Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 czerwca 2015

Florence + the rockowy pazur

Wiecie, że nowa płyta Florence + The Machine właśnie pojawiła się w sklepach? Radia co chwila puszczają kolejne nowe piosenki, więc pewnie wiecie. Wprawdzie miała być dzisiaj opisywana polska płyta, ale ta premiera wydaje mi się o tyle kuszącym kąskiem, że postanowiłem się jej przyjrzeć i opisać swoje wrażenia. W końcu nowa płyta Florence to nie byle co! A do polskiej muzyki wrócę za tydzień, bo tutaj również się dzieje (przypominam, że dzisiaj premiera singla tegorocznego Męskiego Grania z Melą Koteluk i Fiszem, co wydaje się całkiem fajnym połączeniem oraz premiera piosenki Donatana i Maryli Rodowicz, co wydaje się już nieco bardziej absurdalne. Myślę, że o takich rzeczach to nawet sam Witkacy nie śnił).
Tak czy inaczej - zapraszam zatem do lektury!

Płyta: Florence + The Machine - "How Big, How Blue, How Beautiful"

Wydawnictwo: Island Records

Rok wydania: 2015

Ile piosenek?: 11 na zwykłej wersji, 16 zawiera wersja deluxe

Najlepsze z nich: "Varius Storms & Saints", "St Jude", "How Big, How Blue, How Bueatiful", "Long & Lost", "Third Eye"






Bardzo lubię takie recenzje w ciemno, kiedy nie znam jeszcze opisywanej płyty. Odkrywam ją wtedy tak naprawdę razem z Wami, integracja z czytelnikiem pełną gębą, łączenie się z kosmosem i te sprawy. Poza tym fajnie wraca się do takich rzeczy na przykład rok później i patrzy jak zmieniło mi się zdanie na temat niektórych piosenek.

Nową płytę grupy Florence Welch otwiera znany już chyba przez wszystkich "Ship To Wreck" . Już widać, że będzie to płyta inna od poprzedniczek ("Ceremonials" i "Between Two Lungs" - swoją drogą bardzo ładne płytki). "Ship To Wreck" to porzucenie dotychczasowej stylistyki królowej alternatywnego popu, odzianej w wianki i śliczne, zwiewne sukienki. Florence + The Machine już na samym początku sięgają po brudne, rockowe, brzmienia zalatujące trochę muzyką The Cure. To jednak bardzo dobra inspiracja, a zmiana jak dla mnie idzie bardzo na plus dla zespołu. Swoją drogą zauważyliście, że ostatnio bardzo modny jest powrót do rockowego pazura?

Następnie dostajemy znowu osłuchaną już piosenkę, ponieważ "What Kind Of Man" było pierwszym zwiastunem nadchodzącej płyty. Florence + The Machine nie można niczego zarzucić jeżeli chodzi o radiowe hiciory na nowej płycie. Nie są to banalne pioseneczki, ale mają chwytliwy refren i przyzwoicie napisaną muzykę. Jest też w tym wszystkim energia, która roznosić będzie na pewno wszystkie letnie festiwale w 2016 roku. Pytanie tylko, gdzie pojawi się u nas Florence. Na Openerze, czy OWFie?

Bardzo ciekawymi pozycjami na albumie są tytułowe "How Big, How Blue, How Beautiful", "Queen of Peace" zaczyna się znowu bardzo spokojnie, wyciszając słuchacza, ale tylko po to żeby w 40 sekundzie już wybuchnąć rytmicznym uderzaniem perkusji. Widzę tu potencjał na kolejnego singla.
Florence + The Machine ewidentnie zmieniają stylistykę nie
tylko muzycznie. Tutaj
Florence ubrana trochę jak na festiwal bluesowy
w Rawie. Źrodło: florenceandthemachine.net
spokojniejsze od dwóch poprzednich utworów, przeplatając gitarę z elektronicznymi efektami. Piosenka brzmi bajkowo i idealnie nadaje się na utwór tytułowy. Następne po nim

Stopa wybija w podłogę takt, a my pędzimy do "Varius Storms & Saints"  - tym razem słychać lekkie inspiracje Nickiem Cavem. Jest to mroczny, ale jednocześnie bardzo ładny utwór z rewelacyjnym gitarowym riffem, który ciągnie się przez całą piosenkę. Dla kogoś kto lubi flegmatyczną muzykę będzie to prawdziwa gratka. "Deliah"  jest chyba pocieszeniem dla fanów wcześniejszych dokonań Florence, którzy nie do końca pogodzili się z opancurzeniem wizerunku Florence + The Machine. Brzmi trochę jak odrzut z poprzedniej płyty. Gdybym miał obstawiać, to pewnie "Deliah" powstało najwcześniej ze wszystkich nowych piosenek. Jest rytmicznie, skocznie i popowo, ale jak dla mnie nie jest to najmocniejsza pozycja na "How Big, How Blue, How Beautiful". Uszłoby na wersji deluxe albo jako B-Side któregoś z singli, ale nie w środku tracklisty właściwej płyty.



"Lost & Lost" trwa ledwo 3 minuty i jest powrotem do rockowej stylistyki. Utwór jest ciekawy poprzez połączenie spokojnej gitary z elektronicznym beatem, który pobrzmiewa gdzieś w tle. Chór, który towarzyszy Florence Welch w refrenie przyprawia o ciarki. Utwór na duży, duży plus. Coś dla fanów FKA Twigs i dokonań Arcy. Kosmos. Początek "Caught" brzmi nieco bluesowo - trochę jak piosenki Janis Joplin, nieco jak "21" Adele - tyle że zaśpiewane bez tej charakterystycznej chryp wymienionych pań. Mam wątpliwości co do tej piosenki, bo o ile kompozycja muzycznie jest bardzo fajna, to styl śpiewania Florence nie do końca mi do takich bluesowych ballad pasuje, ale to tylko pierwsze wrażenie. Może potem wpadnie mi w ucho. Na pewno kompozytorsko grupa bardzo wydoroślała i doszła do majstersztyku, bo "Caught" mogłoby spokojnie znaleźć się nawet na płycie Amy Winehouse.

"Third Eye", które również pewnie zostanie singlem jest ponownie powrotem do brzmień, przy jakich debiutował zespół. Utworu warto posłuchać chociażby dla mocnej końcówki, w której do śpiewającej na kilku ścieżkach Florence dołącza gitara, smyczki i elektroniczne dodatki. Ewidentny przebój na lato, do którego chce się wracać. "St Jude" oparte jest wyłącznie na elektronicznych wstawkach. Znowu wyczuwam trochę inspiracją Arcą i ostatnio bardzo modną mozolną elektroniką, za którą przepadam. Florence sprawdza się w takim repertuarze o wiele lepiej niż w przypadku bluesowego "Caught". Po takiej kompozycji aż chciałoby się usłyszeć Florence + The Machine na jednej scenie z takimi grupami jak Massive Attack, czy z Lamb.

Ostatni na normalnej wersji albumu jest utwór najdłuższy ze wszystkich na "How Big, How Blue, How Beuatiful" czyli "Mother". Jak dla mnie trochę za długi i zbyt przekombinowany. Zaczyna się genialnie. Klimat buduje gitarka jak z The Doors, Florence też daje radę z wokalem, pobrzmiewa też coś w stylu kamertonu, co nadaje szybki rytm początkowi utworu - trochę jak "Break On Trough (to the other side)". Refren też daje radę i wszystko byłoby super, gdyby "Mother" skończyło się na czwartej minucie. Od czwartej minuty dostajemy przygrywkę zespołu i Florence Welch umieszczoną gdzieś w tle całego pobrzękiwania, wyjącą nic nie znaczące "uuuuu". Tak czy inaczej utwór poza końcówką jest przyjemny i prezentuje się jako mocne zakończenie płyty.


Uwagę zwrócę jeszcze na umieszczony tylko na wersji deluxe bonusowy "Hiding". Nie rozumiem zabiegu nieumieszczenia go na zwykłej wersji. Utwór świetny, który zostawia większy niedosyt niż "Mother" - nadawałby się i na singla, i na wisienkę na torcie, która wieńczy nowy krążek Florence. Świetnie połączona jest tutaj rockowa energia i elektronika, kojarząca się z grupą Phoenix.


Plusy:


  • Dobry rockowy materiał, który na pewno na 100% da sobie radę koncertowo.
  • Kompozytorski majstersztyk grupy. Spora ewolucja od "Between Two Lungs".
  • Utwory są mocne, chwytliwe i szybko wpadają w ucho.
  • Świeża zmiana stylistyki i śmiały krok do przodu.
Wady:
  • Florence nie daje rady rady w niektórych miejscach. Nie chodzi o to, że dziewczyna źle śpiewa. Ona jak na razie po prostu nie pasuje do takiego repertuaru. 
  • Miejscami wystąpiło lekkie przedobrzenie jeżeli chodzi o piosenki (przykład - końcówka "Mother").
  • Brak "Hiding" na zwykłej wersji płyty.



wtorek, 26 maja 2015

Szpitalny post

W zeszłym tygodniu zabalowałem na juwenaliach. Posta zatem nie było! No halo - napisałem ostatnio już trzy (a może dwa?) posty! Należało się wolne :P

Tak naprawdę to w ramach rekompensaty do soboty pojawi się jeszcze jeden post. Nie wiem na razie kiedy. Będzie tak o z zaskoczenia - tak jak ma pojawić się nowa płyta Grimes.

Ale nie na Grimes będę dzisiaj wylewać hektolitry cukru, lukru i czekolady komplementów. Zostajemy w naszej pięknej Polsce, w której ostatnio dzieje się muzycznie bardzo dobrze! Nowy Patrick The Pan, Monika Brodka zapowiada nową płytę, Dawid Podsiadło też coś tam świruje, singiel Męskiego Grania na dniach. Ale te nazwy/nazwiska są już stosunkowo znane. Zejdziemy niżej, do podziemia, kolebki alternatywy. A alternatywę mamy bardzo ładną.

Jest sobie otóż taki hoszpital, o którym nie wiadomo w sumie za wiele poza tym, że grupa pochodzi z Poznania, w tym roku pojawił się ich debiutancki longplay "Weszoło", który poprzedzony był EP-ką "Szmutno" (humory artystów bywają zmienne), a jeden z muzyków jest powiązany z Panią Asią z Asia i Koty (która też się na płycie gdzieś tam przewija). Także o pierwszych krokach w świecie muzycznego biznesu trio hoszpital i o ich płycie "Weszoło". 
Zapraszam do lektury!

Płyta: hoszpital - "Weszoło"

Wytwórnia: Thin Man Recrods

Rok wydania: 2015

Gatunek: rock, alternatywa

Ile piosenek?: 8

Najlepsze numery:  "Anuluj", "Ja chciałbym być poetą", "To dobry moment na radość", "Warzywa i owoce"






Krótko, zwięźle i... industrialnie (sic!).

Zawsze zachwycają mnie takie krótkie płyty. Wydaje mi się, że zestaw ośmiu albo dziewięciu piosenek niesie w sobie już takie pokłady magii, która potrafi zaciągnąć i zachwycić słuchacza do świata przedstawionego przez autora/autorów, ale nie zanudzić.

Tu dostajemy właśnie takiego muzycznego liliputka - w pozytywnym tego słowa znaczeniu, ponieważ brnąc od otwierającego całość "Abcdf" do ostatniego, ósmego (wiecie - nieskończoność, liczba doskonała, mistyfikacja i takie sprawy) "To dobry moment na radość" w ogóle nie odczuwa się upływu czasu. Zupełnie jakby się leciało ponad czasem.


poniedziałek, 15 września 2014

Mój pierwszy raz z Kristen.

Witam Wszystkich!
Wiecie co? W połowie sierpnia zrobiłem sobie specjalną rozpiskę. Na niewielkiej karteczce zapisałem jakie płyty i artystów mógłbym w danym miesiącu recenzować. Były tam też tematy na cykle Wyliczanki i Przyjrzyjmy Się. Newsy to newsy - swoją drogą. Ów rozpiska obejmuje posty aż do grudnia, także naprawdę sporo tego jest. Cały paradoks tkwi w tym, że jest trzeci tydzień września, a ja dalej nie zrealizowałem żadnego tematu z wrześniowej części kartki. No ale jak mógłbym pisać o czymś innym, gdy co chwila pojawiają się na mojej drodze jakieś doskonałe płyty? Na przykład takie jak ta dzisiaj omawiana.
Zapraszam do lektury ;)

Kristen - "Western Lands", Lado ABC, 2010

Zaliczyłem dzisiaj dość mocny szok. Na jednym z portali muzycznych, które zwykłem czytać dowiaduję się o koncercie zupełnie nieznanej mi grupy, w zupełnie nieznanym mi miejscu. Wszystko oczywiście w Szczecinie. Szczecińska grupa Kristen na przełomie września i października rusza w trasę po Polsce, promując swoje nowe wydawnictwo "The Secret Map", które światło dzienne ujrzy 30 Września. Przesłuchałem piosenkę z nadchodzącej płyty, myślę sobie - "kuuuuurde, to jest coś! Bardzo mocne coś!". Brnąc dalej przez ich profil na youtube znalazłem uploady kilku ich płyt. Wziąłem pierwszą lepszą, która przyciągnęła mnie okładką.

Okładka "Western Lands" kusi obrazkiem industrialnej, amerykańskiej ulicy. Każdy gdzieś brnie, po coś w tej miejskiej machinie goni. Jak to w każdym większym mieście. Niby proste jak przepis na zrobienie jajecznicy, a zawsze mnie taki motyw chwyta za serce. Koniec interpretowania zdjęć. "Down Underground", które zaczyna 28 minutową EP-kę to dziwna, leniwa kompozycja, która od pierwszej sekundy wskazuje, że mamy do czynienia z jakimiś siłami karmicznego kosmosu. Niby to sobie gdzieś tam pobrzdąkuje gitara, jakaś elektronika wyrwana rodem z filmu Davida Lyncha, wznosząca się coraz bardziej perkusja, leniwy wokal. Wszystko jakby uciekło ze mną do krainy snów, a jednak wciąż przecież siedzę sobie na kanapie i przesłuchuję jakiś nieznany, nowy zespół. Pięciominutowa gra instrumentów zastąpiona zostaje w tytułowym, jednominutowym 'Western Lands" jakimś schizofrenicznymi brzdękami. Totalny underground. 

sobota, 13 września 2014

Zagrane o świcie.

Dobry Wieczór!
Rzadko zdarza mi się pisać posty o tak późnej porze. Zwykle przelewam dla Was myśli na wirtualny papier chwilę po obiedzie albo wcześnie rano. No cóż - dzisiaj będzie nieco inaczej. Nieco praradoksalnie, bo piszę nocą o albumie, który całym swoim klimatem jak i nazwą tkwi w chłodnym, jesiennym poranku. Sporo nowych utworów z nadchodzącego wówczas - a dzisiaj już wydanego - "Brzasku" Skubas zagrał na tegorocznym Przystanku Woodstock. Mała Scena w jednej chwili aż drżała - w pozytywnym tego słowa znaczeniu - od energicznych, szybkich piosenek, aby zaraz uspokoić się i kołysząc w rytm spokojnej gitarki, pogrążyć się w koncertowym transie. Już w czasie koncertu myślałem tylko o jednym.
Jaki to będzie cholernie dobry album.
I jest.
Dzisiaj "Brzask" w roli głównej. Zapraszam do lektury!

Skubas - "Brzask", Kayax, 2014

2014 rok to ogólnie wysyp fenomenalnych płyt. Bardzo dużo akustycznych, ładnych brzmień jakie lubię. W Skubasie jednak podaje tę akustykę i przestrzeń zupełnie inaczej. Na rockowo. Jest chyba jedynym artystą jakiego znam, który rozpętał pogo, grając na gitarze akustycznej. Gdy wydał swoje debiutanckie "Wilczełyko" cały polski rynek muzyczny nie mógł znaleźć słów, aby wyrazić zachwyt. Dziś muzyk powrócił z zupełnie nowymi piosenkami - dojrzalszymi, utrzymanymi w stylistyce podobnej do tej wyznaczonej na debiucie i ustawiającymi poprzeczkę dla następnej płyty jeszcze wyżej. Symbolem płyty jest jastrząb, zachęcający nas z półki sklepowej zawadiackim spojrzeniem,
No kup mnie, kup.
Przesłuchaj. Warto.
Zaufaj mi - jestem jastrzębiem.

Całość zaczyna "Diabeł" nieco mroczny, z charakterystycznymi werblami, ciekawym tekstem. Klimat nieco senny - tak jak gdzieś o czwartej nad ranem - gdy nie wiadomo, czy to już dzień, czy jeszcze może noc. Jedni już na nogach szykują się do pracy, inni jeszcze śpią. Zaraz po diabelskich wyznaniach Skubas zabiera nas na "Plac Zbawiciela" - kawałek strasznie kojarzy mi się z ostatnią płytą Kings Of Leon, co nie oznacza, że jest genialny. Jak dla mnie może nawet i jeden z najfajniejszych Skubasa. Ale on wszystkie piosenki ma fajne, więc ciężko mi to określić dokładnie. W każdym razie dzień zaczyna się na dobre - szybka perkusja, partie gitarowe powiewające emmm... świeżością (naprawdę nie wiem jak to określić, ale ta zaczarowana gitara melodia naprawdę mnie orzeźwia). Gdy kończy się melodyjny opis budzącego się dnia na Placu Zbawiciela, Skubas gra dla nas "Kołysankę"  - utwór napisany jeszcze w 2013 roku - zainspirowany poznaniem przez monitor USG swojego Syna. Kojący, refleksyjny utwór chwyta za serce. Czuć silne doznania tkwiące gdzieś pod korą mózgu każdego, które opisuje Skubas. Instynkt. Końcówka rozbrzmiewa bardzo energicznie, do zabawy włącza się gromada rozmaitych instrumentów, towarzyszących gitarze.

"Brzask" jest tak genialny, że Youtube'owi piraci nawet jej nie tknęli. 
Pewnie każdy kupił krążek ;)

"Rejs" - utwór numer 4 - bardzo wpadł mi w ucho już na Woodstocku. Tutaj prezentuje się jeszcze majestatycznie. Atmosfera pnie się ku górze w donośnych refrenach i opada przy spokojnych zwrotkach. Bardzo majestatyczna kompozycja - jakkolwiek by to nie zabrzmiało. "Nie mam dla Ciebie miłości" to pierwszy singiel zapowiadający płytę, spokojna nostalgiczna ballada. Powiem Wam tylko tyle - jest tak dobra, że zagraniczne portale, prezentujące ciekawą muzykę z całego świata doceniają surowość melancholii. Wyborny utwór na jesień. Tytułowy "Brzask" i następujący po nim mój drugi faworyt - "Kosmos" tworzą ze wspomnianym singlem urokliwe akustyczne trio, które nic a nic nie szykuje na to, co następuje chwilę później. "Wyspa Nonsensu" to bardzo potężny rockowy utwór, podchodzący już trochę pod brudny grunge. Skubas znowu serwuje ogromne pokłady energetyczne. Coś mi się myśli, że bardzo miło będzie się wstawać do tej gitary. Słoneczna "Ballada o chłopcu" z radosnym pogwizdywaniem w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki - jest perfekcyjna do leniwej drzemki. Rozbudza dopiero rewelacyjna, acz krótka końcówka utworu. To jedyny mój zarzut do ów ballady. Lepiej dałaby sobie radę jako dwuminutowa suita, niż jako 4 minutowy uspiacz. 



Bluesowa "Wątpliwość" wieńczy cały "Brzask". Na horyzoncie wstaje południowe słońce. Skwar uderza na Plac Zbawiciela. Pora pożegnać się ze Skubasem i jego nowym materiałem. Jak nic to właśnie on rozpoczął mocnym uderzeniem sezon jesienny w polskiej muzyce. Przyjemna płyta na jesień - są momenty spokojniejsze, potrafi uderzyć i pierdyknąć ostrym piorunem. Zachęcam do posłuchania i wyrobienia sobie zdania, czy muzyk przeskoczył poprzeczkę "Wilczegołyka". Pomijając fakt, że "Brzask" obyłby się bez jednej, czy dwóch piosenek albo kilku nużących, zbyt spokojnych momentów, Ja uważam, że jak najbardziej mu się to udało.
Miłego dnia! :)



sobota, 6 września 2014

Między Ontario i Warszawą

Witam w...
Akustycznym Sier... Oh, wait - już Wrzesień. 
Wiecie - niesamowicie lubię wstawać wcześnie z rana. Może pobudki o godzinie 6:30 nie należą do najprzyjemniejszych momentów jakie przyszło mi przeżywać, aczkolwiek obserwowanie powoli rozbudzającego się miasta, przejażdżka na rowerze w świetle porannego, jesiennego słońca i ta energia pozwalająca robić absolutnie wszystko - warte jest kilku niecenzuralnych słów rzuconych jeszcze przez półsen w kierunku budzika. Pomyślałem więc - zakończę wreszcie akustyczny sierpień. Może już wrzesień, ale to nieważne. Płyta bardzo przyjemna i pasująca na słoneczne ostatnie dni lata. Pozytywnie dziś będzie, bo na wrzesień kilka smut szykuję, więc trzeba Was jakoś wcześniej nastroić, cobyście potem w depresję nie popadli!
Zapraszam do lektury ;)

Paula i Karol - "Overshare", Lado ABC, 2010

Już po otwierającym słoneczną zawartość "Love Someone" wiadomo, że mamy do czynienia z polską muzyką na bardzo dobrym poziomem, obalającą stereotyp, że "w naszym kraju to nagrywa się tylko śmieciowy pop i rapsy z blokowisk". Nie jest to pełnowymiarowy debiut zespołu, ale na pewno pierwsze podejście do dłuższej formy. Przed Grudniem 2010 mieli za sobą jedynie dobrze rokującą EP-kę, wszyscy zastanawiali się, co może przynieść dziesięć premierowych piosenek, nagranych w małym studyjku na warszawskim Żoliborzu - jak to co? Na pewno bardzo przyjemne, wpadające w ucho indie pomieszane z folkiem. Gdzieś w tej słonecznej muzyczce zaplątane są przepełnione tęsknotą teksty, sugerujące już bardziej jesienny klimat. Mamy rozdarcie między dwiema ojczyznami Pauli - w jednej chwili w "Goodnight Warsaw" mówimy "dobranoc" Warszawie, pogrążonej w zabawie piątkowej nocy, aby zaraz przedzierać się przez zaśnieżone kanadyjskie drogi w "Ontario"



niedziela, 17 sierpnia 2014

Sercowy blues Rykardy Parasol.

Siemka!
Akustyczny Sierpień. W oczekiwaniu na film, który nadawany będzie za kilka chwil na TVP Kultura (zero product placementu) postanowiłem machnąć sobie dla Was taką oto recenzję bardzo ładnego albumu. Coś w sam raz na ostatnie dni lata, klimatyczne podróże samochodem przez lasy i sielankowo wyglądające wsie. Płyta, która równie dobrze mogłaby być ścieżką dźwiękową zarówno dobrej komedii jak i filmu Quentina Tarantino (może kiedyś, kiedyś w snach dostaniemy takie połączenie - uważam, że byłoby to przewspaniałe). Płyt studyjnych ma obecnie ta Pani trzy, ale to zapewne dopiero początek jej kariery i za X lat krążków na pewno przybędzie. Ja skupię się dziś na debiutanckim - "Our Hearts First Meet" z roku 2006 (w Europie jednak płyta ukazała się dopiero w 2008). Zapraszam do lektury na temat debiutu Rykardy Parasol!

Rykarda Parasol - "Our Hearts First Meet", 2006 (US)/2008 (EU),
 ThreeRing Records
Niech Was nie zmyli imię i nazwisko artystki, bowiem Rykarda Polką nie jest, aczkolwiek nasz kraj nie jest jej obcy bowiem - jak pisze na swojej stronie internetowej - tutaj uczy się, koncertuje, zdarza jej się tu nawet pisać kolejne piosenki. Rykarda Parasol pochodzi z San Francisco. Jest córką dwójki imigrantów - Szwedki i Izraelczyka. Nie sugerujcie się również jej amerykańskim pochodzeniem. Nie ma chyba bardziej kosmopolitycznej persony niż ta artystka - przeważnie mieszka w Paryżu, koncertuje ze swoimi piosenkami w stylu - jak sama określa - noir rock - (w tym miejscu Waszą reakcją jest pewnie jedno wielkie ładafak? Posłuchacie to przekonacie się co miała na myśli, pisząc te słowa) po całym świecie. Jestem niesamowicie wdzięczny losowi, że pozwolił mi poznać jej muzykę praktycznie przypadkiem. Stało się to ponad rok temu - na Openerze anno domini 2013 - kiedy to zmęczony z przyjacielem Michałem zaszliśmy zajrzeć do kameralnego namiotu alter space pewnego lipcowego wieczora. Oboje już przysypialiśmy, bo był to naprawdę porządny dzień jeżeli chodzi o koncertowanie. W każdym razie wciąż pamiętam jaki niesamowity klimat wytworzyła Rykarda. Wiedziałem, co będę katować po powrocie. Później nasza znajomość oscylowała jedynie wokół płyty "Against The Sun" z której utwór "Cloak of Comedy" katowałem długi, długi czas w odtwarzaczu. Dopiero po roku byłem gotowy na starcie z całą twórczością Rykardy.

A oto co Was dziś czeka. W słuchawkach Rykarda Parasol  i  jej
"Candy Gold"

wtorek, 22 lipca 2014

Co z tym Jarocinem?

Dzień doberek moje kochane ludki!
Już 80. post nas zastał w całym tym pisaniu bloga - wiecie może o tym? Ktoś liczy? :P
W sumie to bardzo miło, że taki jubileuszowy post zbiegł się w czasie z ważną relacją z jednego z fajniejszych festiwali w Polsce. Otóż pamiętacie jak mówiłem, że wybieram się do Jarocina? Moja podróż niestety skończyła się tak szybko jak się zaczęła, bo był to tylko jeden wieczór, ale wiecie co Wam powiem? Raczej tam powrócę. Może za rok, a może za dwa - na pewno pojadę jeszcze raz. Bo Woodstock Woodstockiem, ale taki Jarocin jest tylko jeden w całej Polsce.

Wbrew pozorom audycja nie zawiera lokowania produktu.
Po prostu smaczny sok i stylowe zdjęcie :P
Na wstępie zacznę od tego, że coś tam wisi w powietrzu i to się wyczuwa, gdy przekracza się bramkę - cienką granicę między rzeczywistym, normalnym światem pełnym problemów i nonsensów, a niesamowitą krainą muzyki, która funkcjonuje w umysłach słuchaczy polskiej muzyki niemal od czterdziestu lat. Co mnie zdziwiło najbardziej - teren całego jarocińskiego gigu jest bardzo, ale to bardzo niewielki. Przypominając sobie arcyogromne Kossakowo, na którego rozbrzmiewa co roku Open'er (moją relację z zeszłego roku możecie przeczytać jak pykniecie sobie tutaj) i zestawiając je z polem jarocińskiego festu, ciśnie mi się na myśl porównywanie Rosji i Watykanu. Tak to wygląda objętościowo. Ale jak głosi znana maksyma - nie liczy się wielkość a jakość! ;)

A ta stała na najwyższym poziomie - w ciągu jednego dnia miałem okazję zobaczyć na scenie między innymi czy nieocenioną Pidżamę Porno. Bardzo fajną sprawą jest rozgrywający się równolegle z jarocińskim festiwalem konkurs firmy Hortex - stają się oni jako tako współorganizatorem imprezy i zamiast piwa w strefie gastronomicznej można zakupić świeże, zimne soki owocowe, wziąć udział w różnego rodzaju konkursach i posłuchać zespołów, które rywalizują ze sobą na dodatkowo ustawionej scenie. Nie wiem, czy był to okrutny wymóg Hortexu, czy po prostu dobrodziejstwo ze strony organizatorów, ale koncerty na dwóch scenach nie pokrywały się ze sobą. Zaważyło to zdecydowanie na długości poszczególnych występów i większość z artystów grała tylko po pół godziny, ale z całą pewnością można było pojechać na Jarocin i usłyszeć absolutnie każdy zespół goszczący w line-upie.
The Real McKenzies, Anathemę,


poniedziałek, 26 maja 2014

Poobiednia drzemka z Kasią Nosowską.

Dzień dobry!
Poobiednia drzemka. Czy komukolwiek doskwiera nieustanny upał, który ostatnio zadomowił się w naszym kraju? Sposobów jest na to kilka - wyjść w jakieś zacienione miejsce, pojechać nad jezioro albo nad morze, poleżeć w chłodnym miejscu, popijając drinka z palemką. Wyjść jest wiele - nie ważne, które wybierzecie - w zmaganiach z ciepłymi, późnowiosennymi popołudniami na pewno pomoże Wam płyta, o której dziś opowiem! Będzie coś idealnego na popołudniowy, poobiedni czill! Zapraszam do lektury ;D

Nosowska - "puk.puk", 1996, PolyGram Polska
Wieść gminna niesie, że to właśnie od tej płyty zaczęła się w naszym kraju dojrzała, piękna elektronika. Nie wiem ile w tym prawdy - zapewne były już wcześniej inne zespoły tworzące elektronikę jednak to właśnie o tej było najgłośniej. Ktokolwiek nie byłby pierwszy, to wiem za to, że ta płyta była kosmiczna jak na czasy w których została wyprodukowana. To był początek drugiej połowy lat '90. Światowa mania na punkcie brudnego grunge'u już się skończyła - teraz świat zaczął śpiewać "Cocojumbo". W telewizji zamiast "Miasteczka Twin Peaks", emitują trzeci sezon "Przyjaciół", a Hey zaczyna powoli popadać w coraz większy konflikt ze swoją wytwórnią muzyczną. Jest gdzieś w tym całym świecie dwudziestoparoletnia Kasia Nosowska z Synem w drodze, której po głowie chodzą dźwięki zdecydowanie inne niż te, proponowane przez jej rodzimą formację muzyczną.

"Jeśli wiesz co chcę powiedzieć" - to od tego utworu zaczęła się cała idea
solowej Kasi Nosowskiej.

Potrzeba odpoczynku od przesterowanych gitar jest przyczyną do zebrania składu w postaci Piotra Banacha - kolegi po fachu z Hey'a, Andrzeja Smolika - naczelnego czarodzieja polskiej elektroniki oraz Marcina Macuka - kolejnego z mistrzów muzyki rozrywkowej, wybitnego multiinstrumentalisty. W takim składzie tworzą piękne, dojrzałe dzieło - pierwszą solową płytę Kasi Nosowskiej. O płycie było głośno już od samego początku, gdyż diametralnie odbiegała od rockowego grania, jakie proponował Hey. Bliżej "puk.puk" do "Dummy" Portishead niż do "Nevermind" Nirvany. Płyta bowiem jest kwintesencją trip-hopowych brzmień rodem z Bristolu.


środa, 21 maja 2014

Po jarocińsku.

Cześć wszystkim!

Tegoroczny Jarocin będzie niesamowity. Wspaniali headlinerzy w postaci koncertu Pidżamy Porno, której skład ostatnio spotkał się na scenie w 2012 roku, zagrany zostanie debiutancki album Republiki "Nowe
Na Jarocin wyruszam z moją zwariowaną przyjaciółką Moniką,
zdjęcie ukradłem perfidnie z jej konta na facebooku. Mam
nadzieję, że się za to nie pogniewa.
Sytuacje"
w wykonaniu m.in. Piotra Roguckiego, za którym przepadam troszkę mniej oraz Jacka "Budynia" Szymkiewicza, którego uwielbiam. Zagości Anathema, Matisyahu - powiem Wam tyle, będzie magicznie.

Ja niestety nie usłyszę w 100% składu wielkopolskiego festiwalu, gdyż wybieram się jedynie na pierwszy dzień imprezy, nie mniej jednak jadąc do niegdysiejszego serca polskiego punk-rocka, miasta buntowników lat '80, spełniam jedno ze swoich marzeń z późnego dzieciństwa, kiedy obejrzawszy film "Beasts of freedom - zew wolności", zamarzyłem o zobaczeniu jarocińskiej sceny na własne oczy. W dzisiejszym poście znajdzie się krótka wyliczanka z zespołami, które usłyszę na żywo podczas pierwszego dnia festiwalu.

Dezerter z podziemia. 

Poza zapowiadającym się wspaniale koncercie "Grabaż 30", jeszcze jedno wydarzenie nie pozwala mi w spokoju czekać na 18 Lipca. Dezerter - za komuny jeden z wrogów publicznych numer jeden, niesforny skład buntowników grających hardcore punk, przybędzie do Jarocina, aby zagrać piosenki ze swojej płyty "Underground out of Poland" z 1987 roku, wydanej początkowo w Ameryce za sprawą Joeya Keithleya z legendarnej punkowej, kanadyjskiej grupy D.O.A., która inspirowała twórczość m.in. Red Hot Chili Peppers, czy The Offspring. Na płycie znajdują się bomby koncertowe takie jak "Ku przyszłości", "XXI wiek", "Dla zysku" (z tych cieszę się najbardziej, gdyż w czasie koncertu w Jarocinie będzie również Kasia Nosowska, która czasem wykonuje z Dezerterem ów piosenki, więc takie spontaniczne granie jest bardzo prawdopodobne).



Dzieci kwiaty powracają!

Jarocin 18 Lipca przeżyje powrót do punk-rockowych dezerterowych korzeni, ale również odżyje tam rewolucja dzieci kwiatów i big beatu. Ania Rusowicz - córka gwiazdy gatunku Ady Rusowicz - wokalistki Niebiesko-Czarnych - wystąpi na deskach sceny festiwalu, aby zagrać materiał ze swoich dwóch płyt długogrających. Jedną z nich jest nagrodzony aż czterema Fryderykami i statusem złotej płyty "Mój Big Bit". Druga to wydana w zeszłym roku płyta "Genesis", kontynuująca stylistykę z poprzedniego albumu Ani. Zapowiada się balanga w kwiecistych klimatów! Już zapuszczam włosy i szykuję bufiaste, wzorzyste spodnie.

środa, 19 marca 2014

Hasając po lesie.

Pogoda dalej pod psem. Humory dzisiaj jakieś takie przygnębione - przynajmniej w moim otoczeniu. Nawet niebo zdaje się płakać coraz to mocniejszymi strugami kropel. Mam jednak nadzieję, że kiedy ten post ujrzy światło dzienne, to zza chmur nieśmiało wygląda słońce. To by było na tyle jeżeli chodzi o prognozę pogody. Dzisiaj post równie pozytywny co po przedni, bo do recenzji biorę sobie taką płytę, o której nie da się mówić inaczej niż w samych superlatywach.

Jestem pewien, że jeżeli za dwanaście miesięcy będę wspominać muzycznie 2014 rok to pierwszą moją myślą będzie właśnie on. Niesamowity debiut na polskim rynku muzycznym. Kiedy jego płyta "Dreamers" zbliżała się coraz większymi krokami, a niektóre portale muzyczne zaczęły się nim zachwycać, ja tylko spoglądałem na okładkę i nie wiedząc jeszcze z czym mam do czynienia stwierdzałem, że to pewnie jakaś muzyka dla totalnych hipsterów. Tak mijały kolejne tygodnie. W końcu krążek trafił na półki, a tajemnicza okładka kusiła coraz bardziej, żeby przesłuchać dokonania Daniela Spaleniaka. Wszedłem na deezera, gdzie wykupione mam od jakiegoś czasu konto premium, bezczelnie porzucając tym samym Spotify i zacząłem odsłuchiwać. Już po otwierającym "Black Notebook" wiedziałem, że następna recenzja albumu będzie właśnie o "Dreamers", bo świat musi to arcydzieło poznać. Zapraszam do lektury!

Daniel Spaleniak - "Dreamers", Soul Asylum Records, 2014

Tego jeszcze nie było.

Czemu "Black Notebook" wzbudził we mnie tak silne emocje? Odpowiedź jest bardzo prosta - takiego debiutu (a pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że takiej płyty) jeszcze na naszym rynku nie było. Faktycznie coś podobnego stworzył Fismoll na "At glade", czy Skubas na "Wilczymłyku" jednak nie ma tam takich pokładów tej magii, którą przepełniony jest "Dreamers". Dwóch wymienionych panów można by porównać do naszych polskich Bona Ivera, a Spaleniaka? No właśnie. Skojarzeń mam mnóstwo - Poets of the Fall, Rykarda Parasol, Dido, Massive attack, w mniejszym stopniu wczesny Coldplay, Damien Rice i Daughter - żadne z nich w pełni nie oddaje jednak tego, czym właściwie jest twórczość młodego debiutanta.




Spacer po lesie.

Płyta jest dokładnie taka sama jak jej okładka - przyciągająca do siebie jak magnes, deszczowa, tajemnicza, trochę mroczna klimatem jakby z zupełnie innego świata. Słuchając kolejnych dźwięków, coraz głębiej zagłębiasz się w świat tworzony przez akustyczne gitary, sympatycznie przeplatające się z elektronicznymi wstawkami. Słuchając mojego ulubionego tracku, singlowego "My name is wind", "House on fire" (jak sam przyznaje artysta jego faworyt), czy też "Full package of cigarettes" mam wrażenie, że biegnę przez las z okładki, odwiedzając kolejne jego zakamarki. Na "Dreamers" każdy znajdzie coś dla siebie - są momenty szybkie i skoczne jak wspomniany wcześniej "Full package of cigarettes" albo balladowy "By the waterfall". W niektórych miejscach płyta zwalnia, by pokazać nam, że wolniej wcale nie oznacza nudno - od "Voices in your head""Why" i "Story about a Man who's all" nie sposób się oderwać!


Podsumowując.
Jak dla mnie "Dreamers" mimo tego, że jest debiutem, to jest również bardzo silnym (powiedziałbym nawet jednym z potężniejszych) kandydatem na płytę roku 2014! Mnóstwo wpadających w ucho kompozycji, ciekawe gitarowe brzmienia na światowym poziomie, jedynym zarzutem jest to, że wszystkie utwory jeżeli są śpiewane to w języku angielskim, ale to oczywiście zawsze można naprawić kolejną płytą :)
Ocena 200 punktów na 10 możliwych! Polecam przesłuchać zwłaszcza fanom gitarowych, akustycznych brzmień! Pod spodem Deezerowo, na Spotify niestety jeszcze niedostępne.



Waflekins.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Historia jednej piosenki #2 "Na imię mi Luka"

Dzień dobry wszystkim!
Dzisiaj kolejny szybki post z rozpoczętej ostatnio serii "Historii jednej piosenki". Brak czasu, który w dużej mierze przeznaczam nauce biologii i pracy maturalnej z polskiego skutkuje tym, że po prostu wszystko odłożyłem na drugi plan, a nauka stała się najważniejsza (szczerze nigdy wcześniej nie czułem u siebie takich pokładów ambicji :P). Nie chcę Was jednak zaniedybwać, toteż postanowiłem, że podzielę się kilkoma dokonanymi na nowo odkryciami. Opowiem o pewnej szczególnej piosence. Ostatnio zrobiłem się strasznie sentymentalny i wspominając "stare, dobre czasy", odkurzyłem kilka playlist w komputerze. Tony Hey'a (głównie płyta [sic!), kilogramy grunge'u, którym niegdyś bardzo się zasłuchiwałem, a - było jeszcze sporo Moniki Brodki i Czesława Mozila. Jednak utwór, o którym dzisiaj opowiem nie należy do żadnego z tych artystów. Poznany zupełnie przypadkiem. Jest dla mnie mistrzostwem, a sama artystka (znowu śpiewająca kobieta) bardzo uzdolniona wokalnie, niedawno wydała kolejną płytę - "Tales from the realm of the Queen of Pentalces", toteż tym bardziej należy o niej wspomnieć. Zatem zapraszam do lektury :)


Suzanne Vega- "Luka", A&M, 1987


niedziela, 26 stycznia 2014

Przyjrzyjmy się #5 - "Księżniczka polskiego popu"

Dzień dobry!
Leniwa niedziela. Za oknem śnieg, a w odtwarzaczu po pustej przestrzeni domu (wszyscy powychodzili gdzieś ze swoimi sprawami, a Ja zostałem - jako iż na dworze 14 stopni na minusie, domofony i samochody psują się pod wpływem wszechobecnego zimna, metal się kurczy, a nosy czerwienieją i to nie od zbyt dużej ilości alkoholu) sączy się delikatna muzyka i uroczy damski wokal. Jak obiecałem - dzisiaj będziemy się przyglądać pewnej artystce. Jak to u mnie zwykle bywa - naszej rodzimej muzykantce. Ów Polka ma to do siebie, iż jest istnym fenomenem. Ktokolwiek nie usłyszy jej wokalu, oniemiewa i popada w głęboki zachwyt nad jej wybitnym talentem. Na pewno ta cecha przyczyniła się do tego, że popowa aczkolwiek trochę bardziej niszowa artystka w internecie zyskała zdecydowanie więcej obserwatorów i przesłuchań niż twórcy popu bardziej komerycjnego. Zapraszam do przyjrzenia się Izie Lach! :)

Gatunek: Mieszanka muzyki elektronicznej z indie popem.

Skład: Iza w dużej mierze sama komponuje swoje utwory, pisze do nich utwory oraz je produkuje, aczkolwiek zdarzało się, iż pomagał jej sam Snoop Dogg pod tajemniczą ksywką Berhane. Na koncertach zaś wspiera ją skład w postaci dwóch panów gitarzystów i perkusisty.

Dyskografia: "Już czas" (2008), "Krzyk" (2011), "Off the wire" (2012), "Good Friday (EP)" (2012)

Hity z radia: "Nic więcej", "Chociaż raz", "Już czas", "Nie"

Co polecam poza wyżej wymienionymi?: "Teraz już", "Futro", "Wydaje mi się", "Zatrzymaj czas", "Time of the year"

Rodzinny interes.
Iza muzykę ma w genach. Jej brat to wokalista i gitarszysta polskiej grupy rockowej (którą Iza wspiera w piosence Superstar) L.Stadt - Łukasz Lach, a przy okazji grywa też na fortepianie. Siostra Izy - Katarzyna Lach - była basistką w słynnej (między innymi za sprawą "Ławki") grupy Formacja Nieżywych Schabuff. Poza tym jej kariera zaczyna się już we wczesnym dzieciństwie. W wieku pięciu lat wygrała słynny swego czasu program "Od Przedszkola do Opola" z tą różnicą, że ona zawędrowała w swojej karierze zdecydowanie dalej niż do miasta muzyki na Nizinie Śląskiej. Już w wieku trzynastu lat skomponowała i nagrała we własnym pokoju swój pierwszy utwór - "Już czas", który pięć lat później stał się tytułowym motywem debiutanckiego krążka (ostatnio coś mam tendencję do pisania o debiutujących osiemnastolatkach :P). Płyta utrzymana w stylistyce wówczas rodzącego się polskiego popu pomieszanego z alternatywą. Mam bardzo dużo skojarzeń z "Miasto Manią" Marii Peszek i "Moimi Piosenkami" Moniki Brodki.