Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akustyczny Sierpień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akustyczny Sierpień. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 września 2014

Między Ontario i Warszawą

Witam w...
Akustycznym Sier... Oh, wait - już Wrzesień. 
Wiecie - niesamowicie lubię wstawać wcześnie z rana. Może pobudki o godzinie 6:30 nie należą do najprzyjemniejszych momentów jakie przyszło mi przeżywać, aczkolwiek obserwowanie powoli rozbudzającego się miasta, przejażdżka na rowerze w świetle porannego, jesiennego słońca i ta energia pozwalająca robić absolutnie wszystko - warte jest kilku niecenzuralnych słów rzuconych jeszcze przez półsen w kierunku budzika. Pomyślałem więc - zakończę wreszcie akustyczny sierpień. Może już wrzesień, ale to nieważne. Płyta bardzo przyjemna i pasująca na słoneczne ostatnie dni lata. Pozytywnie dziś będzie, bo na wrzesień kilka smut szykuję, więc trzeba Was jakoś wcześniej nastroić, cobyście potem w depresję nie popadli!
Zapraszam do lektury ;)

Paula i Karol - "Overshare", Lado ABC, 2010

Już po otwierającym słoneczną zawartość "Love Someone" wiadomo, że mamy do czynienia z polską muzyką na bardzo dobrym poziomem, obalającą stereotyp, że "w naszym kraju to nagrywa się tylko śmieciowy pop i rapsy z blokowisk". Nie jest to pełnowymiarowy debiut zespołu, ale na pewno pierwsze podejście do dłuższej formy. Przed Grudniem 2010 mieli za sobą jedynie dobrze rokującą EP-kę, wszyscy zastanawiali się, co może przynieść dziesięć premierowych piosenek, nagranych w małym studyjku na warszawskim Żoliborzu - jak to co? Na pewno bardzo przyjemne, wpadające w ucho indie pomieszane z folkiem. Gdzieś w tej słonecznej muzyczce zaplątane są przepełnione tęsknotą teksty, sugerujące już bardziej jesienny klimat. Mamy rozdarcie między dwiema ojczyznami Pauli - w jednej chwili w "Goodnight Warsaw" mówimy "dobranoc" Warszawie, pogrążonej w zabawie piątkowej nocy, aby zaraz przedzierać się przez zaśnieżone kanadyjskie drogi w "Ontario"



sobota, 23 sierpnia 2014

Dorastanie George'a Ezry

Witam!
Po raz ostatni lub przedostatni - Akustyczny Sierpień. Na ten moment nie mogę dokładnie stwierdzić, co będzie się działo w przyszłym tygodniu - musicie być cierpliwi i zaglądać. Planuję wkrótce facebookowego fanpage'a, więc obserwowanie będzie nieco łatwiejsze. Na razie nie ma innej opcji niż zaglądanie tu notorycznie. Dzisiaj jak to ostatnio tutaj bywa - po raz kolejny będziemy raczyć się gitarami. Dziś jednak z trochę większym powerem. Płyta stosunkowo nowa bowiem swoją premierę miała niespełna dwa miesiące temu. I w porównaniu z omawianymi już "Our Hearts First Meet" i "Life for rent" słychać, że jest to płyta przynależąca do już zupełnie innego, nowego pokolenia muzyków - słychać to modne indie zacięcie, ale jest też w tej codzienności pewna niecodzienność. Wybaczcie mi, że zaczynam takim oksymoronem.
Ale o tym co on oznacza, zaraz opowiem!
Zapraszam do lektury ;)

George Ezra - "Wanted on Voyage", Sony Music Entertainment, 2014

Na tą płytę natrafiłem w sumie zupełnym przypadkiem - ktoś wrzucił jedną z piosenek z albumu na swojego fejsa. Znałem wcześniej wprawdzie singlowy "Budapest", który podbija listy przebojów na całym świecie. Chociaż to w sumie różnie bywa, bo gdy u nas w Polsce, czy we Francji niezbyt się piosenka przyjęła, w tym czasie cała Nowa Zelandia i Wielka Brytania się Ezrą niesamowicie jarały - no i ja się z tymi drugimi totalnie zgadzam. Okładka albumu nawiązuje swoją stylistyką do wspomnianego singla. Tłum, w którym każdy się czymś zajmuje i wyłaniający się z niego młody chłopak. Wpisuje się on idealnie w panującą ostatnio modę na chłopców w hipsterskich aczkolwiek bardzo eleganckich koszulach, z akustyczną gitarą pod pachą, grający swoje kameralne piosenki. To właśnie jego historię będziemy właśnie poznawać w czasie przesłuchiwania debiutanckiego "Wanted on Voyage". Zaczyna stosunkowo młodo - wszak 21 lat to doskonały moment na podbijanie świata. Różnica między teledyskiem do "Budapest" jest taka, że piosenkarz zmienił kolor koszuli. Zaprasza nas do swojego świata. Zaprasza do wysłuchania szesnastu opowieści o dorastaniu. 

Sympatyczny obraz do "Budapest". Jeden z moich ulubionych teledysków -
niby to spokojne, a jednak dynamiczne i ciągle coś się dzieje.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Sercowy blues Rykardy Parasol.

Siemka!
Akustyczny Sierpień. W oczekiwaniu na film, który nadawany będzie za kilka chwil na TVP Kultura (zero product placementu) postanowiłem machnąć sobie dla Was taką oto recenzję bardzo ładnego albumu. Coś w sam raz na ostatnie dni lata, klimatyczne podróże samochodem przez lasy i sielankowo wyglądające wsie. Płyta, która równie dobrze mogłaby być ścieżką dźwiękową zarówno dobrej komedii jak i filmu Quentina Tarantino (może kiedyś, kiedyś w snach dostaniemy takie połączenie - uważam, że byłoby to przewspaniałe). Płyt studyjnych ma obecnie ta Pani trzy, ale to zapewne dopiero początek jej kariery i za X lat krążków na pewno przybędzie. Ja skupię się dziś na debiutanckim - "Our Hearts First Meet" z roku 2006 (w Europie jednak płyta ukazała się dopiero w 2008). Zapraszam do lektury na temat debiutu Rykardy Parasol!

Rykarda Parasol - "Our Hearts First Meet", 2006 (US)/2008 (EU),
 ThreeRing Records
Niech Was nie zmyli imię i nazwisko artystki, bowiem Rykarda Polką nie jest, aczkolwiek nasz kraj nie jest jej obcy bowiem - jak pisze na swojej stronie internetowej - tutaj uczy się, koncertuje, zdarza jej się tu nawet pisać kolejne piosenki. Rykarda Parasol pochodzi z San Francisco. Jest córką dwójki imigrantów - Szwedki i Izraelczyka. Nie sugerujcie się również jej amerykańskim pochodzeniem. Nie ma chyba bardziej kosmopolitycznej persony niż ta artystka - przeważnie mieszka w Paryżu, koncertuje ze swoimi piosenkami w stylu - jak sama określa - noir rock - (w tym miejscu Waszą reakcją jest pewnie jedno wielkie ładafak? Posłuchacie to przekonacie się co miała na myśli, pisząc te słowa) po całym świecie. Jestem niesamowicie wdzięczny losowi, że pozwolił mi poznać jej muzykę praktycznie przypadkiem. Stało się to ponad rok temu - na Openerze anno domini 2013 - kiedy to zmęczony z przyjacielem Michałem zaszliśmy zajrzeć do kameralnego namiotu alter space pewnego lipcowego wieczora. Oboje już przysypialiśmy, bo był to naprawdę porządny dzień jeżeli chodzi o koncertowanie. W każdym razie wciąż pamiętam jaki niesamowity klimat wytworzyła Rykarda. Wiedziałem, co będę katować po powrocie. Później nasza znajomość oscylowała jedynie wokół płyty "Against The Sun" z której utwór "Cloak of Comedy" katowałem długi, długi czas w odtwarzaczu. Dopiero po roku byłem gotowy na starcie z całą twórczością Rykardy.

A oto co Was dziś czeka. W słuchawkach Rykarda Parasol  i  jej
"Candy Gold"

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Jak żyć? Dido odpowiada.

Cześć wszystkim!
Mam nadzieję, że post o "Silent Treatment" Pati Yang jak i sam krążek przypadły Wam do gustu. Teraz zmienimy trochę klimat. Nadchodzące trzy tygodnie ostatniego letniego miesiąca upłyną pod hasłem Akustyczny Sierpień. Zrecenzuję kilka różnych wydawnictw, których głównym instrumentarium są gitary, bębny, trąbki, wiolonczele - no po prostu będzie bardzo instrumentalnie, klimatycznie, chciałoby się rzec jak na koncertach unplugged. Wydaje mi się, że taka muzyka jest idealna na późnoletnie dni, gdy jest jeszcze w miarę ciepło i przyjemnie, ale za oknem szumiący nieustannie wiatr i wieczorne burze dają swój własny występ, a liście na drzewach coraz bardziej się rumienią. A zatem zapraszam do lektury. Cykl zacznę płytą chyba najbardziej mainstreamową i jednocześnie najmniej akustyczną ze wszystkich, które dla Was przygotowałem na ten miesiąc.

Dido - "Life For Rent", 2003, Cheeky Records

Może nie w całości, ale tę płytę odkryłem bardzo wcześnie. Dobrze pamiętam, że poszczególnymi piosenkami z tego krążka zachwycałem się już w szóstej klasie podstawówki, odkrywając działanie Youtube'a. To wówczas katowałem tam namiętnie teledyski do tytułowego "Life for rent", czy "Sand in my shoes". Młodziutką Dido, która zadebiutowała w 1999 roku płytą "No Angel" (ją zresztą recenzowałem sto lat temu, a link do ów recenzji znajdziecie tutaj) odkrył i wypromował na rynku Eminem, który do jednej ze swoich piosenek, zatytułowanej "Stan" wrzucił sample refrenu z  "Thank You" - bodajże drugiego singla z debiutu artystki. Miał chłop niezłego nosa, bowiem już cztery lata później Dido powróciła z kontynuacją tego, co zaczęła na początku nowego stulecia, dalej trzymając wysoki poziom z poprzedniej płyty. Świadczy o tym też sam sukces komercyjny "Life for rent".

Wielki sukces

Jeżeli miałbym wskazać z dyskografii Dido jedną płytę, na której znajduje się najwięcej hitów, to wskazałbym niewątpliwie właśnie tą dzisiaj przeze mnie omawianą. Praktycznie każdy singiel z wydawnictwa uzyskiwał sukces. Efektem tego znane wszystkim "White Flag" otwierające cały album, jest dziś uważane za kultowe dokonanie w muzyce pop. Może już trochę mniejszy, aczkolwiek równie wysoki rozgłos znalazły kolejne promujące krążek utwory - mające wydźwięk antynarkotykowe "Don't Leave Home", którego wczesna wersja "All You Want" znalazła miejsce na debiutanckiej płycie, energetyczne "Sand in my shoes", czy już bardziej poważne "Life for rent" - te piosenki wciąż gra się w radiach, nadal znajdują one kolejnych słuchaczy. Co jest kwestią tak dużego sukcesu zwieńczonego pięćdziesięcioma dwoma tygodniami na liście najlepiej sprzedających się albumów w Wielkiej Brytanii? 
Na pewno wprawne ucho wybitnego kompozytora Rollo Armstronga - brata Dido, członka nieistniejącej już grupy Faithless, czuwającego nad produkcją dwóch pierwszych wydawnictw swojej siostry. Drugą nadrzędną kwestią jest niesamowita melodyjność, która przepełnia wszystkie dwanaście kompozycji na "Life for rent". To przez nią chwytliwe popowe refreny poszczególnych utworów nie chcą po przesłuchaniu wyjść słuchaczowi z głowy. 

Jeden z najlepszych popowych utworów jakie istnieją. "Sand in my shoes" 
nadaje się wszędzie - do Eski, na klubową dyskotekę i do słuchania w czterech ścianach
każdą porą roku. Nie idzie się nie zakochać.