I kolejne lato za nami. Razem z tym blogiem jest to moje drugie lato. Rok temu opowiadałem Wam o
płytach, które praktycznie zawsze wybrzmiewają u mnie w słuchawkach. W tym roku było nieco inaczej, bo ogólnie o płytach w przyjemnym, letnim klimacie. Stety niestety pora ciepłych dni już nawet na kartkach kalendarza przeminęła - a zastąpiła ją jesień. Niektórzy mówią, że jest ona nawet ładniejsza niż lato (zbieracze liści i kasztanów - łączmy się!). Wróćmy jednak na moment jeszcze do ciepłych dni - oto przed Wami pierwsza jesienna Wyliczanka - moi ulubieńcy lata, czyli kawałki, które podbiły moje serce w ciągu tych wakacji, wałkowałem je do upadłego i wałkować pewnie będę jeszcze przez długi czas, ale wkraczając jakby nie patrzeć w nowy etap życia, warto zrobić muzyczne podsumowanie najdłuższych wakacji w życiu, które wcale nie okazały się takie monstrualnie długie, jak to wszyscy zapowiadali. Tak czy inaczej zapraszam do lektury ;)
13. blur - You're so great
Kojarzycie ten super hicior grupy blur, który śpiewają wszyscy, umieszczają nałogowo w każdej możliwej reklamie, wciskają go w sportowych i ogólnie wyskakuje on na Was nawet z lodówki? Nie będzie o niej mowy! Jedyne co łączy tą odlschoolową balladę z największym przebojem zespołu jest to, że znajdują się na jednym krążku "Blur" z 1997 roku. Czym urzekła mnie ta piosenka? Prostym, akustycznym, aczkolwiek mrocznym brzmieniem kojarzącym się nieco z Placebo i tekstem. Fakt, perfidny zwrot "Coz You're so great and I love you" jest nieco infantylny i na pewno nie jest to dla Damona Albarna Mount Everest jego tekściarskiej kariery, aczkolwiek brzmi przynajmniej szczerze. I ja to kupuję.
12. The Dumplings - "Technicolor Yawn"
Refren tego sielankowego hitu jest niczym klątwa - prawie przez 4 miesiące podśpiewywałem go w wolnej chwili. Aczkolwiek tym na pewno wyróżnia się dobry radiowy utwór - osiada w głowie, rozgaszcza się zanim w ogóle zaprosimy go do środka. Co więcej jest skoczny, pogodny - nic tylko siedzieć na plaży w blasku letniego słońca i popijać drinki z fikuśną palemką. Najpiękniejszy możliwszy czilling tylko ze smażingiem. Co więcej nie zachwycamy się nim tylko w Polsce. Nasze kochane Pierożki posmakowały z tą piosenką między innymi słuchaczom w Czechach, Słowacji i Niemczech.
11. Grimes - "Oblivion"
A oto zwyciężczyni nagrody specjalnej. Statuetka z podpisem "Najbardziej urocza wokalistka XXI wieku" ląduje u Pani Grimes. W dzisiejszych czasach mamy naprawdę sporo pięknych artystek tworzących muzykę, ale swoimi teledyskami, gdzie radośnie podryguje zawsze to w innym kolorze włosów kanadyjska producentka skradła me serce. Oczywiście jej piosenki są równie piękne jak i uroda Kanadyjki. Jej znakiem szczególnym jest to, że na pierwszy rzut ucha odśpiewuje jakieś niezrozumiałe szatańskie frazy. Czasem są one po angielsku, czasem... no właśnie nie wiadomo Na koncie ma trzy studyjne albumy z czego jeden, zatytułowany"Visions", wydany przez słynną na całym świecie wytwórnię 4AD. Grimes miała ponoć wydać w tym roku nowy krążek, ale wyrzuciła go ostatecznie do śmieci. A szkoda - bo w komputerowym stosie usuniętych plików mogły być tam takie perełki jak skoczny "Oblivion".
10. Maja Koman - "My Dear Deer"
Bardzo przyjemny singiel z dużą dawką dęciaków, ukulele i ciepłym głosem Mai Koman - artystki, która jak dla mnie stworzyła krążek roku. Polecam szczególnie na jakieś szalone wakacyjne wycieczki - sprawdza się :D niemniej jednak "Porquois Pas?" (o którym pisałem tutaj) jest płytą uniwersalną na każdą porę roku i nie tylko letnie wyprawy muszę rozbrzmiewać w rytmach tych kilkunastu fantastycznych utworów.
Wszyscy wyspani? Ja w sumie tak mimo tego, że dzisiaj wstałem bardzo wcześnie (mój zegar biologiczny chyba kompletnie się rozregulował z ogromu szczęścia, wywołanego wolnym czasem :P). Jeżeli nie wyspani to w try miga po kawę i zapraszam ponownie za kilka minut, post nie ucieknie! :)
Zauważyłem ostatnio, że mój blog skupia się głównie na śpiewających kobietach i ich zespołach (czasem z mężczyznami w składzie, niekiedy na całych girlsbandach). Bardzo się zmartwiłem, że Panowie mogliby poczuć się brutalnie przeze mnie dyskryminowani, a z racji dżenderów, równouprawnienia i pokoju na świecie tego byśmy nie chcieli! Niech nikt się zatem nie obraża, dzisiaj nadrobię wszelkie zaległości i skupię się na muzyce, gdzie pierwsze skrzypce grają mężczyźni. Zapraszam do lektury!
#10 Mike Oldfield
Gdzieś już o nim wspominałem. Bodajże przy recenzji płyty "Tubular Bells III". Co mogę o nim powiedzieć? Muzyczny zachwyt mojego śp. Dziadka, który ogólnie miał wybitny gust muzyczny i żałuję, że nie mogłem dłużej z nim obcować na jednym świecie, podyskutować o muzyce. W każdym razie to dzięki jego wpływowi w moim domu znalazła się duża część płyt Mike'a Oldfielda, którego lubią wszyscy w mojej rodzinie. Genialny kompozytor, który w swoich kompozycjach potrafi tworzyć piękne, odległe światy. Polecam zwłaszcza jedno z jego pierwszych dokonań - płytę Herghest Ridge z połowy lat '70, która swoim układem może wydawać się niesamowicie długa, gdyż są to dwie części trwające po 20 minut każda, aczkolwiek czas spędzony przy słuchaniu tych dźwięków leci bardzo szybko, a na duszę działa lepiej niż najlepszy miód, czy czekolada.
#9 Łąki Łan
Jeżeli miałbym wskazać najbardziej kolorowy i najbardziej zakręcony muzyczny, polski projekt, to wahałbym się między Big Fat Mamą, a wspomnianym wyżej właśnie Łąki Łanem. Grupa tak niesamowicie pozytywna, że sam zastanawiam się co oni takiego biorą. Skład to sześciu Panów nie z tego świata. Poń Kolny, Paprodziad, Bonk, Mega Motyl, Zając Cokictokloc i Jeżus Marian, grający jak sami mówią gatunek, zwany Łąki Funkiem, stworzyli tak barwną i ciekawą kreację sceniczną, że słuchacze nigdy ich nie zapomną. Stylistycznie na płytach jest to kosmos, którego nie idzie podciągnąć pod nic. Przypominają te piękne czasy Woodstocku 1969 i dzieci kwiatów, mieszając to z bardzo przyjemną dla ucha elektroniką. Po prostu kosmos, wyższa sfera podświadomości, kabała i Wróżbita Maciej. Kto nie był nigdy na ich koncercie, to ma zadanie domowe!
#8 The Beatles
Kto by ich nie znał? Kto by nie znał całej ich dyskografii? Wokół tego zespołu krąży tyle legend, co i ciekawych historii zawartych w rozmaitych biografiach empikowych półek. Pamiętam, że wiele osób nazywa ich prekursorami grunge'u, heavy metalu. Inni wspominają, że ulubionymi cukierkami George'a Harrisona były gumowe żelki, a pewnego razu chłopcy musieli opuścić koncert w przebraniu policjantów. Pomimo swojej wielkiej sławy i ciekawej biografii, mieli również wielki talent, dzięki któremu nadali muzyce rozrywkowej na całym świecie zupełnie nowy bieg. Kolejna ciekawostka - przeróbek i coverów Beatlesów jest na Spotify tak dużo, że do normalnych płyt nie idzie dotrzeć (albo po prostu ich nie ma) - wrzucam więc linki z Youtube'a.
#7 Dub Fx
Poznałem go przez znajomego. Pamiętam jak zachwycał się kawałkiem "Flow" i mówił "musicie tego koniecznie posłuchać!". Wykonanie prosto z ulicy w akompaniamencie saksofonu i skocznego beatu, tak mnie urzekło, że jeszcze przez długi czas zachwycałem się muzyką Australijczyka. Jest to całkowicie niezależny artysta (za co bardzo go podziwiam), który głównie gra na ulicach wielkich miast, wykorzystując darmowe sample i swój własny głos. W trakcie jednego z takich gigów, pewnego razu w Manchasterze spotkał swoją życiową partnerkę - Flower Fairy, która wówczas postanowiła wspomóc go w sprzedaży jego płyty. od tamtego czasu z nim współpracuje, tworzy niektóre teksty i wspiera artystę wokalnie w piosenkach. Jego muzyka to ciekawe połączenie regae z drum and bass'em.
#6 Happysad
Wróćmy na polskie ziemie, miodem i mlekiem płynące. Tutaj możemy znaleźć bardzo ciekawą grupę, która już jako młodzi chłopcy wydali w 2004 roku swój pierwszy krążek, który zaskakująco szybko dotarł do serc fanów. Od tamtej pory grupa cały czas odnosi sukcesy, nie przejmując się pełnymi jadu hejterami, nazywającymi ich "grupą dla gimbazy z rzemykami na dłoniach". I bardzo dobrze! Ze wstydem przyznaję teraz, że sam kiedyś nie przepadałem za tą grupą dopóki nie poszedłem na juwenaliowy koncert i nie przekonałem się jak genialni są na żywo, ogromne pokłady energii i świetna atmosfera na linii zespół - fani. I może tematyką czasem są trochę banalni, bo 3/4 piosenek traktuje o miłości, to i tak potrafią pięknie o niej mówić, a ich stwierdzenie "miłość to nie pluszowy miś" na stałe zapisało się już chyba w polskiej frazeologii. Brawo twórczy Happysadzie. Poloniści i fani padają u Waszych stóp.
#5 Nick Cave & The Bad Seeds
Z dumą mogę przyznać, że jest to światowej sławy grupa, którą udało mi się usłyszeć na żywo z racji Opener'a niecały rok temu. Grupa funkcjonuje od 1987 roku już jako odłam innej grupy muzycznej - The Birthday Party. Zawiera się w niej pięć narodowości całego świata - Szwajcar, Amerykanie, Australijczycy, Niemcy, Anglicy. Multum byłych członków i zawiła historia kto, gdzie, jak i kiedy. Z wysokim, postawnym brunetem o głębokim jak ocean basie przy mikrofonie. Tak! To właśnie Nick Cave cieszący się bardzo dobrą opinią pośród publiki. Uwielbiam ich za klimatyczne kompozycje. Niekiedy szalone i rockowe z dzikim pazurem przywodzącym na myśl westerny, czasem wolniejsze dla potańczenia z zapalniczką uniesioną w górę na koncercie (ktoś tak w ogóle jeszcze robi?).
#4 Kult/ Kazik/ Kazik Na Żywo
To taki prawie Nasz Słowacki XXI-wieku. Zawsze powie Polakom prawdę o nich samych, niekiedy nawet w sposób wulgarny. Z tą jednak różnicą, że tego jakże urokliwego człowieka wszyscy (no z małymi wyjątkami) lubią, a on sam nie cierpi na wieczną depresję. On i jego współpracownicy z kilku różnych formacji mają zawsze nietypowe, zaskakujące pomysły (teledyski są tak niesamowite, że nawet "Avatar" Camerona się chowa :P), pośród których każdy znajdzie coś dla siebie. Dowodem jestem Ja, bo o ile najnowsza płyta Kultu "Prosto" w ogóle mi nie pochodzi, a moje uszy jakoś nie mogą przetrawić singlowego "Dobrze być Dziadkiem", to "Bar La Curva/Plamy na słońcu" Kazika Na Żywo to już czysty majstersztyk! Kult za to dawniej potrafił być też bardzo romantyczny, czego dowodem zamieszczona niżej "Dziewczyna bez zęba na przedzie".
#3 Obywatel Grzegorz Ciechowski
W zamierzchłych czasach z burzą blond włosów, ułożonych nietypowo jak na polską modę PRL-u ze swoją długą grzywką, którą Ci bardziej zgryźliwi wyśmiewali, potem te włosy ściął i śpiewał o pieniądzach. Jego brak w dzisiejszych czasach to prawdziwa tragedia dla dzisiejszej, polskiej muzyki rozrywkowej. On również śpiewał o Polsce i robił to pięknie. Jego "Nie pytaj o Polskę" to piękna muzyka szarych leningradów, brudnych kamienic i pustych sklepów za komuny, który mnie niesamowicie porusza. Z Republiką wyczyniał jeszcze większe cuda, dzięki którym zapisał się w pamięci słuchaczy.
#2 Damon Albarn
W latach '90 szokujący publiczność swoim metroseksualnym wyglądem, śpiewał wówczas piosenkę "Girls and Boys", którą niektórzy uważają za hymn biseksualizmu. Serca słuchaczy podbił piosenką z dwójką w tytule ("Song 2") należącą do bluru. Światowe hity tworzyłe jednak również w założonym przez siebie i Jamiego Hewletta wirtualnym zespole Gorillaz, które popularnością wyprzedziło jego macierzystą formację. Pamiętam swoje zdziwienie kiedy pojąłem, że 2-D i Damon Albarn to jedna osoba. To własnie z jego powodu pojechałem na Opener'a. Blur i ich britpopowe brzmienie kocham! Co więcej Albarn udziela się również solo - wkrótce jego najnowsza płyta, o której też już wspominałem z okazji rozpoczęcia nowego roku. Zapowiada się niezły rozstrzał gatunkowy między akustycznym rockiem, a nowoczesną elektroniką. Jakie będzie to wyczekiwane "Everyday robots"? Czas pokaże.
#1 Nirvana
Z całego zestawienia to Oni mieli na mnie największy wpływ. Teraz powiem Wam coś, czego niektórzy zgromadzeni tutaj nie wiedzą. Wprowadzę wątek autobiograficzny. Dawno, daaaawno temu w zamierzchłych czasach tak zwanej "gimbazy" byłem mentalnym grungem, co niektórym (i mi dzisiaj) może wydawać się zabawne, aczkolwiek wtedy to było dla mnie wielkie zaangażowanie w ideę. Zamykałem się tylko i wyłącznie do muzyki rockowej, krytykując wszelką inną jako "komerchę", chodziłem ubrany w śmieszne, podarte koszule, na wszelkich forach podpisywałem się ksywką Nevermind i marzyłem o gitarze, którą sobie ostatecznie kupiłem, jednak z czasem zacząłem otwierać się na inne gatunki i cała idea muzyki z Seattle jakoś mi umknęła. Teraz patrzę na tamten czas trochę z rozbawieniem, trochę z sympatią, bo to były naprawdę fajne czasy (poza tym muzycznym ograniczeniem - nie wiem jak Ja tak mogłem)! Niewątpliwie grupa miała na mnie - jak i wielu innych ludzi w moim wieku - przeogromny wpływ. Mam większość ich dyskografii, do której zdarza mi się z sentymentu wrócić. Posiadam obszerną biografię Nirvany i książkę na temat śmierci Kurta Cobaina. W szafie trzymam też do dzisiaj nadgryziony zębem czasu, przerośnięty sweter w czerwono-czarne paski, który kupiłem "bo Kurt taki miał, to Ja też będę".
Z racji tego, że dziś wokalista Nirvany kończyłby 47 rok życia, chciałbym mu życzyć wszystkiego dobrego - gdziekolwiek teraz jest. Pod spodem wstawiam cztery moje ulubione piosenki Nirvany, co jest bardzo trudne z racji na wspaniały, aczkolwiek wyjątkowo szybko zwieńczony repertuar zespołu.
Kurcze pieczone. Witam Was w nowym roku! :) Nie chciałem zaczynać roku tego typu postem, walczyłem ze sobą wiele czasu, żeby nie kopiować tego "podsumowania 2013 roku" tak słynnego na innych tego typu portalach. No bo w sumie wiecie, co miałbym w takim poście napisać? Wiecie, czym się zasłuchiwałem. Musiałbym powtórzyć jak wspaniałe i pozytywne są Domowe Melodie, nowa płyta Mikromusic to wspaniały krok na przód dla tego zespołu, Crystal Fighters zaatakowali rynek nową dawką energii, wciąż zachwycam się Jaszczurką Pati Yang, a pod koniec roku na nowo zakochałem się w ONA. Ahh, no i na pierwszych miejscach musieliby znaleźć się Sorry Boys oraz Edyta Bartosiewicz i po raz kolejny powtórzyć, że "Renovatio" to płyta wybitna. No ludziska sami powiedzcie, ile można? Mimo wszystko cała ta noworoczna aura wywarła na mnie wpływ i podsumowania, zestawienia i inne tego typu refleksje aż cisnęły mi się na serce. Postanowiłem, że dam temu wypłynąć, z tą jednak różnicą, że Ja zamiast skupić się na zeszłym roku, który można już upchnąć na spokojnie w szufladce z napisem "przeszłość", zastanowię się nad przyszłymi trzystoma paroma dniami.
Zanim zacznę opowiadać, cofnę się z Wami w czasie jeszcze wcześniej niż do zeszłego roku - zatrzymamy się na moment w 2012, kiedy to blog zaczynał raczkować (boże, ale on już stary!). Powiedziałem sobie wtedy, że tym razem pojadę na Opener'a, który wtedy moim marzeniem był już od jakichś dwóch lat. Udało się. Stwierdziłem również, że nie opuszczę bloga (co dawniej mi się zdarzało - tamte blogi były jednak dziecinną zajawką i na próżno będziecie ich szukać w krainie internetu - zatarłem wszystkie ślady :)) i jeżeli tylko będę mieć coś do powiedzenia, to się najzwyczajniej w świecie odezwę. Obie z tych rzeczy się udały. I jestem z tego dumny. Czy w roku 2013 też coś sobie postanowiłem?
Oczywiście!
Tym razem mam zamiar pojechać w sierpniu do Kostrzyna Nad Odrą i zobaczyć w końcu Przystanek Woodstock. Jest to moje marzenie, które co roku - dokładnie planowane - niestety nie wychodzi z tych, czy innych względów, tym razem mam zamiar jednak zrealizować ten pomysł. Jak się będę bawić na scenie w rytmie Skid Rowa, T.Love i Lao Che? Tego dowiecie się już wkrótce? Na pewno w tym roku będzie o wiele więcej postów na przełomie maja i października, gdyż po maturze czekają mnie najdłuższe wakacje w życiu. Myślę nad stworzeniem wówczas zupełnie nowego cyklu, ale nie mam pojęcia jak to wyjdzie. Na razie nie zapeszam. Kolejny punkt - stworzyć wreszcie profil na facebookowy dla bloga! Chcę również zobaczyć na żywo Pati Yang i przeprowadzić wywiad z jakimś znanym muzykiem. Z postanowień pozamuzycznych zrobię sobie tatuaż i zacznę uczyć się języka rosyjskiego - to takie najważniejsze i najmocniejsze punkty programu. Innych nie ma.
A teraz to na czym miałem się skupić w tym poście, a ostatecznie temat zszedł na zupełnie inne tory (stety niestety chyba nigdy nie nauczę się trzymać tylko jednej kwestii i nie rozgadywać :)). Na co czekam w 2014 roku muzycznie? Ciekawić mnie będzie na pewno pierwsza płyta solowa Damona Albarna - wokalisty zespołów blur (który słyszałem na żywo) oraz Gorillaz. W internecie na razie znaleźć można tylko kilkusekundowy trailer płyty. Coraz więcej mówi się też o tym, że wydawać ma Adele - świeżo upieczona Mama urlop macierzyński ma już raczej za sobą. Z polskich płyt wypatrywać będę czegokolwiek spod szyldu Hey/Nosowska. Raz, że od wydania ostatniej płyty - "Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan" minęły już prawie dwa lata, a dwa - Ja zawsze wypatruję płyty Kasi solo albo Hey'a. Na pewno ciekawy jestem długogrających krążków Much (które ostatnio uraczyły Nas już singlem promującym nowe wydawnictwo), Happysadu (przy okazji obchodzić będzie 10-lecie wydania pierwszej płyty, także będzie ciekawie) oraz Pati Yang (mam nadzieję, że płyta zapowiedziana na marzec w końcu się pojawi i tym razem nic nie przeszkodzi artystce w jej wydaniu). Ostatnia wspomniana pozycja ciekawi mnie najbardziej dlatego, że "Man is a dreamer" - nowy materiał twórczyni "Jaszczurki" ma być całkowicie rockowy, jego namiastką jest singiel "I'm ready"z końca 2012 roku. Ciekawy też jestem solowego albumu Artura Rojka. Jaka będzie odpowiedź byłego wokalisty Myslovitz na to, co wyprodukowała jego była formacja bez niego? W sieci jest już również "zwiastun" płyty. Jak w przypadku Damona Albarna - jest to tylko kilka sekund, w czasie których pan Artur przechadza się wiosenną porą (a może to wczesna jesień) po enigmatycznej wiosce w rytm nastrojowego, chill outowego motywu. 2014 zapowiada się bardzo ciekawie...
Muszę przyznać, że odwiedzenie słynnego gdyńskiego Heineken Opener Festival'u było moim marzeniem
od niepamiętnych czasów. Co roku sprawdzałem kolejne line'up-y marząc jak to byłoby znaleźć się tam i uczestniczyć we wszystkich tych cudownych, niecodziennych koncertach i gdy rok temu omijały mnie koncerty Bjork, Bat for Lashes, Bona Ivera, Julli Marcell, czy Justice stwierdziłem, że w 2013 wybiorę się tam na 1000%, a jak nie to niech mnie piorun trzaśnie. I... udało się :)
Nie było wcale łatwo i w trakcie ustalania wszystkiego powoli zaczynałem tracić nadzieję, gdy kolejni znajomi mówili, że "a to nie mają ochoty, bo zespoły nie takie", "woleliby jechać na samą Rihannę", czy "za dużo kasy na takie coś". Na szczęście znalazł się jeden mój bardzo dobry przyjaciel, który skuszony zapowiedzią The National powiedział "dobra, jadę". Potem ogarnął mnie wielki szał, bo nocowaliśmy na polu namiotowym- trzeba było przecież w końcu wszystko kupić, co doprowadziło do tego, że przeczytałem całą internetową encyklopedię "Jak przetrwać na Openerze" w kilkudziesięciu tomach w postaci różnych witryn :P potem ustalanie na co idziemy dokładnie każdego dnia, czytanie o trójmieście i jego atrakcjach. Chciałem to napisać o wiele, wiele wcześniej, ale najpierw dochodziłem do siebie po całym festiwalu, tydzień później kolejny wyjazd i jakoś moje ciśnienie na tego posta zmalało, ale już zaczynam. Powiem Wam teraz do jakich wniosków doszedłem:
Jakieś świecące odblaskowe cosie, czy coś co przykuwa uwagę do namiotu nie jest wcale tak bardzo przydatne. Daliśmy sobie radę bez tego, a na polu namiotowym nie jest tak łatwo się zgubić jak sądziłem. Jest tam mnóstwo punktów orientacyjnych, dzięki którym można dojść do namiotu.
Prysznice. Pamiętam jak przeraziłem się, gdy przeczytałem, że ciepła woda to tylko rano, a potem to już tylko pozostaje wybrać między syfem albo zmaganiem się z wodą zimną jak Arktyka. Jakoś nigdy nie narzekałem na brak ciepłej wody pod natryskiem, a jedyne co może przeszkadzać w "porannej toalecie", gdy wstanie się po 10:00 to fakt, że co najmniej godzinę spędzasz w kolejce.
Karnety SKM- bardzo fajna sprawa. Płacisz niewiele, a możesz poruszać się po całym Trójmieście bez żadnych problemów, a to bardzo przydatne, bo Gdynia, Sopot i Gdańsk aż obfitują w miejsca, które warto zwiedzić. W samej Gdyni najbardziej urzekło mnie chyba Orłowo, nadmorski Bulwar oraz małe, zapomniane przez świat uliczki, którymi szwendaliśmy się jednego dnia (przy jednej z nich trafiłem poza tym na kawiarnię przy ulicy Świętojańskiej- bodajże "u Krystyny", gdzie serwują wspaniałe lody!)
Darmowy autobus na Kossakowo- do godziny 15:00 jest raczej spokojnie i dojazd nie zajmuje więcej niż 15-20 minut. Co dzieje się potem? Tłumy festiwalowiczów, którzy na ostatnią chwilę mają zamiar zdążyć na upragnione koncerty, a przy okazji spakować jeszcze swoje zakupy do namiotów nadciągają w kierunku przystanku, co prowadzi do dłuuuuuuuugiej kolejki. Fakt, że nie trzeba stać długo, bo komunikacja miejska w trójmieście działa wręcz wybitnie, a kolejne autobusy dojeżdżają co minutę, ale korków na trasie przez to spowodowanych już nie zwalczymy (w ten sposób spóźniliśmy się na połowę koncertu Dawida Podsiadła).
Kalosze. Nie wiem, podobno są bardzo przydatne, ale w tym roku miałem szczęście, bo pojechałem bez nich, nie padało i nie musiałem zmagać się z mrożącym krew w żyłach błotem.
Opaski. Nic się nie bój, jeżeli masz przez cały festiwal obsesję na jej punkcie, że się zsunie, czy że będzie za luźno założona i Cię nie wpuszczą- nie ma takiej opcji ;)
Pole namiotowe. Samo w sobie jest cudownym miejscem, pełnym ciekawych ludzi (pamiętam jak już na wejściu spotkaliśmy dwóch power rangersów), z którymi można pogadać, chętnie Ci pomogą itd. itp. oprócz tego pole jest naprawdę bezpieczne- żeby wejść na sam jego teren musiałem przejść dwie rewizje bagażu, by ochrona upewniła się, że nie mam niczego, co mogłoby zagrażać niebezpieczeństwu. Także naprawdę polecam!
Przechodząc do samego Opener'a. Pierwszego dnia zaplanowaliśmy sobie, że Dawida Podsiadła, Mikromusic, Editors, Blur, Alt-J oraz Domowe Melodie. W takiej kolejności też opiszę każdy koncert. Wychodzi na to, że wpisów o Openerze będzie zatem jeszcze kilka- nieźle Was nim zamęczę (spokojnie, w międzyczasie będą pojawiać się posty na inne tematy, co by nie być monotematycznym) :)
Nie chciałem zamęczać aparatu w telefonie, żeby bateria wytrzymała jak najdłużej, więc zdjęć mam niedużo- posługiwać będę się tym, co znajdę w sieci (kilka z tych, które zrobiłem może tutaj wyląduje). Dawid Podsiadło
Dotarliśmy do namiotu, gdzie grał Podsiadło i spółka dopiero w połowie koncertu i to w kompletnym szale, więc nie pamiętam z niego zbyt dużo. Szczególnie w pamięć zapadło mi skakanie do Elephant, S&T w lekko zmienionej wersji niż albumowa (i ta zmiana aranżacji na wielki, wielki plus). Na zakończenie Dawid kulturalnie przedstawił zespół i zagrali Nieznajomego, który na żywo robi o wiele, wiele większy klimat niż studyjnie.
Mikromusic
Jak dla mnie gdzieś tu popełniono błąd. A szkoda, bo wiele dobrego się spodziewałem. Podsiadło wraz ze swoją grupą wprawili festiwalowiczów w niesamowity nastrój i pozytywnie ich nabuzował. Na scenę weszli po nim muzycy z Mirkomusic i atmosfera z typowo tanecznej zmieniła się na senną, co doprowadziło do tego, że ludzie w połowie koncertu zaczęli wychodzić, by czekać już na Editros. Ja zostałem do końca. Muszę pochwalić wspaniały wokal Natalii Grosiak, który na żywo brzmi jeszcze lepiej niż na płytach. Grupa nie zagrała całej nowej płyty, a zrobiła bardzo miły misz masz swojej twórczości- zabrzmiały zarówno Jesień, Niemiłość i te nowsze- Sopot, czy też Takiego chłopaka (którego dzielnie odśpiewali wszyscy zgromadzeni). Mi się koncert bardzo podobał, ale szkoda mi było, że tyle osób wyszło w trakcie. Zdecydowanie lepiej spisaliby się
Editors
Nie spodziewałem się fajerwerków. Może dlatego, że Editorsi jakoś nigdy specjalnie mi nie podchodzili i poszedłem tylko dlatego, że "no niby gwiazda, więc fajnie byłoby zobaczyć". W przeciwieństwie do Mikromusic, które przed chwilą opuściłem- tu zespół grał praktycznie same nowe piosenki. Bardzo irytował mnie za to sam wokalista (i nie chodzi mi bynajmniej o wokal), który co chwila, a to poprawiał sobie kołnierzyk, a to gładził swoje zaczesane do tyłu nażelowane włosy.Z całego koncertu spodobały mi się tylko wykonania tytułowej piosenki z najnowszej płyty- Ton of love i słynnego Papillonu. Wyglądało to bardzo kiczowato i w sumie żałuję, że nie poszedłem zobaczyć w tym czasie Savages lub Vavamuffin, ale mówi się trudno. Przynajmniej miałem dobrą miejscówkę na blur.
blur
Jeden z najprzyjemniejszych punktów całego wieczoru jak i festiwalu. Do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że WIDZIAŁEM BLUR NA ŻYWO! Damon Albarn od początku koncertu przekazywał publice niesamowitą energię. Grupa zagrała składankę swoich największych hitów, więc było oczywiste, gdy setlista rozpoczęła się od Girls and Boys w rytm którego skakali dosłownie wszyscy. Było również genialne Beetlebum, najnowszy singiel Under the westway, Tender (odśpiewane razem ze wszystkimi zgromadzonymi). Zagrano też te mniej znane piosenki- Parklife oraz This is a low (obie z krążka Parklife z roku 1994). Koncert zachwycił nawet największych malkontentów, a sam blur czuję, że już prędko wróci do naszego pięknego kraju. Gdy słuchałem tych dźwięków poczułem się niesamowicie szczęśliwy i już czułem, że spełniło się jedno z moich największych marzeń. Byłem na Openerze.
Alt-J Bardzo dobrym pomysłem było przełożenie koncertu na późniejszą godzinę, przez co wszyscy, którzy zostali na cały występ blur niczego nie przegapili. W sumie były też tego minusy ponieważ w namiocie i poza jego obrębem był ogromny ścisk. Ale opłacało się swoje wystać, bo grupa pokazała na co ją stać i ze swojego debiutanckiego krążka wyciągnęli wszystko to co najlepsze. Oczywiście momentem, w którym tłumy były najbardziej oszołomione był ten, gdy zabrzmiało Breezeblocks, ale Ja uważam, że jeszcze piękniej grupa zagrała Matildę.
Domowe Melodie
Naprawdę fajny koncert. Z początku bardzo kameralna atmosfera- artyści w stylowych pidżamach, zaś fani siedzieli pod sceną tuż obok zespołu, radośnie śpiewali piosenki z debiutanckiego albumu Domowe Melodie i klaskali, bo spora grupa osób przebywała wtedy na Kendricku Lamarze i Crystal Castles, ale powoli Alter Space zaczął się zapełniać i zapełniać, by już w połowie koncertu nie było wolnego miejsca wewnątrz. Grupa dała 4 lub 5 bisów nie pamiętam dokładnie, ale zasłużyła sobie na to, bo dała najlepszy koncert pierwszego dnia. Z tego co było widać trio nie spodziewało się tak tłumnego przyjęcia i gdy tylko któryś z muzyków zerkał na publiczność, speszony odwracał wzrok do instrumentu. Mimo całego tego "wstydziocha" zagrali naprawdę pięknie- widać, że granie przynosi im frajdę, a każdym kawałkiem umieją się dobrze bawić (stąd np. zakończony wręcz rockowo Zbyszek, czy Tak Dali z hiphopowym beatem Staszka Czyżewskiego). Grupa zagrała też zupełnie nową piosenkę Tak to nie tak oraz Panie Prezydencie. Niesamowite wydarzenie. Na dokładkę Grażka i Pan Prezydent :) http://www.youtube.com/watch?v=ALeCyOwvlUM
Sympatyczny obrazek przedstawiający członków grupy :)
Skład zespołu Blur: Damon Albarn, Graham Coxon, Alex James, Dave Rowntree
Gdzie? Jak? Kiedy?- Powstali w Colchester (Anglia) i działają od 1989 z drobną przerwą między 2003, a 2009 rokiem aż do teraz.
Dyskografia: kolejno "Leisure", "Modern Life is rubbish", "Parklife", "The Great Escape", "Blur", "13", "Think Tank"
Największe hity: "Song 2", "Girls and Boys", "Tender", "Beetlebum", "The Universal"
Na ogół...
Nie słuchałem gatunku muzyki britpop, ponieważ zawsze wydawał mi się za lekki muzycznie, a zarazem zbyt ciężki do przełknięcia zwłaszcza, że wiele z nich to rzewne pioseneczki pisane przez zrozpaczonych, metroseksualnych mężczyzn w kierunku płci pięknej (żeby nie było- w żadnym wypadku nic do nich nie mam!). Kolejnym powodem jest to, że są to zwykle rockowe boysbandy, a ja zdecydowanie bardziej lubuję się damskim wokalem- co chyba widać po zawartości bloga ;)
Jednak gdy stwierdziłem we wrześniu 2012 roku, że jadę na Opener'a i tym razem trafię tam choćby nie wiem co, wypadałoby się zapoznać z pierwszym headlinerem. Za pośrednictwem portalu, zrzeszającego openerowiczów (jeżeli ktoś byłby zainteresowany jest to strona Brotherhood Of Open'er), dowiedziałem się, że polecają na początek płytę Parklife- trzecią z dorobku zespołu, wydaną w 1994 z gnającymi przez okładkę psami- bodajże hartami, aczkolwiek głowy nie dam sobie uciąć.
Pierwsze wrażenie.
Co jak co, ale stylóweczka musi być. Młodzi, gniewni i szaleni.
Nigdy jeszcze nie spotkałem się z zespołem, którego albumy byłyby tak eklektyczne. Grupa łączy nowoczesną elektronikę, zadziorność gitar elektrycznych, genialne linie basów, chwytliwe refreny Damona Albarna i wiele, wiele innych rzeczy. Słuchając Parklife moje miny przechodziły przez wszystkie odcienie zdziwienia, nie potrafiąc uwierzyć, że ciągle słucham jednej płyty. Odwpadającego w ucho disco-elektro Girls and Boys (ciekawostka- piosenka posiada remix przygotowany przez Pet Shop Boys), punkowe Bank Holiday, aż po spokojne End of a Century, czy z deczka francusko brzmiące To the end grupa tworzy niesamowity klimat, w który wpada się jak do pułapki i już nie da się od tych brzmień uwolnić. Najbardziej weszło mi jednak z tego albumu do głowy Magic America- perełkę, którą chciałbym usłyszeć na żywo. Ale czy portal dobrze doradził mi co do wyboru pierwszej płyty? Nieobeznanym zdecydowanie bardziej polecam swoistythe best of- Midlife: A Begginer's Guide to Blur, zanim porwiecie się na głęboką wodę.
Wypoczynek i Syfy modernistycznego życia
Leisure oraz Modern Life is Rubbish to płyty studyjne, za które zabrałem się następnie- może ze względu na równie fajne okładki co Parklife? Od razu dodam, że jeżeli chodzi o oprawę graficzną (czy to płyt, czy
Sympatyczna pani pływaczka z okładki aż zachęca do posłuchania krążka! Mam nadzieję, że pływając nie rozmaże jej się zbytnio makijaż :)
teledysków) grupa przechodzi sama siebie. Nie zapomnę, gdy pierwszy raz zobaczyłem teledysk to Girls and Boys- cieszę się, że moje oczy nie wypadły z orbit, a szczęka nie odkręciła się zawiasów, z gruchotem padając na podłogę. Oddaje on schizowość całości utworu- z resztą, zobaczcie sami! (niestety, serwer odmówił mi posłuszeństwa i musicie sami znaleźć sobie teledysk na tak zwanym "Jutjubie")
O rany! Miałem jednak mówić o Leisure- czyli debiucie Bluru na scenie muzycznej!Czemu nikt na mnie nie krzyczy i nie tupie nogą, że odbiegam od tematu? Leisure jest zatem już zupełnie inną płytą- mamy tutaj już tylko instrumentalne wykony, a elektronika schodzi trochę na drugi plan. Rozpoczyna się od She's so high z uzależniającym refrenem, ostry jak sos wasabi Repetition (który z początku brzmi dosyć trip-hopowo), skoczne Come Together (nawiązanie do Lennona?), czy Wear Me Down. Dla fanów spokojniejszych brzmień polecam Sing i Birthday (które bardzo, bardzo lubię). Płytka w dechę, a chętnych na coś więcej zapraszam do rodzinnego śniadania z ekipą Bluru! Oto obrazek do piosenki There's no other way:
Dlaczego zostawiłem w tytule dwie płyty? Bo uważam, że Modern Life is Rubbish jest doskonałym przedłużeniem tego, co grupa prezentuje poprzednio, aczkolwiek już zaczyna się robić trochę bardziej elektronicznie. Refreny są jeszcze bardziej dopracowane np. For Tommorow, akustyczne Miss of America (oni posiadają ten sam syndrom co Red Hot Chili Peppers z Kalifornią- tyle, że blur zabiera się za całą Amerykę), czy Sunday, Sunday ze skoczną perkusją (ale tekstowo już jakby z End of a Century). Najbardziej lubię jednak Blue Jeans (zero skojarzeń z panią Laną Del Rey, proszę was!)- z którym miałem okazję się zapoznać na składance, podanej już wcześniej. Warte posłuchania jest też Presure on Julian- gdzie słychać już klimaty, za jakie zabierze się blur na płycie Parklife- czyli szaloną elektronikę.
Mam czołg. I nie oddam!
Potem grupa wydała jeszcze trzy albumy- są one jednak znane za sprawą najsłynniejszego hitu grupy, Song 2, czy rzewnego Tender (z którym fani wiążą pewne plany na Openerze- jest akcja na fejsbuku, ale ciiiicho, żeby blur nie słyszał ;)), czy Beetlebum (napisanego na cześć byłej kochanki Damona Albarna). Ja jednak skupię się już na ostatniej. Na Think Tank z 2003 roku grupa dalej to brtitpop- już po wielkim boomie na ten gatunek. Korzysta dalej umiejętnie z szerokiej gamy elektronicznych dodatków, subtelnie mieszając w kotle muzyki współczesnej- jest to ładne, wakacyjne Good Song, Moroccan People Revolutionary Blows
Panowie pod parasolką- mimo, że nie pada- trochę starsi, ale wciąż z genialnymi pomysłami.
Up z soczystym basem (który jak ktoś mi zagra, to uściskam). Podoba mi się też Brothers and Sisters, trochę kojarzące się z The Doors. Utworem najdziwniejszym jest za to Crazy Beat, ale jednak również na plus. Grupa po nagraniu tego krążka rozpada się (Albarn woli śpiewać np. w Gorilazz- tak, tak, drodzy czytelnicy głos dla znanego wszystkim 2-D podkłada ten sam wokalista, który śpiewa Song 2- zdziwieni?), by powrócić z nienacka w 2009, a co będzie dalej? Czy coś kiedyś nagrają? Tego nie wiedzą nawet najstarsi Górole :)
Miejmy nadzieję, że tak, bo blur wybitnym zespołem jest.
Ja za to czekam na Openera i słuchając The Universal- z pominiętego The Great Escape (nie jest to zła płyta, po prostu jeszcze jej tak nie znam, by opowiadać o niej publicznie)- kończę notkę, wysyłając wam moc pozdrowień, buziaków i uścisków.
Masz jakiś pomysł, o czym miałbym napisać? Chcesz coś polecić? A może po prostu lubisz pohejtować i wyżyć się na moim blogu? Pisz czym prędzej maila na adres muzycznekorki@gmail.com! Wszystko odczytam (chociaż już dawno na niego nie wchodziłem, ale zaraz to zrobię. Na pewno!) i odpiszę na wasze korespondencje ;)
A teraz pozostawiam was oczekujących na kolejną notkę- która już wkrótce :)
Wiem, to zdjęcie Edyty Bartosiewicz już kiedyś wstawiałem na blogu, ale Holloee Poloy nie ma własnego zdjęcia! Post miał być przed week...
Zapraszam do lajkowania!
Kontakt
Masz jakieś pomysły? Chcesz mnie pochwalić za kunszt języka lub pojechać za błędy w składni i złą interpunkcję? Wszystkich zapraszam do siebie na dywanik na adres muzycznekorki@gmail.com