Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zapowiedzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zapowiedzi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 stycznia 2015

Nadchodzi Baasch.

Jak pewnie się domyślacie (albo i nie) w muzyce popularnej najbardziej czekam przede wszystkim na piątą płytę Pati Yang. Tak, ona dalej nie wyszła i na razie niewiele o niej wiadomo. Premiera ponoć w marcu, ale tego do końca jeszcze nie wie chyba nikt poza samą artystką.
Jest jednak jeszcze jeden artysta z naszego kraju, którego umieszczam na swoim skromnym tym razem podium w kategorii "płyty, na które czekam w 2015". Jest to Baasch.
Jeżeli go nie znacie - zapraszam do lektury.
Jeśli już go znacie to w sumie również zapraszam gorąco.


Otóż 2 Marca bieżącego roku ma mieć premierę debiutancki longplay Baascha. Nowego artysty ze stajni Nextpopu. Wytwórni, która wydała już  na świat płyty Kari oraz tajemniczej grupy BOKKA. Za pseudonimem Baasch kryje się zaś artysta młodego pokolenia polskich muzyków - Bartłomiej Schmidt.

Mimo młodego wieku na swoim koncie ma już występy przed Trickym, jedną EP-kę zatytułowaną "Simple Dark Romantic Songs" oraz własnego autorstwa soundtrack (swoją drogą bardzo dobry) do filmu "Płynące Wieżowce". Jednak dopiero w tym roku Baasch wyłoży na stół wszystkie karty i zaprezentuje dziesięć utworów, które stanowić będą jego pierwszy album długogrający. Dwa z nich - Siamse Sister oraz Several Gods można było poznać już wcześniej. Oscylują one wokół mrocznie brzmiących elektronicznych dźwięków połączonych z tekstami w języku angielskim. Ciekawostką jest to, że na nadchodzącym "Corridors" ma pojawić się duet z zespołem BOKKA - znajomych z tej samej wytwórni. W związku z nadchodzącą premierą udostępniono wczoraj trzeci utwór z płyty. Tytułowy "Corridors" podtrzymuje schemat synthpopowych klimatów mocno oderwanych od rzeczywistości i tylko zaostrza mój apetyt na ten krążek. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko grzecznie czekać i raczyć się tym, co Baasch już wydał na światło dzienne.

niedziela, 16 marca 2014

Fabryka Newsów #11 Wielkie bitwy, zaskoczenia i wiosna pełna płyt

Dzień doberek!
Przez bardzo dłuuuuuugi okres zaniedbywałem Fabrykę Newsów. Z tego wstydu padam na kolana i wędruję do Częstochowy. Te atrakcje dopiero za moment. W niedzielne popołudnie zapoznam Was moi drodzy z kilkoma najważniejszymi - w moim odczuciu - wydarzeniami ostatnich dni. Jak zawsze działo się mnóstwo - można by tak mówić godzinami, ale na to czasu niestety nie ma i wydaje mi się, że większość z Was by w końcu mi tutaj posnęła, a tego bym nie chciał. Zebranie i subiektywne ocenienie zebranego materiału zawsze sprawiało mi trudności. Może dlatego tak ciężko tworzy mi się w tym dziale? Pięknie - ledwo zaczynam, a już szukam sobie wymówek. Nie ma tak dobrze! Fabrykę Newsów czas odkurzyć, odświeżyć, przypudrować jej nosek i ruszamy! Będzie pot, będą łzy (nie mam tu na myśli twórców "Agnieszki") i zaskoczenia. Zaciekawieni? Zapraszam do lektury!
  • Festiwalowy bój trwa! Największe giganty na tym polu - Orange Warsaw Festival, Open'er i
    Orange Warsaw Festival 2013 (foto: Agencja Gazeta)
    OFF - w zaparte walczą o każde pieniądze fanów muzyki. Moim zdaniem w tym roku najlepiej radzi sobie OWF, który zaczął "kotletami" z zeszłego Opener'a, aczkolwiek w miarę upływu czasu zaczął rzucać coraz to ciekawszymi nazwami - wśród nich znajdują się na przykład The Pretty Reckless, Lilly Allen, Limp Bizkit i The Kooks. Open'er (przypomnę mój festiwalowy ulubieniec) w tym roku radzi sobie w moim mniemaniu troszkę słabiej - aczkolwiek i tu nie brakuje bomb takich jak Ben Howard, Lykke Li, Metronomy. Do pojedynku dołączają się rosnące w siłę, leżące po sąsiedzku Colours of Ostrava z Johnem Newmanem, ZAZ, czy też The Asteroids Galaxy Tour oraz polski Free Form Festival, który w tegorocznym line upie posiada Klaxons, Tourist i Charlie XCX (znaną ze słynnej piosenki "I love it" nagranej z Iconą Pop). Kto zwycięży ostateczną rozgrywkę? Tego dowiemy się już na wakacje. Będzie się działo. Za którym festiwalem opowiadacie się Wy? Piszcie w komentarzach :)

piątek, 7 marca 2014

Idzie Chylińska.

Dzień dobry!
Nie było mnie przez pewien czas. Zwiedzałem Berlin w gronie hiszpańsko-polsko-niemieckim.
Był to naprawdę sympatyczny wyjazd, który może całkowicie zmienić człowiekowi poglądy na świat w przeciągu niecałego tygodnia. W trakcie jego trwania przeprowadzone zostały warsztaty dziennikarskie, ale to czego się podczas pobytu za zachodnią granicą nauczyłem sprowadza się do tego jak otwierać francuskie wino bez użycia korkociągu. Nie spodziewajcie się zatem poprawy języka, czy wyszukanego słownictwa na Korkach. Wszystko będzie jak dawniej. Dziś krótki pościk z racji tego, że artystka o której już raz tutaj wspominałem wydaje nową płytę - tak przynajmniej podejrzewam, bo ostatecznie nie zostało to powiedziane. Bardzo cieszy mnie fakt wydania na świat nowego muzycznego dziecka Agnieszki Chylińskiej. Czy utwór mi się podoba? O tym za momencik. Zapraszam do lektury :)

Okładka do singla "Kiedy przyjdziesz do mnie"
Gdzieś na przełomie 2009 roku Chylińska - dotychczas często wulgarna, szokująca i zwariowana, mianowana przez wielu królową polskiej sceny rockowej - zupełnie zmieniła swoje oblicze. Na prawo i lewo trąbiono o teledysku do piosenki "Nie mogę Cię zapomnieć", gdzie zupełnie inna od tej dawnej, zagubionej w świecie dziewczyny kobieta wdzięczyła się do kamery. Potem były jeszcze inne ekscesy jak zmiana koloru włosów na blond, plotka o chęci usunięcia tatuażu, książki dla dzieci i X-Factor - jednym słowem dała wciągnąć się w konsumpcyjną machinę zwaną mediami. Jej "Modern Rokcing" (który z członem rocking miało tyle wspólnego co ja ze Słowackim) zyskał ogromną rzeszę fanów, ale został ostro skrytykowany przez dotychczasowych słuchaczy. Nie mam jej za złe ochoty do zmian - była przecież już Matką i miała trzydzieści lat. Ustatkowała się. Brakowało mi jednak w przesłodzonym "Wybaczam Ci", czy nudnym jak przysłowiowe flaki z olejem "Niebie" czegoś, co miały jej wcześniejsze projekty. Zabrakło tego wspaniałego operowania wokalem i charakteru, który "zmuszał" słuchacza do ciągłego klikania w replay. Tego, za co pokochali ją wcześniej ludzie w "Czarnej myśli", "Szkoda by było", czy w "Rozbieraj mnie".


czwartek, 16 stycznia 2014

Noworocznie.

Kurcze pieczone. Witam Was w nowym roku! :)
Nie chciałem zaczynać roku tego typu postem, walczyłem ze sobą wiele czasu, żeby nie kopiować tego "podsumowania 2013 roku" tak słynnego na innych tego typu portalach. No bo w sumie wiecie, co miałbym w takim poście napisać? Wiecie, czym się zasłuchiwałem. Musiałbym powtórzyć jak wspaniałe i pozytywne są Domowe Melodie, nowa płyta Mikromusic to wspaniały krok na przód dla tego zespołu, Crystal Fighters zaatakowali rynek nową dawką energii, wciąż zachwycam się Jaszczurką Pati Yang, a pod koniec roku na nowo zakochałem się w ONA. Ahh, no i na pierwszych miejscach musieliby znaleźć się Sorry Boys oraz Edyta Bartosiewicz i po raz kolejny powtórzyć, że "Renovatio" to płyta wybitna. No ludziska sami powiedzcie, ile można? Mimo wszystko cała ta noworoczna aura wywarła na mnie wpływ i podsumowania, zestawienia i inne tego typu refleksje aż cisnęły mi się na serce. Postanowiłem, że dam temu wypłynąć, z tą jednak różnicą, że Ja zamiast skupić się na zeszłym roku, który można już upchnąć na spokojnie w szufladce z napisem "przeszłość", zastanowię się nad przyszłymi trzystoma paroma dniami. 
Zanim zacznę opowiadać, cofnę się z Wami w czasie jeszcze wcześniej niż do zeszłego roku - zatrzymamy się na moment w 2012, kiedy to blog zaczynał raczkować (boże, ale on już stary!). Powiedziałem sobie wtedy, że tym razem pojadę na Opener'a, który wtedy moim marzeniem był już od jakichś dwóch lat. Udało się. Stwierdziłem również, że nie opuszczę bloga (co dawniej mi się zdarzało - tamte blogi były jednak dziecinną zajawką i na próżno będziecie ich szukać w krainie internetu - zatarłem wszystkie ślady :)) i jeżeli tylko będę mieć coś do powiedzenia, to się najzwyczajniej w świecie odezwę. Obie z tych rzeczy się udały. I jestem z tego dumny. Czy w roku 2013 też coś sobie postanowiłem? 
Oczywiście!
Tym razem mam zamiar pojechać w sierpniu do Kostrzyna Nad Odrą i zobaczyć w końcu Przystanek Woodstock. Jest to moje marzenie, które co roku - dokładnie planowane - niestety nie wychodzi z tych, czy innych względów, tym razem mam zamiar jednak zrealizować ten pomysł. Jak się będę bawić na scenie w rytmie Skid Rowa, T.Love i Lao Che? Tego dowiecie się już wkrótce? Na pewno w tym roku będzie o wiele więcej postów na przełomie maja i października, gdyż po maturze czekają mnie najdłuższe wakacje w życiu. Myślę nad stworzeniem wówczas zupełnie nowego cyklu, ale nie mam pojęcia jak to wyjdzie. Na razie nie zapeszam. Kolejny punkt - stworzyć wreszcie profil na facebookowy dla bloga! Chcę również zobaczyć na żywo Pati Yang i przeprowadzić wywiad z jakimś znanym muzykiem. Z postanowień pozamuzycznych zrobię sobie tatuaż i zacznę uczyć się języka rosyjskiego - to takie najważniejsze i najmocniejsze punkty programu. Innych nie ma. 
A teraz to na czym miałem się skupić w tym poście, a ostatecznie temat zszedł na zupełnie inne tory (stety niestety chyba nigdy nie nauczę się trzymać tylko jednej kwestii i nie rozgadywać :)). Na co czekam w 2014 roku muzycznie? Ciekawić mnie będzie na pewno pierwsza płyta solowa Damona Albarna - wokalisty zespołów blur (który słyszałem na żywo) oraz Gorillaz. W internecie na razie znaleźć można tylko kilkusekundowy trailer płyty. Coraz więcej mówi się też o tym, że wydawać ma Adele - świeżo upieczona Mama urlop macierzyński ma już raczej za sobą. Z polskich płyt wypatrywać będę czegokolwiek spod szyldu Hey/Nosowska. Raz, że od wydania ostatniej płyty - "Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan" minęły już prawie dwa lata, a dwa - Ja zawsze wypatruję płyty Kasi solo albo Hey'a. Na pewno ciekawy jestem długogrających krążków Much (które ostatnio uraczyły Nas już singlem promującym nowe wydawnictwo), Happysadu (przy okazji obchodzić będzie 10-lecie wydania pierwszej płyty, także będzie ciekawie) oraz Pati Yang (mam nadzieję, że płyta zapowiedziana na marzec w końcu się pojawi i tym razem nic nie przeszkodzi artystce w jej wydaniu). Ostatnia wspomniana pozycja ciekawi mnie najbardziej dlatego, że "Man is a dreamer" - nowy materiał twórczyni "Jaszczurki" ma być całkowicie rockowy, jego namiastką jest singiel "I'm ready" z końca 2012 roku. Ciekawy też jestem solowego albumu Artura Rojka. Jaka będzie odpowiedź byłego wokalisty Myslovitz na to, co wyprodukowała jego była formacja bez niego? W sieci jest już również "zwiastun" płyty. Jak w przypadku Damona Albarna - jest to tylko kilka sekund, w czasie których pan Artur przechadza się wiosenną porą (a może to wczesna jesień) po enigmatycznej wiosce w rytm nastrojowego, chill outowego motywu. 2014 zapowiada się bardzo ciekawie...

Jakże długi teaser solowej płyty Damona.

środa, 23 października 2013

Jeżeli tak wygląda życie pozagrobowe, to Ja tam chcę! Czyli roztańczone Arcade Fire.


Zacznę to tak, że fanem Arcade Fire nigdy nie byłem. Gdyby ktoś nie wiedział dodam, iż jest to indie-rockowa grupa z Kanady- utworzona w 2003 roku. Na swoim koncie ma już trzy płyty, które w niektórych kręgach naprawdę się mocno się liczą. Ich koncerty to ponoć wybuchające wulkany energii. Bardzo jara się nią mój przyjaciel, którego z tego miejsca pozdrawiam :)
Czemu o tym piszę?
Otóż za 5 dni wychodzi ich najnowsza, czwarta długogrająca płyta zespołu, następca The Suburbs z 2010 roku. O Reflektorze zatem słyszę bardzo często. Przed chwilą dostałem od niego cynk, że nowa piosenka i lyric video ujrzały światło dzienne, że lepszy niż pierwszy singiel- tytułowy Reflektor (które linkuję wam na samym dole- wiem, wiem musicie się najeździć, ale coś za coś).

Afterlife- najnowszy utwór Arcade Fire z vintage'owym lyric video.

Co mogę powiedzieć o najnowszym utworze? Afterlife- bo tak nazywa się ów piosenka- wyszła zdecydowanie za późno. Gdyby ukazała się na przełomie wakacji, z miejsca stałaby się drugim hitem lata po Get Lucky. Mocno taneczny kawałek ze wstawkami przypominającymi disco, aż pozwala sobie przypomnieć ten wspaniały czas, kiedy na dworze było gorąco i parno, dookoła wszędzie pełno pozytywnej energii. No i festiwale muzyczne. Jeżeli tak wygląda życie pozagrobowe (teraz lekcja angielskiego afterlife- życie pozagrobowe) to Ja tam chcę! Wielce pozytywny twór przypomina miejscami fuzję nowych płyt Crystal Fighters i Daft Punk. Idealny do beztroskiego hasania pod sceną. W zespole wyczuwam idealnego kandydata na przyszłorocznego Opener'a (który również z indie i hipsterstwem się kojarzy- może jeszcze kilkoma innymi rzeczami, ale o tym już nie mówię). Płycie na pewno się przyjrzę. Może nawet będzie notka na blogu jak bardziej się wkręcę, a na to się zapowiada. Teraz jednak pozostaje doczekać do 29., kiedy płyta stanie się ogólnodostępna dla wszystkich zjadaczy chleba. Zachęcam do przesłuchania, bo zdecydowanie każdemu umili ten jakże pochmurny (przynajmniej w Szczecinie) dzień! :)

A tutaj Reflektor- pierwszy singiel z nadchodzącej płyty. 

A teraz słuchajcie moje misie pysie! Ostatnio przez moje neurony krętymi ścieżkami do mózgu (tak matura z biologii mnie pogania) przebiega ogromna masa pomysłów, dotyczących tego o czym pisać. Nie będę się oczywiście trzymać żadnego wyznaczonego harmonogramu, gdyż nigdy mi to zbytnio nie idzie, o czym już mogliście się przekonać, jednak prawdopodobnie już w najbliższych dniach będą pojawiać się pierwsze efekty mojej pracy. Uchylę sobie rąbka tajemnicy. Jutro lub pojutrze chciałbym pociągnąć dalej Przyjrzyjmy się, bo sto lat już tam nikt nie zaglądał i pajęczyny się zaczęły tam pojawiać w szarych kątach sufitu. Będzie też (oczywiście nie tego samego dnia) skromna Wyliczanka- jak ktoś nie zna ów działów to polecam. Lekcje w plenerze także doczekają się własnego posta, ponieważ ostatnio odwiedziłem sobie jeden festiwalik w Szczecinie. Niestety z koncertu Podsiadła relacji nie będzie, bo bilety wykupiono zanim zdążyliśmy się z ludźmi ogarnąć. Co do festiwalu też skromnie- udało mi się załapać tylko na jeden dzień tego festiwalu, ale za to jaki! Słuchajcie! Koncerty Izy Lach, Mikromusic i Rebeki na jednej scenie nie zdarzają się w takiej dziurze jak Szczecin często zatem o tym też Wam poopowiadam. Mam już również bilet na koncert Sorry Boys promujący najnowszą płytkę zatytułowaną Vulcano, więc jakby co to z tego gigu też pewnie co nieco będzie na blogu. Daleka przyszłość uraczy Was też kilkoma recenzjami płyt, zatem jeżeli nie będziecie mieli czego słuchać na listopadowe smuty będziecie mieli się z czym zapoznawać. No i to by było na razie na tyle.
A i oczywiście jakby ktoś chciał popisać na wszelakie tematy to zapraszam do korespondencji pod adresem muzycznekorki@gmail.com!
Trzymajcie się ciepło nie dawajcie się jesiennej chandrze!
Waflekins.

niedziela, 1 września 2013

Święto Heinekena #4 "To już ostatnia niedzie...sobota"

Miguel na głównej scenie Opener'a. Na jego koncercie nie byłem, aczkolwiek fotkę bardzo lubię. Ponoć na jego koncertem Rihanna bawiła się świetnie ;)



Spis treści:
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 3

Jak obiecałem- skończę serię przed końcem wakacji. Post miał być wczoraj, ale niestety coś nie pykło i wena do pisania uciekła równie szybko jak się pojawiła. A zatem dzisiaj- jako iż zaczęła się już jesień- z lekką nostalgiczną łezką w oku, powspominam raz jeszcze ciepłe letnie wieczory lipca, gdy całymi wieczorami słuchałem muzyki na żywo. Skończmy zatem niekończącą się historię o Openerze. Zapraszam :)

Everything, Everything
Koncert zaczął się bardzo klimatycznie od MY KZ UR BF, rozpoczynające płytę Man alive. Nie sądziłem, że koncert kwartetu z Manchesteru tak bardzo mnie zachwyci. Przepletli oni piosenki ze swoich dwóch albumów (oprócz wspomnianego wcześniej debiutu mają jeszcze na koncie nominowaną do wielu nagród płytę o nazwie Arc wydaną w tym roku). Publiczność naprawdę dobrze bawiła się w rytm takich piosenek jak Don't try (które szczerze mówiąc po festiwalu bardzo mi się udzieliło), Tin (The Manhole) oraz Kemosable. Ładny koncert, ale już dało się odczuć lekko sztywną atmosferę pod samą sceną, gdzie czekały już wierne fanki Kings Of Leon- średnia wieku 13+. Mimo wszystko ostatni dzień festiwalu zaczął się naprawdę fajnie.

Fismoll
Po przebojowym koncercie Everything, Everything udałem się do magicznego namiotu Alter Space, gdzie swoją debiutancką płytę- At Glade (o której jeszcze na blogu się pojawi)- zaprezentuje Fismoll- czyli obiecujący młody chłopak Arkadiusz Glensk i jego kilkuosobowa trupa muzyczna. Muszę przyznać, że koncerty w tym miejscu zawsze były najbardziej magiczne- mały lekko duszny od kurzu namiot idealnie sprzyjał spokojnemu, eterycznemu nastrojowi akustycznych piosenek artysty. Na setliście znalazła się cała płyta- nie pominięto z niej nic- jedynie kolejność utworów była inna niż na krążku. Całości towarzyszyły przepiękne wizualizacje puszczone z projektora, przedstawiające motywy opisujące tekst (np. budząca się z zimowego snu natura w czasie rozpoczynającego koncert Flowering). Pamiętam, że najbardziej z całego koncertu spodobały mi się te najbardziej nostalgiczne (jak to oczywiście ja- upodobam sobie najsmutniejsze piosenki)- Let me breathe your sigh i pierwszy singiel służący jako zapowiedź płyty Let's play birds, który w niektórych kręgach odniósł spory sukces.

Crystal Fighters
Mega pozytywne Crystal Fighters- i jest impreza ♥
Jak dla mnie drugi po Ifi Ude najlepszy koncert całego festiwalu. Skoczne piosenki, pełne energii piosenki hiszpańskiej grupy nastroiły publiczność do tańca i szalonych skoków połączonych z wygibasami w powietrzu. Oprócz tego przez cały koncert zespół utrzymywał genialny kontakt z publicznością- i tak rzucony ze sceny pomysł na zrobienie fali wzdłuż całej publiki w czasie At home okazał się świetną akcją. Grupa świetnie przeplatała kawałki te bardziej elektroniczne jak I love London i Xtatic Truth z tymi bardziej akustycznymi dajmy na to Plage, Love Natural i Follow, co ostatecznie stworzyło mieszankę wybuchową. To nie mógł być zły koncert, gdyż Crystal Fighters to po prostu mistrzowie- a spotkam się jeszcze z nimi w listopadzie w Warszawie :)

Kings of Leon
Chester w czerni i bieli.
Ten koncert mógł być lepszy. Coś nie wypaliło i nie wiem co to było- czy popowa publika, dla której największym wyzwaniem było klaskanie w rytm muzyki, a może sam zespół, który przyjechał "byleby zagrać koncert w jakiejś tam Gdyni i zabrać się do domu" albo poprzeczka wysoko postawiona poprzez poprzednie fenomenalne koncerty tego dnia, a może to Rihanna szlajająca się pod gdzieś pod barierkami w pijanym rauszu? W Kossakowo poszły największe hity zespołu- Use Somebody, Sex on fire, Pyro i wiele innych mniej znanych na przykład bardzo cieszyłem się z mojego ulubionego Back down south oraz Immortals. Ale wiecie co wam powiem? Nie zagrali Charmer. Wielka, wielka szkoda. Ogółem koncert nie był zły, ale mógł być też o niebo lepszy- żałuję, że nie wyszedłem z koncertu na, żeby zobaczyć chociaż na moment Devendrę Banhearta.


John Greenwood
Johny Greenwood- lekko śpiący.
Półgodzinna, magiczna kompozycja na 12 gitar pod wodzą multiinstrumentalisty, który za swoją rodzimą formację ma słynny na cały świat Radiohead. Coś ładnego, ciekawie zrobionego i o wiele lepszego niż koncert Kings of Leon, a trwało tylko pół godziny.





Lao Che
Fanem Lao Che nie jestem i nigdy nie byłem. Koncert Płockiej formacji poszedłem zobaczyć ze względu na moich festiwalowych towarzyszy, gdyż każdy wśród nich jest nimi zachwycony. Mimo tego, że do twórczości grupy podchodzę z lekkim dystansem to pamiętam, że naprawdę fajnie zagrali piosenki Zombi!, Idzie Wiatr i Urodziła mnie ciotka (z tekstem, w którym Spięty ciekawie bawi się słowem). Z tego, co widziałem osoby, które przyszły na koncert bardzo dobrze się bawiły i mnóstwo osób latało pod sceną na fali, więc raczej grupie udało się rozkręcić fajną imprezę na swoim koncercie i to liczy się na plus. Po występie Lao Che udałem się jeszcze na magiczne UL/KR, którego usłyszałem tylko jedną piosenkę i elektronicznego Catz'n Dogz, ale byłem tak zmęczony całym dniem latania między scenami festiwalu, że za wiele z tych koncertów nie pamiętam.

A więc co powiem wam już po Openerze? To było najpiękniejsze pięć dni w czasie moich wakacji, pełne niesamowitych przygód między kolejnymi dniami całego eventu. Noce spędzone przy zajebiście dobrej muzyce, przede wszystkim dużo szaleństwa pod sceną. Już wiem czemu ludzie co roku wydają taką grubą kasę (bo powiedzmy sobie- pół tysiąca to jak na Polaka nie jest mała kwota, gdzie miesiąc później mają Woodstock całkowicie za darmo) i zajeżdżają do Gdyni, gdzie przez kilka dni miasto wypełnia się ludźmi z zielonymi obrączkami na dłoniach, okupując najbliższy sklep monopolowy. Smutno mi było opuszczać tamto miejsce, ale jedno wiem na pewno. Już niedługo tam wrócę. Prędzej, czy później. Houk!

Pewnie wielu z was zapyta pewnie co teraz, jakie mam plany na przyszłość. Na pewno wspomnę jeszcze lato i opowiem o koncercie Nelly Furtado i Hey w czasie finału największych regat na świecie, który w tym roku miał miejsce w Szczecinie. Kosztem Woodstocku (toteż nie będzie relacji, przykro mi) w sierpniu dużo pracowałem, aby móc zarobić na jesienne koncertowanie, pojawi się zatem na pewno relacja z Dawida Podsiadła, Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie (między innymi Mela Koteluk, Iza Lach, xxanaxx i Ania Rusowicz), Happysadu Crystal Fighters z Warszawy. Oprócz tego już jutro zaczniemy recenzję płyt już takich wczesnojesiennych (tak, tak niestety porzucamy wilcze wycie lata, czy latanie po plaży śpiewając stare jak świat Holloee Poloy). Ale spokojnie- już jutro przeniesiemy się w magiczną porę roku, kiedy świat jest najbardziej kolorowy, z nieba pada dużo deszczu, a drogi pięknie ścielą się spadającymi z drzew liśćmi dębów, klonów i kasztanów, odpowiednio się przy tym nastrajając. Będzie mega pozytywnie! Zatem wpadajcie jutro na herbatkę, a tymczasem łapcie "zajawkę" następnego posta.




czwartek, 15 sierpnia 2013

Fabryka newsów #9 "Muzyczne lato czyli na szybko co się dzieje"

Z takimi koncertami jak tych tutaj na zdjęciu, szykuje się
wspaniała muzyczna jesień :)
Znowu odpoczywamy od Opener'a (myślę, że serwuję go przystępnymi dawkami- do września może się z relacją wyrobię). Wiem, znowu kazałem Wam trochę czekać na ten post, ale niestety ostatnio wolnym czasem nie gardzę i to się odbija również na blogu. W obiecanym poście przedstawię wam kilka ważnych wydarzeń z różnorodnych zakątków świata- będzie i alternatywa, i masowy popik. Amerykańskie listy przebojów i nasza warszawska Stodoła. No to nie ociągam się i zapraszam na muzyczne wydarzenia ostatnich kilku dni :)

  • Znacie Igrzyska Śmierci? Poza fenomenalną sławą jaką pokryła się pierwsza część ekranizacji i wspaniałą historią o tym jak człowiek potrafi być okrutny, stworzoną przez Suzanne Collins film może pochwalić się również wyborną ścieżką dźwiękową, na której poprzednio znalazły się utwory takich artystów jak Taylor Swift, Arcade Fire, Birdy oraz Glen Hansard. Widać, że twórcy ścieżki dźwiękowej postawili sobie za cel utrzymanie wyznaczonej poprzeczki- a może nawet przebicie jej. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że grupa Coldplay znana z takich hitów jak Fix You, The Scientist, czy  już nowsze i oklepane przez pół globu Paradise nagrała nową piosenkę, zatytułowaną Atlas specjalnie na potrzeby najnowszej części filmu. Będzie się działo!
  • Czas letnich muzycznych festiwali powoli dobiega końca. Skończyły się już Alter Artowe Coke Live Music Festival i Heineken Open'er Festival. Z Kostrzyna już dawno wynieśli się też ostatni Woodstockowicze. Colours of Ostrava również dobiegło końca. I mimo, że festów jest przed nami jeszcze kilka to ich koniec nie powinien być dla Nas smutkiem! Kolejni artyści zapowiadają swoje występy w Polsce już na jesień i zimę tego roku! Swój przyjazd do warszawskiej Stodoły zapowiedzieli Crystal Fighters (o których już niedługo słów kilka ;) i będę o nich mówić sporo), na Arenie Ursynów swój występ da francuski ulubieniec muzycznych salonów- Woodkid, Biffy Clyro również wpadnie mimo, że jeszcze nie zdążył na dobre zapomnieć o występie w Krakowie. Oprócz tego Glen Hansard (którego przedstawiać chyba nie muszę). Oboje zagrają w warszawskim klubie Palladium (z tym, że Glen ze spółką zagoszczą również we Wrocławiu). Także, wielka Warszawo- szykujcie pieniążki.
  • W masowych mediach ostatnio aż wrze. Swoje single wydały po kolei Katy Perry i Lady Gaga. W przeciągu najbliższych kilku tygodni szykuje się spora bitwa piosenek Roar vs Appalause na listach przebojów wraz z innymi singlami, które cieszą się uznaniem obecnie. Jak dla mnie Roar Katy Perry (ponoć trochę splagiatowane) jest o wiele lepsze, nowy singiel Gagi jest dość agresywnie atakującą ucho elektroniką, której mi jakoś ciężko się słucha (ale niektórzy to lubią)- co więcej jestem trochę zawiedziony, gdy skuszony ofertą jazzowej płyty Lady Gagi dowiaduję się, że to chyba tylko zwykła plotka. Co wygra? Czas pokaże.
  • Arctic Monkeys, którzy występowali na scenie głównej Opener'a, a ja w swojej relacji trochę okrutnie się o ich występie wypowiedziałem, wydają nowego singla (już drugiego po Do I Wanna Know, którego również słyszałem w Gdyni na żywo! :P), zwiastującego nową płytę zespołu. Wraz z klimatycznym, nocnym teledyskiem w necie pojawiła się piosenka Why'd You Only Call Me When You're High?- jaka jest moja opinia? Trochę słabszy od poprzedniego, ale nadchodzący krążek ma szansę stać się jedną z najlepszych płyt Arctic Monkeys. 
Mam nadzieję, że się podobało! Trzymajcie się i czekajcie na kolejne wieści ode mnie, a tymczasem Ja spadam!
Trzymajcie się ciepło.
Waflekins.

czwartek, 6 czerwca 2013

Wyliczanka #3- "Perły polskiego X-Factora"

Tak! Oto jest ten post, na który tyle wszyscy musieli czekać i który tak hucznie zapowiadałem :) 

X- Factor jest jednym z największych talent show na naszej kuli ziemskiej. Na palcach jednej ręki da się policzyć kraje, które jeszcze nie posiadają swojej edycji- co jest na pewno tylko kwestią czasu. Wszędzie jednak wygląda inaczej- zarówno w kwestii zasad jak również muzycznych talentów. Według mnie tego typu programy mają kilka wad- zwłaszcza nasz polski emitowany przez TVN (to już temat na inną opowieść). W większości zwycięzcy programów nie wydają też płyt, które można nazwać chociażby znośnymi (przykładem- dla mnie kompletne niewypały w postaci "dzieł" Gienka Loski)- są oczywiście wyjątki takie jak wyśmienity debiut w postaci "Comfort and Happiness" Dawida Podsiadło (również temat na inną notkę)- niemniej jednak tego typu programy są w moim odczuciu idealnym narzędziem do pokazania się szerszej publice masowej przez młodych artystów, którzy w czasie trwania konkursu mogą zaprezentować się z jak najlepszej strony odbiorcy. W związku z tym wpadłem na pomysł stworzenia trzeciej Wyliczanki, tworzącej "The best of" wykonań naszego rodzimego X-Factora (niestety nie jestem tak skupiony na zagranicznych wersjach, by je oceniać :( ). Świetnie się w sumie złożyło, bo wpis powstanie trochę po zakończeniu III edycji (którą wygrała 18-letnia Klaudia Gawor) i może stanowić piękne podsumowanie trzech edycji :)
Zanim zacznę chciałem też powiedzieć, że wybierając spośród 30 najlepszych piosenek, które pamiętam najlepiej (a o ilu pewnie już zapomniałem), wybór tych 10 zajął mi prawie godzinę, więc to nie jest tak, że wykonania, które są na niższych pozycjach zestawienia, czy nie ma tu ich w ogóle nie podobają mi się.
Btw. jest to chyba notka, której przygotowaniu poświęciłem najwięcej czasu w historii wszystkich wpisów.
Dobra koniec paplania! Zaczynajmy!

#10 Biba- Kung Fu Fighting

Druga edycja. Wiele osób widziało w nim kandydata na zwycięzcę programu- niestety nie zaszedł tak daleko jak ów oglądający prognozowali. Dziś wydaje nowe single wraz z innym uczestnikiem (na dodatek tej samej edycji)- Marcinem Spennerem. Wszyscy widzowie na 100% pamiętają tego rozbrykanego chłopaka w długiej, naciąganej czapce. Oto jego cover hitu Village People z drugiego odcinka live'ów II edycji (i o ile się nie mylę- jak tak to proszę bez bicia- jego ostatniego wykonania na żywo)



#9 Bajka- Imagine 

Również druga edycja. Muszę przyznać, iż Ania Bajka Antonik była moją faworytką i widziałem oczami wyobraźni jej zwycięstwo. Niestety wyszło jak wyszło i Imagine Johna Lennona było jej ostatnią piosenką w programie. Mimo wszystko godne obejrzenia i wspomnienia.

#8 Estera- O mnie się nie martw

Castingi drugiej i trzeciej edycji. Niebywale wyróżniająca się z tłumu śpiewająca policjantka, przypominająca swoim wyglądem Marię Peszek, zaś z głosem Agnieszki Chylińskiej. Nietypowe połączenie, które mogłoby zaprowadzić Ją na szczyty półfinałowych odcinków- niestety jury zadecydowało inaczej, nie przepuszczając jej po żadnym z bootcampów (szczerze mówiąc nie rozumiem tej decyzji). Tu w interpretacji kultowego hitu O mnie się nie martw Katarzyny Sobczyk. Niestety wredny wujek Youtbe nie pozwala Mi na zamieszczenie niektórych filmików, więc muszę Was uraczyć linkiem, dodam za to ładny obrazek w postaci zdjęcia- tak, żebyście nie marudzili :)

#7 The Chance- Girls just wanna have fun

Występy trzech połączonych przez jury w jeden zespół dziewczyn, podających się jako The Chance wyglądały różnie. Wciąż pamiętam brutalne zniszczenie piosenki [sic!] mojego kochanego Hey'a, czy Mercedez Benz Janis Joplin, w którym zbyt daleko dziewczyny nie pojechały, ale mimo wszystko tych lepszych występów było więcej. Dziś dziewczyny dalej razem wydają- niedługo premiera kolejnego singla, a Ja polecam cover hitu Cindy Lauper.

#6 Ada Szulc- Fields of gold

Finalistka pierwszej edycji programu. Spośród swoich finałowych rywali (Gienek Loska i Michał Szpak) to jej kariera potoczyła się najlepiej- najpierw przebój głównym motywem filmu Big Love plus kilka ciekawych grunge-popowych (nawet nie wiem, czy nie wymyśliłem właśnie nowego gatunku muzycznego :D) smaczków na ścieżce dźwiękowej, następnie niedawno wydany przyjemny singiel 1000 Miejsc wraz z Dj'em Adamusem, a pomyśleć, że zaczynała śpiewając Stinga.



#5 Aicha & Asteya- Reckoning Song

Trzecia edycja. Na naszych oczach dwie szalejące wariatki powoli zmieniały się w damy, które ze stoickim spokojem potrafią zawładnąć sceną i sercami słuchaczy. Na koncie mają już jedną wspólną płytę jeszcze sprzed X-Factora- tylko spod szyldu Aichy (Asteya pojawia się na większości kawałków)- zatytułowaną "Magija". Tutaj w przeboju Asaf Avidana. 


#4 Filip Mettler- Hometown Glory

Trzecia edycja. Młody, bez wielkiego warsztatu, wielbiciel Adele (której piosenkę wykonał na castingu, gdzie uwiódł me uszy), Beyonce i Katarzyny Nosowskiej. Tym, ile emocji wkładał w swoje piosenki sprawił, że stał się moim faworytem od samego początku i z nadzieją będę obserwować jego poczynania w muzyce, czekając na jakiś solowy krążek (a z tego co ptaszki ćwierkają pierwszy, autorski singiel już niedługo). Prosto z castingów Hometown Glory- w oryginale Adele.


#3 Grzegorz Hyży- I need dollar

Trzecia edycja. Nietypowy przypadek- rodem z fenomenalnej sagi Igrzyska Śmierci, ponieważ do programu przybył ze swoją żoną, która również brała udział w konkursie. Oboje dostali się do finału i jeżeli chodzi o ilość pozyskanych fanów w czasie programu- to Oni są tu zwycięzcami. To Oni również- w moim odczuciu- nakręcali cały program, aby zobaczyć jak wygrywa Grzegorz program oglądało wiele osób. Niemniej jednak wierzę w dalsze sukcesy jego oraz jego ukochanej. Tu coverujący słynną piosenkę Aloe Blacc- I need dollar.

#2 Maja Hyży- The Best

Również trzecia edycja. Długo zastanawiałem się, czy wybrać wykonanie piosenki Lany del Rey Summertime Sadness, czy taneczną, pełną energii interpretację hitu Tiny Turner, którym przegrała w dogrywce ze swoim mężem. Wybór padł na to drugie- aczkolwiek wszystkie wykonania Mai miały w sobie coś przyciągającego. Do obejrzenia na stronie X-Factora, ponieważ wszystkie filmiki z tą piosenką zostały na Youtube najzwyczajniej w świecie zablokowane.







#1 Dawid Podsiadło- One and Only

Zwycięzca drugiej edycji- niedawny debiutant. Jego płyta Comfort and Happiness to totalna alternatywa bez żadnego elementu nastawionego na tak zwaną "masówkę" (nauczył się może po piosence w duecie z jurorką programu- Tatianą Okupnik) , aczkolwiek za sprawą sukcesu w programie zyskuje ciągle wielki komercyjny sukces. Nie będę kłamać, że to wykonanie zapadło mi w pamięć najmocniej jeżeli chodzi w ogóle o jakiegokolwiek X-Factora. Absolutne podium, którego byłem pewien od razu, gdy wpadłem na ten pomysł. To dzięki jego interpretacji (która wówczas wgniotła mnie w fotel za sprawą chórków) w ogóle sięgnąłem do oryginału Adele, co jest sporą zachętą dla osób, które jeszcze nie słyszały. Gorąco polecam!







Na dziś to już koniec- cieszę się, że w końcu ułożyłem wszystkie kwestie związane z napisaniem tego posta. Zastanawiam się teraz nad kolejnymi Wyliczankami o podobnej tematyce- przecież zostało jeszcze The Voice of Poland ze stajni TVP oraz polsatowskie Must Be The Music. Wszelkie refleksje i propozycje możecie pisać na specjalny adres muzycznekorki@gmail.com, a Ja postaram się na wszystko odpowiedzieć :) 
Następna kwestia- co dalej? Na pewno mam zamiar w następnym poście pobawić się nieco w organizację- portale społecznościowe, zatem szykujcie lajki, zmiany na stronie w postaci nowej grafiki oraz kilku nowych kategorii etc. Będzie się działo- a to już w niedzielę wieczorem. W kolejnym tygodniu wrócę do Was z kilkoma fajnymi płytami- już w wakacyjnych klimatach (co na razie mogę powiedzieć? Będzie Edyta Bartosiewicz!). Zapraszam już wkrótce- czerwiec I'm coming! Mam zamiar popracować w końcu przy tym blogu. :)
Waflekins.

wtorek, 26 lutego 2013

Ogłoszenia parafialne :D

Witam was znienacka, ponownie, po baaaaardzo długiej przerwie.
Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony tym, że ta strona- mimo mojej nieobecności- wciąż ma wyświetlenia, trzyma się dobrze i nie jest z nią tak źle jak sądziłem. Dziękuję wam za to, że jesteście i chce wam się w ogóle wchodzić :)
Zacznę od wytłumaczenia się- bo jakby nie patrzeć wyjaśnienia się wam należą. Luty był naprawdę ciężkim miesiącem. Waliło się dosłownie wszystko, co mogło się zawalić i gdy wracałem do domu załamany myśląc, że gorzej już być nie może, życie pokazywało, że jednak nie mam racji. W pewnym momencie moja odskocznia od całego tego zamętu- jaką był ten blog, też zaczęła mnie męczyć- posty wydawały mi się bezpłciowe i niewiarygodnie słabe. Oprócz tego skupiając się na problemach, przestałem wymyślać nowe, ciekawe tematy, o których można by pisać, a kiedy już takowy znalazłem, to nie mogłem napisać tego tak, aby było to dla mnie satysfakcjonujące- jak to jest w przypadku dwóch albo trzech poprzednich postów (wolałbym o nich zapomnieć :p ). Wtedy stwierdziłem, że muszę na jakiś czas zrobić sobie przerwę od pisania czegokolwiek. Zaszyłem się z ulubioną muzyką, kompletnie odcinając od świata na pewien czas. Nie działo się to z dnia na dzień- ten proces następował u mnie bardzo długo i walczyłem z nim cały luty.
Można powiedzieć, że zebrały się nade mną ostatnio
szare chmury...
Wydarzyło się naprawdę wiele i patrząc na to z obecnej perspektywy- kiedy mogę już o tym mówić jako o czasie przeszłym- jestem zadowolony, bo nauczyłem się wielu nowych rzeczy. Wzbogacony o nowe doświadczenia nosiłem się też z zamiarem powrotu do bloga- i tak oto znowu jestem tutaj. Tym razem post będzie krótki, ale już od jutra czekają was nowości, bo będzie się działo.
Wracam pełną parą. Już jutro porozmawiam z wami o zespole Of Monsters and Men- na specjalnie zamówienie specjalnego czytelnika oraz również specjalne zamówienie- będzie Nirvana- to już w trochę późniejszym czasie. W najbliższych dniach pojawi się też fanpage bloga na serwisie facebook (no bo jeżeli nie ma fejsa, to formalnie w internecie takie coś nie istnieje :)), dostaniecie do niego link w którymś z najbliższych postów. Będzie też jeden zaaaaległy post z serii, którą jak widać olałem, a wiążę z nią duże nadzieje. Pojawi się kilka postów w kategorii "Wyliczanki" (jak widzicie przed odejściem dodałem kategorie do newsów, więc nie ma już takiego bałaganu w postach- wszystko jest łatwiej znaleźć. I będzie jeszcze więcej ;) ). Jeżeli chcecie przeczytać o swoim ulubionym zespole piszcie na maila- muzycznekorki@gmail.com. Dostałem już dwa posty o synthpopowym duecie- La Roux. Biorę pod uwagę wasze posty i o nich też szykuję posta. Pomówimy też trochę o nowinkach technicznych, nowościach ze świata muzyki i... powiem wam, że będzie ciekawie!
Stay tuned.
Na koniec piosenka, która w ostatnich dniach podtrzymywała mnie na duchu. Teraz "I can move in the right direction" :)

Waflekins.

czwartek, 7 lutego 2013

Piękny koniec Mikromusic.



Witam w już 17. poście! Dzisiaj będzie znowu trochę newsowo, ale skupię się na jednym wydarzeniu- jak kiedyś, na przykład przy poście nowym singlu Strachów. (który nota bene bije ostatnio rekordy oglądalności i ludzie już sami znajdują go w googlu).
Otóż wrocławska formacja Mikromusic szykuje dla swoich fanów kolejną płytę! Ukaże się ona już za trzy tygodnie- 26 lutego. Nosić ona będzie tytuł jakże zastanawiający. Jeszcze nie wiadomo, co zespół miał na myśli, nazywając swój piąty krążek "Piękny Koniec". W radiach gra już nowy singiel promocyjny- "Zostań Tak" z jakże wakacyjnym teledyskiem. Naprawdę żałuję, że piosenka trwa ledwie 3 minuty, bowiem jest naprawdę dobra i mam nadzieję, że w wersji albumowej będzie o wiele dłuższa. Zespół odchodzi od trip-hopowych klimatów, które prezentował na swojej poprzedniej studyjnej płycie "SOVA". Spokojne gitarowe brzmienie doskonale komponuje się z charakterystycznym wokalem Natalii Grosiak. Jak dla mnie jeden z najlepszych singli, które ukazały się w tym roku. Teraz pozostaje tylko czekać na całą płytę, którą na 100% kupuję :). Dyskografię Mikormusic jak na razie zamyka koncertowy album "W eterze"- zapis koncertu w słynnym wrocławskim klubie Eter.

Tracklista płyty Piękny Koniec:

1. Za Mało
2. Jestem super
3. Biedronki w słoikach
4. Sopot
5. Śmierć Pięknych Saren
6. Pożar
7. Takiego Chłopaka
8. Pod włos
9. Zostań tak
10. Halo
11. Adam


niedziela, 3 lutego 2013

Weekendowe newsy. Dzień wszechobecnego hejta.

Edit: Po przeczytaniu i sprawdzeniu tego wpisu mogę niewątpliwie stwierdzić, że dziś na blogu dzień wszechobecnego hejta. Czy mówiłem już jak bardzo nienawidzę formatowania na tej stronce? Dobrze, lepiej nie zaczynać...
Witam wszystkich w to chłodne i nieprzyjemnie jesienne popołudnie. Większość z was zapewne teraz (tak samo jak ja) zamula i usilnie poszukuje rozrywki w naszym kochanym internecie. Chętnie umilę wam te parę niedzielnych chwil, aby przekazać wam, co ciekawego dzieje się w świecie muzyki, a dzieje się naprawdę wiele : )
Beyonce Knowles- znana też jako "Bajonsi"
  • Hey ogłosił swojego drugiego singla, promującego płytę "Do Rycerzy, do Szlachty, doo Mieszczan" formacja wybrała utwór "Co tam?"- ścieżkę numer dwa z krążka. Jak dla mnie trafny cios, mam nadzieję, że piosenka przypadnie do gustu wszystkim- nawet tym najbardziej wybrednym spośród hejterów. 
  • Płyta "Delta Machine" grupy Depeche Mode coraz bliżej- w związku z tym do radia wkracza piosenka Heaven, mająca zwiastować najnowszą płytę. Jest zupełnie inaczej niż na płytach Depeszów. Czyżby formacja planowała zwrot w inną stylistykę? Osobiście- mam mieszane uczucia, co do piosenki. Chyba muszę się jeszcze z tym oswoić. Tymczasem wracam do Personal Jesus i Enjoy the silence.
  • Beyonce po swojej "wpadce" z zaśpiewanym na inauguracji Prezydenta Barracka Obamy hymnem USA, na specjalnej konferencji prasowej, artystka przyznała się do błędu. Szczerze? Dziewczyna miała rację- skoro orkiestra grała bez przygotowania, warunki pogodowe były równe tym naszym dzisiejszym, a na dodatek występ emitowany był na cały kraj- to nie dziwne, że chciała, by wszystko wypadło fajnie. Swoich rozgoryczonych fanów zapewniła, że na mającym odbyć się dzisiaj finałowym meczu futbolu amerykańskiego, hymn zaśpiewa już całkowicie sama. Dodatkowo na konferencji również wykonała go w wersji a'capella, by pokazać na co ją stać ;)
  • Zbulwersowana jest cała polska rockowa gimbaza. Justin Bieber ma wystąpić w Polsce! Będzie to pierwszy jego gig w naszym kraju, a nastroje już od kilku dni są napięte niczym przed Euro 2012. Czy naprawdę warto wypruwać sobie żyły z takiego powodu i zakładać takie fanpejdże jak te? Do dzieciarni tego świata- hejtując jakiegoś popowego wykonawcę wcale nie jesteście lepsi. Co do samego koncertu- odbyć ma się na łódzkiej Atlas Arenie 25 Marca. Piosenkarz promuje swój najnowszy krążek Believe.
  • Moje uszy doznały szoku- i to niezbyt pozytywnego. Równie dobrze mogłyby się zatkać i pozostać w głuchocie na wieki. Wszystko poprzez żyjących muzyków Nirvany oraz Paula McCartneya (znanego oczywiście jako jeden z najlepszych Beatlesów)- wpadli oni na to, aby wznowić działalność grupy. Na razie bez nazwy, ale nagrali już pierwszy studyjny singiel, który wykonali pierwszy raz na koncercie dla ofiar Huraganu Catrina. Cut me some slack- to bez urazy- wyjątkowo słaby utwór, wybitnych muzyków, kojarzący się jedynie z kryzysem wieku średniego. Stać was na więcej, chłopaki, zatem może zamiast tego zajmijcie się innymi projektami? 

środa, 16 stycznia 2013

Do hejterów.


Najnowsza płyta zespołu Strachy na Lachy, zapowiedziana na 9 lutego, będzie na pewno jedną z lepszych polskich płyt 2013 roku- bo inaczej u Strachów być nie może. Przedpremierowo zespół postanowił ujawnić nam dwa single- pierwszym był Mokotów, który miał premierę jeszcze w październiku zeszłego roku, kiedy do premiery wydawało się być jeszcze bardzo długo. Nowa piosenka utrzymana była w typowym dla Strachów stylu- Grabaż bawi się tam słowem i opowieść o zwykłych kotach, przeradza w dobrą historię, wpadającą w ucho w połączeniu z grą chłopaków. Utwór dotarł do 13. miejsca na Liście Przebojów Trójki, ale po drugim singlu- który premierę miał wczoraj wieczorem, zatytułowanym I can't get no gratisfaction, słychać, że chłopcy ze Strachów przygotowali dla nas coś zdecydowanie lepszego. 

I can't get no gratisfaction to piosenka dla wszystkich hejterów. Grabaż z charakterystyczną dla siebie manierą wciela się w rolę internetowego "ociekającego jadem forumowego trolla" i wyśpiewuje z werwą "My jedziemy po was w necie. Tak społecznie i za darmo, więc nawet jeśli grasz na flecie- płać za swoją popularność" oraz wyśmiewa siebie i swoich kolegów z branży muzycznej i aktorskiej- Skibę, Artura Rojka, Gienka Loskę, Borysa Szyca i wielu innych! Idealnie zaprezentowany obraz hejtera jest co jakiś czas przerywany- autor tekstu wraca do roli siebie samego i zachęca "Podpisz się, no podpisz się". Mi bardzo się podoba- przypomina czasy, gdy chłopcy grali jako Pidżama Porno. 
I can't get no gratisfaction do przesłuchania na portalu Youtube- na profilu wytwórni SP Records. Premiera płyty !TO! planowana jest na 9 lutego, a dotychczasową dyskografię zespołu zamyka płyta Dekada.


Tracklista płyty !TO!
1. Mokotów
2. Sympatyczny atrament
3. Bankrut... bankrutowi
4. Gorsi
5. I can't get no gratisfaction
6. Bloody Poland
7. Jaka piękna katastrofa
8. Za stary na Corutney Love
9. Dreadlock Queen
10. Żeby z Tobą Być

Wafflekins.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Przyjrzyjmy się... #1 "Wstawać małymi kroczkami"


Kto  nie kojarzy ze słuchu takich hitów jak "Sen", "Ostatni", czy też "Opowieść" potocznie chrzczona na nowo przez nieobeznanych jako "Przemoknięte serca miast". Niewątpliwie kobieta, którą weźmiemy na celownik jest jedną z największych gwiazd postkomunistycznej polski lat '90. To właśnie jej przeboje znają dziś wszyscy Polacy, czy tego chcą, czy nie- ze stacji radiowych, seriali etc. Edyta Bartosiewicz mimo iż nie wydała żadnych płyt przez ostatnią dekadę wciąż jest znana, a na jej powrót czekają rzesze fanów- rosnące z każdą kolejną generacją. Jak doszła do sukcesu "polska Janis Joplin"? Co się z nią teraz dzieje? Wszystko postaram się przybliżyć w dzisiejszym w wpisie! Zapraszam do lektury!










Miłość po angielsku.
Dorastać młodej Edycie Bartosiewicz przyszło w szarych i nieprzyjemnych czasach komuny. Wychowała się w Warszawie i po ukończeniu Liceum jak na grzeczną dziewczynę przystało poszła na studia. W wieku 21 lat decyduje się na wyjazd do Londynu, gdzie świat wyglądał na pewno inaczej- pod każdym względem. Wraca do ojczyzny kompletnie odmieniona- porzuca studia i marząc o podbijaniu muzycznych scen całego świata tak jak w znanych american dream dołącza do pięciu mężczyzn, którzy grali pod nazwą Staff. Dosyć szalony pomysł, ale przynosi efekty grupa już jako Holloee Poloy wygrywa Mokotowską Jesień Muzyczną. Nagrodą jest nagranie debiutanckiego krążka. W październiku 1988 roku rozpoczyna się proces twórczy, który trwa aż do maja '89. Na krążku The Big Beat- wydanego nakładem wytwórni Polskie Nagrania- słychać jaki wpływ na młodą Edytę wywarł pobyt za granicą. Grupa czerpie niesamowite inspiracje od zagranicznych kapel rockowych jak Prince, czy też The Police i sprytnie wkomponowują w całość jazzrockowe akcenty inspirowane m.in. Brianem Eno. Wszystkie teksty na płycie powstały po angielsku, ale niestety żaden z nich nie należy do Edyty. Album sam w sobie bije energetyzmem i doskonałymi gitarowymi riffami. Płyta nie wpasowywała się ani trochę w nic, co powstawało wówczas w Polsce- nie znajdziecie nic, co przypominałoby chociaż trochę Holloee Poloy. Gdy u nas pierwsze skrzypce grały nowa fala, punk-rock i rodzące się rockowe evergreeny, grupa zdecydowała się na pomieszanie awangardy, jazzu, rocka i funku. Niestety mimo samych zalet The Big Beat nie odniósł upragnionego sukcesu i grupa rozpadła się. Dla Bartosiewicz był to jednak dopiero początek. W tym samym czasie, gdy wielki Mur Berliński upada, artystka zostaje okrzyknięta przez nowo powstałe magazyny muzyczne "Najlepszą wokalistką", a niejaki Kuba Wojewódzki rozpisuje się na temat świetności Holloee Poloy. Wraz z Rafałem Paczkowskim Edyta wraca do studia nagraniowego- tym razem w szanowanej firmie Izabelin Studio- aby nagrać materiał na pierwszą solową płytę wokalistki. Love jest niejako muzyczną kontynuacją poprzedniego projektu- wciąż słychać tutaj inspiracje awangardą. Tym razem teksty są już tylko i wyłącznie autorstwa piosenkarki. Jak sama nazwa wskazuje są to głównie ballady o miłości. Płyta wydana zostaje przez dwa wydawnictwa- Izabelin Studio zajmuje się wydaniem polskim, natomiast dzięki umowie ze wytwórnią Chrysalis Love sprzedawane jest również w Wielkiej Brytanii. Płyta- tak samo jak poprzedni album- nie zyskuje dużej popularności. Sama piosenkarka nazwała ją po wielu latach "jedną wielką zagraniczną balladą". Osobiście średnio przepadam za tą płytą- po kilku przesłuchaniach wraca się sporadycznie do pojedynczych utworów- brakuje tej energii z Holloee. Godne uwagi są If, Have to carry on oraz Clouds... they block my way no i tytułowe Love. 




Miłość, ale też i seks- tym razem po polsku.
Edyta Bartosiewicz wydaje się niezrażona niepowodzeniami. Sam Izabelin również nie traci wiary w wokalistkę- w końcu jej umiejętności wokalne doceniane są na każdym kroku. Po dwóch latach artystka nagrywa swoją trzecią płytę- Sen. W samej Polsce dużo się zmieniło- świat zakochał się w muzyce z Seattle, którą rozpropagował w naszym kraju Hey. Zespoły rockowe z wokalistkami na czele dominowały, a w Polsce zapanowała moda na rocka. Bartosiewicz wiedziała tym razem za co się zabrać- Sen to zupełnie inna muzyka niż Love. Gdyby nie charakterystyczny wokal, można by śmiało stwierdzić, że to muzyka dwóch różnych grup. Płyta przesycona gitarowym powerem, polskimi tekstami- już nie tylko o miłości odniosła ogromny sukces komercyjny. Mamy tylko jedną rzewną balladę o miłości, mogącą przypominać poprzedni krążek- mianowicie Before You Came- przedostatnią piosenkę z płyty. Każdy singiel po kolei zajmował pierwsze miejsce na listach przebojów w radiu. Edyta Bartosiewicz stała się z dnia na dzień (a raczej z płyty na płytę) jedną z najlepszych artystek w oczach Polaków. Krążek był też ciekawie promowany- np. w dołączonej do biografii Hey'a z 1994 roku ulotce Izabelin Studio mamy wielkie zdjęcie artystki i równie duży napis- "NOWA PŁYTA BARTOSIEWICZ. PO POLSKU. PEŁNA KONTROLA NAD MUZYKĄ- ZERO KONTROLI NAD EMOCJAMI". Firma w końcu mogła cieszyć się ze stworzenia maszynki do robienia pieniędzy. Z płyty Sen najbardziej polecam piosenki- Sen, Angel, Żart w Zoo i Zabij swój strach. 




Jak stworzyłam swój największy hit?

Rok 1995 Edyta zaczęła, pomagając przy składance Tribute to Eric Clapton, na której wraz z jednym z gitarzystów Hey'a- Marcinem Żabiełowiczem- skomponowała cover przeboju Wonderful Tonight. Kompozycja dociera- jako singiel promujący album- do 2. miejsca Listy Przebojów Programu 3. Artystka jednak nie miała zamiaru spoczywać na laurach- obcięła włosy, przefarbowała się na niebiesko i zaprezentowała teledysk do pierwszego singla z nowej płyty- Szok'n'Szoł. Szał- bo taką nazwę nosił utwór promocyjny- był szybkim utworem, przez wielu ocenianym nawet jako punkowy wykon. Wbrew pozorom płyta wcale nie pasowała gatunkowo do punku- bardziej bazowała na sukcesie Snu i prezentowała spokojne rockowe ballady, przeplatane kolejnymi przebojowymi "ożywiaczami". To stąd pochodzi jeden z największych hitów artystki- "Ostatni", którego fenomen jest dosyć zabawny. Artystka stworzyła po prostu niezbyt skomplikowaną piosenkę, graną na 4 akordach gitarowych- w refrenie jeszcze dołącza się pianino. Tematyką powraca do pierwszej solowej płyty. Mimo to Ostatni utrzymywał się wyjątkowo długo na szczycie Listy Przebojów Trójki. Z Szok'n'Szoł godne do poznania są Czas Przypływu, Podwodne miasta, Ostatni (jak ktoś nie zna, to koniecznie!!!!) i Zegar- do którego teledysk otrzymał wiele nagród



Zamiana tożsamości, Boogie, Mandarynki i Zniknięcie- opowieść rodem z filmu sci-fi.


"Coś zmieniło się (...) jak dawniej nigdy nie będzie już" śpiewała na kolejnej płycie Bartosiewicz. W ciągu dwóch lat po wydaniu Szok'n'Szoł coś stało się z piosenkarką i to słychać na jej kolejnej płycie, Dziecko. Jest już zdecydowanie spokojniej niż na dwóch poprzednich krążkach, tekstowo za to cała płyta przeszyta jest nostalgią- traktuje ona o starości, nagłym zniknięciu, odchodzeniu, nieudanej miłości. Zaledwie kilka piosenek ma stary, pozytywny przekaz. Dziecko jest pierwszą płytą, na której Edyta sama gra na gitarze- do czego namówił ją jeden z kolegów z zespołu. Kompozytorem Edyta jest genialnym, co słychać na chociażby singlowym Skłamałam, czy Boogie- czyli zemsta jest słodka (jednej z nielicznych energicznych piosenek na płycie)Nie inaczej jest na kolejnej płycie- Wodospady- single dalej zyskują wysokie notowania, jednak całość artystyczna jest... inna. Dojrzalsza. Muszę przyznać, że Wodospady należą do płyt, które nie za często znajdują miejsce u mnie w odtwarzaczu. Męczy mnie powolny klimat, jak dla mnie na płycie jest trochę zbyt duszno i erotycznie. Lubię wracać do Siedmiu Mórz i Siedmiu Lądów i Miłości jak Ogień- ale to wszystko- w porównaniu do poprzednich dokonań jest wyjątkowo słabo. I wszystko byłoby piękne i przyjemne, gdyby nie mroczne wizje z piosenek Edyty nie spełniły się. Rok 1999 to ostatnia- jak na razie- premiera ostatniej płyty wokalistki. Dziś są moje urodziny to składanka najlepszych przebojów wraz z dwiema nowymi kompozycjami- XXI Wiek (który jest jednym z moich ulubionych numerów artystki- wyśpiewana na wielu ścieżkach w refrenie obawa przed kolejnym stuleciem porywa i gdy się raz ją przesłucha, zawsze będzie się do niej wracać) oraz Mistrz- poświęcony synkowi Edyty. The Best Of miał być zwiastunem nowej płyty- bowiem zaraz po wydaniu składanki, światło dzienne ujrzał singiel z płyty, która ponoć miała nazywać się Inna. Piosenka Niewinność- ostatni przebój solowej Bartosiewicz, wyjątkowo działający na emocje i wyobraźnię. Aż nazbyt proroczy.



Zawsze wietrzyłem w tym utworze jakiś podstęp- zagadkę rodem z filmu sci-fi, która pozostaje nierozwiązana do dzisiaj. Płyta Inna po prostu przekładana z miesiąca na miesiąc od premiery nigdy nie dotarła do słuchaczy. Teorii jest wiele- jedni mówili, że "polska Janis Joplin" straciła głos- próbując udowodnić, iż głos Edyty w Niewinności łamie się i nie jest taki sam jak dawniej. Inni głosili, że ma problemy z narkotykami- co próbowali udowodnić przyrostem wagi i depresyjnymi tekstami, następni, "że wypaliła się", a jeszcze inni podtrzymywali teorię jakoby płyta "jest gotowa, ale Edyta jest taką perfekcjonistką, że non stop poprawia coś w warstwie muzycznej". Ja uważam, że ta płyta nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego. To aż dziwne, że piosenka, która w tekście zawierała wersy sugerujące dosłowne zniknięcie "Dokąd odeszłaś moja piękna?/Co z tobą stało się?/Zgubiłaś drogę." albo "Wiem, że jeszcze kiedyś nadejdzie taki dzień/W tłumie przechodniów/Całkiem przypadkiem ujrzę cię" nie mogły być przypadkowe. Być może Edyta wyczuwała, iż coś przeszkodzi jej wydać płytę i wysłała do fanów taką oto zaszyfrowaną informację? Mijały lata, a artystka pojawiała się sporadycznie- to w duecie z Krzysztofem Krawczykiem, to na koncercie jubileuszowym zespołu Myslovitz, ale płyty jak nie było tak nie ma. W końcu- po dekadzie milczenia coś się wydarzyło. Wielki powrót rozpoczęty koncertem na Orange Warsaw Festival, zapowiedź nowej płyty- o jakże ciekawym tytule Tam, dokąd zmierzasz i wywiady do gazet, gdzie piosenkarka wyjaśniała szczegóły zniknięcia dały fanom nadzieję. Na festiwalu gwiazda wykonała dwie piosenki ze swojego przyszłego krążka- Madame Bijou oraz Upaść, by wstać. Chwilę potem usłyszeliśmy informację, iż Edyta nagrywa dla Disneya! Piosenka Witaj w moim świecie- nagrana na potrzeby Kubusia Puchatka była pierwszym utworem do bajki tej hollywodzkiej wytwórni, skomponowanej przez Polaka. Powód do dumy dla wszystkich fanów Edyty. Na zdjęciach promocyjnych, teledysku do piosenki i koncertach Edyta wygląda świetnie! Kto by uwierzył, że w wieku 47 lat można wyglądać tak młodo? Jeżeli Edyta naprawdę zniknęła z powodów zdrowotnych, to naprawdę kuracja wyszła jej genialnie. Ostatnio rozpoczęła nawet mini-trasę koncertową, gdzie gra kolejną nową piosenkę- Renovatio. Wygląda na to, że ona naprawdę wstaje i uważam, że już niedługo wróci w wielkim stylu. Ponoć w Lutym wchodzi do studia, by nagrać wokale na płytę. Kto wie? Może naprawdę Edyta Bartosiewicz Upadła, by powstać? A może to kolejny blef, by po prostu trzymać przy sobie fanów? Przekonamy się na własnych uszach już niedługo. Tymczasem- pozostaje nam czekać na powrót artystki.

Post Scriptum.
Artykuł jest naprawdę długi- aż sam nie wierzę, że tak bardzo się rozpisałem, kiedy nie dysponuję jakimiś ogromnymi pokładami weny twórczej. Postanowiłem, iż ten "urodzinowy prezent" dla Edyty Bartosiewicz będzie początkiem serii. Jak pewnie zdążyliście się domyślić posty o tytule "Przyjrzyjmy się..." będą zawierały krótką biografię artysty/zespołu, aby ci którzy nie znają- poznali, a ci którzy już znają dokonania opisywanych bohaterów, dowiedzieli się może czegoś nowego. Chciałbym wam ze szczerego serca podziękować za to, że jesteście i że czytacie mojego bloga- bez was nie dałbym sobie rady i pewnie dawno temu bym to skończył. Z Korepetycjami z muzyki wiążę większe plany i staram się myśleć przyszłościowo (o efektach dowiecie się już niebawem :)). Oprócz serii "Przyjrzyjmy się" mam jeszcze trzy inne pomysły, ale na razie nie będę ich zdradzać. Dowiecie się wszystkiego jako pierwsi, gdy tylko uzyskam porządane efekty w postaci kolejnych postów.
Pozdrawiam z całego serducha wszystkich czytających.
Waflekins.

piątek, 11 stycznia 2013

Na nowo.

Witam was po dosyć długiej przerwie, niestety trochę poległem i zawiodłem co do moich planów co do postowania (niestety przytłoczył mnie ogrom pracy poza blogiem- i na niej musiałem się najbardziej skupić). Od teraz postanowiłem nie wyznaczać sobie dokładnego harmonogramu, gdyż nie umiem się takowego trzymać. Posty będą się pojawiać i zostanę przy zapowiadaniu nowego posta na końcu poprzedniego, bo ta metoda jak na razie się sprawdza. W ramach rekompensaty mogę was zapewnić, że ułożyłem sobie idealny plan co do blogowania, mam nadzieję, że się powiedzie. Wiem już mniej więcej co publikować aż do marca- pomysłów jest mnóstwo. Jeżeli chcecie się jednak podzielić ze mną jakąś muzyką, którą warto poznać (co ciekawsze tytuły po przesłuchaniu będę na pewno recenzować), wydarzeniem, czy po prostu napisać coś do mnie- piszcie na specjalnego maila- muzycznekorki@gmail.com. Jednym słowem- roboty jest ogrom. Tymczasem zapraszam was do nowego posta, pierwszego w 2013 roku.




















Pamiętacie, gdy opowiadałem wam o Dido i jej najnowszej płycie Girl who got away? Jeżeli nie to polecam zaznajomić się z artykułem "Dziewczyna, która uciekła" do którego zamieszczam wam link (http://muzczne.blogspot.com/2012/12/dziewczyna-ktora-ucieka.html). Miesiąc temu poznaliśmy piosenkę Let us move on wykonaną z raperem Kendrickiem Lamarem. Wówczas w muzycznych mediach (w tych zagranicznych rozeszło się to jakoś huczniej niż w tych polskich) zapanował szał związany z powrotem artystki- wszyscy zastanawiali się, czy wypuszczony do sieci utwór jest pierwszym oficjalnym singlem z płyty. Do piosenki powstał również tzw. "lyrics video"- ostatnio bardzo popularny wśród wielu artystów typ prezentowania najnowszych utworów, do których nie ma jeszcze teledysku. Z tej metody poza Dido skorzystali m.in. Hey, Adele, Rihanna, czy też szczeciński raper Łona. Artystka długo milczała co do nowej piosenki, dopiero wczoraj na oficjalnym facebookowym profilu piosenkarki pojawiła się notka o tym, że pierwszym singlem radiowym, promującym krążek Girl who got away stał się kawałek zatytułowany No freedom. Wraz z informacją zamieszczono zdjęcie rękopisu artystki z wypisanym tekstem nowego utworu.    Oprócz tego zapowiedziano, że premiera dzisiaj po godzinie 11.30 czasu lokalnego w programie drugim radia BBC. 

Widać artystka miała wszystko zaplanowane, gdyż zaraz po premierze piosenki na antenie, do sieci wypłynął videoclip (czyżby pierwszy teledysk)? No freedom całkowicie różni się od prezentowanego poprzednio Let us move on. Tym razem kawałek brzmi znajomo- bardziej w stylu piosenkarki niż duet z Lamarem, nie ma eksperymentowania i podróży w nową stronę. Mamy za to wpadający w ucho refren, wyśpiewywany przez Dido na wielu ścieżkach, w tle przygrywa gitara, a słuchając nowego singla robi się cieplej na sercu. Najnowsza produkcja przypomina ballady z debiutanckiej płyty No angel, mimo iż od jej premiery minęło prawie półtorej dekady artystka wciąż trzyma poziom, stworzyła swój własny styl i wcale nie brzmi on jak przysłowiowy "odgrzewany kotlet". Mimo iż ballada bardzo mi się podoba, to boję się o jej przetrwanie na listach przebojów. Teraz- kiedy musi konkurować z hitami takimi jak Skyfall Adele, Diamonds Rihanny, czy obecnym numerze jeden na UK Top Charts, przebój Jamesa Arthura Impossible, najnowszy singiel Dido nie ma dużych szans na przebicie się. Jako otwarcie płyty sprawuje się idealnie, ale gorzej już z walczeniem o miejsca w podium na listach przebojów. Chociaż, kto wie... przecież kto spodziewał się sukcesu Gotye, czy Gangnam Style? :)


Oprócz singla dane nam już jest zobaczyć okładkę w wersji internetowej oraz znamy datę premiery płyty- jest to 4 marca (idealny prezent na Wielkanoc, czyż nie?). Co więcej! Płyta jest już do kupienia w serwisie iTunes jako pre-order- zamawiając ją otrzymamy jednak już dziś Let us move on oraz No freedom. Doszły mnie również słuchy o tym, że płyta ma zostać wydana w wersji deluxe- z różnymi bonusami w postaci dodatkowych piosenek, remiksów i innych wersji utworów z krążka. Jak widać Dido nie próżnuje, tylko czy krążek zyska przychylność fanów jak te poprzednie? Przekonamy się już za 2 miesiące...

Dzisiaj- 11 stycznia- urodziny obchodzi jedna z największych gwiazd polskiej sceny lat '90, Edyta Bartosiewicz. Jako iż bardzo cenię sobie jej dorobek i życzę jej jak najszybszego powrotu do muzyki, kolejny post będzie t.j. prezentem ode mnie dla niej i napiszę coś o Edycie. Jako zajawkę mogę przypomnieć wam piosenkę- Szał- z płyty Szok'n'Szoł z 1995. Teledysk w całkiem przyzwoitej jakości, zdatnej do oglądania (nie jak większość starszych teledysków na portalu Youtube), polecam posłuchać i zajrzeć za kilka dni.

Waflekins.

niedziela, 16 grudnia 2012

Dziewczyna, która uciekła.

Nie było jej od 2008 roku, kiedy zamknęła swoją dyskografię albumem Safe trip home. Wówczas płyta odniosła o wiele mniejszy sukces niż dwie poprzedniczki. Może dlatego, że bardzo odbiegała od tego, co artystka zaprezentowała na poprzednich krążkach? Albo była to po prostu płyta udowadniająca, że autorka nie jest tylko kompozytorką radiowych hitów i potrafi stworzyć coś bardziej poważnego niż cieszące się sławą pop-songi?

W każdym razie od tamtej pory Dido pojawiała się w mediach tylko sporadycznie- dowiedzieliśmy się o jej ciąży, potem tworząc piosenkę do filmu 127 Hours wraz z AR Rahman'em, została nominowana do Oscara (na gali jednak nie wystąpiła), co jakiś czas pozwalała też sobie na koncertowanie, ale o artystce wciąż było cicho. Dopiero niedawno zaczęło dziać się coś poważniejszego. Dido na swoim facebooku, co jakiś czas informowała o tym, że już niedługo będzie wchodzić do studia. Potem zaczęły się sesje zdjęciowe i coraz ciekawsze newsy- największy szał wywołała lista jedenastu nowych piosenek z najnowszego albumu, który będzie nosić tytuł Girl, who got away. Polskie tłumaczenie brzmi Dziewczyna, która uciekła- stąd też nazwa całego artykułu. Osobiście byłem bardzo uradowany faktem, że jedna z bardziej lubianych przez mnie artystek brytyjskiej sceny muzycznej powraca po tak długiej przerwie.

Jaka będzie na Girl who got away? Podąży spokojną, nieradiową ścieżką jaką utworzyła sobie na poprzedniej płycie, czy powróci do starych klimatów z Life for rent oraz No Angel- gatunkowo z pogranicza popu, soulu i trip-hopu- pełnych bomb takich jak Take my hand, See when you're 40 albo Don't leave home. Cóż, namiastkę tego dostaliśmy w postaci przedpremierowo ujawnionej piosenki- duetu trzeciej ścieżki z albumu zatytułowanej Let us move on, duetu z raperem Kendrickiem Lamarem. Szczerze mówiąc, mnie uwiodła nowa produkcja artystki. Brzmi to świeżo. Zdecydowanie lepiej od kompozycji z poprzedniego krążka z 2008 roku. Trochę przypomina mi to słynny Stan wykonany wraz z Eminemem. Nowy singiel jest jednakże o wiele dojrzalszy. Jest spokojny- deszczowy wręcz- a tym samym bardzo emocjonalny, jak wiele piosenek artystki z poprzednich płyt. Od razu można zauważyć, że Dido rozwinęła swój warsztat i doszła do poziomu wręcz doskonałego- wszystkie instrumenty zgrywają się wraz z głosem artystki i łączą się w idealną symbiozę. Trochę brakuje mi gitar, które znajdowały się w jej repertuarze od zawsze. Mimo to mam nadzieję, że na najnowszym albumie znajdzie się chociaż jedna akustyczna ballada- bo czym bez tego byłaby płyta Dido?


Dla przypomnienia- dziewczyna ukryta pod pseudonimem Dido to tak naprawdę Dido Florian Cloud de Bounevialle Armstrong. Zadebiutowała w 1999 roku płytą No Angel (wydanej nakładem wytwórni Artista Records), która odniosła bardzo duży sukces za sprawą singli Thank You- prezentowanego w radiach i telewizjach muzycznych całego świata do dzisiaj- oraz Here With Me, który stał się motywem muzycznym do serialu Roswell: W kręgu tajemnic. Jak dla mnie jedna z najlepszych angielskich płyt, jaka mogła ujrzeć światło dzienne. Debiutu Dido można słuchać godzinami i wciąż brzmi to perfekcyjnie. Żadnemu artyście solowemu lub zespołowi nie wyszedł tak dobry start w świat muzyki. Należy też wspomnieć o tym, że jej bratem jest niejaki Rollo Armstrong- członek również znanej grupy Faithless (niestety rozwiązanej w 2011 roku). Rodzeństwo czasem łączyło swoje siły i wspólnie wydawało, czego dowodem są piosenki takie jak One step too far, Feeling good, tudzież North Star. Słychać, że krewniacy idealni się rozumieli, gdy tylko wchodzili do studia nagraniowego. Duety te stanowią ciekawe uzupełnienie ich dorobku- jednego już zamkniętego, zwieńczonego krążkiem The Dance z 2010 roku i drugiego- czekającego, aby odnosić kolejne sukcesy, czego bardzo życzę piosenkarce. Na Dziewczynę, która uciekła musimy jednak jeszcze trochę poczekać. Premiera jest bowiem dopiero zapowiedziana na przyszły rok. Czymże jest jednak kilka miesięcy w porównaniu do 4 lat, przez które musieliśmy czekać na jakikolwiek znak od Dido?
Z pozdrowieniami.
Waflekins.