Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Oldfield. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Oldfield. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 lutego 2014

Wyliczanka #5 "Muzyka z zarostem na przedzie"

Dzień dobry!
Wszyscy wyspani? Ja w sumie tak mimo tego, że dzisiaj wstałem bardzo wcześnie (mój zegar biologiczny chyba kompletnie się rozregulował z ogromu szczęścia, wywołanego wolnym czasem :P). Jeżeli nie wyspani to w try miga po kawę i zapraszam ponownie za kilka minut, post nie ucieknie! :)
Zauważyłem ostatnio, że mój blog skupia się głównie na śpiewających kobietach i ich zespołach (czasem z mężczyznami w składzie, niekiedy na całych girlsbandach). Bardzo się zmartwiłem, że Panowie mogliby poczuć się brutalnie przeze mnie dyskryminowani, a z racji dżenderów, równouprawnienia i pokoju na świecie tego byśmy nie chcieli! Niech nikt się zatem nie obraża, dzisiaj nadrobię wszelkie zaległości i skupię się na muzyce, gdzie pierwsze skrzypce grają mężczyźni. Zapraszam do lektury! 

#10 Mike Oldfield

Gdzieś już o nim wspominałem. Bodajże przy recenzji płyty "Tubular Bells III". Co mogę o nim powiedzieć? Muzyczny zachwyt mojego śp. Dziadka, który ogólnie miał wybitny gust muzyczny i żałuję, że nie mogłem dłużej z nim obcować na jednym świecie, podyskutować o muzyce. W każdym razie to dzięki jego wpływowi w moim domu znalazła się duża część płyt Mike'a Oldfielda, którego lubią wszyscy w mojej rodzinie. Genialny kompozytor, który w swoich kompozycjach potrafi tworzyć piękne, odległe światy. Polecam zwłaszcza jedno z jego pierwszych dokonań - płytę Herghest Ridge z połowy lat '70, która swoim układem może wydawać się niesamowicie długa, gdyż są to dwie części trwające po 20 minut każda, aczkolwiek czas spędzony przy słuchaniu tych dźwięków leci bardzo szybko, a na duszę działa lepiej niż najlepszy miód, czy czekolada.




#9 Łąki Łan

Jeżeli miałbym wskazać najbardziej kolorowy i najbardziej zakręcony muzyczny, polski projekt, to wahałbym się między Big Fat Mamą, a wspomnianym wyżej właśnie Łąki Łanem. Grupa tak niesamowicie pozytywna, że sam zastanawiam się co oni takiego biorą. Skład to sześciu Panów nie z tego świata. Poń Kolny, Paprodziad, Bonk, Mega Motyl, Zając Cokictokloc i Jeżus Marian, grający jak sami mówią gatunek, zwany Łąki Funkiem, stworzyli tak barwną i ciekawą kreację sceniczną, że słuchacze nigdy ich nie zapomną. Stylistycznie na płytach jest to kosmos, którego nie idzie podciągnąć pod nic. Przypominają te piękne czasy Woodstocku 1969 i dzieci kwiatów, mieszając to z bardzo przyjemną dla ucha elektroniką. Po prostu kosmos, wyższa sfera podświadomości, kabała i Wróżbita Maciej. Kto nie był nigdy na ich koncercie, to ma zadanie domowe!




#8 The Beatles

Kto by ich nie znał? Kto by nie znał całej ich dyskografii? Wokół tego zespołu krąży tyle legend, co i ciekawych historii zawartych w rozmaitych biografiach empikowych półek. Pamiętam, że wiele osób nazywa ich prekursorami grunge'u, heavy metalu. Inni wspominają, że ulubionymi cukierkami George'a Harrisona były gumowe żelki, a pewnego razu chłopcy musieli opuścić koncert w przebraniu policjantów. Pomimo swojej wielkiej sławy i ciekawej biografii, mieli również wielki talent, dzięki któremu nadali muzyce rozrywkowej na całym świecie zupełnie nowy bieg. Kolejna ciekawostka - przeróbek i coverów Beatlesów jest na Spotify tak dużo, że do normalnych płyt nie idzie dotrzeć (albo po prostu ich nie ma) - wrzucam więc linki z Youtube'a.


#7 Dub Fx

Poznałem go przez znajomego. Pamiętam jak zachwycał się kawałkiem "Flow" i mówił "musicie tego koniecznie posłuchać!". Wykonanie prosto z ulicy w akompaniamencie saksofonu i skocznego beatu, tak mnie urzekło, że jeszcze przez długi czas zachwycałem się muzyką Australijczyka. Jest to całkowicie niezależny artysta (za co bardzo go podziwiam), który głównie gra na ulicach wielkich miast, wykorzystując darmowe sample i swój własny głos. W trakcie jednego z takich gigów, pewnego razu w Manchasterze spotkał swoją życiową partnerkę - Flower Fairy, która wówczas postanowiła wspomóc go w sprzedaży jego płyty. od tamtego czasu z nim współpracuje, tworzy niektóre teksty i wspiera artystę wokalnie w piosenkach. Jego muzyka to ciekawe połączenie regae z drum and bass'em. 




#6 Happysad

Wróćmy na polskie ziemie, miodem i mlekiem płynące. Tutaj możemy znaleźć bardzo ciekawą grupę, która już jako młodzi chłopcy wydali w 2004 roku swój pierwszy krążek, który zaskakująco szybko dotarł do serc fanów. Od tamtej pory grupa cały czas odnosi sukcesy, nie przejmując się pełnymi jadu hejterami, nazywającymi ich "grupą dla gimbazy z rzemykami na dłoniach". I bardzo dobrze! Ze wstydem przyznaję teraz, że sam kiedyś nie przepadałem za tą grupą dopóki nie poszedłem na juwenaliowy koncert i nie przekonałem się jak genialni są na żywo, ogromne pokłady energii i świetna atmosfera na linii zespół - fani. I może tematyką czasem są trochę banalni, bo 3/4 piosenek traktuje o miłości, to i tak potrafią pięknie o niej mówić, a ich stwierdzenie "miłość to nie pluszowy miś" na stałe zapisało się już chyba w polskiej frazeologii. Brawo twórczy Happysadzie. Poloniści i fani padają u Waszych stóp.



#5 Nick Cave & The Bad Seeds

Z dumą mogę przyznać, że jest to światowej sławy grupa, którą udało mi się usłyszeć na żywo z racji Opener'a niecały rok temu. Grupa funkcjonuje od 1987 roku już jako odłam innej grupy muzycznej - The Birthday Party. Zawiera się w niej pięć narodowości całego świata - Szwajcar, Amerykanie, Australijczycy, Niemcy, Anglicy. Multum byłych członków i zawiła historia kto, gdzie, jak i kiedy. Z wysokim, postawnym brunetem o głębokim jak ocean basie przy mikrofonie. Tak! To właśnie Nick Cave cieszący się bardzo dobrą opinią pośród publiki. Uwielbiam ich  za klimatyczne kompozycje. Niekiedy szalone i rockowe z dzikim pazurem przywodzącym na myśl westerny, czasem wolniejsze dla potańczenia z zapalniczką uniesioną w górę na koncercie (ktoś tak w ogóle jeszcze robi?).



#4 Kult/ Kazik/ Kazik Na Żywo

To taki prawie Nasz Słowacki XXI-wieku. Zawsze powie Polakom prawdę o nich samych, niekiedy nawet w sposób wulgarny. Z tą jednak różnicą, że tego jakże urokliwego człowieka wszyscy (no z małymi wyjątkami) lubią, a on sam nie cierpi na wieczną depresję. On i jego współpracownicy z kilku różnych formacji mają zawsze nietypowe, zaskakujące pomysły (teledyski są tak niesamowite, że nawet "Avatar" Camerona się chowa :P), pośród których każdy znajdzie coś dla siebie. Dowodem jestem Ja, bo o ile najnowsza płyta Kultu "Prosto" w ogóle mi nie pochodzi, a moje uszy jakoś nie mogą przetrawić singlowego "Dobrze być Dziadkiem", to "Bar La Curva/Plamy na słońcu" Kazika Na Żywo to już czysty majstersztyk! Kult za to dawniej potrafił być też bardzo romantyczny, czego dowodem zamieszczona niżej "Dziewczyna bez zęba na przedzie". 



#3 Obywatel Grzegorz Ciechowski

W zamierzchłych czasach z burzą blond włosów, ułożonych nietypowo jak na polską modę PRL-u ze swoją długą grzywką, którą Ci bardziej zgryźliwi wyśmiewali, potem te włosy ściął i śpiewał o pieniądzach. Jego brak w dzisiejszych czasach to prawdziwa tragedia dla dzisiejszej, polskiej muzyki rozrywkowej. On również śpiewał o Polsce i robił to pięknie. Jego "Nie pytaj o Polskę" to piękna muzyka szarych leningradów, brudnych kamienic i pustych sklepów za komuny, który mnie niesamowicie porusza. Z Republiką wyczyniał jeszcze większe cuda, dzięki którym zapisał się w pamięci słuchaczy.

#2 Damon Albarn

W latach '90 szokujący publiczność swoim metroseksualnym wyglądem, śpiewał wówczas piosenkę "Girls and Boys", którą niektórzy uważają za hymn biseksualizmu. Serca słuchaczy podbił piosenką z dwójką w tytule ("Song 2") należącą do bluru. Światowe hity tworzyłe jednak również w założonym przez siebie i Jamiego Hewletta wirtualnym zespole Gorillaz, które popularnością wyprzedziło jego macierzystą formację. Pamiętam swoje zdziwienie kiedy pojąłem, że 2-D i Damon Albarn to jedna osoba. To własnie z jego powodu pojechałem na Opener'a. Blur i ich britpopowe brzmienie kocham! Co więcej Albarn udziela się również solo - wkrótce jego najnowsza płyta, o której też już wspominałem z okazji rozpoczęcia nowego roku. Zapowiada się niezły rozstrzał gatunkowy między akustycznym rockiem, a nowoczesną elektroniką. Jakie będzie to wyczekiwane "Everyday robots"? Czas pokaże.




#1 Nirvana

Z całego zestawienia to Oni mieli na mnie największy wpływ. Teraz powiem Wam coś, czego niektórzy zgromadzeni tutaj nie wiedzą. Wprowadzę wątek autobiograficzny. Dawno, daaaawno temu w zamierzchłych czasach tak zwanej "gimbazy" byłem mentalnym grungem, co niektórym (i mi dzisiaj) może wydawać się zabawne, aczkolwiek wtedy to było dla mnie wielkie zaangażowanie w ideę. Zamykałem się tylko i wyłącznie do muzyki rockowej, krytykując wszelką inną jako "komerchę", chodziłem ubrany w śmieszne, podarte koszule, na wszelkich forach podpisywałem się ksywką Nevermind i marzyłem o gitarze, którą sobie ostatecznie kupiłem, jednak z czasem zacząłem otwierać się na inne gatunki i cała idea muzyki z Seattle jakoś mi umknęła. Teraz patrzę na tamten czas trochę z rozbawieniem, trochę z sympatią, bo to były naprawdę fajne czasy (poza tym muzycznym ograniczeniem - nie wiem jak Ja tak mogłem)! Niewątpliwie grupa miała na mnie - jak i wielu innych ludzi w moim wieku - przeogromny wpływ. Mam większość ich dyskografii, do której zdarza mi się z sentymentu wrócić. Posiadam obszerną biografię Nirvany i książkę na temat śmierci Kurta Cobaina. W szafie trzymam też do dzisiaj nadgryziony zębem czasu, przerośnięty sweter w czerwono-czarne paski, który kupiłem "bo Kurt taki miał, to Ja też będę".
Z racji tego, że dziś wokalista Nirvany kończyłby 47 rok życia, chciałbym mu życzyć wszystkiego dobrego - gdziekolwiek teraz jest. Pod spodem wstawiam cztery moje ulubione piosenki Nirvany, co jest bardzo trudne z racji na wspaniały, aczkolwiek wyjątkowo szybko zwieńczony repertuar zespołu.





wtorek, 22 stycznia 2013

Rurowate dzwony zawsze są ok!

A tak nasz artysta wyglądał...
Dziś- zgodnie z obietnicą z posta o muzyce w reklamach, zajmiemy się jedną z płyt artysty instrumentalnego, który na swoim koncie ma płyt więcej niż cała rzesza artystów z jego generacji. Zasłynął kilkoma utworami- jednym z nich jest puszczany notorycznie duet Maggie Reilly w piosence Moonlight Shadow, będącą jednocześnie jednym z niewielu utworów śpiewanych w dyskografii tegoż artysty. Komercyjny sukces osiągnęła też piosenka Tubular Bells, której początek zna każdy- nikt nie wie skąd- ale jednak zna. Od tamtej pory płyta- i jej dwa sequele- wciąż się sprzedają, a sam krążek Tubular Bells, doczekał się wznowienia w postaci ponownego nagrania w 2003 roku. My na celownik weźmiemy jednak tylko jedną z tych płyt. Paradoksalnie- pierwszy post o tej serii płyt- zaczniemy od ostatniej części. Postanowiłem tak dlatego, iż ostatnia część cyklu jest zupełnie inna od swoich dwóch poprzedniczek. Nagrana w 1998 roku, po wyprowadzce Oldfielda na Ibizę, która słynie z szalonych imprez, na których głównie można usłyszeć muzykę taneczną. Zmianę klimatu z deszczowej, rodzinnej Anglii na słoneczną wyspę- jaką niewątpliwie jest Ibiza- słychać również na krążku. Jest on inny stylistycznie, a jedyne co może go łączyć z Tubular Bells i Tubular Bells II, to okładka i nazwa. Zatem zagłębmy się w klimat słonecznego lata '98, kiedy benzyna i podatki były niższe, w tv pojawiły się "Miodowe Lata", temperatura była wyższa, a każdy śpiewał pod nosem Konika na Biegunach i I don't wanna miss a thing Aerosmith'u. Zapraszam do roku 1998.

Roztańczony początek.
Okładka- jakże różna od poprzednich : )
Tubular Bells III rozpoczyna się burzą. Słyszymy hałasujący w oddali sztorm, który po chwili ustępuje, by nasze uszy uraczył znany motyw, wybijany na dzwonach rurowych na początku każdej płyty, sygnowanej nazwą ów cyklu (tubular bells oznacza z angielskiego właśnie dzwony rurowe). Zaraz potem motyw jednak zyskuje towarzysza i utwór The Source of Secrets objawia swoją prawdziwą naturę, kończąc ze spokojnymi wykonaniami, zagranymi na bogatym instrumentarium. Nasze uszy tym razem dopada skoczny beat, który nadaje rytm dzwonom. W otwierającym numerze pojawiają się również damskie chórki, majaczące równie w oddali jak burza z początku piosenki. Zamykając oczy widzę zwykle właśnie wielką, huczną imprezę, na której znajdujemy się wraz z autorem. Utwór spokojnie może zostać odtworzony na dyskotece i wątpię, by ktoś się pogniewał. Ów rytmiczna symfonia w połowie piątej minuty zostaje złamana, aby rozpoczął się drugi kawałek z płyty- The Watchful Eye to spokojny, dwuminutowy utworek zagrany na syntezatorze. Ma on nas jednak tylko wyciszyć przed tym co następuje za moment, ponieważ Jewel in the Crown ponownie wraca do stylistyki disco, tym razem powtarzającemu się beatowi towarzyszy przestrojona gitara elektryczna (gitary to ulubiony instrument Oldfielda, więc nawet na płycie z muzyką klubową musiały się tutaj znaleźć ;)). Instrument jednak doskonale wkomponowuje się w całość, spinając wszystko w doskonałą muzyczną mieszankę. Piosenka- jak utwór numer jeden- porywa do 5-minutowego tańca. W kolejnym wykonie- zatytułowanym Outcast- z angielskiego na polski tłumacząc "wyrzutek"- nie jest wcale nudniej. Gitary grają tym razem pierwsze skrzypce. To jedyna piosenka na płycie, gdzie usłyszymy gitarowe riffy w dostatecznie dużych ilościach. Co jakiś czas jesteśmy jednak raczeni elektronicznymi wstawkami. Jest skocznie, jak poprzednio- tyle, że na rockowo. Nazwa w ogóle nie dziwi, bowiem ten utwór- jak i następny, Serpent Dream. Są zupełną odskocznią- takimi jakby wyrzutkami z płyty- a bardziej odrzutami z poprzedzającej Tubular Bells III płycie Voyager z muzyką celtycką. W Serpent Dream, otrzymujemy kolejny kawałek na gitarze- tym razem akustycznej- przypomina to hiszpańskie tradycyjne "corridy". Mamy nawet dyszenie, zawarte w tle- jakby bycze :). Akompaniament gitary stanowią odgłosy stepowania albo pstrykania na palcach- bardziej obstawiałbym stepowanie. Słychać tu rytmy położonej nieopodal Ibizy Hiszpanii- w sumie niezbyt dziwne, Oldfield w pierwszych miesiącach życia w tamtych klimatach musiał być zachwycony kulturą tamtego rejonu, tak odmienną od tej, w której żył dotychczas. W końcu otrzymujemy "spowalniacza" atmosfery. The Inner Child to duet pianina oraz kobiecych zaśpiewów. Pojawiają się również klimatyczne wstawki elektroniczne. Na Inner Child nie dzieje się w sumie nic. Po dwu minutowym przerywniku otrzymujemy jedynego singla z płyty.




Mężczyzna w deszczu.

Man in the rain to napisana krótko po sukcesie Moonlight Shadow piosenka, w której śpiewa folkowa angielska piosenkarka, Cara Dillon. Ballada bardzo przypomina swoją poprzedniczkę, słysząc kolejno oba utwory, można by pokusić się o przekonanie, że to jedna całość, a nie dwie piosenki, które dzieli 15 lat różnicy! Wykorzystuje prawie taką samą samplowaną perkusję jak singiel z 1983 roku, gitarowa przygrywka też jest bardzo podobna. Aż zbyt wiele podobieństw w obu piosenkach sprawił, że Man in the rain nie odniósł dużego sukcesu komercyjnego, a szkoda bo jest to zdecydowanie lepszy singiel niż o wiele starsze Moonlight Shadow. Bardziej dopracowany i melodyjny.





Dzwony dobiegają końca. Tylko, że tu gra pianino...
Być może patrząc na taki krajobraz Oldfield
wpadł na koncepcję do The Top of the Morning...
Nie dziwię się, że brzmi tak pięknie.
Źródło: flickr.
Zaraz po singlu otrzymujemy zagrane na pianinie The Top of the Morning, wykorzystujące poruszający motyw. Bardzo ładna piosenka, która stanowi doskonałe wprowadzenie do drugiej części krążka. The Top of the Morning to jedna z najwspanialszych kompozycji Oldfielda ever! Bardzo często posiadam ją na odtwarzaczu, kiedy nadchodzi wiosna- wspaniale się do tych dźwięków jedzie na rowerze i spogląda się na budzący się dopiero horyzont. Bardzo polecam każdemu, bowiem jest to kolejny utwór niedoceniony przez publikę. Szkoda, że to nie on był singlem do radia, bowiem mógłby wiele zdziałać co do promocji albumu na rynku. Moonwatch to kolejny spokojny utwór na pianino- prezentuje on spokojniejszą stronę płyty. Nie wykorzystującą dance'owych beatów ani gitar. Jest miło i przyjemnie, odpoczynek po całej masie doznań jaką dają Tubular Bells III.  Troszkę rozczarowuję ostatnie dwie ścieżki na płycie, bowiem Secrets oraz Far Above The Clouds to powtórka z tego, co prezentuje nam utwór rozpoczynający płytę. W Secrets wracamy do momentu, na którym kończy się The Source of Secrets (fajne nawiązanie co do nazw, prawda? Utwór pierwszy nosi nazwę po polsku "Źródło sekretów", zaś numer dziesiąty "Sekrety"). I takie energiczne rozwinięcie tematu oraz jego zakończenie silnym akcentem byłoby doskonałym zwieńczeniem płyty. Jednak urwane w połowie Secrets przeradza się w 5-minutowe Far Above The Clouds. Mike w końcowych chwilach ostatniego sequela swego debiutanckiego dzieła postanawia wrócić do korzeni. Zaczyna się nawet ciekawie- wygenerowanymi głosami, opowiadającymi historię. Jednak później rozwija się to w kolejną "taneczną symfonię", która trwa kolejne trzy minuty. Zbytnio powtarzalne. Słuchając pierwszy raz zakończenia cyklu, zawiodłem się na tym co dostałem, bowiem jest to zwykły zlepek tego, co było na wszystkich trzech płytach. W pewnym momencie po silnym uderzeniu w "gong" rozlega się ćwierkanie ptaków, jakby burza z początku The Source of Secrets ustała i z lasu znowu wyjrzały ćwierkające ptaki. Jeżeli ktoś spodziewał się jakiegoś niesamowitego zakończenia Tubular Bells, to najzwyczajniej w świecie się zawiedzie. Jednakże można tą wpadkę wybaczyć. Być może Mike zaplanował sobie kiedyś wydać IV część? ;)

Tubular Bells III to płyta inna od swoich poprzedniczek, bardzo taneczna, ale potrafiąca też porządnie wyciszyć. Polecam zakupić sobie każdemu, gdyż najzwyczajniej w świecie warto mieć krążek na półce i odtworzyć go sobie chociażby do czytania. Gwarantuję, że zapewni świetny klimat. Fani Oldfielda powinni mieć za to tą płytę dla unikatów takich jak Top of the morning, Serpent Dream, czy też dla Man in the rain. Kawał historii muzyki. Kawał dobrej historii. Sam bardzo lubię ten album, ponieważ stanowi coś nowego- kontrast dla poprzednich płyt. Jedna z lepszych płyt Oldfielda obok mojej faworytki- Herghest Ridge, którą być może kiedyś zrecenzuję : ).
Album oceniam na 8/10.

Post Scriptum.
Tak oto recenzja- do której napisania trochę się zbierałem- dobiegła końca. Od piątku zaczynam ferie i w tym okresie na pewno stworzę dla was odrobinę więcej! Cieszę się, że blog jako tako się utrzymuje. Przypominam o pisaniu na maila muzycznekorki@gmail.com i dziękuję za maile, które już dostałem. Mam nadzieję, że podoba wam się też nowe, specjalnie dla was stworzone przeze mnie tło, które wkrótce będzie też naszym logiem, ale o tym na razie ciiiii...
A na zajawkę kolejnego postu- z serii "Przyjrzyjmy się"...

Waflekins.