teledysk)? No freedom całkowicie różni się od prezentowanego poprzednio Let us move on. Tym razem kawałek brzmi znajomo- bardziej w stylu piosenkarki niż duet z Lamarem, nie ma eksperymentowania i podróży w nową stronę. Mamy za to wpadający w ucho refren, wyśpiewywany przez Dido na wielu ścieżkach, w tle przygrywa gitara, a słuchając nowego singla robi się cieplej na sercu. Najnowsza produkcja przypomina ballady z debiutanckiej płyty No angel, mimo iż od jej premiery minęło prawie półtorej dekady artystka wciąż trzyma poziom, stworzyła swój własny styl i wcale nie brzmi on jak przysłowiowy "odgrzewany kotlet". Mimo iż ballada bardzo mi się podoba, to boję się o jej przetrwanie na listach przebojów. Teraz- kiedy musi konkurować z hitami takimi jak Skyfall Adele, Diamonds Rihanny, czy obecnym numerze jeden na UK Top Charts, przebój Jamesa Arthura Impossible, najnowszy singiel Dido nie ma dużych szans na przebicie się. Jako otwarcie płyty sprawuje się idealnie, ale gorzej już z walczeniem o miejsca w podium na listach przebojów. Chociaż, kto wie... przecież kto spodziewał się sukcesu Gotye, czy Gangnam Style? :)
Oprócz singla dane nam już jest zobaczyć okładkę w wersji internetowej oraz znamy datę premiery płyty- jest to 4 marca (idealny prezent na Wielkanoc, czyż nie?). Co więcej! Płyta jest już do kupienia w serwisie iTunes jako pre-order- zamawiając ją otrzymamy jednak już dziś Let us move on oraz No freedom. Doszły mnie również słuchy o tym, że płyta ma zostać wydana w wersji deluxe- z różnymi bonusami w postaci dodatkowych piosenek, remiksów i innych wersji utworów z krążka. Jak widać Dido nie próżnuje, tylko czy krążek zyska przychylność fanów jak te poprzednie? Przekonamy się już za 2 miesiące...
Dzisiaj- 11 stycznia- urodziny obchodzi jedna z największych gwiazd polskiej sceny lat '90, Edyta Bartosiewicz. Jako iż bardzo cenię sobie jej dorobek i życzę jej jak najszybszego powrotu do muzyki, kolejny post będzie t.j. prezentem ode mnie dla niej i napiszę coś o Edycie. Jako zajawkę mogę przypomnieć wam piosenkę- Szał- z płyty Szok'n'Szoł z 1995. Teledysk w całkiem przyzwoitej jakości, zdatnej do oglądania (nie jak większość starszych teledysków na portalu Youtube), polecam posłuchać i zajrzeć za kilka dni.
Już nie całkowicie szczeciński zespół- albowiem składający się w 2/6 z mieszkańców innych miast naszego kraju. Już nie całkowicie w tak rockowym stylu jak na słynnych płytach Fire lub [sic!]. Za to wraz z całkowicie nowym materiałem i w stu procentach idealnie. Hey przybył 9 grudnia- przedzierając się przez atakującą Polskę śnieżycę- aby zaprezentować publiczności nową płytę Do rycerzy, Do szlachty, Doo mieszczan w koncertowej oprawie. Wraz z nimi przyjechał supportujący UL/KR, ale o tym za moment.
Osobiście należę do ogromnych entuzjastów Kasi Nosowskiej i spółki, którzy stanowią zawartość 85% mojego odtwarzacza mp3. Na koncert wybrałem się z ogromną chęcią, stęskniony ogromnie (bowiem nie grali tu od maja- fakt, niektórzy muszą czekać na przyjazd swoich ulubionych zespołów po kilka lat, ale ja zostałem zbyt rozpieszczony koncertowo słuchając polskiej muzyki). Ustawiłem się ładnie i grzecznie w drugim rzędzie za barierką i wyczekiwałem...
Na samym początku na scenę wkroczył zespół UL/KR, który zapowiadał się o niebo lepiej studyjnie. Wokalista- Błażej Król- wszedł na scenę ubrany w koszulę, przypominającą o modzie latach '90 bez jakiegokolwiek kontaktu. Po prostu chwycił gitarę i zaczął grać jak gdyby nigdy nic. Fakt, rozpoczęcie koncertu ciekawe i wciągające- niektóre osoby z publiczności dały się porwać tej mieszance dark wave'u, ambientu i elektroniki i pozwoliły sobie na delikatny taniec w rytm muzyki jednak - to ostre słowa, ale prawdziwe- duetu w stosunku do publiki szybko sprawiły, że wiele osób zaczęło przeglądać telefony komórkowe, rozmawiać między sobą- po części zagłuszając grających albo na przysypiać. Ciekawie wypadły Brodzę, Ruiny i Tuż nad głowami z debiutanckiej EP-ki zespołu. Coś było jednak w tym, że niektórzy przysypiali na supporcie, który z definicji powinien rozruszać publiczność- duet z Gorzowa zagrał 6 piosenek, wykluczając te dwie najbardziej energiczne. Euforia wśród tłumu wróciła, gdy dowiedzieliśmy się, że "jeszcze dwie piosenki i wchodzi zespół Hey". Jakby nie patrzeć to dla nich przyszła publiczność. W końcu doczekaliśmy się, a co do UL/KR- to była ich pierwsza trasa koncertowa, może przy promocji kolejnej płyty- o ile Pan im na to przyzwoli, pozwolą sobie na więcej kontaktu ze słuchaczem, a bez tego daleko nie zajdą.
Wróćmy jednak do Hey'a- po krótkiej przerwie zaczęli wchodzić kolejni
członkowie zespołu- Paweł, dwóch Marcinów, Jacek i Robert, a na samym
końcu Ona, która wywołała największe poruszenie. Katarzyna Nosowska. W
swojej niepowtarzalnej kreacji- wielkim czarnym
płaszczu, jak zawsze skromna, ale jakże radosna, że wróciła do Słowianina, gdzie- jak sama
wspomniała podczas koncertu- "wypiła swoje pierwsze piwko, co skończyło
się potem bardzo źle". Zaczęli od "Bez Chorągwi"- trafne rozpoczęcie- w końcu to piosenka o przybyciu zespołu z nową płytą. Wpadający w ucho refren- "Kto puka? To my. Kto puka? To my- pozwól rozgościć się, pozwól nam wejść" wokalistka
zaśpiewała, co jakiś czas uderzając w przystawiony obok mikrofonu
bęben- czyżby Nosowska wykazywała chęci do gry na perkusji? ;)
Następnie według setlisty zabrzmiały Woda- gdzie Kasia ochoczym zaśpiewem "Płyńmy razem"
zaprosiła do zabawy. Następnie grupa powróciła na moment do
poprzedniego- znanego już wielu osobom i odnoszącego w dalszym ciągu
sukcesy- albumu, zatytułowanego "Miłość!Uwaga!Ratunku!Pomocy!", aby zaraz potem przenieść się w tej podróży jeszcze dalej- do płyty "music.music" z 2003 roku, a dokładniej do pierwszego singla- "Muki",
który jak autorka tekstu zdradza- przypomina jej się zawsze, gdy ma do
czynienia z jakimś urzędnikiem (to właśnie o nich jest ten kawałek).
Wycieczka po płytach Hey'a trwa dalej, gdy słyszymy Cudziemkę w raju kobiet oraz A ty?, które wywołały wielki
entuzjazm. Zaraz potem grupa chciała zaprezentować nam swojego
najnowszego singla- o tym samym tytule co nowy krążek. Sprzęt jednak
zaliczył małą awarię- zawiódł mikrofon Katarzyny- i po spontanicznym
uratowaniu sytuacji przez nowego członka (Marcina Zabrockiego przyp.),
który zagrał nam "Parostatek" i "Pszczółkę Maję", zagrano piosenkę od
nowa, gdy tylko naprawiono sprzęt. Nowa płyta brzmi naprawdę
wyśmienicie- zwłaszcza porywające w tan "Co tam?", "Wilk vs Kot" na którym wszyscy śpiewali tekst wraz z Kasią, czy też magiczne "Podobno"- również
z fragmentem, gdzie Kasia przygrywa na bębnie. Najmilszym elementem
koncertu wspominanym przeze mnie było 6 krotne pogo, którego ślady dalej
trzymają się na moich butach. Publiczność rozszalała w rytm starych
przebojów grupy, uspokoiła się dopiero przy końcówce bisów- gdy
zabrzmiały "Everybody is gonna learn sometimes", cover zagranicznego artysty- BECKA inajsłynniejszy utwór grupy- "Moja i Twoja Nadzieja"- jeden z najlepszych polskich evergreenów lat '90.
Nie zagrano całej nowej płyty- brakowało trzech piosenek. W sumie dwóch, ponieważ "Z przyczyn techicznych", w którym gościnnie występuje Gaba Kulka- zespół nie ma w zamiarze grać, póki nie spotkają się w duecie z piosenkarką na jednej scenie. Nie było "Wieliczki" (na co bardzo narzekał mój kolega, towarzyszący mi na koncercie) oraz "Lotu pszczoły nad tymiankiem"- jednej z ładniejszych piosenek z płyty. Ogólnie koncert na wielki plus. Jeden z najlepszych sekstetu ze Szczecina jaki miałem okazję przeżyć (mimo to mam nadzieję, że na kolejnym zaskoczą mnie jeszcze bardziej ;)). Zespół mógłby wyjść na drugi bis, tak proszony przez publiczność, ale można zrozumieć, że po takiej dawce emocji- powrocie w rodzinne strony, długiej podróży i nawalającym dwukrotnie sprzęcie, Hey chciał chociaż przez chwilę odpocząć. Zamieszczam wam fragment koncertu, nagrany przez użytkownika Youtube- "Kto tam? Kto jest w środku?" z płyty "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!", a na dniach sam wrzucę nagraną przeze mnie "Moją i Twoją Nadzieję", do której podam wam link.
Pozdrowienia i do następnego razu.
PS: Przepraszam, że tyle czekaliście na nowego posta, ale długo się za niego zabierałem. Musiałem ochłonąć po koncercie etc. (dobra już nic nie mówię, bo tylko winny się tłumaczy ;))
"Zbankrutował mi dzisiaj cały świat, ale ludzie to kupują."
Maria Peszek do października 2012 uznawana była za artystkę wydającą płyty z tekstami bardzo zmysłowymi, wabiącymi swoim powabem i lekkością. Tradycyjnie był przedpremierowy singiel- "Padam", który pojawił w serwisie Youtube 9 września- nie zapowiadał on niczego nowego w karierze Marii. Było jak zawsze, prawdopodobnie dla uśpienia czujności fanów. Zaraz potem zapowiedziana została oczywiście wielka PR-owa kampania dotycząca niewydanej jeszcze płyty- wywiady do gazet, trasa koncertowa i audycje radiowe (m.in w Polskim Radiu 3.). Nic nie zapowiadało tego, co się wkrótce wydarzy...
Kiedy 26 września ujrzało światło kolejne wydanie magazynu "Polityka" z piosenkarką na okładce i tytułem "Spowiedź niewierzącej". Ewidentnie rozpoczął się nowy okres w życiu Mani. Jackowi Żakowskiemu, który przeprowadzał wywiad, udało się wydobyć od Marii Peszek więcej informacji. Płyta miała być bardzo mroczna. Pamiętam, że autorka przyznała się, że jej mama słuchając dema płyty rozpłakała się przy czwartej ścieżce i półtora dnia nie mogła się uspokoić. Opowiedziała o swojej depresji, chorobie psychicznej i reinkarnacji duchowej jakiej doznała w Azji. Ogółem- przeszła piekło, aby wydać płytę idealną. Wywiad przesiąknięty niewyobrażalnym smutkiem, szybko zyskał wysoką poczytność, a artystka rozgłos na krajową skalę. Wszyscy zaciekawieni tym, co zaprezentuje nowa płyta 3 października czekali cierpliwie. Na szczęście dostali satysfakcjonującą odpowiedź.
"Bóg, honor, ojczyzna- niepotrzebne skreślić"
Płyta Jezus Maria Peszek od tamtej pory utrzymuje się na liście najlepiej sprzedawanych płyt, oscylując ciągle między miejscami 1-8 i nie zapowiada się, żeby opuściła prędko zestawienie. Czym jest ta płyta? Ciśnie mi się na język wiele słów- przerażająco plastyczna, pełna śmiejących się czarownic, duchów i wilków z syberyjskich tajg. To psychodeliczne szepty i ciarki na plecach. Twór pełny mroku, znaków zapytania i wyrzekania się. Maria wyrzeka się wszystkiego, co ludzkie i znajome, prezentując świat wyśniony w swoich koszmarach. Ta płyta nie jest tylko muzyką- słuchając przesiąkniętego nostalgią głosu piosenkarki, opakowanego niczym modelka w przepięknej kreacji muzycznej FOX-a (jednego z lepszych twórców muzyki elektronicznej w naszym kraju obok Smolika), mamy wrażenie, że oglądamy film. Przejmujący i dotykający tego, co najbardziej nam- ludziom- bliskie i jednocześnie odrzucając tym samym to wszystko, wkraczając w zupełnie inny świat. Nieznany i groźny, ale zarazem fascynujący.
Zacznijmy zatem przegląd utworów.
Same zalety.
Całość zaczyna się od piosenki "Ludzie psy" (nota bene drugi singiel z płyty, który obecnie podbija Listę Przebojów Programu 3 i stanowi tło muzyczne do pierwszego wideoklipu). Nie ma sprecyzowanego początku- nie ma wprowadzenia w postaci jakiejkolwiek wstawki muzycznej. Rzuceni w świat Marii- od razu słyszymy wokal i muzykę złączone w wybitnej symbiozie. Piosenkarka zachęcająco śpiewając w refrenie, woła do wszystkich słuchaczy "Ej wy, ludzie psy/ Będziemy dziś/smutek łyżkami jeść/ Ej wy, ludzie psy/Będziemy dziś/ spokój ludziom kraść". Faktycznie kradzież spokoju wychodzi artystce idealnie, bo przy drugim i trzecim utworze mamy ciarki, kiedy Maria śpiewa raz spokojnie i miło, przywołując spokojne piosenki z "Miasto Manii" (pierwszej płyty wokalistki), a zaraz potem rujnuje ten obraz z błotem, wykrzykując przeszywającym ciało na wskroś wokalem frazy "Teraz będę już szczęśliwa/Nie przerywaj, nie przerywaj mi". Mamy też wręcz singlowe "Nie ogarniam" kontynuujące nową muzyczną ścieżkę jaką zaczęła piosenka otwierająca- słuchając tego pierwszy raz, zauważyłem jak moja noga sama rwała się do tańca w postaci różnych potupywań. I to jest prawda- ogromną ciekawostką jest to, że połączono na płycie dyskotekowe wręcz brzmienia, idące w parze z mądrymi tekstami, przechowującymi w sobie drugie dno, budzące nie małą kontrowersję- "Pan nie jest moim pasterzem" i "Szara Flaga"- będące jak dla mnie na podium najlepszych piosenek z płyty. Jest też opowieść o świętej pamięci Amy Winehouse- najsmutniejszej dziewczyny na świecie z wielkim kokiem na głowie, która co wieczór skacze w mrok. Duet Peszek/Fox idealnie utrzymuje plastyczny, filmowy klimat (serio! ta piosenka mogłaby iść spokojnie na główny motyw do wielkoekranowych, hollywoodzkich produkcji!).
Pomimo tych wszystkich plusów,najlepszą kompozycją jest "Piblotoq", za nic nie nadające się na singla, aczkolwiek najbardziej plastyczne, najciekawsze tekstowo i powodujące najmocniejsze doznania. Przepiękne trip-hopowe brzmienie- mogące spokojnie konkurować z dokonaniami takich artystów jak Massive Attack, czy Portishead- z wpadającym do głowy tekstem. Nie będę przywoływał żadnych wersów tego utworu, chcę abyście sami to przesłuchali i odczuli to na własnej skórze (a raczej na własnych uszach).
Ciekawymi momentami są także "Nie wiem czy chcę"oraz "Padam", o które mogę się założyć, że powstały najwcześniej. Brzmią jakby były B-sidami z dwóch poprzednich dokonań Marii, ale idealnie wpasowują się w ogólną całość, nie gubiąc się gdzieś w tłumie reszty dobrych wykonań. Aż robi się miło, słuchając tych piosenek.
Sorry Polsko, ale mi to nie wchodzi...
Są też jednak gorsze strony. Za nic nie potrafię się przekonać do piosenki "Zejście awaryjne", zamykające płytę. W kółko grany jest ten sam urywany motyw na pianinie, a Maria śpiewa jakby występowała na scenie małej wieczorowej kantynie.Nie podeszło mi też "Sorry Polsko" chwalone przez multum osób- jak dla mnie wydaje się zbytnio przekombinowane. Za dużo agresywnego wokalu Marii- zapewne miało tak być, bo tekst jest naprawdę ciężki i dający do myślenia, ale nie potrafię tego przyswoić w takiej formie.
Podsumowując
Jezus Maria Peszek. To płyta kontrowersyjna i bardzo dobra muzycznie. Miło się tego słucha i daje do myślenia. Pomimo tych kilku słabszych momentów- w końcu nic nie jest idealne, warto się zapoznać bliżej z tymi piosenkami. Album polecam do kupienia wszystkim, bo oprócz pięknej zawartości dźwiękowej krążka, dostaniemy książeczkę z tekstami, przyozdobioną świetnymi zdjęciami niejakiego EDKA (z tego co wiem narzeczonego Marii Peszek). Warto postawić ją sobie na półce i odtwarzać do upadłego. Polecam wszystkim- zwłaszcza, że zbliża się Wigilia i można zrobić komuś fajny prezent, jeżeli nic jeszcze nie kupiliśmy! ;)
A w poniedziałek kolejny artykuł! Mam nadzieję, że ten przypadł wam do gustu i wejdziecie, aby zajrzeć i przeczytać.
Nie powiem wam co to będzie- mogę dać jedynie małą podpowiedź. Niebezpieczną wręcz ;)
Wiem, to zdjęcie Edyty Bartosiewicz już kiedyś wstawiałem na blogu, ale Holloee Poloy nie ma własnego zdjęcia! Post miał być przed week...
Zapraszam do lajkowania!
Kontakt
Masz jakieś pomysły? Chcesz mnie pochwalić za kunszt języka lub pojechać za błędy w składni i złą interpunkcję? Wszystkich zapraszam do siebie na dywanik na adres muzycznekorki@gmail.com