Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacyjnie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 września 2014

Ulubieńcy lata 2014

I kolejne lato za nami. Razem z tym blogiem jest to moje drugie lato. Rok temu opowiadałem Wam o
płytach, które praktycznie zawsze wybrzmiewają u mnie w słuchawkach. W tym roku było nieco inaczej, bo ogólnie o płytach w przyjemnym, letnim klimacie. Stety niestety pora ciepłych dni już nawet na kartkach kalendarza przeminęła - a zastąpiła ją jesień. Niektórzy mówią, że jest ona nawet ładniejsza niż lato (zbieracze liści i kasztanów - łączmy się!). Wróćmy jednak na moment jeszcze do ciepłych dni - oto przed Wami pierwsza jesienna Wyliczanka - moi ulubieńcy lata, czyli kawałki, które podbiły moje serce w ciągu tych wakacji, wałkowałem je do upadłego i wałkować pewnie będę jeszcze przez długi czas, ale wkraczając jakby nie patrzeć w nowy etap życia, warto zrobić muzyczne podsumowanie najdłuższych wakacji w życiu, które wcale nie okazały się takie monstrualnie długie, jak to wszyscy zapowiadali. Tak czy inaczej zapraszam do lektury ;)

13. blur - You're so great

Kojarzycie ten super hicior grupy blur, który śpiewają wszyscy, umieszczają nałogowo w każdej możliwej reklamie, wciskają go w sportowych i ogólnie wyskakuje on na Was nawet z lodówki? Nie będzie o niej mowy! Jedyne co łączy tą odlschoolową balladę z największym przebojem zespołu jest to, że znajdują się na jednym krążku "Blur" z 1997 roku. Czym urzekła mnie ta piosenka? Prostym, akustycznym, aczkolwiek mrocznym brzmieniem kojarzącym się nieco z Placebo i tekstem. Fakt, perfidny zwrot "Coz You're so great and I love you" jest nieco infantylny i na pewno nie jest to dla Damona Albarna Mount Everest jego tekściarskiej kariery, aczkolwiek brzmi przynajmniej szczerze. I ja to kupuję.


12. The Dumplings - "Technicolor Yawn"

Refren tego sielankowego hitu jest niczym klątwa - prawie przez 4 miesiące podśpiewywałem go w wolnej chwili. Aczkolwiek tym na pewno wyróżnia się dobry radiowy utwór - osiada w głowie, rozgaszcza się zanim w ogóle zaprosimy go do środka. Co więcej jest skoczny, pogodny - nic tylko siedzieć na plaży w blasku letniego słońca i popijać drinki z fikuśną palemką. Najpiękniejszy możliwszy czilling tylko ze smażingiem. Co więcej nie zachwycamy się nim tylko w Polsce. Nasze kochane Pierożki posmakowały z tą piosenką między innymi słuchaczom w Czechach, Słowacji i Niemczech. 

11. Grimes - "Oblivion"

A oto zwyciężczyni nagrody specjalnej. Statuetka z podpisem "Najbardziej urocza wokalistka XXI wieku" ląduje u Pani Grimes. W dzisiejszych czasach mamy naprawdę sporo pięknych artystek tworzących muzykę, ale swoimi teledyskami, gdzie radośnie podryguje zawsze to w innym kolorze włosów kanadyjska producentka skradła me serce. Oczywiście jej piosenki są równie piękne jak i uroda Kanadyjki. Jej znakiem szczególnym jest to, że na pierwszy rzut ucha odśpiewuje jakieś niezrozumiałe szatańskie frazy. Czasem są one po angielsku, czasem... no właśnie nie wiadomo Na koncie ma trzy studyjne albumy z czego jeden, zatytułowany"Visions", wydany przez słynną na całym świecie wytwórnię 4AD. Grimes miała ponoć wydać w tym roku nowy krążek, ale wyrzuciła go ostatecznie do śmieci. A szkoda - bo w komputerowym stosie usuniętych plików mogły być tam takie perełki jak skoczny "Oblivion". 


10. Maja Koman - "My Dear Deer"

Bardzo przyjemny singiel z dużą dawką dęciaków, ukulele i ciepłym głosem Mai Koman - artystki, która jak dla mnie stworzyła krążek roku. Polecam szczególnie na jakieś szalone wakacyjne wycieczki - sprawdza się :D niemniej jednak "Porquois Pas?" (o którym pisałem tutaj) jest płytą uniwersalną na każdą porę roku i nie tylko letnie wyprawy muszę rozbrzmiewać w rytmach tych kilkunastu fantastycznych utworów.



wtorek, 22 lipca 2014

Co z tym Jarocinem?

Dzień doberek moje kochane ludki!
Już 80. post nas zastał w całym tym pisaniu bloga - wiecie może o tym? Ktoś liczy? :P
W sumie to bardzo miło, że taki jubileuszowy post zbiegł się w czasie z ważną relacją z jednego z fajniejszych festiwali w Polsce. Otóż pamiętacie jak mówiłem, że wybieram się do Jarocina? Moja podróż niestety skończyła się tak szybko jak się zaczęła, bo był to tylko jeden wieczór, ale wiecie co Wam powiem? Raczej tam powrócę. Może za rok, a może za dwa - na pewno pojadę jeszcze raz. Bo Woodstock Woodstockiem, ale taki Jarocin jest tylko jeden w całej Polsce.

Wbrew pozorom audycja nie zawiera lokowania produktu.
Po prostu smaczny sok i stylowe zdjęcie :P
Na wstępie zacznę od tego, że coś tam wisi w powietrzu i to się wyczuwa, gdy przekracza się bramkę - cienką granicę między rzeczywistym, normalnym światem pełnym problemów i nonsensów, a niesamowitą krainą muzyki, która funkcjonuje w umysłach słuchaczy polskiej muzyki niemal od czterdziestu lat. Co mnie zdziwiło najbardziej - teren całego jarocińskiego gigu jest bardzo, ale to bardzo niewielki. Przypominając sobie arcyogromne Kossakowo, na którego rozbrzmiewa co roku Open'er (moją relację z zeszłego roku możecie przeczytać jak pykniecie sobie tutaj) i zestawiając je z polem jarocińskiego festu, ciśnie mi się na myśl porównywanie Rosji i Watykanu. Tak to wygląda objętościowo. Ale jak głosi znana maksyma - nie liczy się wielkość a jakość! ;)

A ta stała na najwyższym poziomie - w ciągu jednego dnia miałem okazję zobaczyć na scenie między innymi czy nieocenioną Pidżamę Porno. Bardzo fajną sprawą jest rozgrywający się równolegle z jarocińskim festiwalem konkurs firmy Hortex - stają się oni jako tako współorganizatorem imprezy i zamiast piwa w strefie gastronomicznej można zakupić świeże, zimne soki owocowe, wziąć udział w różnego rodzaju konkursach i posłuchać zespołów, które rywalizują ze sobą na dodatkowo ustawionej scenie. Nie wiem, czy był to okrutny wymóg Hortexu, czy po prostu dobrodziejstwo ze strony organizatorów, ale koncerty na dwóch scenach nie pokrywały się ze sobą. Zaważyło to zdecydowanie na długości poszczególnych występów i większość z artystów grała tylko po pół godziny, ale z całą pewnością można było pojechać na Jarocin i usłyszeć absolutnie każdy zespół goszczący w line-upie.
The Real McKenzies, Anathemę,


czwartek, 17 lipca 2014

Wyliczanka #6 "Drzwiowa muzyka"

Dziś będziemy wyliczać na paluszkach piosenki pewnego ważnego dla muzyki zespołu. Są takie bandy bez których muzyka - nawet ta najprostsza, najbardziej pierwotna, docierająca do każdego ucha - nie byłaby tą samą muzyką. Jedną z takich grup są The Doors. Fabryka hitów w stylu introwertycznego psychodelicznego rocka. Bo kto nie znałby chociaż jednej z ich piosenek - "Riders of the storm", "Break on trough (to the other side)", czy "Hello, I love you"? Zwykle zespoły tego kroju cierpią na dosyć smutną przypadłość - bezkształtna masa ludków zna bardzo dobrze tylko te katowane przez radia i przeceniane bez przerwy płyty z serii "The Best Of", kiedy każda taka grupa ma na swoich płytach takie kompozycje, że kolana się uginają. The Drzwi - jak i cały ten dzieciokwiatowoodstockowy rock są bardzo fajne na lato. Dlaczego? Trochę jest w tym ironii. Otóż mimo ciągłego wypierania się epoki, w której żyło pokolenie hippie skipie, to ich utworki są przesiąknięte tamtymi czasami jak gąbka wodą w czasie poobiedniego zmywania. To muzyka parnych, śmierdzących potem małych moteli, oldschoolowych samochodów mknących pośród polnych drug i całego tego westernowego stuffu. Przyznajcie, że takie lato ze starych amerykańskich filmów zawsze Was urzekało! Nie? No to zachwyci na pewno muzyka tamtych lat.
Zapraszam do lektury!

Break on trough (To the other side)

Przebój tylko gwoli wstępu do całości. Znienawidziłbym siebie gdybym tego tutaj nie wstawił. Zanim mnie zbesztacie - wiem, wiem, wiem, że miało być bez kotletowych hiciorów, ale zbyt mocno kocham tę piosenkę, żeby nią tutaj nie zarzucić. Mówi się trudno. Cóż - zawsze jest szansa istnienia jakiegoś specjalnego przypadku, który nie zna jednego z największych przebojów Jima i spółki. Teraz może nadrobić zaległości. Dużo nie trzeba mówić, wystarczy się wsłuchać. I przy okazji nastrajać się na kolejne punkty wyliczanki.
Przyciemnione pomieszczenie, śpiewający Jimmy Morrison -
kiedyś to robili kreatywne teledyski, nie ma co.

środa, 16 lipca 2014

Stworzyć dzieło?! Czemu nie?

Witam Was po straaaaaaasznie długiej przerwie. Wracam dziś z dawno temu zapowiedzianym postem - nie pojawiał się on z różnych przyczyn, a to brak weny do pisania, a to nieco większy projekt (o którym któregoś pięknego dnia Wam opowiem), a to jakieś wydarzenia typu spontaniczny wyjazd, czy kursy do prawa jazdy. Tego lata dzieje się u mnie sporo.
Rok temu opowiadałem Wam o albumach muzycznych, które zwykle mi wraz z tą parną porą roku towarzyszą. Dzisiaj napiszę o krążku, który niedawno dołączył do tego grona i jak dla mnie jest to czołówka pośród tegorocznych wydawnictw. Zastanawiam się nawet, czy również innymi porami roku nie będę katować w odtwarzaczu zestawu jedenastu przepięknych opowieści - bo własnie tym jest przede wszystkim ta płyta. Jak wiecie słuchanie niektórych piosenek przez wszystkie cztery pory roku nie jest u mnie częstym zjawiskiem.
Zapraszam zatem do długo oczekiwanej lektury. ;)

Maja Koman - "Pourqoi pas", 2014, Warner Music Poland

Dopracowane arcydzieło.

Moje pierwsze zetknięcie się z muzyką Mai miało miejsce już dawno, dawno temu. Było to bodajże podczas drugiej edycji telewizyjnego programu "Must Be The Music". Miałem wówczas bodajże 14 albo 15 lat. Pamiętam jednak dobrze ten moment, gdy artystka wyszła wtedy na scenę z małym ukulele pod ręką i uśmiechając się radośnie, wykonała swoją interpretację słynnej piosenki "Stary niedźwiedź mocno śpi". Już wtedy wiedziałem, że mam do czynienia z personą niezwykłą, o której prędzej, czy później będzie głośno. Niestety - nie wiem z jakiej racji - Maja nie dostała się do kolejnych etapów programu. Byłem potem na jurorów programu bardzo obrażony - jak zresztą później zauważyłem - nie tylko ja.

Przez kilka kolejnych lat dojrzewałem i obserwowałem kolejne poczynania Mai - przesłuchiwałem dema, które pojawiały się na serwisie Youtube, przeglądałem fanpage na facebooku w poszukiwaniu informacji o jakiejkolwiek płycie i grzecznie czekałem. Wreszcie któregoś pięknego dnia natrafiłem na informację. Krążek zatytułowany "Pourquois pas" (z francuskiego na polski - "Dlaczego nie?") jest w fazie produkcji. 
Na szczęście już od ponad miesiąca jest już do kupienia, a już w dniu premiery trafił na moją półkę z płytami. Swoje wrażenia ujmę tak - warto było czekać. 

środa, 21 maja 2014

Po jarocińsku.

Cześć wszystkim!

Tegoroczny Jarocin będzie niesamowity. Wspaniali headlinerzy w postaci koncertu Pidżamy Porno, której skład ostatnio spotkał się na scenie w 2012 roku, zagrany zostanie debiutancki album Republiki "Nowe
Na Jarocin wyruszam z moją zwariowaną przyjaciółką Moniką,
zdjęcie ukradłem perfidnie z jej konta na facebooku. Mam
nadzieję, że się za to nie pogniewa.
Sytuacje"
w wykonaniu m.in. Piotra Roguckiego, za którym przepadam troszkę mniej oraz Jacka "Budynia" Szymkiewicza, którego uwielbiam. Zagości Anathema, Matisyahu - powiem Wam tyle, będzie magicznie.

Ja niestety nie usłyszę w 100% składu wielkopolskiego festiwalu, gdyż wybieram się jedynie na pierwszy dzień imprezy, nie mniej jednak jadąc do niegdysiejszego serca polskiego punk-rocka, miasta buntowników lat '80, spełniam jedno ze swoich marzeń z późnego dzieciństwa, kiedy obejrzawszy film "Beasts of freedom - zew wolności", zamarzyłem o zobaczeniu jarocińskiej sceny na własne oczy. W dzisiejszym poście znajdzie się krótka wyliczanka z zespołami, które usłyszę na żywo podczas pierwszego dnia festiwalu.

Dezerter z podziemia. 

Poza zapowiadającym się wspaniale koncercie "Grabaż 30", jeszcze jedno wydarzenie nie pozwala mi w spokoju czekać na 18 Lipca. Dezerter - za komuny jeden z wrogów publicznych numer jeden, niesforny skład buntowników grających hardcore punk, przybędzie do Jarocina, aby zagrać piosenki ze swojej płyty "Underground out of Poland" z 1987 roku, wydanej początkowo w Ameryce za sprawą Joeya Keithleya z legendarnej punkowej, kanadyjskiej grupy D.O.A., która inspirowała twórczość m.in. Red Hot Chili Peppers, czy The Offspring. Na płycie znajdują się bomby koncertowe takie jak "Ku przyszłości", "XXI wiek", "Dla zysku" (z tych cieszę się najbardziej, gdyż w czasie koncertu w Jarocinie będzie również Kasia Nosowska, która czasem wykonuje z Dezerterem ów piosenki, więc takie spontaniczne granie jest bardzo prawdopodobne).



Dzieci kwiaty powracają!

Jarocin 18 Lipca przeżyje powrót do punk-rockowych dezerterowych korzeni, ale również odżyje tam rewolucja dzieci kwiatów i big beatu. Ania Rusowicz - córka gwiazdy gatunku Ady Rusowicz - wokalistki Niebiesko-Czarnych - wystąpi na deskach sceny festiwalu, aby zagrać materiał ze swoich dwóch płyt długogrających. Jedną z nich jest nagrodzony aż czterema Fryderykami i statusem złotej płyty "Mój Big Bit". Druga to wydana w zeszłym roku płyta "Genesis", kontynuująca stylistykę z poprzedniego albumu Ani. Zapowiada się balanga w kwiecistych klimatów! Już zapuszczam włosy i szykuję bufiaste, wzorzyste spodnie.

środa, 23 października 2013

Jeżeli tak wygląda życie pozagrobowe, to Ja tam chcę! Czyli roztańczone Arcade Fire.


Zacznę to tak, że fanem Arcade Fire nigdy nie byłem. Gdyby ktoś nie wiedział dodam, iż jest to indie-rockowa grupa z Kanady- utworzona w 2003 roku. Na swoim koncie ma już trzy płyty, które w niektórych kręgach naprawdę się mocno się liczą. Ich koncerty to ponoć wybuchające wulkany energii. Bardzo jara się nią mój przyjaciel, którego z tego miejsca pozdrawiam :)
Czemu o tym piszę?
Otóż za 5 dni wychodzi ich najnowsza, czwarta długogrająca płyta zespołu, następca The Suburbs z 2010 roku. O Reflektorze zatem słyszę bardzo często. Przed chwilą dostałem od niego cynk, że nowa piosenka i lyric video ujrzały światło dzienne, że lepszy niż pierwszy singiel- tytułowy Reflektor (które linkuję wam na samym dole- wiem, wiem musicie się najeździć, ale coś za coś).

Afterlife- najnowszy utwór Arcade Fire z vintage'owym lyric video.

Co mogę powiedzieć o najnowszym utworze? Afterlife- bo tak nazywa się ów piosenka- wyszła zdecydowanie za późno. Gdyby ukazała się na przełomie wakacji, z miejsca stałaby się drugim hitem lata po Get Lucky. Mocno taneczny kawałek ze wstawkami przypominającymi disco, aż pozwala sobie przypomnieć ten wspaniały czas, kiedy na dworze było gorąco i parno, dookoła wszędzie pełno pozytywnej energii. No i festiwale muzyczne. Jeżeli tak wygląda życie pozagrobowe (teraz lekcja angielskiego afterlife- życie pozagrobowe) to Ja tam chcę! Wielce pozytywny twór przypomina miejscami fuzję nowych płyt Crystal Fighters i Daft Punk. Idealny do beztroskiego hasania pod sceną. W zespole wyczuwam idealnego kandydata na przyszłorocznego Opener'a (który również z indie i hipsterstwem się kojarzy- może jeszcze kilkoma innymi rzeczami, ale o tym już nie mówię). Płycie na pewno się przyjrzę. Może nawet będzie notka na blogu jak bardziej się wkręcę, a na to się zapowiada. Teraz jednak pozostaje doczekać do 29., kiedy płyta stanie się ogólnodostępna dla wszystkich zjadaczy chleba. Zachęcam do przesłuchania, bo zdecydowanie każdemu umili ten jakże pochmurny (przynajmniej w Szczecinie) dzień! :)

A tutaj Reflektor- pierwszy singiel z nadchodzącej płyty. 

A teraz słuchajcie moje misie pysie! Ostatnio przez moje neurony krętymi ścieżkami do mózgu (tak matura z biologii mnie pogania) przebiega ogromna masa pomysłów, dotyczących tego o czym pisać. Nie będę się oczywiście trzymać żadnego wyznaczonego harmonogramu, gdyż nigdy mi to zbytnio nie idzie, o czym już mogliście się przekonać, jednak prawdopodobnie już w najbliższych dniach będą pojawiać się pierwsze efekty mojej pracy. Uchylę sobie rąbka tajemnicy. Jutro lub pojutrze chciałbym pociągnąć dalej Przyjrzyjmy się, bo sto lat już tam nikt nie zaglądał i pajęczyny się zaczęły tam pojawiać w szarych kątach sufitu. Będzie też (oczywiście nie tego samego dnia) skromna Wyliczanka- jak ktoś nie zna ów działów to polecam. Lekcje w plenerze także doczekają się własnego posta, ponieważ ostatnio odwiedziłem sobie jeden festiwalik w Szczecinie. Niestety z koncertu Podsiadła relacji nie będzie, bo bilety wykupiono zanim zdążyliśmy się z ludźmi ogarnąć. Co do festiwalu też skromnie- udało mi się załapać tylko na jeden dzień tego festiwalu, ale za to jaki! Słuchajcie! Koncerty Izy Lach, Mikromusic i Rebeki na jednej scenie nie zdarzają się w takiej dziurze jak Szczecin często zatem o tym też Wam poopowiadam. Mam już również bilet na koncert Sorry Boys promujący najnowszą płytkę zatytułowaną Vulcano, więc jakby co to z tego gigu też pewnie co nieco będzie na blogu. Daleka przyszłość uraczy Was też kilkoma recenzjami płyt, zatem jeżeli nie będziecie mieli czego słuchać na listopadowe smuty będziecie mieli się z czym zapoznawać. No i to by było na razie na tyle.
A i oczywiście jakby ktoś chciał popisać na wszelakie tematy to zapraszam do korespondencji pod adresem muzycznekorki@gmail.com!
Trzymajcie się ciepło nie dawajcie się jesiennej chandrze!
Waflekins.

niedziela, 1 września 2013

Święto Heinekena #4 "To już ostatnia niedzie...sobota"

Miguel na głównej scenie Opener'a. Na jego koncercie nie byłem, aczkolwiek fotkę bardzo lubię. Ponoć na jego koncertem Rihanna bawiła się świetnie ;)



Spis treści:
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 3

Jak obiecałem- skończę serię przed końcem wakacji. Post miał być wczoraj, ale niestety coś nie pykło i wena do pisania uciekła równie szybko jak się pojawiła. A zatem dzisiaj- jako iż zaczęła się już jesień- z lekką nostalgiczną łezką w oku, powspominam raz jeszcze ciepłe letnie wieczory lipca, gdy całymi wieczorami słuchałem muzyki na żywo. Skończmy zatem niekończącą się historię o Openerze. Zapraszam :)

Everything, Everything
Koncert zaczął się bardzo klimatycznie od MY KZ UR BF, rozpoczynające płytę Man alive. Nie sądziłem, że koncert kwartetu z Manchesteru tak bardzo mnie zachwyci. Przepletli oni piosenki ze swoich dwóch albumów (oprócz wspomnianego wcześniej debiutu mają jeszcze na koncie nominowaną do wielu nagród płytę o nazwie Arc wydaną w tym roku). Publiczność naprawdę dobrze bawiła się w rytm takich piosenek jak Don't try (które szczerze mówiąc po festiwalu bardzo mi się udzieliło), Tin (The Manhole) oraz Kemosable. Ładny koncert, ale już dało się odczuć lekko sztywną atmosferę pod samą sceną, gdzie czekały już wierne fanki Kings Of Leon- średnia wieku 13+. Mimo wszystko ostatni dzień festiwalu zaczął się naprawdę fajnie.

Fismoll
Po przebojowym koncercie Everything, Everything udałem się do magicznego namiotu Alter Space, gdzie swoją debiutancką płytę- At Glade (o której jeszcze na blogu się pojawi)- zaprezentuje Fismoll- czyli obiecujący młody chłopak Arkadiusz Glensk i jego kilkuosobowa trupa muzyczna. Muszę przyznać, że koncerty w tym miejscu zawsze były najbardziej magiczne- mały lekko duszny od kurzu namiot idealnie sprzyjał spokojnemu, eterycznemu nastrojowi akustycznych piosenek artysty. Na setliście znalazła się cała płyta- nie pominięto z niej nic- jedynie kolejność utworów była inna niż na krążku. Całości towarzyszyły przepiękne wizualizacje puszczone z projektora, przedstawiające motywy opisujące tekst (np. budząca się z zimowego snu natura w czasie rozpoczynającego koncert Flowering). Pamiętam, że najbardziej z całego koncertu spodobały mi się te najbardziej nostalgiczne (jak to oczywiście ja- upodobam sobie najsmutniejsze piosenki)- Let me breathe your sigh i pierwszy singiel służący jako zapowiedź płyty Let's play birds, który w niektórych kręgach odniósł spory sukces.

Crystal Fighters
Mega pozytywne Crystal Fighters- i jest impreza ♥
Jak dla mnie drugi po Ifi Ude najlepszy koncert całego festiwalu. Skoczne piosenki, pełne energii piosenki hiszpańskiej grupy nastroiły publiczność do tańca i szalonych skoków połączonych z wygibasami w powietrzu. Oprócz tego przez cały koncert zespół utrzymywał genialny kontakt z publicznością- i tak rzucony ze sceny pomysł na zrobienie fali wzdłuż całej publiki w czasie At home okazał się świetną akcją. Grupa świetnie przeplatała kawałki te bardziej elektroniczne jak I love London i Xtatic Truth z tymi bardziej akustycznymi dajmy na to Plage, Love Natural i Follow, co ostatecznie stworzyło mieszankę wybuchową. To nie mógł być zły koncert, gdyż Crystal Fighters to po prostu mistrzowie- a spotkam się jeszcze z nimi w listopadzie w Warszawie :)

Kings of Leon
Chester w czerni i bieli.
Ten koncert mógł być lepszy. Coś nie wypaliło i nie wiem co to było- czy popowa publika, dla której największym wyzwaniem było klaskanie w rytm muzyki, a może sam zespół, który przyjechał "byleby zagrać koncert w jakiejś tam Gdyni i zabrać się do domu" albo poprzeczka wysoko postawiona poprzez poprzednie fenomenalne koncerty tego dnia, a może to Rihanna szlajająca się pod gdzieś pod barierkami w pijanym rauszu? W Kossakowo poszły największe hity zespołu- Use Somebody, Sex on fire, Pyro i wiele innych mniej znanych na przykład bardzo cieszyłem się z mojego ulubionego Back down south oraz Immortals. Ale wiecie co wam powiem? Nie zagrali Charmer. Wielka, wielka szkoda. Ogółem koncert nie był zły, ale mógł być też o niebo lepszy- żałuję, że nie wyszedłem z koncertu na, żeby zobaczyć chociaż na moment Devendrę Banhearta.


John Greenwood
Johny Greenwood- lekko śpiący.
Półgodzinna, magiczna kompozycja na 12 gitar pod wodzą multiinstrumentalisty, który za swoją rodzimą formację ma słynny na cały świat Radiohead. Coś ładnego, ciekawie zrobionego i o wiele lepszego niż koncert Kings of Leon, a trwało tylko pół godziny.





Lao Che
Fanem Lao Che nie jestem i nigdy nie byłem. Koncert Płockiej formacji poszedłem zobaczyć ze względu na moich festiwalowych towarzyszy, gdyż każdy wśród nich jest nimi zachwycony. Mimo tego, że do twórczości grupy podchodzę z lekkim dystansem to pamiętam, że naprawdę fajnie zagrali piosenki Zombi!, Idzie Wiatr i Urodziła mnie ciotka (z tekstem, w którym Spięty ciekawie bawi się słowem). Z tego, co widziałem osoby, które przyszły na koncert bardzo dobrze się bawiły i mnóstwo osób latało pod sceną na fali, więc raczej grupie udało się rozkręcić fajną imprezę na swoim koncercie i to liczy się na plus. Po występie Lao Che udałem się jeszcze na magiczne UL/KR, którego usłyszałem tylko jedną piosenkę i elektronicznego Catz'n Dogz, ale byłem tak zmęczony całym dniem latania między scenami festiwalu, że za wiele z tych koncertów nie pamiętam.

A więc co powiem wam już po Openerze? To było najpiękniejsze pięć dni w czasie moich wakacji, pełne niesamowitych przygód między kolejnymi dniami całego eventu. Noce spędzone przy zajebiście dobrej muzyce, przede wszystkim dużo szaleństwa pod sceną. Już wiem czemu ludzie co roku wydają taką grubą kasę (bo powiedzmy sobie- pół tysiąca to jak na Polaka nie jest mała kwota, gdzie miesiąc później mają Woodstock całkowicie za darmo) i zajeżdżają do Gdyni, gdzie przez kilka dni miasto wypełnia się ludźmi z zielonymi obrączkami na dłoniach, okupując najbliższy sklep monopolowy. Smutno mi było opuszczać tamto miejsce, ale jedno wiem na pewno. Już niedługo tam wrócę. Prędzej, czy później. Houk!

Pewnie wielu z was zapyta pewnie co teraz, jakie mam plany na przyszłość. Na pewno wspomnę jeszcze lato i opowiem o koncercie Nelly Furtado i Hey w czasie finału największych regat na świecie, który w tym roku miał miejsce w Szczecinie. Kosztem Woodstocku (toteż nie będzie relacji, przykro mi) w sierpniu dużo pracowałem, aby móc zarobić na jesienne koncertowanie, pojawi się zatem na pewno relacja z Dawida Podsiadła, Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie (między innymi Mela Koteluk, Iza Lach, xxanaxx i Ania Rusowicz), Happysadu i Crystal Fighters z Warszawy. Oprócz tego już jutro zaczniemy recenzję płyt już takich wczesnojesiennych (tak, tak niestety porzucamy wilcze wycie lata, czy latanie po plaży śpiewając stare jak świat Holloee Poloy). Ale spokojnie- już jutro przeniesiemy się w magiczną porę roku, kiedy świat jest najbardziej kolorowy, z nieba pada dużo deszczu, a drogi pięknie ścielą się spadającymi z drzew liśćmi dębów, klonów i kasztanów, odpowiednio się przy tym nastrajając. Będzie mega pozytywnie! Zatem wpadajcie jutro na herbatkę, a tymczasem łapcie "zajawkę" następnego posta.




niedziela, 25 sierpnia 2013

Święto Heinekena #3 "Dzień lukru i cukru-pudru"

Spis treści:
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 4

No dobra... Kiedyś trzeba to zrobić, więc powoli wykańczamy moją relację z Opener'a (w końcu kiedyś trzeba :)). Dzisiejszego wieczoru będzie naprawdę mnóstwo przychylnych epitetów, gloryfikacji ponad słońce i innych tego typu miłych rzeczy okraszonych jeszcze na dodatek lukrem- co by było jeszcze bardziej słodko. Dlaczego? Ponieważ uważam, że trzeci dzień Święta Heinekena był najlepszym ze wszystkich tegorocznego festiwalu. Pozytywna energia gromadziła się we mnie całe popołudnie i wieczór, aby w końcu spokojnie wyciszyć się dopiero wczesnym rankiem. Był więc Kaliber 44, który nie wiedzieć skąd dostał się na scenę główną, energetyczna Ifi Ude, jeszcze bardziej drapieżna i rozkręcona Skunk Anansie, dające czadu ze swoją nową płytą Queens of the stone age, mój najukochańszy Hey (<3 <3 <3), bardzo ładne The National i Rykarda Parasol, która swoim przepięknym zachrypniętym wokalem ululała mnie do snu :) Zapraszam!

Kaliber 44
Kaliber- już z Gutkiem.
Od razu mówię, że nie byłem na całym koncercie, gdyż pognałem pod koniec pognałem by zająć dobrą miejscówkę na koncercie Ifi- aczkolwiek gdyby nie ten priorytetowy koncert na scenie Alter Space, to mimo iż zbytnio nie jara mnie rap tak Kaliber we wznowionym składzie- Abradab, Joka i DJ Feel X ze specjalnym gościem- Gutkiem- wokalistą znanego w niektórych środowiskach Indios Bravos (pochwalę się, że wywodzącego się z mojego rodzinnego miasta) i powołanym wówczas tylko na czas festiwalu (bo jak wiadomo grupa postanowiła jednak działać dalej i wydać płytę). Wgłąb Kossakowa poszły największe hity grupy- Normalnie o tej porze i Film (który zakończył cały koncert), piosenki z solowej twórczości Abradaba, które trochę mniej mi się podobają niż twórczość Kalibra. Dodam jeszcze o naprawdę fajnie wykonanej Wenie, którą bardzo lubię :)
Ciekawym urozmaiceniem koncertu był Nie rytmiczny me how z repertuaru Indios Bravos, wykonany razem z Gutkiem. Niestety zaraz po tym pognałem spod głównej sceny w rytm piosenki Chase the devil (tym razem Gutek "coverował" samego siebie).

Ifi Ude
Ifi ponownie zaczarowała moją duszę- wygrałaś Opener'a
dziewczyno!
Koncert, który wygrał dla mnie całego Opener'a. Przyznam się również, że to był jeden z koncertów na które najbardziej czekałem na festiwalu. Ifi przyprowadziła ze sobą bardzo liczną trupę- trzy przemiłe panie (z czego jak się dowiedzieliśmy jedna jest siostrą wokalistki) w chórkach, perkusję, klawiszowca, dwie gitary... bardzo rockowy skład zważywszy na stylistykę wykonywaną przez grupę. Tak duży skład jednak bardzo dodał uroku wszystkim piosenkom. Artystka wykonała kilka piosenek ze swojej nadchodzącej płyty- Shake it don't panic pierwszy raz na przykład ujrzało światło dzienne. Oprócz tego nie zabrakło największego "hitu"- My Baby Gone w rytm, którego wszyscy skakali i bawili się. Należy dodać, że na koncercie można było poczuć się jak na dobrej dyskotece- wszyscy wokoło ze sobą tańczyli, co niektórzy śpiewali razem z wokalistką, wymachiwali dłońmi, a w czasie Fali poszły przez salę fale- magia totalna magia. Z resztą to może kwestia czarów, gdyż piosenkarka początkowo wyszła przebrana za szamankę (strój ten pojawił się również w jednym z jej klipów ;)). Tak- początkowo- gdyż przebierała się ona trzy razy (prawie jak Lady Gaga na trasy Ifi będzie pewnie wozić całą szafę wymyślnych kostiumów). Atmosfera została jednak stonowana podczas poważnej, lekko nostalgicznej Wełny z akompaniamentem wiolonczeli. "Piękny koncert- wygrał jak dla mnie Opener'a"- powiedziałem, nie wiedząc co mnie czeka na Skunk Anansie.

Skunk Anansie
Skin publiczność wokalnie wbija w ziemię, a potem sama jeszcze fizycznie
w nich skacze- gratka dla fanów Skunk Anansie.
Kolejny koncert aż buchający energią. Skin i jej spółka wykonali sporo piosenek z najnowszego albumu- szałowe I believed in you, czy też I hope you get to meet your hero, ale także starsze hiciory- przede wszystkim znany wszystkim Hedonism, trochę mniej Charlie Big Potato i Because of you (po którego wykonaniu miałem prawdziwą "fazę" na ten utwór). Skin porządnie się wydzierała, a nawet skoczyła w publiczność, pośród której zaliczyła nawet spacer, by stać niedaleko mnie, gdy jej koledzy wywijali na instrumentach prawdziwe "cuda na strunach". Było również headbangowanie i śpiewanie You're so fucking political. Bardzo, bardzo dobry koncert i kto nie był niech płacze, i żałuje bo taka okazja może zdarzyć się dopiero za kilka lat. Po takim cudownym koncercie pozostają tylko miłe wspomnienia. Aż miło potem napić się zimnego piwka, czy tymbarka :)
Black Traffic-

Queens of the stone age
Queensi roztańczeni i pełni energii. Zapraszamy
ponownie do Polski!
Zaczęło robić się ciemniej i ciemniej, aż w końcu zapadł zmrok i na scenę weszli Queens of the stone age, promując swój najnowszy album ...Like Clockwork jednak dużo nowej płyty nie było. Przywitali się swoim największym, popisowym hiciorem- Feel good hit of the summer. Potem w świat poszły również inne- No one knows, czy Make it Wit-chu. Z najnowszego krążka jedynym elementem, którego było dużo to psychodeliczne teledyski puszczane w tle, przeplatające się z wizualizacjami okładki. Przy okazji wspomnę o tym, że grupa wygrała dla mnie pod względem najlepszego oświetlenia koncertu- nie wiem, kto za tym stał, ale odwalił kawał dobrej roboty, brawo Queensi- zapraszamy ponownie, jednak muszę udać się na Hey. I w ten sposób oddaliłem się w rytm I appear missing (cóż za zbieg okoliczności :P)- jednak wbrew mojej miłości do Hey'a i Nosowskiej zbierałem się stamtąd naprawdę długo.

Hey
Kasia z uśmiechem powitała wszystkich
przybyłych na koncert jej grupy-
"uściskałabym was"- mówiła
zdjęcie ze strony afterparty.pl
Może miejscówki nie miałem najlepszej przez moje zasiedzenie na QOTSA, ale i tak nie przeszkadzało mi to raczyć się dźwiękami ulubionego zespołu. Grupa zagrała bardzo dużo nowych kawałków- Wilk vs Kot otwierający koncert (ta piosenka zawsze jakoś potrafi mnie zachwycić w wersji live- nie ważne jak często słyszę), Wieliczka (przygotowana jako jedna ze specjalnych niespodzianek), drugą niespodzianką było już z przedostatniej płyty- Nie więcej wykonane z Moniką Brodką, ale momentami były powroty do starości (Zazdrość- którą widziałem już tylko na nagraniach, Schizophrenic family albo znana wszystkim Cudzoziemka w raju kobiet). Był też dawno nie grany cover Everybody's gonna learn sometimes, ale szczerze- Hey powinien wyrzucić go na dobre z setlisty. Pognałem na The National.





The National
Uwaga Panie, Uwaga Panowie- Matt się wczuwa
Może jakimś zbytnim fanem twórczości "Naszynali" nie jestem, ale koncert był naprawdę ładny. NajbardziejI need my girl, wykonane o wiele piękniej niż studyjnie. To muszę przyznać Mattowi Berningerowi- wokaliście i tekściarzowi grupy- w to co robi wkłada naprawdę dużo emocji i to słychać przy może jego niezbyt udanych popisach wokalnych (cóż ja należę bardziej do fanów damskich wokali) jednak na pewno szczerych. I w tym jest jakaś prawda, uczucie. A może zawodzenie pieśniarza wywołane było zbyt dużą dawką alkoholu wypitego w czasie koncertu? Tak, tak- koncert nie był okazją do tego, żeby być abstynentem i po wypiciu całej butelki nieznanego trunku bodajże przy Mr. November Matt poleciał w tłum. Co jeszcze zostało zagrane naprawdę fajnie? Na pewno chyba największy hit grupy- I should live in the salt, a i jeszcze Abel. Pomimo uczucia pustki, które zostało mi po koncercie, do studyjnych podejść The National nie mam zamiaru przechodzić.
w pamięć zapadło mi

Rykarda Parasol
Na ten koncert poszedłem już będąc na pograniczu jawy i snu. Niewątpliwie jednak ten koncert przyczynił się do pojawienia się tego posta akurat teraz- przypomniałem sobie bowiem jak zachwycałem się wokalem pani Rykardy po Openerze i przysięgałem na wszystko, że będę teraz często jej słuchać- i co z tego wyszło?Figa z makiem. Ale wróćmy do wokalu Parasol- przepiękne zachrypnięte głosisko, cholernie zmysłowe. Pamiętam jak wszedłem już na koncert na scenę Alter Space, a artystka akurat grała swój kawałek otwierający najnowszą płytę- Cloak of comedy- poczułem, że przyszedłem w bardzo dobre miejsce. Kobieta świetnie dogadywała się z publicznością, a swoje występy co chwila przerywała konferansjerskimi wykonami. Najlepiej pamiętam opowieść o tym jak powstała piosenka Drinking song z drugiej płyty- "For Blood and Wine", toteż sam utwór też zapadł mi w pamięć- i dobrze, bo jest równie fajny i lekki jak Cloak of comedy. Wiecie co? Uważam, że Rykarda idealnie nadawałaby się do duetu z Nickiem Cavem, a ich występy powinny się odbyć zaraz po sobie. Jej muzyka jest idealna na te jeszcze ciepłe letniojesienne noce- pełna magi i powabnych gitar akustycznych przeplatanych z innymi instrumentami- coś pięknego.

I to by było na tyle. Dziękuję za przeczytanie moich wypocin, przypominam, że zawsze jestem chętny na wymianę spostrzeżeń- muzycznych i nie tylko- pod adresem muzycznekorki@gmail.com także zapraszam was wszystkich- tak samo mocno mogę powiedzieć, że już wkrótce zakończymy tą serię- (wiem cieszycie się już pewnie :P), ale o koncertach jeszcze będziemy gadać- bo nie tylko na Opener'a w czasie wakacji się wybrałem (a i jesienią się coś szykuje). Trzymajcie się i wpadnijcie niedługo na 4. część relacji- jeżeli chcecie być na bieżąco, w prawym górnym rogu bodajże opcja "Subskrybuj" nie gryzie :)

Waflekins


piątek, 16 sierpnia 2013

Wakacyjny muzyczny piknik Soniamiki

Jeżeli pomyślę o muzycznym odkryciu tego lata, osobistym wakacyjnym hicie 2013 to na pewno nie będzie to Blurred Lines ani Roar (o którym ostatnio wspominałem). Ścieżką dźwiękową moich tegorocznych wakacji jest artystka znad Wisły. Z Polski. Już swoją drugą płytę nagrała w Berlinie. Znalazłem ją zupełnie przypadkiem- przez Spotify (o  nim też coś tam mówiłem sto lat temu- jak ktoś nie jest zapoznany to proszę link), ponieważ "Ostatnio słuchałeś artysty X i Z". Skuszony ładną okładką i intrygującą nazwą wykonawcy postanowiłem odsłuchać proponowanego przez serwis, najnowszego albumu SNMK. I muszę przyznać, że wybrałem bardzo dobrze. Niesamowicie wciągnąłem się w klimat krążka i dzisiaj to właśnie o nim będzie "lekcja".
Soniamiki- SNMK,, qulturap 2012
najlepsze utwory- Lemoniada, Samolot, Night is so safe, Jesień na Hawjach
Damskie granie.
Z Soniamiki- a dokładniej Zofią Mikucką, która stanowi cały skład zespołu (poza Łukaszem Lachem z grupy l.stadt, który studyjnie zagrał na perkusji)- moje drogi cały czas się mijały. A to coś znajomi wspominali, że "taka fajna płytka", a to ciągle trafiałem na jakieś wychwalające pod niebiosa artystkę recenzje, ale jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do tego, żeby posłuchać jej dokonań. Gdy po raz pierwszy odtworzyłem album i usłyszałem otwierającą całość Lemoniadę od razu pożałowałem, że tak długo się z tym ociągałem- jest to bowiem idealna kandydatka na singiel promujący płytę. Przedstawia to co nas czeka w dalszych utworach, a jednocześnie wpada w ucho najbardziej ze wszystkich pozostałych piosenek. Co zatem można o niej powiedzieć? Jest to płyta przede wszystkim kobieca. Całość przepełniona jest opowieściami na temat miłości- nie zabrakło miejsca na sporej garści erotykę- tą delikatną jak i bardziej wyuzdaną. Już sama Lemoniada miejscami potrafi prowokować jak na przykład we wciągającym refrenie- "I znów razem na dywanie/ Prawie nie ubrani już/ On wygląda bardzo ładnie/ I bardzo ładnie pachnie". Potem Soniamiki wcale nie pokazuje cnotliwszych obrazów, udowadnia, że kobiety potrafią być sprośne, ale w uroczy i co więcej wpadający w ucho sposób sposób. W ten sposób dostajemy na przykład jednoznaczne Morze- które nie pozostawia żadnych złudzeń co do tematyki. Ksiądz Natanek nie pochwaliłby również kawałków takich jak Może jutro, czy Japamin. Kobiety to jednak nieuleczalne romantyczki- dlatego miejsce znajduje i się dla ckliwego Jesień na Hawajach, mówiącego o tęsknocie, a to radości wynikającej z dzielenia z kimś życia w Samolocie, czy po prostu urokliwej Kate. Momentami przez tą kobiecość jest jednak nie tyle ambitnie, co odmóżdżająco i słuchający płyty mężczyzna może poczuć się momentami przesycony tym lukrem (i sięga po piwo :P).

Dzikie disco pląsy.
Muzycznie płyta zahacza o elektronikę połączoną silnie z muzyką disco, a wokal Soniamiki ździebko (ale tylko ździebko) przypominający młodą Madonnę jest świetnie dopasowany do klimatu. Piosenki w większości zachęcają do tańca swoimi szalonymi liniami głośnych basów, skocznymi perkusjami i dość specyficznym tempem narzucanym przez syntezatory. Obok Lemoniady (bo to najsilniejszy punkt płyty) najlepsze muzycznie według mnie jest zawadiackie Night is so safe, które na myśl przywodzi szalone prywatki w stylu lat '80. Świetnie wchodzi w głowę refren "Nie idę spać/ Wy też/ What it's like to be when night is so safe". Ta taneczność jest utrzymana również w kolejnym kandydacie na singla- That's not my thought. Niestety utwory w niektórych miejscach są bardzo do siebie podobne i słuchając Różowego Może jutro i kilku innych kawałków ma się wrażenie, że to już gdzieś było- wszystko nadrabiają jednak genialne partie refrenów, bo każda kolejna jest zdecydowanie inna od poprzedniej. Płytę kończy mroczne All their dance, który mógłby trwać trochę dłużej niż 2 minuty, pozostawia on bowiem niedosyt- gdyby go jeszcze bardziej rozwinąć, SNMK otrzymałby porządne zakończenie okraszone dzikim pazurem. 

Nie do radia.
Niestety o SNMK praktycznie w ogóle się nie mówi, co doprowadziło do tego, że płyta w Polsce przeszła całkiem bez echa, a Soniamiki zostaje kolejną artystką z serii "znana bardziej za granicą niż w kraju"(zauważyliście, że mężczyznom się to nie przydarza?). Na pewno nie jest to płyta przeznaczona do masowych radiowych rozgłośni typu Eska, czy RMF, które- powiedzmy sobie szczerze- nie są jeszcze przygotowane na rewolucyjny pop mieszający różne gatunki. A szkoda bo czuję, że wokalistka ma na pewno głowę pełną wspaniałych pomysłów, które tylko czekają na realizację. Jest to jednak dobra płyta i SNMK oceniam na 6/10, czekając na przyszłe dokonania artystki, które- mam nadzieję- już niedługo podniosą poprzeczkę o kolejny próg.



Waflekins.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Fabryka newsów #9 "Muzyczne lato czyli na szybko co się dzieje"

Z takimi koncertami jak tych tutaj na zdjęciu, szykuje się
wspaniała muzyczna jesień :)
Znowu odpoczywamy od Opener'a (myślę, że serwuję go przystępnymi dawkami- do września może się z relacją wyrobię). Wiem, znowu kazałem Wam trochę czekać na ten post, ale niestety ostatnio wolnym czasem nie gardzę i to się odbija również na blogu. W obiecanym poście przedstawię wam kilka ważnych wydarzeń z różnorodnych zakątków świata- będzie i alternatywa, i masowy popik. Amerykańskie listy przebojów i nasza warszawska Stodoła. No to nie ociągam się i zapraszam na muzyczne wydarzenia ostatnich kilku dni :)

  • Znacie Igrzyska Śmierci? Poza fenomenalną sławą jaką pokryła się pierwsza część ekranizacji i wspaniałą historią o tym jak człowiek potrafi być okrutny, stworzoną przez Suzanne Collins film może pochwalić się również wyborną ścieżką dźwiękową, na której poprzednio znalazły się utwory takich artystów jak Taylor Swift, Arcade Fire, Birdy oraz Glen Hansard. Widać, że twórcy ścieżki dźwiękowej postawili sobie za cel utrzymanie wyznaczonej poprzeczki- a może nawet przebicie jej. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że grupa Coldplay znana z takich hitów jak Fix You, The Scientist, czy  już nowsze i oklepane przez pół globu Paradise nagrała nową piosenkę, zatytułowaną Atlas specjalnie na potrzeby najnowszej części filmu. Będzie się działo!
  • Czas letnich muzycznych festiwali powoli dobiega końca. Skończyły się już Alter Artowe Coke Live Music Festival i Heineken Open'er Festival. Z Kostrzyna już dawno wynieśli się też ostatni Woodstockowicze. Colours of Ostrava również dobiegło końca. I mimo, że festów jest przed nami jeszcze kilka to ich koniec nie powinien być dla Nas smutkiem! Kolejni artyści zapowiadają swoje występy w Polsce już na jesień i zimę tego roku! Swój przyjazd do warszawskiej Stodoły zapowiedzieli Crystal Fighters (o których już niedługo słów kilka ;) i będę o nich mówić sporo), na Arenie Ursynów swój występ da francuski ulubieniec muzycznych salonów- Woodkid, Biffy Clyro również wpadnie mimo, że jeszcze nie zdążył na dobre zapomnieć o występie w Krakowie. Oprócz tego Glen Hansard (którego przedstawiać chyba nie muszę). Oboje zagrają w warszawskim klubie Palladium (z tym, że Glen ze spółką zagoszczą również we Wrocławiu). Także, wielka Warszawo- szykujcie pieniążki.
  • W masowych mediach ostatnio aż wrze. Swoje single wydały po kolei Katy Perry i Lady Gaga. W przeciągu najbliższych kilku tygodni szykuje się spora bitwa piosenek Roar vs Appalause na listach przebojów wraz z innymi singlami, które cieszą się uznaniem obecnie. Jak dla mnie Roar Katy Perry (ponoć trochę splagiatowane) jest o wiele lepsze, nowy singiel Gagi jest dość agresywnie atakującą ucho elektroniką, której mi jakoś ciężko się słucha (ale niektórzy to lubią)- co więcej jestem trochę zawiedziony, gdy skuszony ofertą jazzowej płyty Lady Gagi dowiaduję się, że to chyba tylko zwykła plotka. Co wygra? Czas pokaże.
  • Arctic Monkeys, którzy występowali na scenie głównej Opener'a, a ja w swojej relacji trochę okrutnie się o ich występie wypowiedziałem, wydają nowego singla (już drugiego po Do I Wanna Know, którego również słyszałem w Gdyni na żywo! :P), zwiastującego nową płytę zespołu. Wraz z klimatycznym, nocnym teledyskiem w necie pojawiła się piosenka Why'd You Only Call Me When You're High?- jaka jest moja opinia? Trochę słabszy od poprzedniego, ale nadchodzący krążek ma szansę stać się jedną z najlepszych płyt Arctic Monkeys. 
Mam nadzieję, że się podobało! Trzymajcie się i czekajcie na kolejne wieści ode mnie, a tymczasem Ja spadam!
Trzymajcie się ciepło.
Waflekins.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Wyliczanka #3 "Płyta na drogę"

Odpoczywamy na razie od Opener'a. Dzisiaj będzie oprócz tego dość nietypowo, ponieważ zwykle w Wyliczance opowiadałem o poszczególnych piosenkach- dzisiaj przełamię jednak tą konwencję i zrobię top 7 najlepszych płyt. Na ten pomysł wpadłem w drodze do Gdyni, słuchając poszczególnych płyt i wpatrując się w krajobrazy za zabrudzoną szybą pociągu, doszedłem do wniosku, że jedne krążki bardziej się nadają do słuchania "w trasie", a inne już trochę mniej. Wiadomo, że najlepiej się jedzie w dobrym towarzystwie, ale  niewątpliwie dużą rolę odgrywa też dobry podkład dźwiękowy. Wyciągnąłem więc telefon (bo zabrakło notatnika pod ręką) i zacząłem spisywać te, które są- w moim uznaniu- idealne na długie podróże pociągiem, autem, autobusem, Pks-em, samolotem, jednorożcem, czołgiem i każdym innym środkiem lokomocji :)
Zapraszam do lektury!

07. The Moody Blues- This is the Moody Blues (1974)

Składanka największych hitów grupy wpadnie w ucho na pewno tym, którzy lubią twórczość Pink Floyd. Równie dobra na zapoznanie się z twórczością muzyków jak i na długi wyjazd- zwłaszcza, że to aż dwie długie płyty CD! Fakt, że może już bardziej na wycieczkę w ostatnich dniach lata, ale mimo wszystko pełna akustycznych instrumentów i niesamowitego klimatu odległych lat '70 podróż jest godna polecenia i na pewno nikt się nie zawiedzie. Wielka szkoda, że tyle osób nie wie, że istnieją tak dobre zespoły jak The Moody Blues. Najbardziej cenię na tym krążku Nights in White Satin (na płycie ścieżka numer 25)- niesamowita piosenka, polecam!




06. Red Hot Chili Peppers- Californication (1999)

Puszczając w aucie ten krążek podpasujesz dosłownie wszystkim, bo znajduje się tu i porządny rock (Californication, Savior, Parallel Universe, Road Trippin) i kawałki funkowe, gdzie Anthony Kiedis bawi się w rapera (I like dirt, Get on top, Purple Stain). Wszyscy lubią papryczki i na pewno Twoi towarzysze podróży również będą zachwyceni! Płyta idealna, by mknąć autostradą w kierunku słońca wiszącego nad horyzontem (jak poetycko to zabrzmiało- chociaż w sumie nic dziwnego, bo krążek sam w sobie to poezja) :)





05. Pogodno- Wasza Wspaniałość (2008)
Prawda jest taka, że ta płyta wpada w ucho jak cholera (wybaczcie "skrzydlate słowa") już po pierwszym przesłuchaniu. Co więcej lubię ten krążek, bo Pogodno wywodzi się z mojego rodzinnego miasta- Szczecina, co więcej- nazwa zespołu pochodzi od dzielnicy, na której mieszkam! I może na Waszej Wspaniałości Pogodno to już nie w pełni szczeciński skład, ale nie zmienia to faktu, że Nie (w dwóch częściach), Magnes, czy Piosenka Terrorystyczna (istny majstersztyk, polecam przesłuchać) będą śpiewać wszyscy z Tobą podróżujący!





04. Hey- Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! (2009)
Robi się bardzo szczecińsko, ponieważ Hey- jak Pogodno- również się stąd wywodzi. Chcesz zapewnić podróżnikom sentymentalną podróż w rytmie bardzo dobrych kompozycji? Nie ma lepszej płyty niż jedna z najlepszych Hey'a. Akustyczne dźwięki przeplatają się z genialnie dobraną elektroniką, a wszystko okraszone ciekawymi tekstami Katarzyny Nosowskiej. Naprawdę polecam na drogę piosenki Umieraj Stąd, Chiński Urzędnik Państwowy oraz Kto tam? Kto jest w środku?, na które raczej nikt nie będzie narzekać. Oczywiście oprócz tych wyżej wymienionych obowiązkowo do odsłuchu cała płyta!




03. Strachy na Lachy- Piła Tango (2005)
Nie ma osoby, która nie zna największego hitu zespołu Dzień dobry, kocham Cię. Oto właśnie Piła Tango, która zawiera właśnie tą piosenkę. Sprawdzone przeze mnie już kilkakrotnie, że krążek idealnie nadaje się do podróżowania. Moi rodzice uwielbiają brać ten krążek do auta, gdy jedziemy na wakacje i jakoś nikt jeszcze nigdy nie miał ich dosyć. Ba! Apetyt na kolejne piosenki rośnie w miarę przesłuchiwania! Wszyscy będziecie nucić List do Che, Piłę Tango lub Jedną taką szansę na sto. Nic tylko kupować i ładować do pojazdowego odtwarzacza (właśnie wymyśliłem nowe określenie na radio samochodowe)!


02. Brodka- Granda (2010)
Ta płyta niewątpliwie za kilka lat będzie uznawana za "klasyka". I się nie dziwię, bo jest naprawdę dobra. Niesamowita dawka energii, świetne, chwytliwe teksty. To właśnie tą płytą Brodka tak naprawdę rozsławiła się na dobre w naszej polskiej popkulturze. Płytę doceniają i masowi odbiorcy jak i Ci bardziej alternatywni. Monika Brodka wraz z zespołem mieszają tutaj trochę folkowej muzyki, rocka oraz typowej elektroniki. Kto jeszcze nie zna ten ma natychmiast przesłuchać! Przekonują się nawet Ci, którzy nie lubią zbytnio twórczości pani Moniki i spokojnie- jeleń z okładki na pewno nie gryzie :)





01. Of Monsters and Men- My head is an animal 
Ten top zdecydowanie wygrają nasi przyjaciela z Islandii. Ich bardzo ładny, pełen akustycznego aczkolwiek energicznego grania twórców słynnego Little Talks- hitu ubiegłego lata. O nim już kiedyś rozpisywałem się w jednej z recenzji, kiedy pod lupę brałem właśnie tą płytkę. Mogę zagwarantować, że jest idealna na doskwierające obecnie letnie upały- miło jedzie się nad morze, słuchając tych dźwięków i wiedząc, że już zaraz popluskasz się w chłodnym Bałtyku. Jak ktoś chce więcej szczegółów zapraszam do recenzji (w hiperłączu) i do przesłuchania na Spotify pod spodem.





Co dalej? Nie mam jakichś specjalnych planów co do kolejnych postów- mam w głowie jeszcze wiele pomysłów- żeby nie było. Nie mam pojęcia po prostu, z którego z nich skorzystać w następnym poście. Na pewno będę kończyć relację z Opener'a, więc dużo tego spamu będzie :)
Tymczasem trzymajcie się i na pocieszenie dodam, że nad Polskę idzie chłodny front atmosferyczny zatem na ten nadchodzący deszcz przygarnijcie sobie jakąś przyjemną płytkę, przytulcie się do poduszki i... korzystajcie z wakacyjnego lenistwa!
Waflekins.

niedziela, 21 lipca 2013

Wilcze wycie indiańskiego lata.

Już po odpoczynku. Pełen nowych sił witalnych i pomysłów mogę wrócić spokojnie do bloga. Dzisiaj dokończę napoczęty dawno temu przeze mnie post (wiele osób na mnie krzyczało w mailach, że zapowiedziałem i nie dodałem już nic nowego). Zatem rozwiążę zagadkę z bestiami, które mają kły i potrafią pokazać pazur. Mowa oczywiście o bestyjkach jak najbardziej pozytywnych i jak najbardziej muzycznych. Co więcej! Występują one na terenie naszego kraju i prężnie działają, tworząc kolejne rozrywające wręcz melodie (o czym świadczy bardzo dobra, nowa i wydana ostatnio płyta). Mowa będzie oczywiście o Wilkach- bo to oni stanowią kolejny punkt mojego wakacyjnego topu, a dokładniej o ich mojej ulubionej płycie- Przedmieścia z roku 1993- kiedy to moda na Gawlińskiego i spółkę była największa, a ich płyty przygarniała do domu cała rzesza zadowolonych właścicieli.

Wilki- Przedmieścia, 1993, MJM Music
Hejterzy ociekający jadem mogą sobie mówić, że to komercha i w ogóle płyta jest ble. Nie widzę w tym nic złego, że fajne piosenki dobrze się sprzedały. Grupa potrafi pokazać, że nie trzeba tworzyć wcale kawałków  do kotleta z tekstem typu "Kocham Ciebie/Kochasz mnie/Na polanie całujmy się!", żeby wpadało to w ucho na przykład w czasie jazdy autem. Na dodatek tłumaczą to wykorzystując rockowe instrumentarium, co tym bardziej się chwali. Znajdują się tu zatem kawałki już kultowe- Nie zabiję nocy, które otwiera płytę, Moja Baby- romantyczny utwór, którego słuchając widzi się oczami letnie ulewy i całujących się zakochanych, czy bardziej mroczny i jesienny już Cień w dolinie mgieł. 
To jednak tylko singlowa część tej płyty. 

Chyba najbardziej lubię właśnie te kawałki, które mało kto zna- bo to te mają właśnie najwięcej do przekazania. Lubię sobie posłuchać Słońce moja wiara- z prześlicznymi gitarami akustycznymi, zadziornym basem, (które pojawia się też w Letniej piosence dla Ciebie- i naprawdę wielkie brawa dla Marka Chrzanowskiego za to co tam wyczynia) oraz tekstem o tym jak to zło wkrada się w nasze życie. Jestem ateistą, ale kawałek o Bogu w wykonaniu Wilków mnie ujmuje. Jest bardzo orkiestrowe N'avoie dające nadzieję i niesamowity pokład energii no i nostalgiczna (bo nie byłbym sobą, gdyby najsmutniejszy uwtór nie byłby moim ulubionym) Ballada Emanuel- przepiękny wykon akustyczny poprzedzony szalonymi wywijasami na elektryku- uwielbiam włóczyć się w rytm tej piosenki plażą. Za to tekst Crazy Summer śpiewa się już po pierwszym przesłuchaniu. Przedmieścia to po prostu istna magia. Irytuje mnie jedynie Hiszpan- piąty kawałek, który zawsze pomijam. Sam nie wiem dlaczego- nie polubiliśmy się i tyle.
Wilki to na tej płycie wciąż hipisi. Oddają więc hołd innym gwiazdom sceny psychodelicznego rocka- grupie The Doors, coverując ich piosenkę Indian Summer. Jest to jeden z niewielu przypadków, gdzie cover jest lepszy od oryginału (i pewnie wiele osób mnie za to zbeszta)- o wiele bardziej lubię Indian Summer w wykonaniu naszych polskich pacyfistów. Niesamowite jak grupa buduje w piosence klimat powoli wkradającym się pianinem, przeszkadzajkami, które w refrenie tworzą z grającą cały czas gitarą przepiękną symfonię. Zatem gorąco polecam Wam wszystkim- kupujcie, pakujcie do radia w aucie i ruszajcie nad Bałtyk wraz z indiańską magią jaką niesie krążek. Na pewno po chwili wszyscy będziecie śpiewać i płytę będziecie odtwarzać częściej, niż się Wam wydaje. Pod spodem możecie przesłuchać na Spotify i sami się przekonać :)
Krążek oceniam 8/10.



A już jutro możecie czekać na pierwszą część relacji z tego, co spotkało mnie na Openerze zatem zapraszam, a tymczasem czołem! ;)
Waflekins.

środa, 12 czerwca 2013

Dźwięki indie lata.

Przyznam bez bicia, że szwedzkie, grające muzykę indie trio Peter, Bjorn and John znam głównie za sprawą hitu Young Folks- jak najprzeciętniejszy słuchacz masowy. To dzięki osławionemu singlowi poznałem krążek Writer's Block- ewidentnie płytę Anno Domini 2006. Przyznam również, że jest to jedyna płyta grupy jaką znam. Pamiętam moje próby przesłuchania innego ich krążka- Gimme Some z roku 2011, ale nie podeszła mi już jak wspomniana wyżej Writer's Block. Mimo tego jest to płyta, która niesamowicie na mnie wpłynęła i praktycznie wszystkie piosenki na niej zawarte kojarzą mi się z dźwiękami lata. Słuchając ich mroźną, zimową porą przypominają mi się długie ciepłe dni, zakrapiane mnóstwem promieni słońca, nagrzana po całym dniu za oknem pachnąca pościel, ptaki śpiewające w przesiąkniętym zielenią parku. Writer's Block to płyta dla mnie niesamowicie ważna i o ile wykonania na żywo tychże Panów w ogóle mnie nie przekonują, to studyjnie nie zliczę ile razy już słuchałem moich 11 letnich hymnów. Dzisiaj postaram się zarazić nimi i Was- jak się uda to się jeszcze zobaczy. Na razie zapraszam do lektury mojej recenzji tegoż albumu :)

Peter, Bjorn and John- "Writer's Block" data wydania- 14
Sierpnia 2006 roku; label Startime

Co jest największą zaletą tej płyty? Jest niesamowicie prosta- wszystkie piosenki są zbudowane na starej jak świat zasadzie zwrotka-refren-zwrotka-refren, wszystkie wpadają w ucho dzięki chwytliwej melodyce refrenów i można do nich potupać nóżką. Mogą ich słuchać praktycznie wszyscy i każdemu się spodoba. W ten sposób otrzymujemy najlepszych kandydatów do promocji albumu w radiowych rozgłośniach- Objects of My affection, wspomniany wcześniej hit Young Folks, Let's call it off z wrzynającą się z ogromną siłą perkusją i The Chills- wyróżniający się z całej płyty swoim elektronicznym brzmieniem. Nie rozumiem braku tej ostatniej w spisie oficjalnych singli, promujących płytę- jak dla mnie zespół popełnił ogromny błąd nie promując nią krążka.


Powodem mogło być to, że całe Writer's Block budują głównie przesterowane gitarowe dźwięki, przy których The Chills  brzmią jak odrzut z zupełnie innej płyty. Elektroniką trąca również kolejny genialny utwór z płyty- Paris 2004, ale elektronika ta jest już całkowicie w klimatach pozostałych utworów krążka. Wracając do gitar- robią naprawdę wspaniałe wrażenie, nadając klimat takim utworom jak Amsterdam- przy którym można naprawdę się odprężyć, bardzo romantycznym i jakże krótkim Start to melt, czy w stonowanym Poor Cow zagranym już na gitarze akustycznej utworze zamykającym płytę. W niektórych momentach chłopcy jednak przeginają i o ile piosenka Up against the wall zaczyna się fajnym motywem- o tyle rozwleczony na siedem minut zaczyna w połowie irytować. To samo jest z niewykorzystanym potencjałem piosenki Roll the credits. 



Album pomimo opisanych wpadek oceniam spokojnie na 7/10 (hahaha! niespodzianka! Nigdy nie wprowadzałem ocen do recenzowanych albumów, ale teraz to się zmieni. Zdziwnieni, co? :)). Jest to zdecydowanie jedno z większych osiągnięć grupy, dzięki któremu trafili do szerszego grona odbiorców niż alternatywne podziemie, w którym grając muzykę podpadającą pod rock-pop szybko by przepadli w gąszczu innych grup. Writer's Block dało im nadzieję, że ludzie zawsze będą pamiętać o nich jako o twórcach tej słynnej piosenki Young folks. Czy to dobrze dla tria? Tego nie wiem.
Dalej Wam mało? Na dokładkę link do teledysku największego hitu Petera, Bjorna and Johna.



PS: Przed weekendem spodziewajcie się mnie z kolejną notką- jak zapowiedziałem znów będzie recenzja (pewnie już nimi rzygacie, prawda?). Jeżeli macie ich dosyć i chcielibyście coś zmienić w moim blogu piszcie śmiało na muzycznekorki@gmail.com- przeczytam z chęcią Wasze uwagi i pochwały. Jeżeli chcesz wdać się ze mną w dyskusję na któryś z tematów poruszonych na blogu (i nie tylko ;)) pisz również na ten mail- chętnie pogadam z czytelnikiem- zawsze możesz mi polecić jakiś zespół, a Ja być może kiedyś napiszę o nim na blogu. Oprócz tego dziękuję wszystkim, którzy już napisali. Wasze wsparcie jest nieocenione- dajecie mi niesamowitą motywację do pisania i prezentowania Wam kolejnych to zespołów.
Do zobaczyska wkrótce!
Waflekins.