Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 czerwca 2015

Florence + the rockowy pazur

Wiecie, że nowa płyta Florence + The Machine właśnie pojawiła się w sklepach? Radia co chwila puszczają kolejne nowe piosenki, więc pewnie wiecie. Wprawdzie miała być dzisiaj opisywana polska płyta, ale ta premiera wydaje mi się o tyle kuszącym kąskiem, że postanowiłem się jej przyjrzeć i opisać swoje wrażenia. W końcu nowa płyta Florence to nie byle co! A do polskiej muzyki wrócę za tydzień, bo tutaj również się dzieje (przypominam, że dzisiaj premiera singla tegorocznego Męskiego Grania z Melą Koteluk i Fiszem, co wydaje się całkiem fajnym połączeniem oraz premiera piosenki Donatana i Maryli Rodowicz, co wydaje się już nieco bardziej absurdalne. Myślę, że o takich rzeczach to nawet sam Witkacy nie śnił).
Tak czy inaczej - zapraszam zatem do lektury!

Płyta: Florence + The Machine - "How Big, How Blue, How Beautiful"

Wydawnictwo: Island Records

Rok wydania: 2015

Ile piosenek?: 11 na zwykłej wersji, 16 zawiera wersja deluxe

Najlepsze z nich: "Varius Storms & Saints", "St Jude", "How Big, How Blue, How Bueatiful", "Long & Lost", "Third Eye"






Bardzo lubię takie recenzje w ciemno, kiedy nie znam jeszcze opisywanej płyty. Odkrywam ją wtedy tak naprawdę razem z Wami, integracja z czytelnikiem pełną gębą, łączenie się z kosmosem i te sprawy. Poza tym fajnie wraca się do takich rzeczy na przykład rok później i patrzy jak zmieniło mi się zdanie na temat niektórych piosenek.

Nową płytę grupy Florence Welch otwiera znany już chyba przez wszystkich "Ship To Wreck" . Już widać, że będzie to płyta inna od poprzedniczek ("Ceremonials" i "Between Two Lungs" - swoją drogą bardzo ładne płytki). "Ship To Wreck" to porzucenie dotychczasowej stylistyki królowej alternatywnego popu, odzianej w wianki i śliczne, zwiewne sukienki. Florence + The Machine już na samym początku sięgają po brudne, rockowe, brzmienia zalatujące trochę muzyką The Cure. To jednak bardzo dobra inspiracja, a zmiana jak dla mnie idzie bardzo na plus dla zespołu. Swoją drogą zauważyliście, że ostatnio bardzo modny jest powrót do rockowego pazura?

Następnie dostajemy znowu osłuchaną już piosenkę, ponieważ "What Kind Of Man" było pierwszym zwiastunem nadchodzącej płyty. Florence + The Machine nie można niczego zarzucić jeżeli chodzi o radiowe hiciory na nowej płycie. Nie są to banalne pioseneczki, ale mają chwytliwy refren i przyzwoicie napisaną muzykę. Jest też w tym wszystkim energia, która roznosić będzie na pewno wszystkie letnie festiwale w 2016 roku. Pytanie tylko, gdzie pojawi się u nas Florence. Na Openerze, czy OWFie?

Bardzo ciekawymi pozycjami na albumie są tytułowe "How Big, How Blue, How Beautiful", "Queen of Peace" zaczyna się znowu bardzo spokojnie, wyciszając słuchacza, ale tylko po to żeby w 40 sekundzie już wybuchnąć rytmicznym uderzaniem perkusji. Widzę tu potencjał na kolejnego singla.
Florence + The Machine ewidentnie zmieniają stylistykę nie
tylko muzycznie. Tutaj
Florence ubrana trochę jak na festiwal bluesowy
w Rawie. Źrodło: florenceandthemachine.net
spokojniejsze od dwóch poprzednich utworów, przeplatając gitarę z elektronicznymi efektami. Piosenka brzmi bajkowo i idealnie nadaje się na utwór tytułowy. Następne po nim

Stopa wybija w podłogę takt, a my pędzimy do "Varius Storms & Saints"  - tym razem słychać lekkie inspiracje Nickiem Cavem. Jest to mroczny, ale jednocześnie bardzo ładny utwór z rewelacyjnym gitarowym riffem, który ciągnie się przez całą piosenkę. Dla kogoś kto lubi flegmatyczną muzykę będzie to prawdziwa gratka. "Deliah"  jest chyba pocieszeniem dla fanów wcześniejszych dokonań Florence, którzy nie do końca pogodzili się z opancurzeniem wizerunku Florence + The Machine. Brzmi trochę jak odrzut z poprzedniej płyty. Gdybym miał obstawiać, to pewnie "Deliah" powstało najwcześniej ze wszystkich nowych piosenek. Jest rytmicznie, skocznie i popowo, ale jak dla mnie nie jest to najmocniejsza pozycja na "How Big, How Blue, How Beautiful". Uszłoby na wersji deluxe albo jako B-Side któregoś z singli, ale nie w środku tracklisty właściwej płyty.



"Lost & Lost" trwa ledwo 3 minuty i jest powrotem do rockowej stylistyki. Utwór jest ciekawy poprzez połączenie spokojnej gitary z elektronicznym beatem, który pobrzmiewa gdzieś w tle. Chór, który towarzyszy Florence Welch w refrenie przyprawia o ciarki. Utwór na duży, duży plus. Coś dla fanów FKA Twigs i dokonań Arcy. Kosmos. Początek "Caught" brzmi nieco bluesowo - trochę jak piosenki Janis Joplin, nieco jak "21" Adele - tyle że zaśpiewane bez tej charakterystycznej chryp wymienionych pań. Mam wątpliwości co do tej piosenki, bo o ile kompozycja muzycznie jest bardzo fajna, to styl śpiewania Florence nie do końca mi do takich bluesowych ballad pasuje, ale to tylko pierwsze wrażenie. Może potem wpadnie mi w ucho. Na pewno kompozytorsko grupa bardzo wydoroślała i doszła do majstersztyku, bo "Caught" mogłoby spokojnie znaleźć się nawet na płycie Amy Winehouse.

"Third Eye", które również pewnie zostanie singlem jest ponownie powrotem do brzmień, przy jakich debiutował zespół. Utworu warto posłuchać chociażby dla mocnej końcówki, w której do śpiewającej na kilku ścieżkach Florence dołącza gitara, smyczki i elektroniczne dodatki. Ewidentny przebój na lato, do którego chce się wracać. "St Jude" oparte jest wyłącznie na elektronicznych wstawkach. Znowu wyczuwam trochę inspiracją Arcą i ostatnio bardzo modną mozolną elektroniką, za którą przepadam. Florence sprawdza się w takim repertuarze o wiele lepiej niż w przypadku bluesowego "Caught". Po takiej kompozycji aż chciałoby się usłyszeć Florence + The Machine na jednej scenie z takimi grupami jak Massive Attack, czy z Lamb.

Ostatni na normalnej wersji albumu jest utwór najdłuższy ze wszystkich na "How Big, How Blue, How Beuatiful" czyli "Mother". Jak dla mnie trochę za długi i zbyt przekombinowany. Zaczyna się genialnie. Klimat buduje gitarka jak z The Doors, Florence też daje radę z wokalem, pobrzmiewa też coś w stylu kamertonu, co nadaje szybki rytm początkowi utworu - trochę jak "Break On Trough (to the other side)". Refren też daje radę i wszystko byłoby super, gdyby "Mother" skończyło się na czwartej minucie. Od czwartej minuty dostajemy przygrywkę zespołu i Florence Welch umieszczoną gdzieś w tle całego pobrzękiwania, wyjącą nic nie znaczące "uuuuu". Tak czy inaczej utwór poza końcówką jest przyjemny i prezentuje się jako mocne zakończenie płyty.


Uwagę zwrócę jeszcze na umieszczony tylko na wersji deluxe bonusowy "Hiding". Nie rozumiem zabiegu nieumieszczenia go na zwykłej wersji. Utwór świetny, który zostawia większy niedosyt niż "Mother" - nadawałby się i na singla, i na wisienkę na torcie, która wieńczy nowy krążek Florence. Świetnie połączona jest tutaj rockowa energia i elektronika, kojarząca się z grupą Phoenix.


Plusy:


  • Dobry rockowy materiał, który na pewno na 100% da sobie radę koncertowo.
  • Kompozytorski majstersztyk grupy. Spora ewolucja od "Between Two Lungs".
  • Utwory są mocne, chwytliwe i szybko wpadają w ucho.
  • Świeża zmiana stylistyki i śmiały krok do przodu.
Wady:
  • Florence nie daje rady rady w niektórych miejscach. Nie chodzi o to, że dziewczyna źle śpiewa. Ona jak na razie po prostu nie pasuje do takiego repertuaru. 
  • Miejscami wystąpiło lekkie przedobrzenie jeżeli chodzi o piosenki (przykład - końcówka "Mother").
  • Brak "Hiding" na zwykłej wersji płyty.



poniedziałek, 1 czerwca 2015

Włochy z Islandią

"Post pojawi się do niedzieli najpewniej" napisałem w poprzednim poście. Ha! Dobre sobie. Odwieczna zasada żeby nie narzucać sobie tutaj konkretnych terminów po raz kolejny została złamana i jak zawsze nie wyszło zmieszczenie się w terminie. Norma. Mam nadzieję, że jesteście do tego przyzwyczajeni i wybaczycie mi to jakoś.

Zastanawiałem się jakie brzmienie zaproponować Wam na leniwy, ciężki i zapłakany deszczem poniedziałek. Stwierdziłem, że najlepsze będą świeczki i kameralna atmosfera. Do tego trochę gitar bo moja własna gitara uciekła nad morze, a ja będę tam dopiero jutro wieczorem (już Pani nie lubię, Pani nadchodząca sesjo).

Artystkę o której będzie dzisiaj mowa znalazłem przypadkiem, gdy posiadałem jeszcze telewizor. Skacząc z kanału na kanał natrafiłem na ciekawy koncert na TVP Kultura. Tym razem nie były to włoskie tenory ani jakieś dziadowskie cosie. Można słuchać. Od razu podłapałem zauroczenie do Pani Emiliany Torrini, jej prześlicznego akcentu, lekko zadziornego wokalu i do całej atmosfery koncertu, który dawał mnóstwo energii. Zaraz po tym postanowiłem przesłuchać sobie jedną z jej płyt. Padło na "Fisherman's Woman" z 2005 roku.

Jak było?

Zaraz się dowiecie. Zapraszam do lektury!


Płyta: Emiliana Torrini - "Fisherman's Woman"

Wytwórnia: Rough Trade

Rok wydania: 2005

Gatunek: Trochę folku, trochę spokojnego indie rocka

Ile piosenek?: 12

Warto posłuchać: "Sunny Road", "Serenade", "Today Has Been OK", "Lifesaver", "Fisherman's Woman"




Dziewczyna Rybaka

Emiliana Torrini jest matką Islandki i Włocha jednak to w tym pierwszym kraju wychowała się ta zdolna Pani i tam zaczęła swoją muzyczną karierę. Zaczęło się nietypowo. Ojciec Emiliany posiada w Reyjkjavik (Boże, co za uporczywa nazwa stolicy) dość znaną restaurację. Szczęśliwe zrządzenie losu zaprowadziło tam Dereka Briketta - właściciela londyńskiej, bardzo cenionej wytwórni One Little Indian Records. Zobaczył śpiewającą wówczas dziewczynę, którą już chwilę potem zaprosił do Londynu do nagrania wydawnictwa. Potem była piosenka dla Kylie Minogue, epizod w soundtracku do Władcy Pierścieni, kolejne płyty. Jakoś się wiodło.

Emiliana długi czas trzymała się z wytwórnią, a w Islandii wydawała kolejne płyta z pogranicza blues'a i trip-hopu. "Fisherman's Woman" miało być krokiem naprzód - wydane za pomocą nowej wytwórni Rough Records odpowiedzialnej m.in. za The Smiths i zwrotem w kierunku innej muzyki.

Z elektronicznych, rozwleczonych brzmień Kobieta Rybaka (z angielskiego "Fisherman's Woman) poszła w kierunku folku i akustycznych brzmień.

Przez prawie cały krążek Emilianie towarzyszy jedynie gitara akustyczna. To ona odgrywa tu największą rolę, a pozostałe instrumenty dołączają się do niej sporadycznie. Jest kameralnie. Zupełnie jakbyśmy siedzieli w salonie przy kominku, a artystka przygrywała nam swoje pogodne piosenki. Jest bardzo przyjemnie. Wyjątkiem jest tytułowy "Fisherman's Woman", w którym rolę głównego bohatera przejmuje pianino.

Perfekcja z każdej strony

Na szczególną uwagę zasługuje perfekcyjny wokal Emiliany, który w połączeniu ze specyficznym akcentem daje naprawdę fajne połączenie. Dziewczyna wykorzystuje dar, który posiada i jest tego świadoma. Świadectwem tego jest trudny do wyparcia z głowy "Lifesaver", czy wspomniane wcześniej "Fisherman's Woman". Najpiękniejsze jest jednak wieńczące płytę "Serenade".

Poza Islandią przebija się też trochę obrazek Włoch. Uciekający poprzez struny gitary w  "Sunny Road"  i  zachowany w energii "Next Time Around" krajobraz tajemniczych uliczek, które aż chciałoby się zwiedzać, skrytych w późno popołudniowym słońcu.

Chłodna i surowa w brzmieniach Islandia i pogodne, rytmiczne Włochy - dwa z pozoru odmienne światy zostały tutaj połączony w jeden, w którym z pomocą zdolnej Emiliany, dzieją się rzeczy niezwykłe. To płyta do której można wracać o każdej porze roku i zawsze znajdzie się tutaj coś urzekającego.

Bardzo lubię ten krążek i w piosenkach wartych przesłuchania mógłbym wymienić wszystkie dwanaście, ale ograniczę się i jeszcze raz zachęcę do przesłuchania. Szczególnie polecam fanom islandzkich, akustycznych brzmień, bo Emiliana Torrini z takim wyjściem na światowy rynek alternatywy idealnie trafia w taki target. Świadczy o tym zresztą to, że po "Fisherman's Woman" artystka nie poprzestała i do tej pory na światowy rynek wypuściła jeszcze dwie następczynie opisywanego tu krążka i choć może nie jest to jakiś straszny sukces komercyjny, to jest to bardzo wartościowa muzyka.

wtorek, 26 maja 2015

Szpitalny post

W zeszłym tygodniu zabalowałem na juwenaliach. Posta zatem nie było! No halo - napisałem ostatnio już trzy (a może dwa?) posty! Należało się wolne :P

Tak naprawdę to w ramach rekompensaty do soboty pojawi się jeszcze jeden post. Nie wiem na razie kiedy. Będzie tak o z zaskoczenia - tak jak ma pojawić się nowa płyta Grimes.

Ale nie na Grimes będę dzisiaj wylewać hektolitry cukru, lukru i czekolady komplementów. Zostajemy w naszej pięknej Polsce, w której ostatnio dzieje się muzycznie bardzo dobrze! Nowy Patrick The Pan, Monika Brodka zapowiada nową płytę, Dawid Podsiadło też coś tam świruje, singiel Męskiego Grania na dniach. Ale te nazwy/nazwiska są już stosunkowo znane. Zejdziemy niżej, do podziemia, kolebki alternatywy. A alternatywę mamy bardzo ładną.

Jest sobie otóż taki hoszpital, o którym nie wiadomo w sumie za wiele poza tym, że grupa pochodzi z Poznania, w tym roku pojawił się ich debiutancki longplay "Weszoło", który poprzedzony był EP-ką "Szmutno" (humory artystów bywają zmienne), a jeden z muzyków jest powiązany z Panią Asią z Asia i Koty (która też się na płycie gdzieś tam przewija). Także o pierwszych krokach w świecie muzycznego biznesu trio hoszpital i o ich płycie "Weszoło". 
Zapraszam do lektury!

Płyta: hoszpital - "Weszoło"

Wytwórnia: Thin Man Recrods

Rok wydania: 2015

Gatunek: rock, alternatywa

Ile piosenek?: 8

Najlepsze numery:  "Anuluj", "Ja chciałbym być poetą", "To dobry moment na radość", "Warzywa i owoce"






Krótko, zwięźle i... industrialnie (sic!).

Zawsze zachwycają mnie takie krótkie płyty. Wydaje mi się, że zestaw ośmiu albo dziewięciu piosenek niesie w sobie już takie pokłady magii, która potrafi zaciągnąć i zachwycić słuchacza do świata przedstawionego przez autora/autorów, ale nie zanudzić.

Tu dostajemy właśnie takiego muzycznego liliputka - w pozytywnym tego słowa znaczeniu, ponieważ brnąc od otwierającego całość "Abcdf" do ostatniego, ósmego (wiecie - nieskończoność, liczba doskonała, mistyfikacja i takie sprawy) "To dobry moment na radość" w ogóle nie odczuwa się upływu czasu. Zupełnie jakby się leciało ponad czasem.


wtorek, 12 maja 2015

Bomba emocjonalna

Zanim zrobiłem sobie wakacje od Korków i odnosiłem się do dyskografii Pati Yang, jej krążek "Faith, Hope + Fury" z 2009 roku, za każdym razem nazywałem ją jej najsłabszym dokonaniem. Nie rozumiałem zachwytów jakie wzbudzała w niektórych osobach. Dziwiłem się, gdy znajdowali się fani Pati Yang, którzy stawiali "Faith, Hope + Fury" na pierwszym miejscu podium najlepszych wydawnictw artystki.
Wreszcie przyszedł ten dzień, że wypatrzyłem płytę przypadkiem na sklepowej półce, a że twórczość Pati nie jest mi obojętna, pomyślałem - ryzyk fizyk, kupuję. Po przesłuchaniu całej płyty od początku do końca moje zdanie na temat krążka zaczęło się zmieniać. Dziś bardzo cenię te piosenki, ale wciąż nie uważam ich za lepsze od tych, które znajdują się na debiutanckiej "Jaszczurce"
Dziś recenzja "Faith, Hope + Fury" - ostatniej (jak na razie) płyty z dyskografii Pati Yang, której tutaj nie opisałem.

Płyta: Pati Yang - "Faith, Hope + Fury"

Gatunek: Muzyka elektroniczna

Wydawnictwo: EMI Music

Data wydania: 2009

Najlepsze utwory: "Summer Of Tears", "Red Hot Black", "Over", "Outside", "The Boy in Your eyes"









Co to za Pani Pati?

Jak przy każdej recenzowanej tutaj płycie tej Pani, przybliżę kilka szczegółów z jej życiorysu, także kto wie co nieco o Pati, spokojnie może przeskoczyć do kolejnego nagłówka. 
Patrycja Grzymałkiewicz czyli Pati Yang urodziła się i wychowała w Polsce. Tutaj mieszkała do 16 roku życia, dopóki wycieczka do Anglii nie przerodziła się w dłuższy pobyt, rozpoczęcie nauki w londyńskiej szkole muzycznej i początek tworzenia podwalin swojego debiutu fonograficznego, zatytułowanego "Jaszczurka", który wyda po powrocie do Polski w 1998 roku. Niestety odmienne spojrzenia na karierę artystyczną wydawcy oraz artystki, doprowadzają do konfliktu z wytwórnią i słabej promocji bardzo dobrej płyty. Pati Yang po zakończeniu trasy koncertowej w Polsce, wyjeżdża i koncertuje po hipsterskich klubach w Europie, aby ponownie trafić do Anglii i zamieszkać tam już na stałe. Poznaje tam swojego przyszłego męża, Stephena Hiltona, z którym nawiązuje współpracę przy nowym projekcie Children (ten wydaje na świat tylko dwie piosenki, ale przeradza się w większy projekt FlyKKiller (o, jeszcze go mogę kiedyś zrecenzować, super)). Pati odnosi w Anglii kilka sukcesów - m.in. nagrywa z Davidem Holmesem ścieżkę dźwiękową do dosyć popularnego filmu "Ocean's Twelve", współpracuje z wszelkiej maści guru muzyki trip-hopowej, w której utrzymany był jej debiutancki krążek. Wszystko to prowadzi do nagrania w 2005 roku w legendarnym Air Studios (z którego korzystali też Coldplay, Muse, czy Florence+The Machine) swojej drugiej płyty - "Silent Treatment". Utrzymana jest w podobnej stylistyce co debiut, a za sprawą singla "All That Is Thirst" odnosi nawet umiarkowany - jak na muzykę niszową -sukces komercyjny i kończy się nawet wizytą w Opolu na "Superjedynkach" (szczyt marzeń spełniony). 

wtorek, 5 maja 2015

Romantycy jak z komedii


Tak jak obiecałem - to się dzieje naprawdę - wracam do pisania misiaczki! Żeby już na samym starcie było milusio i przyjemnie, to polecimy z płytą lekką i przyjemną. Mój przyjaciel piosenki zespołu, o którym dzisiaj będę opowiadać, określił jako biesiadę (uprzedzając, nie będzie dzisiaj Weekendu). I w sumie miał ten diabeł Michał rację, kiedy tak właśnie skwitował piosenki Romantyków Lekkich Obyczajów.
Zapraszam do lektury!

Płyta: Romantycy Lekkich Obyczajów - "Lejdis & Dżentelmens" 

Wytwórnia: SP Records

Data wydania: Grudzień 2011

Najlepsze utwory: "Być wolnym słowem" "Bez Ciebie Odchodzę", "Lodziarka", "Moja Wieś", "Kac"










Kim są właściwie Romantycy Lekkich Obyczajów? Pewnego pięknego dnia w Olsztynie Damian Lange, dający czadu w Transsexdisco (dobra nazwa, nie? Ponoć Lange podpatrzył ją kiedyś w notesie u kolegi marzącego o założeniu zespołu, w kajeciku zapisywał sobie pomysły na nazwę wymarzonej grupy - jednym z pomysłów było Transsexdisco właśnie, nikt nie wie co to oznacza) wraz z Adamem Millerem z zespołu Fade Out (który nota bene w swoich piosenkach tworzy z instrumentali przepiękne krajobrazy) postanowili założyć osobny projekt, który opierać się będzie o gitary akustyczne i co dzisiaj wikipedia określa jako połączenie folku oraz piosenki kabaretowej z melodramatycznym popem. Ale Kongo. Wkrótce po wypuszczeniu kilku pierwszych piosenek, zainteresowała się nimi wytwórnia SP Records, odpowiedzialna za sukces formacji Strachy na Lachy i happysad. Co z tego wyszło?

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego jak brzmią tytuły najlepszych według mnie piosenek z albumu i aż mi się mordka ucieszyła. Faktycznie jest biesiadowo.

Dzisiaj jedziemy na wieś, więc będzie sielsko. A co jest bardziej sielskiego
niż dzikie, letnie wyprawy takim skarbem jak na zdjęciu?
Kiedy zastanawiałem się jak opisać Wam debiut Romantyków Lekkich Obyczajów, do głowy
przyszło mi porównanie go ze starymi, polskimi komediami (najlepiej tymi z lat '80), których akcja dzieje się na wsi. Ogół społeczeństwa je uwielbia, właśnie za swoją lekkość, dowcipność i za ten pazur typowy chyba dla Słowian (zaleciało trochę Donatanem, spokojnie - nie mają Romantycy z Donatanem nic wspólnego). Puenta jest taka, że to właśnie do takich produkcji społeczeństwo bawi się najlepiej - każdy kto ich poznaje i zasłucha się w ich piosenkach, zawsze będzie chętnie do nich wracać. Uważam nawet, że z debiutem fonograficznym Romantyków rozkręciłoby się całkiem niezłą prywatkę. I nawet jeżeli wskakuje do piosenki akurat jakiś ambitniejszy temat (dajmy na to takie 5 Perspektyw lub "Bez Ciebie  odchodzę") , to i tak sposób podania historii przez charakterystyczne, bawiące się słowem teksty (serio - przesłuchajcie "Lodziarki" - mistrzostwo) oraz proste, bo lecące na kilku akordach gitary melodie sprawiają, że utwory po prostu siadają w pamięci i nie chcą z niej wyjść przez długie tygodnie. Panowie udowadniają, że da się jeszcze nagrywać ładne, chwytliwe piosenki bez używania elektronicznych dupereli.
Dlatego warto, żeby więcej osób ich poznało.

Tematykę płyty wyznacza w dużej mierze już pierwszy kawałek - "Kac". "Lejdis & Dżentelemens" to wpadający w ucho pamiętnik dwudziestoparolatka szukającego żony (jakieś pseudo "rolnik szuka żony"), a przy okazji dalej dojrzewającego (bo mówią, że my, faceci nigdy nie dojrzewamy). Stąd miejsce na na przykład taką "Piosenkę Balkonową", ale i na mądre "Być wolnym słowem" mówiącego o nieuchronnych zmianach. Jest miejsce na piękne wyznania ("Niby statek"), kwiatki i na picie, ale jest też na samotność ("Poznajmy się" - swego czasu triumfujące na swego czasu ogólnopolskiej Esce Rock) i na mądre przemyślenia ("Bez Ciebie Odchodzę"). A jak już historia zajedzie przy okazji na rodzinną maleńką wieś, to już w ogóle zaczyna się jatka i melodramatyczny pop na czworaka.
Polecam mocno!

Jakby ktoś był zainteresowany, to zostawiam Wam link do Deezera. Ze Spotifaja SP Records niestety usunęło wszystkie płyty, jakimi dysponuje (ale to tylko moje przypuszczenia, możliwe, że jest inaczej i pół dyskografii happysadu, cały Kult i Pidżama Porno zniknęły stamtąd w tej samej chwili z innej przyczyny). 


piątek, 17 października 2014

Julia kończy z żartami.

Julia Marcell i jej muzyka były ze mną od bardzo dawna. W czasach licealnych pomagała mi wkroczyć gibkim krokiem w zupełnie nowe środowisko. Od "June" zmieniło się bardzo dużo. Dorosłem ja, dorosła też i Julia. Dojrzało brzmienie, które obecnie jawi się jako mroczne, pełne nieokiełznanych emocji. Pełne pasji. Nie oznacza to broń Boże, że na "It Might Like You" i "June" nie było pasji - z tą płytą artystka wskoczyła po prostu na zupełnie nowy poziom, absolutnie nową ścieżkę. Level up pod każdym względem.

Zmieniła się też okładka - już nie kolorowa i krzykliwa jak dziecko z "June", teraz modne są mądre spojrzenia i stonowane połączenie czerni i bieli. Faszionelki - fakt konieczny do zapamiętania. Groszki już nie wrócą do łask tej zimy. Wróci za to Julia, która wyznacza nowe trendy i ścieżki w swojej twórczości.
Były już indie akustyczne motywy. Potem taneczna elektronika.
Żarty się skończyły - teraz czas na sentymenty.
A ja zapraszam do lektury.

Julia Marcell - "Sentiments", MYSTIC, 2014

Może powagi tych introwertycznych emocji nie słychać na singlowym "Manners", które otwiera krążek. Jest to po prostu prześmiewcza karykatura na dzisiejszą gimbazę z popową przyśpiewką w stylu "Nananana" i genialnym refrenem pointą. Idealne rozpoczęcie nowego roku szkolnego.  Myślę, że dlatego trafiła na singla. Uczynienie "Manners" singlem było jednak w moim odczuciu błędem. Po takiej przesłance szykowałem się na rockową nawalankę na gitarach i po pierwszym odsłuchaniu byłem trochę zawiedziony. Byłem skłonny nawet uznać krążek za nudny.
Punkt patrzenia zależy jednak od punktu siedzenia.


środa, 8 października 2014

Lajtowa płyta.

Siemanko!

Fakt, w porównaniu do wakacji to teraz na blogu tak naprawdę pustki jak przed strzelaniną na westernie. W każdym razie chciałem dziś przyjść i przerwać tę cholerną, niezręczną ciszę swoimi frustracjami związanymi z zajęciami kopania piłki - jak się domyślicie obrzydliwie lipnymi. Coś na zasadzie jest wąsaty Pan wuefista, który chodzi po boisku, gwiżdże bo gwiżdże - sam pewnie nie wie po co i co jakiś czas radzi postawić inaczej stopę. Nożesz na co ja się do jasnej ciasnej zapisałem?! Gdzie ja wylądowałem?! Przecież od gimnazjum nie grałem w piłkę nożną, a już w tamtych słynnych, zamierzchłych czasach moja gra polegała bardziej nie na kopaniu, a na zabawie w chowanego z kulą syntetycznego sztucznego tworzywa. No i miałem tutaj przyjść, wylać swoje żale i frustrację, opisać płytę, której poziom mroczności przeraża nawet najzagorzalszych emosów. No ale  nic. Na szczęście sytuacja się nieco ustabilizowała, bo jednak będę mógł chodzić na basen, na który chciałem chodzić. Zatem zamiast mroku wstanie na Muzycznych Korkach słoneczko, piękna polska złota jesień i spokojny popik. 
Zapraszam do lektury!

Varius Manx - "Eno", Pomaton EMI, 2002

Dla niektórych pewnie płytka stara jak świat, bowiem gdyby "Eno" było człowiekiem prawdopodobnie zaczynałoby gimnazjum (ja dzisiaj ciągle tylko o gimnazjach, nie wiem co się tutaj dzieje - jakaś nostalgia za przeszłością?). Tytuł trzyma się znowu tej samej formuły, stosowanej przez zespół od 1994 roku, która brzmi mniej więcej "nazywajmy wszystko trzyliterowymi wyrazami na literę e"! Tym razem padło na wyraz eno. Nic Wam on nie mówi? 

Nic dziwnego! Spokojnie, nie jesteście skończonymi tumanami, które o świecie wiedzą tyle co bulwa kapusty rosnąca na polu. Aby natrafić na trop eno musicie szukać nie w języku polskim, a w grece. Tam znajduje się już w słownikach ów wyraz i oznacza "wino". I to miałoby sens zważywszy na to, że dwie pozycje na albumie odnoszą się właśnie swoimi tytułami do tego trunku, dostajemy bowiem powiązane ze sobą żwawe kompozycje "Smak białego wina" oraz "Smak czerwonego wina", obie niby akustyczne, ale pełne tuptającej perkusji i elektrycznych riffów w tle. Czyżby zespół chciał nam już na wstępie oświadczyć"jesteśmy niczym wino - czym starsi tym lepsi"? Takiej ideologii niestety przy promocji albumu nie zastosowano, ale niektórzy ENO rozwijają jako 
Energetyzujące, Nowoczesne, Oryginalne. 
Na każdym kroku progress. Cuda na kiju, miód z domowej pasieki i pyszne maliny za jedyne kilka grosików. Myślę, że od tych trzech epitetów najłatwiej zacząć recenzję "Eno".




Czy naprawdę jest to jakiś ponadprzeciętny poziomowo, nowoczesny album, zawierający same oryginalne kompozycje? Dla niektórych pewnie tak. Ja słyszę tutaj dwanaście kompozycji - bardzo delikatnych, spokojnych, jesiennych z chwytliwymi refrenami. Formuła idealna do radia, bo jak już w Złotych Przebojach poleci takie przykładowo "Moje Eldorado", to wszyscy tupią nóżką i jest ogólnie niesamowicie przyjemna atmosfera w tych gospodarstwach domowych, gdzie zwykle Złote Przeboje lecą. Może oryginalność tego albumu jest dla mnie porównywalna z oryginalnością kotleta schabowego na obiad, aczkolwiek nie oznacza to, że nie jest to smaczny posiłek. Jeśli szukacie czegoś totalnie lekkiego na powroty z pracy, czy szkoły, kiedy jesteście totalnie wymęczeni, to "Eno" wydaje mi się idealne. Co więcej dla tych, którzy są podatni na jesienne dołki - ładunek energetyzujący w tych piosenkach jest bardzo duży. No po prostu jakoś tak pozytywniej się na serduchu robi. Więc słoneczna energia w gitarowych riffach i saksofonie Kuby Raczyńskiego faktycznie się znajduje gdzie trzeba.

Większość utworów to nieskomplikowane piosenki o miłości. Znowu popowa swoboda, melodyjność docierająca do najgłębszych pokładów wrażliwości. Niektórzy hejterzy mogą powiedzieć, że te piosenki są strasznie proste i wręcz odrzucająco infantylne, My hejterów się na szczęście nie słuchamy i mamy własne rozumki, więc kiedy oni słysząc "Znów być kochaną", baśniowe w warstwie muzycznej "Nowy Jork i My" czy "Nie ma sprawy" dławią się swoim toksycznym jadem, my możemy delektować się szczerymi historiami, które wyśpiewuje nam do ucha Monika Kuszyńska - niestety nie śpiewająca już w zespole Varius Manx (gdyby ktoś nie wiedział - zespół ten specjalizuje się w tym, że romansuje z kolejnymi wokalistkami na kolejnych - niestety jak dla mnie coraz słabszych płytach. Śpiewała tam już, o całowaniu się z gwiazdami Anita Lipnicka, potem Kasia Stankiewicz opowiadała o tym jak widziała orzełki. Takie opowieści różnej treści. Grupa przechodziła rozmaite perturbacje przy mikrofonie). Jakie piosenki należą do moich ulubionych z "Eno"? Pośród tych popowych radio songów znajduje się bardzo spokojna perełeczka, delikatna i wydawałoby się krucha jak beza na cieście "Czas, który masz", mocniejsze brzmieniowo niż reszta, tytułowe "Eno" to instrumental, który przywodzi na myśl garażowe granie prawdziwego, młodzieńczego rocka. Moja fawrotyka z całego materiału to jednak druga piosenka na płycie - "Ja, Amanda". Zawsze słucham tej kompozycji i dziwię się, że nie została singlem - potencjał na letni hicior. Chociaż może to i nawet lepiej, że nie zyskała popularności, gdyby radia wałkowały ją wówczas w kółko, dziś nie byłoby takiego zachwytu nad tym powerem.


Ogółem - "Eno" to bardzo słoneczna płyta i jeżeli ktoś szuka czegoś lajtowego na jesienne powroty do domu, bez żadnych dramatycznych treści, to właśnie znalazł coś idealnego dla siebie.





poniedziałek, 15 września 2014

Mój pierwszy raz z Kristen.

Witam Wszystkich!
Wiecie co? W połowie sierpnia zrobiłem sobie specjalną rozpiskę. Na niewielkiej karteczce zapisałem jakie płyty i artystów mógłbym w danym miesiącu recenzować. Były tam też tematy na cykle Wyliczanki i Przyjrzyjmy Się. Newsy to newsy - swoją drogą. Ów rozpiska obejmuje posty aż do grudnia, także naprawdę sporo tego jest. Cały paradoks tkwi w tym, że jest trzeci tydzień września, a ja dalej nie zrealizowałem żadnego tematu z wrześniowej części kartki. No ale jak mógłbym pisać o czymś innym, gdy co chwila pojawiają się na mojej drodze jakieś doskonałe płyty? Na przykład takie jak ta dzisiaj omawiana.
Zapraszam do lektury ;)

Kristen - "Western Lands", Lado ABC, 2010

Zaliczyłem dzisiaj dość mocny szok. Na jednym z portali muzycznych, które zwykłem czytać dowiaduję się o koncercie zupełnie nieznanej mi grupy, w zupełnie nieznanym mi miejscu. Wszystko oczywiście w Szczecinie. Szczecińska grupa Kristen na przełomie września i października rusza w trasę po Polsce, promując swoje nowe wydawnictwo "The Secret Map", które światło dzienne ujrzy 30 Września. Przesłuchałem piosenkę z nadchodzącej płyty, myślę sobie - "kuuuuurde, to jest coś! Bardzo mocne coś!". Brnąc dalej przez ich profil na youtube znalazłem uploady kilku ich płyt. Wziąłem pierwszą lepszą, która przyciągnęła mnie okładką.

Okładka "Western Lands" kusi obrazkiem industrialnej, amerykańskiej ulicy. Każdy gdzieś brnie, po coś w tej miejskiej machinie goni. Jak to w każdym większym mieście. Niby proste jak przepis na zrobienie jajecznicy, a zawsze mnie taki motyw chwyta za serce. Koniec interpretowania zdjęć. "Down Underground", które zaczyna 28 minutową EP-kę to dziwna, leniwa kompozycja, która od pierwszej sekundy wskazuje, że mamy do czynienia z jakimiś siłami karmicznego kosmosu. Niby to sobie gdzieś tam pobrzdąkuje gitara, jakaś elektronika wyrwana rodem z filmu Davida Lyncha, wznosząca się coraz bardziej perkusja, leniwy wokal. Wszystko jakby uciekło ze mną do krainy snów, a jednak wciąż przecież siedzę sobie na kanapie i przesłuchuję jakiś nieznany, nowy zespół. Pięciominutowa gra instrumentów zastąpiona zostaje w tytułowym, jednominutowym 'Western Lands" jakimś schizofrenicznymi brzdękami. Totalny underground. 

sobota, 13 września 2014

Zagrane o świcie.

Dobry Wieczór!
Rzadko zdarza mi się pisać posty o tak późnej porze. Zwykle przelewam dla Was myśli na wirtualny papier chwilę po obiedzie albo wcześnie rano. No cóż - dzisiaj będzie nieco inaczej. Nieco praradoksalnie, bo piszę nocą o albumie, który całym swoim klimatem jak i nazwą tkwi w chłodnym, jesiennym poranku. Sporo nowych utworów z nadchodzącego wówczas - a dzisiaj już wydanego - "Brzasku" Skubas zagrał na tegorocznym Przystanku Woodstock. Mała Scena w jednej chwili aż drżała - w pozytywnym tego słowa znaczeniu - od energicznych, szybkich piosenek, aby zaraz uspokoić się i kołysząc w rytm spokojnej gitarki, pogrążyć się w koncertowym transie. Już w czasie koncertu myślałem tylko o jednym.
Jaki to będzie cholernie dobry album.
I jest.
Dzisiaj "Brzask" w roli głównej. Zapraszam do lektury!

Skubas - "Brzask", Kayax, 2014

2014 rok to ogólnie wysyp fenomenalnych płyt. Bardzo dużo akustycznych, ładnych brzmień jakie lubię. W Skubasie jednak podaje tę akustykę i przestrzeń zupełnie inaczej. Na rockowo. Jest chyba jedynym artystą jakiego znam, który rozpętał pogo, grając na gitarze akustycznej. Gdy wydał swoje debiutanckie "Wilczełyko" cały polski rynek muzyczny nie mógł znaleźć słów, aby wyrazić zachwyt. Dziś muzyk powrócił z zupełnie nowymi piosenkami - dojrzalszymi, utrzymanymi w stylistyce podobnej do tej wyznaczonej na debiucie i ustawiającymi poprzeczkę dla następnej płyty jeszcze wyżej. Symbolem płyty jest jastrząb, zachęcający nas z półki sklepowej zawadiackim spojrzeniem,
No kup mnie, kup.
Przesłuchaj. Warto.
Zaufaj mi - jestem jastrzębiem.

Całość zaczyna "Diabeł" nieco mroczny, z charakterystycznymi werblami, ciekawym tekstem. Klimat nieco senny - tak jak gdzieś o czwartej nad ranem - gdy nie wiadomo, czy to już dzień, czy jeszcze może noc. Jedni już na nogach szykują się do pracy, inni jeszcze śpią. Zaraz po diabelskich wyznaniach Skubas zabiera nas na "Plac Zbawiciela" - kawałek strasznie kojarzy mi się z ostatnią płytą Kings Of Leon, co nie oznacza, że jest genialny. Jak dla mnie może nawet i jeden z najfajniejszych Skubasa. Ale on wszystkie piosenki ma fajne, więc ciężko mi to określić dokładnie. W każdym razie dzień zaczyna się na dobre - szybka perkusja, partie gitarowe powiewające emmm... świeżością (naprawdę nie wiem jak to określić, ale ta zaczarowana gitara melodia naprawdę mnie orzeźwia). Gdy kończy się melodyjny opis budzącego się dnia na Placu Zbawiciela, Skubas gra dla nas "Kołysankę"  - utwór napisany jeszcze w 2013 roku - zainspirowany poznaniem przez monitor USG swojego Syna. Kojący, refleksyjny utwór chwyta za serce. Czuć silne doznania tkwiące gdzieś pod korą mózgu każdego, które opisuje Skubas. Instynkt. Końcówka rozbrzmiewa bardzo energicznie, do zabawy włącza się gromada rozmaitych instrumentów, towarzyszących gitarze.

"Brzask" jest tak genialny, że Youtube'owi piraci nawet jej nie tknęli. 
Pewnie każdy kupił krążek ;)

"Rejs" - utwór numer 4 - bardzo wpadł mi w ucho już na Woodstocku. Tutaj prezentuje się jeszcze majestatycznie. Atmosfera pnie się ku górze w donośnych refrenach i opada przy spokojnych zwrotkach. Bardzo majestatyczna kompozycja - jakkolwiek by to nie zabrzmiało. "Nie mam dla Ciebie miłości" to pierwszy singiel zapowiadający płytę, spokojna nostalgiczna ballada. Powiem Wam tylko tyle - jest tak dobra, że zagraniczne portale, prezentujące ciekawą muzykę z całego świata doceniają surowość melancholii. Wyborny utwór na jesień. Tytułowy "Brzask" i następujący po nim mój drugi faworyt - "Kosmos" tworzą ze wspomnianym singlem urokliwe akustyczne trio, które nic a nic nie szykuje na to, co następuje chwilę później. "Wyspa Nonsensu" to bardzo potężny rockowy utwór, podchodzący już trochę pod brudny grunge. Skubas znowu serwuje ogromne pokłady energetyczne. Coś mi się myśli, że bardzo miło będzie się wstawać do tej gitary. Słoneczna "Ballada o chłopcu" z radosnym pogwizdywaniem w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki - jest perfekcyjna do leniwej drzemki. Rozbudza dopiero rewelacyjna, acz krótka końcówka utworu. To jedyny mój zarzut do ów ballady. Lepiej dałaby sobie radę jako dwuminutowa suita, niż jako 4 minutowy uspiacz. 



Bluesowa "Wątpliwość" wieńczy cały "Brzask". Na horyzoncie wstaje południowe słońce. Skwar uderza na Plac Zbawiciela. Pora pożegnać się ze Skubasem i jego nowym materiałem. Jak nic to właśnie on rozpoczął mocnym uderzeniem sezon jesienny w polskiej muzyce. Przyjemna płyta na jesień - są momenty spokojniejsze, potrafi uderzyć i pierdyknąć ostrym piorunem. Zachęcam do posłuchania i wyrobienia sobie zdania, czy muzyk przeskoczył poprzeczkę "Wilczegołyka". Pomijając fakt, że "Brzask" obyłby się bez jednej, czy dwóch piosenek albo kilku nużących, zbyt spokojnych momentów, Ja uważam, że jak najbardziej mu się to udało.
Miłego dnia! :)



sobota, 23 sierpnia 2014

Dorastanie George'a Ezry

Witam!
Po raz ostatni lub przedostatni - Akustyczny Sierpień. Na ten moment nie mogę dokładnie stwierdzić, co będzie się działo w przyszłym tygodniu - musicie być cierpliwi i zaglądać. Planuję wkrótce facebookowego fanpage'a, więc obserwowanie będzie nieco łatwiejsze. Na razie nie ma innej opcji niż zaglądanie tu notorycznie. Dzisiaj jak to ostatnio tutaj bywa - po raz kolejny będziemy raczyć się gitarami. Dziś jednak z trochę większym powerem. Płyta stosunkowo nowa bowiem swoją premierę miała niespełna dwa miesiące temu. I w porównaniu z omawianymi już "Our Hearts First Meet" i "Life for rent" słychać, że jest to płyta przynależąca do już zupełnie innego, nowego pokolenia muzyków - słychać to modne indie zacięcie, ale jest też w tej codzienności pewna niecodzienność. Wybaczcie mi, że zaczynam takim oksymoronem.
Ale o tym co on oznacza, zaraz opowiem!
Zapraszam do lektury ;)

George Ezra - "Wanted on Voyage", Sony Music Entertainment, 2014

Na tą płytę natrafiłem w sumie zupełnym przypadkiem - ktoś wrzucił jedną z piosenek z albumu na swojego fejsa. Znałem wcześniej wprawdzie singlowy "Budapest", który podbija listy przebojów na całym świecie. Chociaż to w sumie różnie bywa, bo gdy u nas w Polsce, czy we Francji niezbyt się piosenka przyjęła, w tym czasie cała Nowa Zelandia i Wielka Brytania się Ezrą niesamowicie jarały - no i ja się z tymi drugimi totalnie zgadzam. Okładka albumu nawiązuje swoją stylistyką do wspomnianego singla. Tłum, w którym każdy się czymś zajmuje i wyłaniający się z niego młody chłopak. Wpisuje się on idealnie w panującą ostatnio modę na chłopców w hipsterskich aczkolwiek bardzo eleganckich koszulach, z akustyczną gitarą pod pachą, grający swoje kameralne piosenki. To właśnie jego historię będziemy właśnie poznawać w czasie przesłuchiwania debiutanckiego "Wanted on Voyage". Zaczyna stosunkowo młodo - wszak 21 lat to doskonały moment na podbijanie świata. Różnica między teledyskiem do "Budapest" jest taka, że piosenkarz zmienił kolor koszuli. Zaprasza nas do swojego świata. Zaprasza do wysłuchania szesnastu opowieści o dorastaniu. 

Sympatyczny obraz do "Budapest". Jeden z moich ulubionych teledysków -
niby to spokojne, a jednak dynamiczne i ciągle coś się dzieje.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Sercowy blues Rykardy Parasol.

Siemka!
Akustyczny Sierpień. W oczekiwaniu na film, który nadawany będzie za kilka chwil na TVP Kultura (zero product placementu) postanowiłem machnąć sobie dla Was taką oto recenzję bardzo ładnego albumu. Coś w sam raz na ostatnie dni lata, klimatyczne podróże samochodem przez lasy i sielankowo wyglądające wsie. Płyta, która równie dobrze mogłaby być ścieżką dźwiękową zarówno dobrej komedii jak i filmu Quentina Tarantino (może kiedyś, kiedyś w snach dostaniemy takie połączenie - uważam, że byłoby to przewspaniałe). Płyt studyjnych ma obecnie ta Pani trzy, ale to zapewne dopiero początek jej kariery i za X lat krążków na pewno przybędzie. Ja skupię się dziś na debiutanckim - "Our Hearts First Meet" z roku 2006 (w Europie jednak płyta ukazała się dopiero w 2008). Zapraszam do lektury na temat debiutu Rykardy Parasol!

Rykarda Parasol - "Our Hearts First Meet", 2006 (US)/2008 (EU),
 ThreeRing Records
Niech Was nie zmyli imię i nazwisko artystki, bowiem Rykarda Polką nie jest, aczkolwiek nasz kraj nie jest jej obcy bowiem - jak pisze na swojej stronie internetowej - tutaj uczy się, koncertuje, zdarza jej się tu nawet pisać kolejne piosenki. Rykarda Parasol pochodzi z San Francisco. Jest córką dwójki imigrantów - Szwedki i Izraelczyka. Nie sugerujcie się również jej amerykańskim pochodzeniem. Nie ma chyba bardziej kosmopolitycznej persony niż ta artystka - przeważnie mieszka w Paryżu, koncertuje ze swoimi piosenkami w stylu - jak sama określa - noir rock - (w tym miejscu Waszą reakcją jest pewnie jedno wielkie ładafak? Posłuchacie to przekonacie się co miała na myśli, pisząc te słowa) po całym świecie. Jestem niesamowicie wdzięczny losowi, że pozwolił mi poznać jej muzykę praktycznie przypadkiem. Stało się to ponad rok temu - na Openerze anno domini 2013 - kiedy to zmęczony z przyjacielem Michałem zaszliśmy zajrzeć do kameralnego namiotu alter space pewnego lipcowego wieczora. Oboje już przysypialiśmy, bo był to naprawdę porządny dzień jeżeli chodzi o koncertowanie. W każdym razie wciąż pamiętam jaki niesamowity klimat wytworzyła Rykarda. Wiedziałem, co będę katować po powrocie. Później nasza znajomość oscylowała jedynie wokół płyty "Against The Sun" z której utwór "Cloak of Comedy" katowałem długi, długi czas w odtwarzaczu. Dopiero po roku byłem gotowy na starcie z całą twórczością Rykardy.

A oto co Was dziś czeka. W słuchawkach Rykarda Parasol  i  jej
"Candy Gold"

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Pocztówka z Woodstocku

Dobry wieczór moi mili!
U mnie dzisiaj bez burz - totalny chill w cieniu. Z daleka od upału. Upłynął na zbieraniu sił po Woodstocku i jednym wielkim
odsypianiu, gromadzeniu weny na napisanie tego posta. Wreszcie postanowiłem się za to zabrać, póki temat jeszcze świeży i każdy mówi tylko o Kostrzynie. Jak pisałem - emocje po festiwalu dalej nie opadły, ale postaram się najbardziej obiektywnie jak tylko to możliwe wybrać najważniejsze koncerty/momenty, które zapadły mi w pamięć najlepiej. Było tego sporo także szykujcie się na sporo zachwytów!
Zatem zapraszam do lektury :D

Ifi Ude

Największe wrażenie ze wszystkich koncertów zrobiła na mnie Ifi Ude wraz z zespołem. Jak dla mnie - najlepszy występ ze wszystkich tegorocznej edycji. Przez rok - kiedy to miałem okazję uczestniczyć na swoim pierwszym koncercie tej jakże utalentowanej Pani - zmieniło się naprawdę wiele. Wówczas Ifi grała na najbardziej alternatywnej scenie całego Opener'a. Nie miała jeszcze wydanej płyty, zebranego tak licznego grona fanów jak teraz, był to jeden z jej występów na większym festiwalu. Później przyszedł wspaniały krążek, nominacja do Fryderyka, wielki sukces, festiwal w Gruzji, koncertowanie z zakręconą kapelą Łąki Łan, wydanie książki, projekt Panny Wyklęte... no działo się u Ifi przez ostatni rok naprawdę sporo! Na Openerze piosenki były dopiero w fazie tworzenia - było w tym sporo nieokiełznanej energii, grupa nie wiedziała jeszcze dokładnie jakimi petardami dysponują. Na Woodstocku kapela po roku grania miała te kawałki opanowane do perfekcji. Pozwalali sobie na eksperymentowanie, odbieganie od tego co dostajemy na debiutanckim wydawnictwie. Było sporo tańczenia, zachwytu i ogólnie Ifi ponownie rozkochała mnie w swojej muzyce. A Panie z chórków wykonują kawał dobrej roboty - ogromny szacun!

A jeżeli ktoś miałby wątpliwości co do tego, że Ifi Ude jest artystką wybitną,
to zapraszam do przesłuchania "Miłościoszczelnego" - na koncercie kawałek nie pozostawia na słuchaczu suchej nitki, a noga sama skacze!


Animal Music

To był ostatni koncert drugiego dnia. Mój towarzysz koncertowy (tu pozdrawiam Rafała, który często obserwuje bloga - dalej nie pojmuję jak Ty ze mną wytrzymałeś te cztery dni) był już zmęczony i poszedł w kimę, wszyscy znajomi pili w okolicy Dużej Sceny, a ja dzielnie trzymałem się tamtego chłodnego wieczoru, aby zobaczyć występ bardzo obiecująco zapowiadającego się zespołu z Wielkiej Brytanii. Grupa gra muzykę całkowicie odmienną od tego, co serwuje się na Woodstocku (de facto na Małej Scenie było multum takich koncertów - praktycznie wszystkie podobały mi się bardziej od tych na Scenie Głównej mimo, że i tam działy się wspaniałe rzeczy). Grupa zaserwowała sporo własnych, drum'n'bassowych coverów słynnych piosenek - znalazło się miejsce dla "Misirlou" z filmu Pulp Fiction, było Batille i Avicciii. Czworo muzyków tchnęło w te utwory zupełnie inną aurę. Publiczność bawiła się równie dobrze co muzycy - w pewnym momencie dało się poczuć, że kilkumetrowa granica między sceną a tłumem nieformalnie zanikła. Jak zasypiałem na stojąco przed koncertem, tak po występie byłem niezdrowo nabuzowany. Myślę, że była to kwestia wspaniałej atmosfery, genialnego kontaktu z artystami, dobrego pogo i świetnej muzyki.

A tu autorski kawałek Animalsów - czekam na ich kolejny występ w Polsce!

niedziela, 3 sierpnia 2014

Starcie gigantów

Witam z powrotem!
Woodstock skończył się tak samo szybko jak się zaczął. Te 5 dni przeminęły jak oszalałe z prędkością światła - a szkoda, bo bawiłem się naprawdę wybornie. Do domu wróciłem kiedy już powoli zaczynało świtać, kładłem się spać, gdy ludzie wychodzili już do pracy i mimo tego, że minął cały dzień, to pofestiwalowe emocje dalej we mnie nie opadły i wydaje mi się, że jeszcze długo nie opadną. Jeżeli chodzi o same koncerty - mam Wam bardzo dużo do opowiedzenia i recenzje płyt, które planowałem będą musiały trochę poczekać. Na dokładnej relacji z kostrzyńskiego festu skupię się w przyszłym poście. Dzisiaj będzie coś zupełnie innego. Skonfrontuję dwa giganty pośród polskich letnich festiwali - bardzo sporo osób ultrazakochanych w jednym z tych wydarzeń często hejtuje drugie, grono radykalnych fanów tego drugiego, wylewa cysterny jadu na to pierwsze.
Będzie moi drodzy o Openerze i Woodstocku!

Sceny główne dwóch największych kolosów na naszym polskim festiwalowym rynku. Dwie liczące się za granicą nazwy.
Widzieliście już je na żywo?

Który z tych festiwalów jest lepszy? Jak dla mnie odpowiedź brzmi - żaden. Oba pokochałem całym sercem praktycznie tak samo. Nic jednak nie jest takie piękne i kolorowe - tak to już w świecie bywa, że obok superlatyw pojawiają się i wady. Postanowiłem sobie wszystko podzielić na sześć kategorii ze względu na które będę omawiać oba festiwale. Zapraszam do lektury ;)

CENA

No tutaj ewidentnie nie ma o czym mówić - jak nic wygrywa Woodstock. Jeśli w Waszym portfelu wieje pustką jak na westernowym filmie przed finałowym starciem dwóch rywali, a chcecie posłuchać dużo dobrej muzyki, to na Opener'a już się raczej nie wybierzecie. Nie martwcie się - Kostrzyn jednak wita Was z otwartymi ramionami - impreza jest niebiletowana i każdy fan fajnego grania na żywo i pozytywnej zabawy jest tutaj mile widziany! Nic tylko pakować namiot, wsiadać w pociąg i jechać! Tylko koniecznie trochę wcześniej przed festiwalem, bo w tym roku, gdy przyjechałem 29 Lipca (de facto 2 dni przed rozpoczęciem festiwalu), miejsca na polu namiotowym było już tyle co kot napłakał, a większość przyjezdnych lokowała się już w lesie.



piątek, 25 lipca 2014

Niech gra muzyka!

Ostatnie dni to dla mnie głównie wypoczynek i szykowanie się mentalnie na Woodstock. Jeżeli ktoś z Was również się tam wybiera to w tym miejscu na oficjalnej stronie festiwalu  możecie sobie ogarnąć cały line up łącznie z jubileuszowym koncertem Kasi Kowalskiej, na którym artystka zagra materiał ze swojej debiutanckiej płyty "Gemini" z 1994 (to już dwadzieścia lat piosenek takich jak "Oto ja", czy "Wyznanie" - może przed woodem walnę Wam tutaj recenzję tego krążka?). Wracając do głównego wątku całej dzisiejszej imprezy. Przede wszystkim chciałem tylko powiedzieć, że dalej nie mogę wyjść z podziwu jak statystyki pod postem o Jarocinie idą wciąż do góry - pierwszego dnia mordka mi się przez Was cieszyła jakbym widział co najmniej darmowy bilet na wakacje w Buenos Aires. Postanowiłem iść za ciosem i czym prędzej wrócić i machnąć zapowiedzianą wcześniej recenzję. O czym będzie dzisiaj? Otóż popiszę sobie o jednej z najbardziej eklektycznych płyt polskiej muzyki pierwszej dekady XXI wieku.
Zapraszam do lektury!

Hey - "music.music", Warner Music Poland, 2003
Z deszczu pod rynnę.

Po dość burzliwym okresie w życiu muzycznym grupy powoli wszystko zaczęło się stabilizować i wracać do normy. Gdy w 1999 roku Hey musiał w ramach spłacenia długów z wytwórnią Izabelinu nagrać i wydać płytę kompletnie za darmo, stanął przed kryzysem spowodowanym odejściem Piotra Banacha - dotychczasowego lidera i kompozytora wielu ważnych dla zespołu kompozycji (baj de łej on sam też nie zniknął permanentnie i wciąż prężnie działa między innymi w Indios Bravos). Kasia Nosowska pytała wtedy w nagłówkach swoich felietonów - "Hey is dead?". Na odpowiedź trzeba było chwilę poczekać, ale jak ostatecznie wiadomo zespół żyje pełnią życia i ma się dobrze. Po rewelacyjnie przyjętej nagranej już z Pawłem Krawczykiem płycie "[sic!]" - dzisiaj będącej obok debiutanckiego "Fire" w kanonie kultowych dokonań naszego rocka pojawiła się nadzieja na odbicie się od dna. Jubileuszowa trasa z okazji 10-lecia twórczości grupy, na którą fani wybierali piosenki poprzez specjalną stronę internetową (tak, tak moi drodzy - to nie Metallica pierwsza wpadła na taki innowacyjny pomysł) i wydanie zapisu z poszczególnych koncertów przyniosło równie pozytywny odzew co sam "[sic!]". Podczas gdy materiał zatytułowany      
"[Koncertowy]" zyskiwał kolejne dobrze rotujące recenzje Kasia Nosowska i Paweł Krawczyk ogłosili oficjalnie, że są parą (na rany Chrystusa jak to tabloidowo brzmi - jakbym był  pisemkiem dla gospodyń domowych). Wszyscy fani zespołu oczekiwali na kolejny studyjny krążek, a sami muzycy porównywani byli pod niebiosa z Johnem Lennonem i Yoko Ono. Rzeczywistość jest jednak inna i po wzlotach zwykle znowu następują upadki - tak to już jest, że życie to ciągła huśtawka i równie szybko jak krytyczne głosy zaczęły zachwalać "nowego" Hey'a, tak równie szybko się od zespołu odwróciły. Pofilozfowałem to mogę się skupić na samym "music.music"

Między innymi z takimi kawałkami jak "Miss Ouri" mamy do czynienia na 
"music.music"

wtorek, 22 lipca 2014

Co z tym Jarocinem?

Dzień doberek moje kochane ludki!
Już 80. post nas zastał w całym tym pisaniu bloga - wiecie może o tym? Ktoś liczy? :P
W sumie to bardzo miło, że taki jubileuszowy post zbiegł się w czasie z ważną relacją z jednego z fajniejszych festiwali w Polsce. Otóż pamiętacie jak mówiłem, że wybieram się do Jarocina? Moja podróż niestety skończyła się tak szybko jak się zaczęła, bo był to tylko jeden wieczór, ale wiecie co Wam powiem? Raczej tam powrócę. Może za rok, a może za dwa - na pewno pojadę jeszcze raz. Bo Woodstock Woodstockiem, ale taki Jarocin jest tylko jeden w całej Polsce.

Wbrew pozorom audycja nie zawiera lokowania produktu.
Po prostu smaczny sok i stylowe zdjęcie :P
Na wstępie zacznę od tego, że coś tam wisi w powietrzu i to się wyczuwa, gdy przekracza się bramkę - cienką granicę między rzeczywistym, normalnym światem pełnym problemów i nonsensów, a niesamowitą krainą muzyki, która funkcjonuje w umysłach słuchaczy polskiej muzyki niemal od czterdziestu lat. Co mnie zdziwiło najbardziej - teren całego jarocińskiego gigu jest bardzo, ale to bardzo niewielki. Przypominając sobie arcyogromne Kossakowo, na którego rozbrzmiewa co roku Open'er (moją relację z zeszłego roku możecie przeczytać jak pykniecie sobie tutaj) i zestawiając je z polem jarocińskiego festu, ciśnie mi się na myśl porównywanie Rosji i Watykanu. Tak to wygląda objętościowo. Ale jak głosi znana maksyma - nie liczy się wielkość a jakość! ;)

A ta stała na najwyższym poziomie - w ciągu jednego dnia miałem okazję zobaczyć na scenie między innymi czy nieocenioną Pidżamę Porno. Bardzo fajną sprawą jest rozgrywający się równolegle z jarocińskim festiwalem konkurs firmy Hortex - stają się oni jako tako współorganizatorem imprezy i zamiast piwa w strefie gastronomicznej można zakupić świeże, zimne soki owocowe, wziąć udział w różnego rodzaju konkursach i posłuchać zespołów, które rywalizują ze sobą na dodatkowo ustawionej scenie. Nie wiem, czy był to okrutny wymóg Hortexu, czy po prostu dobrodziejstwo ze strony organizatorów, ale koncerty na dwóch scenach nie pokrywały się ze sobą. Zaważyło to zdecydowanie na długości poszczególnych występów i większość z artystów grała tylko po pół godziny, ale z całą pewnością można było pojechać na Jarocin i usłyszeć absolutnie każdy zespół goszczący w line-upie.
The Real McKenzies, Anathemę,


środa, 21 maja 2014

Po jarocińsku.

Cześć wszystkim!

Tegoroczny Jarocin będzie niesamowity. Wspaniali headlinerzy w postaci koncertu Pidżamy Porno, której skład ostatnio spotkał się na scenie w 2012 roku, zagrany zostanie debiutancki album Republiki "Nowe
Na Jarocin wyruszam z moją zwariowaną przyjaciółką Moniką,
zdjęcie ukradłem perfidnie z jej konta na facebooku. Mam
nadzieję, że się za to nie pogniewa.
Sytuacje"
w wykonaniu m.in. Piotra Roguckiego, za którym przepadam troszkę mniej oraz Jacka "Budynia" Szymkiewicza, którego uwielbiam. Zagości Anathema, Matisyahu - powiem Wam tyle, będzie magicznie.

Ja niestety nie usłyszę w 100% składu wielkopolskiego festiwalu, gdyż wybieram się jedynie na pierwszy dzień imprezy, nie mniej jednak jadąc do niegdysiejszego serca polskiego punk-rocka, miasta buntowników lat '80, spełniam jedno ze swoich marzeń z późnego dzieciństwa, kiedy obejrzawszy film "Beasts of freedom - zew wolności", zamarzyłem o zobaczeniu jarocińskiej sceny na własne oczy. W dzisiejszym poście znajdzie się krótka wyliczanka z zespołami, które usłyszę na żywo podczas pierwszego dnia festiwalu.

Dezerter z podziemia. 

Poza zapowiadającym się wspaniale koncercie "Grabaż 30", jeszcze jedno wydarzenie nie pozwala mi w spokoju czekać na 18 Lipca. Dezerter - za komuny jeden z wrogów publicznych numer jeden, niesforny skład buntowników grających hardcore punk, przybędzie do Jarocina, aby zagrać piosenki ze swojej płyty "Underground out of Poland" z 1987 roku, wydanej początkowo w Ameryce za sprawą Joeya Keithleya z legendarnej punkowej, kanadyjskiej grupy D.O.A., która inspirowała twórczość m.in. Red Hot Chili Peppers, czy The Offspring. Na płycie znajdują się bomby koncertowe takie jak "Ku przyszłości", "XXI wiek", "Dla zysku" (z tych cieszę się najbardziej, gdyż w czasie koncertu w Jarocinie będzie również Kasia Nosowska, która czasem wykonuje z Dezerterem ów piosenki, więc takie spontaniczne granie jest bardzo prawdopodobne).



Dzieci kwiaty powracają!

Jarocin 18 Lipca przeżyje powrót do punk-rockowych dezerterowych korzeni, ale również odżyje tam rewolucja dzieci kwiatów i big beatu. Ania Rusowicz - córka gwiazdy gatunku Ady Rusowicz - wokalistki Niebiesko-Czarnych - wystąpi na deskach sceny festiwalu, aby zagrać materiał ze swoich dwóch płyt długogrających. Jedną z nich jest nagrodzony aż czterema Fryderykami i statusem złotej płyty "Mój Big Bit". Druga to wydana w zeszłym roku płyta "Genesis", kontynuująca stylistykę z poprzedniego albumu Ani. Zapowiada się balanga w kwiecistych klimatów! Już zapuszczam włosy i szykuję bufiaste, wzorzyste spodnie.

piątek, 18 kwietnia 2014

Kilka ładnych obrazków na święta.

Witam wszystkich!
Kolejny świąteczny okres. Już za kilka dni wszyscy zbierzemy się przy wielkim stole z naszymi rodzinami i w radosnej atmosferze zjemy pyszne śniadanko zwykle babcinej roboty. W ramach nadchodzących świąt wiele wykonawców bawi się w zajączka, rozdając nam prezenty w postaci bardzo przyjemnych dla oka obrazków. Jest ich multum, więc wybrałem sobie trzy najbardziej godne uwagi i postanowiłem wrzucić Wam tutaj, co by nie było, że nie ma ze mną kontaktu i matura pochłonęła mnie całkowicie. Polecam zrobić sobie popcorn, odciąć się od światła, a ze swoich pokoi zróbcie sale kinowe domowej roboty. No to nie przedłużając - tym razem nie zapraszam do lektury, a do oglądania! :)

Ifi Ude i jej podwodny świat.

Ifi zachwycałem się w ramach Opener'a. Wciąż pamiętam ten moment kiedy oglądając jeden z telewizyjnych talent-show (poza północą gdy leci "Rodzina zastępcza" to druga okazja kiedy włączam mój zakurzony telewizor), zobaczyłem jak wraz z zespołem wchodzi tajemnicza postać, ubrana w bufiaste spodnie (przynajmniej wydaje mi się, że były one bufiaste, aczkolwiek estetyka nie była tutaj najważniejsza). Dziewczyna i jej trupa zagrała wtedy wczesną wersję piosenki "Day", która bodajże dwa lata później pojawiła się na jej debiutanckiej płycie. W kolejnym etapie konkursu zagrała dla widowni "Falę", która niestety nie pozwoliła jej przejść dalej. Na szczęście Ifi nie przejęła się odejściem z programu, a płytę wydała własnymi siłami z pomocą fanów i akcji kickstarterowej. Dziś na facebooku wokalistki pojawił się link, do teledysku właśnie dla "Fali". Sam kawałek jest już magiczny, jego treść brzmi jak fragment nieznanej jeszcze mitologii. Wideo dla piosenki również czaruje oko - jest tajemniczo, kolorowo, ładna gra cienia i świateł.





sobota, 29 marca 2014

Kryzys wiary?

Dzień dobry.
Dziś ciężar wiosny pachnącej rozkwitającymi kwiatami. Ja jak to ja - pory roku kojarzę z ulubionymi płytami. Dużo dobrych dźwięków kojarzy mi się z tym okresem.
Może jest ich już nawet za dużo?
Dziś będzie felieton. Dawno tego nie robiłem. Niestety - u mnie zwykle jak pojawiają się tu przemyślenia, to zawsze się robi jakoś tak ckliwie i smutno.
Znowu wprowadzę dramaturgię na Korkach.

Niby noc jak każda inna. Wczoraj wybrałem się na happysad w Słowianinie. Lubię tę okolicę bo i Odra, i port, i dźwigozaurów rząd w tle majaczącym na tle zachodzącego słońca. Bardzo poetycki, zachwycający obrazek. Katharsis przezyłem jednak dopiero wewnątrz słynnego, szczecińskiego Domu Kultury. Pogo niesamowite, energia nie do opisania, krok za krokiem krok. Teraz dzięki temu modny fiolet zdobi moją prawą rekę. Nie powiem mocno na mnie to urzekło. Już drugi raz idę na happysad i dostaję to, czego tak mocno oczekuję zawsze idąc na koncert Hey'a. Mocne, obrastające w siłę brzmienia, wspólne śpiewanie piosenek i taniec spoconych ciał.
Jeśli wiesz co chcę powiedzieć - Cały mój świat potrzebuje psychologa.

piątek, 7 marca 2014

Idzie Chylińska.

Dzień dobry!
Nie było mnie przez pewien czas. Zwiedzałem Berlin w gronie hiszpańsko-polsko-niemieckim.
Był to naprawdę sympatyczny wyjazd, który może całkowicie zmienić człowiekowi poglądy na świat w przeciągu niecałego tygodnia. W trakcie jego trwania przeprowadzone zostały warsztaty dziennikarskie, ale to czego się podczas pobytu za zachodnią granicą nauczyłem sprowadza się do tego jak otwierać francuskie wino bez użycia korkociągu. Nie spodziewajcie się zatem poprawy języka, czy wyszukanego słownictwa na Korkach. Wszystko będzie jak dawniej. Dziś krótki pościk z racji tego, że artystka o której już raz tutaj wspominałem wydaje nową płytę - tak przynajmniej podejrzewam, bo ostatecznie nie zostało to powiedziane. Bardzo cieszy mnie fakt wydania na świat nowego muzycznego dziecka Agnieszki Chylińskiej. Czy utwór mi się podoba? O tym za momencik. Zapraszam do lektury :)

Okładka do singla "Kiedy przyjdziesz do mnie"
Gdzieś na przełomie 2009 roku Chylińska - dotychczas często wulgarna, szokująca i zwariowana, mianowana przez wielu królową polskiej sceny rockowej - zupełnie zmieniła swoje oblicze. Na prawo i lewo trąbiono o teledysku do piosenki "Nie mogę Cię zapomnieć", gdzie zupełnie inna od tej dawnej, zagubionej w świecie dziewczyny kobieta wdzięczyła się do kamery. Potem były jeszcze inne ekscesy jak zmiana koloru włosów na blond, plotka o chęci usunięcia tatuażu, książki dla dzieci i X-Factor - jednym słowem dała wciągnąć się w konsumpcyjną machinę zwaną mediami. Jej "Modern Rokcing" (który z członem rocking miało tyle wspólnego co ja ze Słowackim) zyskał ogromną rzeszę fanów, ale został ostro skrytykowany przez dotychczasowych słuchaczy. Nie mam jej za złe ochoty do zmian - była przecież już Matką i miała trzydzieści lat. Ustatkowała się. Brakowało mi jednak w przesłodzonym "Wybaczam Ci", czy nudnym jak przysłowiowe flaki z olejem "Niebie" czegoś, co miały jej wcześniejsze projekty. Zabrakło tego wspaniałego operowania wokalem i charakteru, który "zmuszał" słuchacza do ciągłego klikania w replay. Tego, za co pokochali ją wcześniej ludzie w "Czarnej myśli", "Szkoda by było", czy w "Rozbieraj mnie".


czwartek, 20 lutego 2014

Wyliczanka #5 "Muzyka z zarostem na przedzie"

Dzień dobry!
Wszyscy wyspani? Ja w sumie tak mimo tego, że dzisiaj wstałem bardzo wcześnie (mój zegar biologiczny chyba kompletnie się rozregulował z ogromu szczęścia, wywołanego wolnym czasem :P). Jeżeli nie wyspani to w try miga po kawę i zapraszam ponownie za kilka minut, post nie ucieknie! :)
Zauważyłem ostatnio, że mój blog skupia się głównie na śpiewających kobietach i ich zespołach (czasem z mężczyznami w składzie, niekiedy na całych girlsbandach). Bardzo się zmartwiłem, że Panowie mogliby poczuć się brutalnie przeze mnie dyskryminowani, a z racji dżenderów, równouprawnienia i pokoju na świecie tego byśmy nie chcieli! Niech nikt się zatem nie obraża, dzisiaj nadrobię wszelkie zaległości i skupię się na muzyce, gdzie pierwsze skrzypce grają mężczyźni. Zapraszam do lektury! 

#10 Mike Oldfield

Gdzieś już o nim wspominałem. Bodajże przy recenzji płyty "Tubular Bells III". Co mogę o nim powiedzieć? Muzyczny zachwyt mojego śp. Dziadka, który ogólnie miał wybitny gust muzyczny i żałuję, że nie mogłem dłużej z nim obcować na jednym świecie, podyskutować o muzyce. W każdym razie to dzięki jego wpływowi w moim domu znalazła się duża część płyt Mike'a Oldfielda, którego lubią wszyscy w mojej rodzinie. Genialny kompozytor, który w swoich kompozycjach potrafi tworzyć piękne, odległe światy. Polecam zwłaszcza jedno z jego pierwszych dokonań - płytę Herghest Ridge z połowy lat '70, która swoim układem może wydawać się niesamowicie długa, gdyż są to dwie części trwające po 20 minut każda, aczkolwiek czas spędzony przy słuchaniu tych dźwięków leci bardzo szybko, a na duszę działa lepiej niż najlepszy miód, czy czekolada.




#9 Łąki Łan

Jeżeli miałbym wskazać najbardziej kolorowy i najbardziej zakręcony muzyczny, polski projekt, to wahałbym się między Big Fat Mamą, a wspomnianym wyżej właśnie Łąki Łanem. Grupa tak niesamowicie pozytywna, że sam zastanawiam się co oni takiego biorą. Skład to sześciu Panów nie z tego świata. Poń Kolny, Paprodziad, Bonk, Mega Motyl, Zając Cokictokloc i Jeżus Marian, grający jak sami mówią gatunek, zwany Łąki Funkiem, stworzyli tak barwną i ciekawą kreację sceniczną, że słuchacze nigdy ich nie zapomną. Stylistycznie na płytach jest to kosmos, którego nie idzie podciągnąć pod nic. Przypominają te piękne czasy Woodstocku 1969 i dzieci kwiatów, mieszając to z bardzo przyjemną dla ucha elektroniką. Po prostu kosmos, wyższa sfera podświadomości, kabała i Wróżbita Maciej. Kto nie był nigdy na ich koncercie, to ma zadanie domowe!




#8 The Beatles

Kto by ich nie znał? Kto by nie znał całej ich dyskografii? Wokół tego zespołu krąży tyle legend, co i ciekawych historii zawartych w rozmaitych biografiach empikowych półek. Pamiętam, że wiele osób nazywa ich prekursorami grunge'u, heavy metalu. Inni wspominają, że ulubionymi cukierkami George'a Harrisona były gumowe żelki, a pewnego razu chłopcy musieli opuścić koncert w przebraniu policjantów. Pomimo swojej wielkiej sławy i ciekawej biografii, mieli również wielki talent, dzięki któremu nadali muzyce rozrywkowej na całym świecie zupełnie nowy bieg. Kolejna ciekawostka - przeróbek i coverów Beatlesów jest na Spotify tak dużo, że do normalnych płyt nie idzie dotrzeć (albo po prostu ich nie ma) - wrzucam więc linki z Youtube'a.


#7 Dub Fx

Poznałem go przez znajomego. Pamiętam jak zachwycał się kawałkiem "Flow" i mówił "musicie tego koniecznie posłuchać!". Wykonanie prosto z ulicy w akompaniamencie saksofonu i skocznego beatu, tak mnie urzekło, że jeszcze przez długi czas zachwycałem się muzyką Australijczyka. Jest to całkowicie niezależny artysta (za co bardzo go podziwiam), który głównie gra na ulicach wielkich miast, wykorzystując darmowe sample i swój własny głos. W trakcie jednego z takich gigów, pewnego razu w Manchasterze spotkał swoją życiową partnerkę - Flower Fairy, która wówczas postanowiła wspomóc go w sprzedaży jego płyty. od tamtego czasu z nim współpracuje, tworzy niektóre teksty i wspiera artystę wokalnie w piosenkach. Jego muzyka to ciekawe połączenie regae z drum and bass'em. 




#6 Happysad

Wróćmy na polskie ziemie, miodem i mlekiem płynące. Tutaj możemy znaleźć bardzo ciekawą grupę, która już jako młodzi chłopcy wydali w 2004 roku swój pierwszy krążek, który zaskakująco szybko dotarł do serc fanów. Od tamtej pory grupa cały czas odnosi sukcesy, nie przejmując się pełnymi jadu hejterami, nazywającymi ich "grupą dla gimbazy z rzemykami na dłoniach". I bardzo dobrze! Ze wstydem przyznaję teraz, że sam kiedyś nie przepadałem za tą grupą dopóki nie poszedłem na juwenaliowy koncert i nie przekonałem się jak genialni są na żywo, ogromne pokłady energii i świetna atmosfera na linii zespół - fani. I może tematyką czasem są trochę banalni, bo 3/4 piosenek traktuje o miłości, to i tak potrafią pięknie o niej mówić, a ich stwierdzenie "miłość to nie pluszowy miś" na stałe zapisało się już chyba w polskiej frazeologii. Brawo twórczy Happysadzie. Poloniści i fani padają u Waszych stóp.



#5 Nick Cave & The Bad Seeds

Z dumą mogę przyznać, że jest to światowej sławy grupa, którą udało mi się usłyszeć na żywo z racji Opener'a niecały rok temu. Grupa funkcjonuje od 1987 roku już jako odłam innej grupy muzycznej - The Birthday Party. Zawiera się w niej pięć narodowości całego świata - Szwajcar, Amerykanie, Australijczycy, Niemcy, Anglicy. Multum byłych członków i zawiła historia kto, gdzie, jak i kiedy. Z wysokim, postawnym brunetem o głębokim jak ocean basie przy mikrofonie. Tak! To właśnie Nick Cave cieszący się bardzo dobrą opinią pośród publiki. Uwielbiam ich  za klimatyczne kompozycje. Niekiedy szalone i rockowe z dzikim pazurem przywodzącym na myśl westerny, czasem wolniejsze dla potańczenia z zapalniczką uniesioną w górę na koncercie (ktoś tak w ogóle jeszcze robi?).



#4 Kult/ Kazik/ Kazik Na Żywo

To taki prawie Nasz Słowacki XXI-wieku. Zawsze powie Polakom prawdę o nich samych, niekiedy nawet w sposób wulgarny. Z tą jednak różnicą, że tego jakże urokliwego człowieka wszyscy (no z małymi wyjątkami) lubią, a on sam nie cierpi na wieczną depresję. On i jego współpracownicy z kilku różnych formacji mają zawsze nietypowe, zaskakujące pomysły (teledyski są tak niesamowite, że nawet "Avatar" Camerona się chowa :P), pośród których każdy znajdzie coś dla siebie. Dowodem jestem Ja, bo o ile najnowsza płyta Kultu "Prosto" w ogóle mi nie pochodzi, a moje uszy jakoś nie mogą przetrawić singlowego "Dobrze być Dziadkiem", to "Bar La Curva/Plamy na słońcu" Kazika Na Żywo to już czysty majstersztyk! Kult za to dawniej potrafił być też bardzo romantyczny, czego dowodem zamieszczona niżej "Dziewczyna bez zęba na przedzie". 



#3 Obywatel Grzegorz Ciechowski

W zamierzchłych czasach z burzą blond włosów, ułożonych nietypowo jak na polską modę PRL-u ze swoją długą grzywką, którą Ci bardziej zgryźliwi wyśmiewali, potem te włosy ściął i śpiewał o pieniądzach. Jego brak w dzisiejszych czasach to prawdziwa tragedia dla dzisiejszej, polskiej muzyki rozrywkowej. On również śpiewał o Polsce i robił to pięknie. Jego "Nie pytaj o Polskę" to piękna muzyka szarych leningradów, brudnych kamienic i pustych sklepów za komuny, który mnie niesamowicie porusza. Z Republiką wyczyniał jeszcze większe cuda, dzięki którym zapisał się w pamięci słuchaczy.

#2 Damon Albarn

W latach '90 szokujący publiczność swoim metroseksualnym wyglądem, śpiewał wówczas piosenkę "Girls and Boys", którą niektórzy uważają za hymn biseksualizmu. Serca słuchaczy podbił piosenką z dwójką w tytule ("Song 2") należącą do bluru. Światowe hity tworzyłe jednak również w założonym przez siebie i Jamiego Hewletta wirtualnym zespole Gorillaz, które popularnością wyprzedziło jego macierzystą formację. Pamiętam swoje zdziwienie kiedy pojąłem, że 2-D i Damon Albarn to jedna osoba. To własnie z jego powodu pojechałem na Opener'a. Blur i ich britpopowe brzmienie kocham! Co więcej Albarn udziela się również solo - wkrótce jego najnowsza płyta, o której też już wspominałem z okazji rozpoczęcia nowego roku. Zapowiada się niezły rozstrzał gatunkowy między akustycznym rockiem, a nowoczesną elektroniką. Jakie będzie to wyczekiwane "Everyday robots"? Czas pokaże.




#1 Nirvana

Z całego zestawienia to Oni mieli na mnie największy wpływ. Teraz powiem Wam coś, czego niektórzy zgromadzeni tutaj nie wiedzą. Wprowadzę wątek autobiograficzny. Dawno, daaaawno temu w zamierzchłych czasach tak zwanej "gimbazy" byłem mentalnym grungem, co niektórym (i mi dzisiaj) może wydawać się zabawne, aczkolwiek wtedy to było dla mnie wielkie zaangażowanie w ideę. Zamykałem się tylko i wyłącznie do muzyki rockowej, krytykując wszelką inną jako "komerchę", chodziłem ubrany w śmieszne, podarte koszule, na wszelkich forach podpisywałem się ksywką Nevermind i marzyłem o gitarze, którą sobie ostatecznie kupiłem, jednak z czasem zacząłem otwierać się na inne gatunki i cała idea muzyki z Seattle jakoś mi umknęła. Teraz patrzę na tamten czas trochę z rozbawieniem, trochę z sympatią, bo to były naprawdę fajne czasy (poza tym muzycznym ograniczeniem - nie wiem jak Ja tak mogłem)! Niewątpliwie grupa miała na mnie - jak i wielu innych ludzi w moim wieku - przeogromny wpływ. Mam większość ich dyskografii, do której zdarza mi się z sentymentu wrócić. Posiadam obszerną biografię Nirvany i książkę na temat śmierci Kurta Cobaina. W szafie trzymam też do dzisiaj nadgryziony zębem czasu, przerośnięty sweter w czerwono-czarne paski, który kupiłem "bo Kurt taki miał, to Ja też będę".
Z racji tego, że dziś wokalista Nirvany kończyłby 47 rok życia, chciałbym mu życzyć wszystkiego dobrego - gdziekolwiek teraz jest. Pod spodem wstawiam cztery moje ulubione piosenki Nirvany, co jest bardzo trudne z racji na wspaniały, aczkolwiek wyjątkowo szybko zwieńczony repertuar zespołu.