Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pati Yang. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pati Yang. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 maja 2015

Bomba emocjonalna

Zanim zrobiłem sobie wakacje od Korków i odnosiłem się do dyskografii Pati Yang, jej krążek "Faith, Hope + Fury" z 2009 roku, za każdym razem nazywałem ją jej najsłabszym dokonaniem. Nie rozumiałem zachwytów jakie wzbudzała w niektórych osobach. Dziwiłem się, gdy znajdowali się fani Pati Yang, którzy stawiali "Faith, Hope + Fury" na pierwszym miejscu podium najlepszych wydawnictw artystki.
Wreszcie przyszedł ten dzień, że wypatrzyłem płytę przypadkiem na sklepowej półce, a że twórczość Pati nie jest mi obojętna, pomyślałem - ryzyk fizyk, kupuję. Po przesłuchaniu całej płyty od początku do końca moje zdanie na temat krążka zaczęło się zmieniać. Dziś bardzo cenię te piosenki, ale wciąż nie uważam ich za lepsze od tych, które znajdują się na debiutanckiej "Jaszczurce"
Dziś recenzja "Faith, Hope + Fury" - ostatniej (jak na razie) płyty z dyskografii Pati Yang, której tutaj nie opisałem.

Płyta: Pati Yang - "Faith, Hope + Fury"

Gatunek: Muzyka elektroniczna

Wydawnictwo: EMI Music

Data wydania: 2009

Najlepsze utwory: "Summer Of Tears", "Red Hot Black", "Over", "Outside", "The Boy in Your eyes"









Co to za Pani Pati?

Jak przy każdej recenzowanej tutaj płycie tej Pani, przybliżę kilka szczegółów z jej życiorysu, także kto wie co nieco o Pati, spokojnie może przeskoczyć do kolejnego nagłówka. 
Patrycja Grzymałkiewicz czyli Pati Yang urodziła się i wychowała w Polsce. Tutaj mieszkała do 16 roku życia, dopóki wycieczka do Anglii nie przerodziła się w dłuższy pobyt, rozpoczęcie nauki w londyńskiej szkole muzycznej i początek tworzenia podwalin swojego debiutu fonograficznego, zatytułowanego "Jaszczurka", który wyda po powrocie do Polski w 1998 roku. Niestety odmienne spojrzenia na karierę artystyczną wydawcy oraz artystki, doprowadzają do konfliktu z wytwórnią i słabej promocji bardzo dobrej płyty. Pati Yang po zakończeniu trasy koncertowej w Polsce, wyjeżdża i koncertuje po hipsterskich klubach w Europie, aby ponownie trafić do Anglii i zamieszkać tam już na stałe. Poznaje tam swojego przyszłego męża, Stephena Hiltona, z którym nawiązuje współpracę przy nowym projekcie Children (ten wydaje na świat tylko dwie piosenki, ale przeradza się w większy projekt FlyKKiller (o, jeszcze go mogę kiedyś zrecenzować, super)). Pati odnosi w Anglii kilka sukcesów - m.in. nagrywa z Davidem Holmesem ścieżkę dźwiękową do dosyć popularnego filmu "Ocean's Twelve", współpracuje z wszelkiej maści guru muzyki trip-hopowej, w której utrzymany był jej debiutancki krążek. Wszystko to prowadzi do nagrania w 2005 roku w legendarnym Air Studios (z którego korzystali też Coldplay, Muse, czy Florence+The Machine) swojej drugiej płyty - "Silent Treatment". Utrzymana jest w podobnej stylistyce co debiut, a za sprawą singla "All That Is Thirst" odnosi nawet umiarkowany - jak na muzykę niszową -sukces komercyjny i kończy się nawet wizytą w Opolu na "Superjedynkach" (szczyt marzeń spełniony). 

piątek, 8 sierpnia 2014

Terapia cud

Dzień dobry wszystkim!

Tej nocy skończyłem oglądać "Przyjaciół". Szło mi naprawdę długo oglądanie 10 sezonów (zwłaszcza, że nie jestem z tych, którzy oglądają po sześć odcinków naraz) i od kwietnia zdążyłem się dość mocno przywiązać do paczki tych radosnych mordek. No jestem troszkę w rozsypce i nie wiem za co się teraz zabrać (jeżeli ma ktoś jakiś serial do polecenia to zapraszam do pisania w komentarzach albo na maila). Aby odetchnąć po troszku, zapoznam Was z płytą wybitną. Nazwałbym ją płytą dnia, ale zasługuje na zdecydowanie większe miano - płyta miesiąca, roku, milenium?
Będzie dziś o krążku artystki, na której kolejne wydawnictwo już od bardzo dawna wyczekuję (nieoficjalne info jest takie, że premiera ponoć w styczniu - o ile ponownie jej nie przełoży), pojawiła się na blogu już kilka razy, a jej muzykę darzę przeogromnym uczuciem. Proszę państwa - przed Wami Pati Yang i "Silent Treatment". Zapraszam do lektury :D

Pati Yang - "Silent Treatment", EMI Music, 2005

Dojrzewając artystycznie.

Okres między debiutancką "Jaszczurką" (nad którą zachwycałem się na Korkach dawno temu - zresztą zachwycam się tym dziełem każdego dnia, tylko już o tym nie piszę) a jej następczynią to prawie dekada (mniej więcej 7-8 lat). Przez ten okres w życiu Pati Yang wydarzyło się naprawdę wiele. Debiut nie sprzedał się tak dobrze jak wyobrażali sobie wszyscy - od redakcji Machiny, która jeszcze przed premierą zapowiadała w dziewczynie nową nadzieję polskiej muzyki elektronicznej, a w jej rękach umieszczała już rozmaite nagrody typu Fryderyki, aż po samo wydawnictwo, z którym Pati od początku wydawania "Jaszczurki" zbytnio się nie rozumiała. Po trasie koncertowej kompozytorka wyprodukowała dwie bardzo dobre piosenki do filmu "Egoiści", wzięła udział w projekcie "Młodzi Śpiewają Klasyków", gdzie przedstawiła swoją dosyć mrocznie zeschizowaną interpretację wiersza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i dalej nagrywała. Po ówczesnych przymierzaniach się do nowej płyty pozostał tylko zbiór nigdy nieopublikowanych utworów, pochodzących z nieznanego bliżej roku, który krąży gdzieś w czeluściach internetu (kto będzie chciał i się rozejrzy, na pewno znajdzie tego nielegala). 
Następnie Pati wyjechała na kilka mniejszych koncertów do Belgii. Jak wspomina - stamtąd było już blisko do Anglii, więc wybrała się i tam na kilka chwil. W Wielkiej Brytanii została już na stałe, aby odnaleźć swoje miejsce na ziemi. Zapoznawszy się ze swoim przyszłym mężem Stephenem Hiltonem utworzyła projekt Children (ich debiutancki singiel utrzymany w trip-hopowej stylistyce był prekursorem do narodzenia się FlyKKillera, o którym na pewno kiedyś jeszcze wspomnę), nagrywała z nim muzykę do wielu filmów w tym "Ocean's Eleven", czy "Ocean's Twelve". 
Wreszcie coś jednak tknęło na szczęście artystkę, aby powrócić do solowego projektu. Tym razem do pomocy w studiu zaprosiła narzeczonego (co nie było złym pomysłem mając na uwadze to, że facet miał za sobą współpracę z takimi nazwami jak No Doubt, Moloko, Depeche Mode, czy Pet Shop Boys). Ale rozgadałem się na temat historii i zapomniałem o najważniejszym, czyli o samym efekcie współpracy - taki zafundowany przez Pati "Silent Treamtent" (czyli na polski "Terapia ciszą") to kuracja, na którą na pewno każdy fan dobrej muzyki chciałby się udać.

sobota, 18 stycznia 2014

Przewody i iskry smutku.

Hejo Wam wszystkim kochani czytelnicy!
Jak pogoda u Was? Zima już zaatakowała? U mnie w Szczecinie na szczęście pogoda dalej bardziej przypomina późny listopad niż połowę stycznia. Dla mnie mogłoby tak zostać już do marca (w tym roku jakoś nietypowo dla mnie wypatruję wiosny). Z racji szarugi i deszczowej atmosfery za oknem wzięło mnie jakoś na wspominki. Postanowiłem więc opisać płytę, która towarzyszyła mi praktycznie przez całą ostatnią jesień i z której każdy wers trafia w moje serce jak strzała Kupidyna. Całkowicie zakochałem się w tym krążku, jego nostalgicznym klimacie i przepięknych refleksjach. No i oczywiście ciekawej warstwie muzycznej, za którą odpowiada nie byle kto :)
Zaraz wszystkiego się dowiecie. Więc standardowo zapraszam do lektury!

Pati Yang- "Wires and Sparks", EMI Music, 2011

Przemiany.
Pamiętacie może Pati Yang i jej debiutancki album "Jaszczurka", który wydała w 1998 roku mając zaledwie 18 lat? Zatrzymaliśmy się na jej historii chwilę po debiucie, który posiadał ogromny potencjał, jednak promowany był dosyć nieudolnie, co poskutkowało tym, że płyta przeszła praktycznie bez jakiegokolwiek echa. Pati próbowała potem nagrać jeszcze jeden album, który nie został wydany i wyciekł po latach do internetu. Znany jest dzisiaj jako rarytasowy "Unrealased Songs". W 2001 roku dziewczyna opuściła na długi czas Polskę i udała się ponownie do Anglii - w kierunku Londynu. Poznała tam swojego męża - Stephena Hiltona - z którym wydała dwie płyty - magiczne i mroczne Silent Treatment oraz mniej udane (a może po prostu jeszcze się nie przekonałem?) Faith, Hope & Fury. Założyła z nim również drugi zespół FlyKKiller, który jest swoistym powrotem do mrocznych brzmień rodem z Bristolu, od których artystka powoli odchodziła. 

My jednak przeniesiemy się jeszcze dalej. Drogi Pati i Stephena ostatecznie rozeszły się. Po rozwodzie  Stephen Hilton zaczął tworzyć muzykę do filmów, a Pati trafiła do Indii, gdzie miesiąc spędziła w Świątyni Sivananda, gdzie odbyła kurs na nauczyciela yogi. Wreszcie w 2011 roku artystka zdecydowała się na nagranie albumu, który byłby jednocześnie spowiedzią z całej historii małżeństwa. Jak sama przyznała - powróciła wtedy do Warszawy, aby odnaleźć ten kawałek siebie, który zostawiła opuszczając rodzinne strony. Zamknęła się w domowym studiu, stworzonym w starym mieszkaniu na warszawskim Śródmieściu. Do współpracy zaprosiła Joe Cross'a, który odpowiedzialny jest na przykład za dokonania zespołu Hurts. Zainspirowany producent również przybył do Warszawy. W wywiadach wokalistka wspomina, że wielokrotnie udawali się do warszawskich dyskotek w poszukiwaniu oryginalnych brzmień. Prace rozpoczęte (pierwszy raz od 1998 roku) w Polsce, zakończone zostały w Manchasterze, a ich efektem była płyta Wires and Sparks.

Zdania podzielone.
Jest to płyta zupełnie inna od wszystkich poprzednich dokonań Pati. Słychać to już od rozpoczynającego całość "Let it go", który można potraktować jako wyznacznik charakterystycznych cech całego albumu. Jest energicznie, bardzo dużo nowoczesnej, skocznej elektroniki i chwytliwych synth popowych kompozycji. Skojarzeń może nasunąć się bardzo wiele od Depeche Mode aż po Kate Bush. Niewątpliwie jest to jednak płyta na poziomie światowym. O ile nowa odsłona Pati przypadła wielu osobom do gustu, tak znalazła również wielu przeciwników, którzy skrytykowali zmianę stylistyki, a samemu albumowi wytknięto mdłość i powtarzanie powielanych schematów. Ja oceniam całą zmianę na plus. Pozytywne piosenki dodają energii, a mimo to mają w sobie jakąś nostalgiczną nutą - przykładem jest na przykład wspominany utwór otwierający, który zaczyna się zwrotem "On the day you said you're lost did you just sit down and cry?" mimo wszytko muzyka cały czas jest smutna, deszczowa. Elektrobomb mamy na Wires and Sparks jeszcze kilka - "Revolution baby", które posiada nawet akcent rockowy, "Darling" bardzo chwytliwe, sprawdziłoby się jako singiel, tytułowe "Wires and Sparks" to istny majstersztyk elektro popu! Ciekawostką jest pierwszy utwór promujący płytę - "Near to god" - początkowo miał być przeznaczony na drugą płytę FlyKKillera jako elektroniczna ballada o charakterze pacyfistycznym (bardzo podoba mi się zwrot "Make love, hold still until the sun melts to gold", którą Pati przerobiła na klimaty podpadające prawie pod techno. Dla ciekawych pod spodem dwie wersje piosenki.

















Energicznie, ale i deszczowo. 
Płyta jednak to nie tylko elektorniczne łupanki. Znajduje się na niej kilka ballad, które potrafią złapać za serducho i naprawdę poruszyć. Na pewno warto wspomnieć o poruszającym  "Breaking Waves" - jak dla mnie opowieść osoby, która wspomina dzień, w którym jej ukochana osoba utonęła. Wspaniale opowiedziana historia, która rozwija się z każdym wersem i chwytliwy refren, idealny do słuchania w czasie burzy. Mamy również moją ulubioną piosenkę z płyty - zamykający całość równie deszczowy "Fold" muzycznie nieco zbliżony do "Let it go". Jest on pełen emocjonalnych wyznań - głównie w refleksyjnym refrenie, w którym pada stwierdzenie "I'm lonesome. Is that a crime? 'Cause I don't wanna feel guilty no more". Jest też "Take a While", rozpoczynające się akompaniamentem na pianinie, jednak potem rozwijające się w całą elektroniczną orkiestrę. Mimo tego, iż jest to dobry utwór na wysokim poziomie, to nie potrafię zrozumieć jego wyboru na drugi singiel. Na płycie znalazłoby się mnóstwo innych, bardziej radiowych piosenek.

Polska znowu nie gotowa. 
O ile "Jaszczurka" wydana w Polsce przeszła bez echa, o tyle "Wires and sparks" już wywołało trochę zamieszania. Niestety nasz kraj znowu nie był przygotowany na ten album. Płyta w radiu BBC uznana za piękny, nowoczesny pop z wielkim potencjałem, w Polsce uznany został za techno łupankę i "sprzedanie się" wiele osób skrytykowało Cross'a za zaniedbanie potencjału Pati. Wielu skrytykowało technikę śpiewania i nową stylistykę. Więc o ile w Anglii płyta zyskała niejako komercyjny sukces i doczekała się wznowienia w postaci dwóch EP-ek "Wires and Sparks" oraz "Hold Your Horses" (pod spodem obie do przesłuchania na Spotify), które sprzedawane były jedynie za wielką wodą, o tyle u Nas wszyscy wykłócali się, czy jest to płyta wybitna, czy beznadziejna. Ja jestem pośród zwolenników pierwszej opinii ;)
No cóż to by było na tyle. Na dniach kolejny post - będzie coś z serii "Przyjrzyjmy się", także zapraszam Was ciepło do subskrybowania bloga, by być na bieżąco, do pisania na maila muzycznekorki@gmail.com i pisania komentarzy!
Pozdrawiam!
Waflekins.



czwartek, 16 stycznia 2014

Noworocznie.

Kurcze pieczone. Witam Was w nowym roku! :)
Nie chciałem zaczynać roku tego typu postem, walczyłem ze sobą wiele czasu, żeby nie kopiować tego "podsumowania 2013 roku" tak słynnego na innych tego typu portalach. No bo w sumie wiecie, co miałbym w takim poście napisać? Wiecie, czym się zasłuchiwałem. Musiałbym powtórzyć jak wspaniałe i pozytywne są Domowe Melodie, nowa płyta Mikromusic to wspaniały krok na przód dla tego zespołu, Crystal Fighters zaatakowali rynek nową dawką energii, wciąż zachwycam się Jaszczurką Pati Yang, a pod koniec roku na nowo zakochałem się w ONA. Ahh, no i na pierwszych miejscach musieliby znaleźć się Sorry Boys oraz Edyta Bartosiewicz i po raz kolejny powtórzyć, że "Renovatio" to płyta wybitna. No ludziska sami powiedzcie, ile można? Mimo wszystko cała ta noworoczna aura wywarła na mnie wpływ i podsumowania, zestawienia i inne tego typu refleksje aż cisnęły mi się na serce. Postanowiłem, że dam temu wypłynąć, z tą jednak różnicą, że Ja zamiast skupić się na zeszłym roku, który można już upchnąć na spokojnie w szufladce z napisem "przeszłość", zastanowię się nad przyszłymi trzystoma paroma dniami. 
Zanim zacznę opowiadać, cofnę się z Wami w czasie jeszcze wcześniej niż do zeszłego roku - zatrzymamy się na moment w 2012, kiedy to blog zaczynał raczkować (boże, ale on już stary!). Powiedziałem sobie wtedy, że tym razem pojadę na Opener'a, który wtedy moim marzeniem był już od jakichś dwóch lat. Udało się. Stwierdziłem również, że nie opuszczę bloga (co dawniej mi się zdarzało - tamte blogi były jednak dziecinną zajawką i na próżno będziecie ich szukać w krainie internetu - zatarłem wszystkie ślady :)) i jeżeli tylko będę mieć coś do powiedzenia, to się najzwyczajniej w świecie odezwę. Obie z tych rzeczy się udały. I jestem z tego dumny. Czy w roku 2013 też coś sobie postanowiłem? 
Oczywiście!
Tym razem mam zamiar pojechać w sierpniu do Kostrzyna Nad Odrą i zobaczyć w końcu Przystanek Woodstock. Jest to moje marzenie, które co roku - dokładnie planowane - niestety nie wychodzi z tych, czy innych względów, tym razem mam zamiar jednak zrealizować ten pomysł. Jak się będę bawić na scenie w rytmie Skid Rowa, T.Love i Lao Che? Tego dowiecie się już wkrótce? Na pewno w tym roku będzie o wiele więcej postów na przełomie maja i października, gdyż po maturze czekają mnie najdłuższe wakacje w życiu. Myślę nad stworzeniem wówczas zupełnie nowego cyklu, ale nie mam pojęcia jak to wyjdzie. Na razie nie zapeszam. Kolejny punkt - stworzyć wreszcie profil na facebookowy dla bloga! Chcę również zobaczyć na żywo Pati Yang i przeprowadzić wywiad z jakimś znanym muzykiem. Z postanowień pozamuzycznych zrobię sobie tatuaż i zacznę uczyć się języka rosyjskiego - to takie najważniejsze i najmocniejsze punkty programu. Innych nie ma. 
A teraz to na czym miałem się skupić w tym poście, a ostatecznie temat zszedł na zupełnie inne tory (stety niestety chyba nigdy nie nauczę się trzymać tylko jednej kwestii i nie rozgadywać :)). Na co czekam w 2014 roku muzycznie? Ciekawić mnie będzie na pewno pierwsza płyta solowa Damona Albarna - wokalisty zespołów blur (który słyszałem na żywo) oraz Gorillaz. W internecie na razie znaleźć można tylko kilkusekundowy trailer płyty. Coraz więcej mówi się też o tym, że wydawać ma Adele - świeżo upieczona Mama urlop macierzyński ma już raczej za sobą. Z polskich płyt wypatrywać będę czegokolwiek spod szyldu Hey/Nosowska. Raz, że od wydania ostatniej płyty - "Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan" minęły już prawie dwa lata, a dwa - Ja zawsze wypatruję płyty Kasi solo albo Hey'a. Na pewno ciekawy jestem długogrających krążków Much (które ostatnio uraczyły Nas już singlem promującym nowe wydawnictwo), Happysadu (przy okazji obchodzić będzie 10-lecie wydania pierwszej płyty, także będzie ciekawie) oraz Pati Yang (mam nadzieję, że płyta zapowiedziana na marzec w końcu się pojawi i tym razem nic nie przeszkodzi artystce w jej wydaniu). Ostatnia wspomniana pozycja ciekawi mnie najbardziej dlatego, że "Man is a dreamer" - nowy materiał twórczyni "Jaszczurki" ma być całkowicie rockowy, jego namiastką jest singiel "I'm ready" z końca 2012 roku. Ciekawy też jestem solowego albumu Artura Rojka. Jaka będzie odpowiedź byłego wokalisty Myslovitz na to, co wyprodukowała jego była formacja bez niego? W sieci jest już również "zwiastun" płyty. Jak w przypadku Damona Albarna - jest to tylko kilka sekund, w czasie których pan Artur przechadza się wiosenną porą (a może to wczesna jesień) po enigmatycznej wiosce w rytm nastrojowego, chill outowego motywu. 2014 zapowiada się bardzo ciekawie...

Jakże długi teaser solowej płyty Damona.

niedziela, 6 października 2013

W kosmosie z Pati.

Dobry wieczór kochani czytelnicy!
Na wstępie chciałbym podziękować, za tak tłumne zainteresowanie postem o płycie Renovatio Edyty Bartosiewicz- osobiście chciałbym przeprosić za wszelkie gafy jakie tam popełniłem (bo kilka ich jest, gdybym tylko mógł byłyby już poprawione, ale niestety na to już za późno, trudno :)). Przez długi czas cierpiałem na zbyt dużą wenę i wymyślałem temat za tematem, którymi was na pewno wkrótce uraczę- aktualnie tworzą się dwa, żaden jednak nie jest ukończony z racji tego, że są to trochę poważniejsze i ambitniejsze posty, nad którymi muszę pomyśleć dwa razy. Ewentualnie dziesięć. Jednak, żeby nie było ciszy zdecydowałem się na inny post- również z grona tych, które sto lat czekają na udostępnienie większemu gronu czytelników. Dzisiaj jest na niego idealna pora. Jest już za oknem całkiem ciemny- jesienny, lekko mglisty (przynajmniej w Szczecinie), chłodny wieczór i nie mam w zanadrzu żadnych innych postów, którymi sypnąć niczym mag asami z trochę przydużego rękawa dziurawego, starego swetra. "Teraz albo nigdy"- pomyślałem. Zatem dzisiaj pomówimy o płycie dla mnie wyjątkowej i niesamowitej, jeżeli chodzi o polskie rynek muzyczny.

Dzisiaj zapoznam Was z osobowością
iście kosmiczną.
Z płytą zapoznałem się jakieś półtorej roku temu, gdy usłyszałem "głównego" singla promującego krążek- "Jaszczurkę" z dnia na dzień stał się moim osobistym przebojem, do którego bardzo często wracam. Wyprodukowany on został w 1998 roku przez młodziutką, 18-letnią Patrycję Grzymałkiewicz- z dzisiejszej perspektywy już Patrycję Hilton (ale mówimy teraz z perspektywy końcówki lat '90). Której historia jest iście niesamowita. Kto by pomyślał, że dziewczynka, która za młodu jeździła w trasy z Lady Pank, bo jej Mama związana była z Janem Borysewiczem- ówczesnym liderem grupy. W wieku 15 lat wymsknie się z domu w Polsce do odległej Anglii, gdzie zamieszka całkowicie sama i podczas lekcji w szkole muzycznej na wydziale pop music, zacznie tworzyć piosenki, które trzy lata później wyda na własnej płycie, nagranej już po powrocie do kraju? Czyste szaleństwo prawda? To poczekajcie i zobaczcie jaka to była płyta! Bo z popem na pewno nie miała nic wspólnego. Dzisiaj zapoznamy się z płytą Jaszczurka, zapraszam! :)


Pati Yang- Jaszczurka, 1998, Sony Music Polska
Między jawą, a snem.
Artystka zapytana kiedyś w jednym z wywiadów o tą płytę, stwierdziła, że "jest to płyta o młodej dziewczynie zagubionej gdzieś między światem realnym, a światem snów"- albo coś bardzo podobnego w ten deseń (niestety teraz nie mogę znaleźć nigdzie tego cytatu jak go potrzebuję). I niewątpliwie coś w tym jest. Udowadnia nam to już otwierający płytę, bardzo agresywny utwór Si- mający być początkowo kawałkiem tytułowym- (na nazwanie płyty nie zgodziła się jednak wytwórnia Sony, która zmusiła Pati do nazwania płyty tytułem singla). Dość potężny wstęp i wielu może przy nim odpaść- mi samemu na początku średnio przypadł do gustu, by teraz być jednym z moich ulubionych. Pati melorecytuje cały tekst, wcielając się w dziewczynę, opowiadającą (trochę pod wpływem alkoholu) Panu X parę słów o toksycznej miłości. Z każdej strony atakuje nas mocna elektronika, kojarząca się dzisiaj trochę z Crystal Castles, ale wtedy nikt nawet o nich nie słyszał. W Si już słychać z jakiego nurtu jest ta płyta. To nic innego jak trip hopowe dokonania Massive Attack, Portishead, czy Tricky'ego, przeniesione w nasze polskie, postpeerelowe realia. Kolejny kawałek 3 Pati stanowi trochę kontrast dla poprzedzającego utworu- zawsze kojarzyłem je sobie trochę z nocą i następującym po niej poranku. Chyba najbardziej chwytliwa ścieżka ze wszystkich na Jaszczurce z wpadającym w ucho gitarowym riffem. Potem dostajemy tytułową Jaszczurkę- śmiało to powiem- jeden z najpiękniejszych polskich utworów elektroniki łączonej z popem. Co więcej z wyśmienitym teledyskiem, dość psychodelicznym i prezentującym świat snów wspomniany przez Pati.

Teledysk do "Jaszczurki"
Po polsku i po angielsku.
Kolejnym naprawdę ciekawym kawałkiem jest Uwolnij- Ja tutaj czuję, że podmiot liryczny musiał przejść naprawdę wiele w swoim życiu. Niewiarygodne, że zwyczajna nastolatka potrafiła napisać coś tak przejmującego i mrocznego- z resztą sama oprawa muzyczna idealnie oddaje klimat. Aooh- to najkrótsza piosenka- trwa ledwo 3 minuty, ale szczerze mówiąc zawsze, gdy jej słucham zaczynam się bać- i to autentycznie narasta we mnie niepokój- sami z resztą przesłuchajcie w wolnej chwili, a zrozumiecie o co mi chodzi. Następnie dostajemy utwory już anglojęzyczne- Higher Perception, w którym da się usłyszeć przeogromne inspiracje Trickym, Underlegend- nigdy nie rozumiałem, czemu stał się drugim singlem (Nie zrozumcie mnie źle! Utwór jest muzycznie naprawdę ładny, spokojny, pozwalający odetchnąć z lekko pacyfistycznym tekstem, ale w żadnym wypadku nie jest to piosenka "do radia". Myślę, że w dużej mierze ta decyzja przeważyła o porażce komercyjnej krążka. By the way piosenka zawsze kojarzyła mi się z Another Brick in the wall Pink Floydów- sam nie wiem czemu.)- oraz Too late- zdecydowanie bardziej wpadającym w ucho niż ten wyżej wspomniany i co więcej żwawszym. Przeplatają się one z pozostałymi dwoma polskojęzycznymi trackami- Nie wróci- kawałek dla mnie enigmatyczny- nie wiem, co w nim jest takiego, że ciężko się od niego oderwać oraz Może zapomni- tekstowo zbudowanym z jednego zdania, wydaje mi się kontynuacją Aooh, które kończy się trochę nierozwinięte- w tej piosence słychać z kolei wielkie inspiracje grupą Portishead. Empty Temple- najspokojniejszy moment na całej płycie, gdzie podmiot liryczny właśnie opowiada o momencie, w którym umiera, przejmująca ballada oparta o dwa gitarowe chwyty, powoli rozchodzące się w przestrzeni. Niesamowita końcówka, po której zostajemy wbici w ziemię i pozostawieni w ciszy...

"Aooh"- a nie mówiłem? :)

Bristol w Warszawie.
...W ciszy trwającej aż do 2005 roku, ponieważ swój kolejny album Pati wyda dopiero wtedy. I to już poza granicami naszego kraju. Jaszczurka okazawszy się płytą jeszcze zbyt elektroniczną jak na polski rynek (gdzie dominował dalej rock) i z wytwórnią, która zbytnio nie wiedząc jak wypromować taką perłę, po prostu dała ciała, Pati zawinęła się ponownie do Londynu. Obecnie artystka ma na koncie trzy inne krążki (piąta płyta już w drodze), gdzie dalej pozostaje nietuzinkową dziewczyną z pomysłem- taką samą jak przy Jaszczurce.

Zanim to nastąpiło dalej w 1998 Pati ruszyła jednak w trasę, która również okazała się niewypałem z wielu powodów- jednakże były to na pewno magiczne wydarzenia. Chciałbym cofnąć się w czasie i móc usłyszeć np. Underlegend rozegrane na dwie perkusje (bo podczas trasy młodą Pati Yang wspomagała liczna trupa, nazwana Robot, którą w wywiadach artystka wspomina różnie- z jednej strony byli to ponoć wspaniali muzycy, z drugiej grupa naprawdę ciężka do ogarnięcia- ponoć na jednym z koncertów ów trasy jeden z muzyków wstał i poszedł do baru, z którego na scenę już nie wrócił, a gig kontynuowano bez jednego muzyka). Próba przeniesienia Bristolu do Polski nie udała się. Myślę jednak, że gdyby Jaszczurka ukazała się dzisiaj, Pati z dnia na dzień zyskałaby w naszym kraju sławę. Polecam posłuchać tej płyty, bo kto raz wkręci się w ten kosmiczny klimat na zawsze będzie wracać do tego układu... jak Ja :)

Waflekins.