Witam wszystkich!
Kolejny świąteczny okres. Już za kilka dni wszyscy zbierzemy się przy wielkim stole z naszymi rodzinami i w radosnej atmosferze zjemy pyszne śniadanko zwykle babcinej roboty. W ramach nadchodzących świąt wiele wykonawców bawi się w zajączka, rozdając nam prezenty w postaci bardzo przyjemnych dla oka obrazków. Jest ich multum, więc wybrałem sobie trzy najbardziej godne uwagi i postanowiłem wrzucić Wam tutaj, co by nie było, że nie ma ze mną kontaktu i matura pochłonęła mnie całkowicie. Polecam zrobić sobie popcorn, odciąć się od światła, a ze swoich pokoi zróbcie sale kinowe domowej roboty. No to nie przedłużając - tym razem nie zapraszam do lektury, a do oglądania! :)
Ifi Ude i jej podwodny świat.
Ifi zachwycałem się w ramach Opener'a. Wciąż pamiętam ten moment kiedy oglądając jeden z telewizyjnych talent-show (poza północą gdy leci "Rodzina zastępcza" to druga okazja kiedy włączam mój zakurzony telewizor), zobaczyłem jak wraz z zespołem wchodzi tajemnicza postać, ubrana w bufiaste spodnie (przynajmniej wydaje mi się, że były one bufiaste, aczkolwiek estetyka nie była tutaj najważniejsza). Dziewczyna i jej trupa zagrała wtedy wczesną wersję piosenki "Day", która bodajże dwa lata później pojawiła się na jej debiutanckiej płycie. W kolejnym etapie konkursu zagrała dla widowni "Falę", która niestety nie pozwoliła jej przejść dalej. Na szczęście Ifi nie przejęła się odejściem z programu, a płytę wydała własnymi siłami z pomocą fanów i akcji kickstarterowej. Dziś na facebooku wokalistki pojawił się link, do teledysku właśnie dla "Fali". Sam kawałek jest już magiczny, jego treść brzmi jak fragment nieznanej jeszcze mitologii. Wideo dla piosenki również czaruje oko - jest tajemniczo, kolorowo, ładna gra cienia i świateł.
Dzisiaj kolejny szybki post z rozpoczętej ostatnio serii "Historii jednej piosenki". Brak czasu, który w dużej mierze przeznaczam nauce biologii i pracy maturalnej z polskiego skutkuje tym, że po prostu wszystko odłożyłem na drugi plan, a nauka stała się najważniejsza (szczerze nigdy wcześniej nie czułem u siebie takich pokładów ambicji :P). Nie chcę Was jednak zaniedybwać, toteż postanowiłem, że podzielę się kilkoma dokonanymi na nowo odkryciami. Opowiem o pewnej szczególnej piosence. Ostatnio zrobiłem się strasznie sentymentalny i wspominając "stare, dobre czasy", odkurzyłem kilka playlist w komputerze. Tony Hey'a (głównie płyta [sic!), kilogramy grunge'u, którym niegdyś bardzo się zasłuchiwałem, a - było jeszcze sporo Moniki Brodki i Czesława Mozila. Jednak utwór, o którym dzisiaj opowiem nie należy do żadnego z tych artystów. Poznany zupełnie przypadkiem. Jest dla mnie mistrzostwem, a sama artystka (znowu śpiewająca kobieta) bardzo uzdolniona wokalnie, niedawno wydała kolejną płytę - "Tales from the realm of the Queen of Pentalces", toteż tym bardziej należy o niej wspomnieć. Zatem zapraszam do lektury :)
Kurcze pieczone. Witam Was w nowym roku! :) Nie chciałem zaczynać roku tego typu postem, walczyłem ze sobą wiele czasu, żeby nie kopiować tego "podsumowania 2013 roku" tak słynnego na innych tego typu portalach. No bo w sumie wiecie, co miałbym w takim poście napisać? Wiecie, czym się zasłuchiwałem. Musiałbym powtórzyć jak wspaniałe i pozytywne są Domowe Melodie, nowa płyta Mikromusic to wspaniały krok na przód dla tego zespołu, Crystal Fighters zaatakowali rynek nową dawką energii, wciąż zachwycam się Jaszczurką Pati Yang, a pod koniec roku na nowo zakochałem się w ONA. Ahh, no i na pierwszych miejscach musieliby znaleźć się Sorry Boys oraz Edyta Bartosiewicz i po raz kolejny powtórzyć, że "Renovatio" to płyta wybitna. No ludziska sami powiedzcie, ile można? Mimo wszystko cała ta noworoczna aura wywarła na mnie wpływ i podsumowania, zestawienia i inne tego typu refleksje aż cisnęły mi się na serce. Postanowiłem, że dam temu wypłynąć, z tą jednak różnicą, że Ja zamiast skupić się na zeszłym roku, który można już upchnąć na spokojnie w szufladce z napisem "przeszłość", zastanowię się nad przyszłymi trzystoma paroma dniami.
Zanim zacznę opowiadać, cofnę się z Wami w czasie jeszcze wcześniej niż do zeszłego roku - zatrzymamy się na moment w 2012, kiedy to blog zaczynał raczkować (boże, ale on już stary!). Powiedziałem sobie wtedy, że tym razem pojadę na Opener'a, który wtedy moim marzeniem był już od jakichś dwóch lat. Udało się. Stwierdziłem również, że nie opuszczę bloga (co dawniej mi się zdarzało - tamte blogi były jednak dziecinną zajawką i na próżno będziecie ich szukać w krainie internetu - zatarłem wszystkie ślady :)) i jeżeli tylko będę mieć coś do powiedzenia, to się najzwyczajniej w świecie odezwę. Obie z tych rzeczy się udały. I jestem z tego dumny. Czy w roku 2013 też coś sobie postanowiłem?
Oczywiście!
Tym razem mam zamiar pojechać w sierpniu do Kostrzyna Nad Odrą i zobaczyć w końcu Przystanek Woodstock. Jest to moje marzenie, które co roku - dokładnie planowane - niestety nie wychodzi z tych, czy innych względów, tym razem mam zamiar jednak zrealizować ten pomysł. Jak się będę bawić na scenie w rytmie Skid Rowa, T.Love i Lao Che? Tego dowiecie się już wkrótce? Na pewno w tym roku będzie o wiele więcej postów na przełomie maja i października, gdyż po maturze czekają mnie najdłuższe wakacje w życiu. Myślę nad stworzeniem wówczas zupełnie nowego cyklu, ale nie mam pojęcia jak to wyjdzie. Na razie nie zapeszam. Kolejny punkt - stworzyć wreszcie profil na facebookowy dla bloga! Chcę również zobaczyć na żywo Pati Yang i przeprowadzić wywiad z jakimś znanym muzykiem. Z postanowień pozamuzycznych zrobię sobie tatuaż i zacznę uczyć się języka rosyjskiego - to takie najważniejsze i najmocniejsze punkty programu. Innych nie ma.
A teraz to na czym miałem się skupić w tym poście, a ostatecznie temat zszedł na zupełnie inne tory (stety niestety chyba nigdy nie nauczę się trzymać tylko jednej kwestii i nie rozgadywać :)). Na co czekam w 2014 roku muzycznie? Ciekawić mnie będzie na pewno pierwsza płyta solowa Damona Albarna - wokalisty zespołów blur (który słyszałem na żywo) oraz Gorillaz. W internecie na razie znaleźć można tylko kilkusekundowy trailer płyty. Coraz więcej mówi się też o tym, że wydawać ma Adele - świeżo upieczona Mama urlop macierzyński ma już raczej za sobą. Z polskich płyt wypatrywać będę czegokolwiek spod szyldu Hey/Nosowska. Raz, że od wydania ostatniej płyty - "Do Rycerzy, Do Szlachty, Doo Mieszczan" minęły już prawie dwa lata, a dwa - Ja zawsze wypatruję płyty Kasi solo albo Hey'a. Na pewno ciekawy jestem długogrających krążków Much (które ostatnio uraczyły Nas już singlem promującym nowe wydawnictwo), Happysadu (przy okazji obchodzić będzie 10-lecie wydania pierwszej płyty, także będzie ciekawie) oraz Pati Yang (mam nadzieję, że płyta zapowiedziana na marzec w końcu się pojawi i tym razem nic nie przeszkodzi artystce w jej wydaniu). Ostatnia wspomniana pozycja ciekawi mnie najbardziej dlatego, że "Man is a dreamer" - nowy materiał twórczyni "Jaszczurki" ma być całkowicie rockowy, jego namiastką jest singiel "I'm ready"z końca 2012 roku. Ciekawy też jestem solowego albumu Artura Rojka. Jaka będzie odpowiedź byłego wokalisty Myslovitz na to, co wyprodukowała jego była formacja bez niego? W sieci jest już również "zwiastun" płyty. Jak w przypadku Damona Albarna - jest to tylko kilka sekund, w czasie których pan Artur przechadza się wiosenną porą (a może to wczesna jesień) po enigmatycznej wiosce w rytm nastrojowego, chill outowego motywu. 2014 zapowiada się bardzo ciekawie...
Dzisiejszy post będzie napisany w 100% spontanicznie. Po prostu kierowany impulsem stwierdziłem w końcu: "Tak! Wreszcie czas, żebym coś napisał! Koniec z nieróbstwem!". Fakt, że wena ostatnio się chyba na mnie obraziła i nie odbierała telefonów przez jakiś czas. Jednak brak postów nie był wywołany jej nieobecnością. Nie będę Was oszukiwać brakiem czasu, czy niżem emocjonalnym. Tym razem to nic z tych rzeczy. Złapał mnie więc jedynie świąteczny leń. Żyję i mam się świetnie. Kilka dni temu (tak naprawdę minęły już ponad dwa tygodnie - rany jak ten czas leci) świętowałem moje osiemnaste urodziny. Dostałem wiele wspaniałych płyt, o których niewątpliwie mógłbym pisać godzinami, aczkolwiek ta jedna najmocniej chwyciła mnie za serce i dziś słuchając jej po raz milion pięćsetny, postanowiłem, że podzielę się z Wami moimi wrażeniami.
O.N.A.- "Bzzzzz" oraz "T.R.I.P."; Made in Poland - edycja limitowana, Sony Music Poland, 2013
Dostanie którejkolwiek ze starszych płyt zespołu O.N.A (którego przedstawiać nikomu raczej nie trzeba), w dzisiejszych czasach graniczy z cudem. Bardzo długo z tego powodu ubolewałem razem z tysiącami innych, młodych, "zgimbusiałych" fanów, którzy byli za młodzi by iść na koncert grupy, gdy ta jeszcze działała. Na szczęście jak wybawiciel na białym koniu, pojawiła wytwórnia Sony Music, która wypuściła na rynek serię "Made in Poland". Są to płyty, których dzisiaj zdobyć już się nie da, zmieszczonych we "wspaniałomyślnej" promocji "2 w cenie 1". W ten sposób pojawiła się okazja, aby zakupić jakiekolwiek wydawnictwo O.N.A., aby móc słuchać zachrypniętego, pięknego głosu Agnieszki Chylińskiej w domowym odtwarzaczu w przyzwoitej jakości. Na nowo wydane zostały krążki "Bzzzzz" oraz "T.R.I.P.". Co mogę powiedzieć na temat wznowienia? O ile Sony Music należy się wielki szacunek za taki wspaniały pomysł oraz przystępną dla casualowego słuchacza cenę płyt, o tyle wydane zostało to w sposób obrzydliwy (no dobra, może to za mocne słownictwo, ale pozytywnie na pewno nie da się tego określić). Pomijając kwestię okładki zrobionej na typowe dla polskich wydań z serii "Najlepsze z najlepszych zespołu XYZ", "Najważniejsze nagrania pani Iksińskiej", "Polska Muzyka Rockowa z perspektywy radia X" (czyli po prostu na odczepnego, byle żeby coś było), to dwie płyty CD z tak samo niedopracowaną poligrafią, gdyby nie logo firmy wyglądającą trochę jak jakieś pirackie wydanie zrobione w piwnicy oraz "książeczka" (o ile można to nazwać książeczką) z informacją jakich wykonawców znajdziemy jeszcze w serii oraz spis kawałków na obu płytach z dodanymi ich autorami, nie prezentują godnego dla takich artystów poziomu. Brzydka formę rekompensuje na szczęście wspaniała jakość dźwięku, do którego nie można mieć jakiegokolwiek zarzutu.
Przechodząc do samych płyt - naprawdę poczułem się zaskoczony, gdyż byłem przekonany, iż stylistyką zdecydowanie bardziej podpasuje mi "Bzzzzz" jednak to "T.R.I.P." tak naprawdę mocnopowalił mnie na kolana przed panią Agnieszką Chylińską i spółką i to właśnie nim będę się zajmować w dzisiejszym poście. Oryginalnie płyta pochodzi z roku 1998, który był chyba najlepszym dla polskiej muzyki lat '90. O.N.A. to tutaj zespół doświadczony w graniu, czego dowodzą wspaniałe, chwytające za serce kompozycje. Nie mamy już tutaj jedynie rockowo-funkowej łupanki (no dobra, gdzieniegdzie zdarza się), a bardzo zmysłowe, mroczne utwory. Na pierwszą myśl przychodzą mi singlowe "Najtrudniej", które jest jednym z moich ulubionych momentów na płycie oraz "Czarna myśl" i "Kwaśna przygoda", które polecam każdemu, kto uważa, że O.N.A. tworzyła jedynie "bezmyślny hewi metal". Warto oczywiście wspomnieć o Agnieszce Chylińskiej, charyzmatycznej kobiecie, która do dzisiaj potrafi wstrząsnąć światem show-biznesu i pomimo tego, iż dziś robi wiele rzeczy, z którymi się nie zgadzam dalej darzę ją wielką sympatią i szanuję jej decyzje życiowe. Jej wspaniały, pełen melancholii głos urozmaica utwory, wspaniale się z nimi komponując, a równie nostalgiczne teksty nie dość, że pasują do kompozycji jak ulał, to może się pod nimi podpisać chyba każdy z Nas.
Jednak nie samym przeżywaniem katharsis i wewnętrznej pustki człowiek żyje. Na płycie znajdziemy również piosenki o wiele bardziej energiczne. Od razu muszę wspomnieć o utworze "Nie chcę nigdy- babcia", który koniecznie musi przesłuchać każdy z Was. Wspaniale balansuje on właśnie między estetyką zmysłowości, a buchającej jak wulkan energii. Co więcej piękny tekst o strachu przed samotnością. Mamy też agresywne, nieco elektroniczne "Nienawidzę", które istnieje również w wersji nazwanej "Mimo wszystko" z zupełnie innym tekstem, stworzonym na potrzeby filmu "Młode Wilki" (swoją drogą bardzo film polecam), pełna mocy i skoczna "Historyjka" -kwintesencja tego, co w O.N.A. najlepsze. Szybkie, mocne, rockowe kompozycje, złączone ze wspaniałymi historiami opowiedzianymi przez Chylińską. Jest też wspaniałe, jak wisienka na torcie wieńczące całość "To naprawdę już koniec", które chciałbym kiedyś jeszcze usłyszeć na żywo, bo to jeden z najpiękniejszy polskich utworów, o otaczającej nas dookoła rzeczywistości, skrzętnie zamiatanej pod wycieraczkę.
To by było na tyle! Dawajcie znać o swoich opiniach w komentarzach i listownie na adres mailowy muzycznekorki@gmail.com. Jeżeli chcecie, abym napisał jeszcze co nieco o płycie "Bzzzzz", bo o tej również mam co pisać (i to bardzo dużo), po prostu dajcie mi znać przez jakąkolwiek z opisanych przeze mnie dróg. Pozdrawiam teraz z tego miejsca wszystkich, którzy skrupulatnie czytają moje wypociny tutaj już od roku (tych przybyłych później oczywiście też, po prostu chciałem się pochwalić tym małym jubileuszem), dzięki temu blogowi i dzięki Wam wiele się w moim życiu zmieniło i chciałbym móc uściskać Was wszystkich z osobna, gdyby to było możliwe! Mam nadzieję, że przyszły nadchodzący rok będzie równie piękny jak ten, który powoli zbliża się do swojego punktu kulminacyjnego. Właśnie - macie już jakieś plany na Sylwestra? :)
Do zobaczenia już niedługo, a ja wracam chorować dalej!
Witajcie! Dzisiaj mam zamiar podzielić się z Wami jednym z tych głębokich jak dno Oceanu Atlantyckiego postów, gdzie nie będę opowiadać ani o żadnej specjalnie wybranej płycie, planach co do życia bloga (a patrząc po statystykach- pochwalę się wam- naprawdę ostatnio trzyma się dobrze, za co z całego serca dziękuję i wysyłam gorące buziaki dla wszystkich, którzy tu zaglądają i czytają). Nie będzie przyglądania się komuś szczególnemu, czy liczenia do 10. Trochę dzisiaj sobie po prostu pogadam, ot co- jak to miało miejsce przy słuchaniu muzyki w internecie. Ostatnio, podczas rozmowy z przyjaciółmi napomknąłem o tym, że nauczyłem się grać pewną piosenkę na gitarze- a że akurat instrument był pod ręką, oczywiście im ją zaprezentowałem. Kiedy kilka osób z ów towarzystwa stwierdziło, że "naprawdę fajne" i zapytali mnie, co to dokładnie było- odpowiedziałem. Natknąłem się jednak tylko na żartobliwe spojrzenie, do którego niektórzy dodali jeszcze pytanie "Żartujesz? Przecież to taka beznadziejna papka!" w ramach dodatkowego prezentu. Zastanawiacie się pewnie o jakiż to utwór chodziło. Mianowicie jakiś tydzień temu nauczyłem się grać Wrecking Ball najnowszego- bardzo kontrowersyjnego pod względem teledysku- singla Miley Cyrus na gitarze. I naszła mnie taka oto refleksja...
Popularne, więc bez kontrowersji?
Powiem Wam więcej- publicznie znienawidzony utwór dawnej, ugrzecznionej Hanny Montany (przepraszam jeżeli użyłem złej pisowni- nie znam się na obecnych produktach Disney'a) nawet mi się podoba. Zadałem sobie pytanie- dlaczego właśnie taki ma on status? Kontrowersyjny teledysk? Czemu zatem niemiecki rockowy Rammestein nie został zniszczony, po tym jak zrobił ze swojego teledysku do piosenki Pussy film pornograficzny, gdzie artyści uprawiają seks w krótkich pornograficznych scenkach? Dlaczego Frankie Goes to Hollywood dzisiaj można usłyszeć na dyskotekach, skoro w ich największym przeboju- Relax- już sam tekst opowiada o sadomasochistycznym stosunku dwóch mężczyzn? Jak jednym z najważniejszych zespołów nurtu grunge dalej jest Nirvana, skoro w teledysku do Heart-Shaped Box dostajemy Jezusa ubranego w czapkę Mikołaja, dookoła którego krąży dziewczynka ubrana w strój Ku-Klux-Klanu? Lizanie młotka i latanie na kuli buldożera, nie pokazując tak naprawdę nic obscenicznego jest bardziej kontrowersyjne od wyżej wymienionych? W żadnym wypadku nie jestem stronniczy dla panny Cyrus- teledysk do Wrecking Ball jest po prostu pod niektórymi względami żałosny, ale czy przez to musimy skreślać całą piosenkę? Oprócz tego nasuwa mi się inne pytanie- czy to, że Miley Cyrus tworzy pop, a Rammestein metal nie pozwala jej na niektóre rzeczy, które mogą niemieccy muzycy? Czy muzyka popularna musi być ugrzeczniona? Czy jest właśnie przez to gorsza?
Sprawczyni całego zamieszania związanego z tym postem.
Według mnie odpowiedź brzmi nie- i chociaż twórcy muzyki popularnej- jak na przykład Madonna, mająca za sobą wiele kontrowersyjnych przygód- chcą udowodnić, że ich też stać na bycie kontrowersyjnym, to są skutecznie "hejtowani" za takie zachowania, gdy artyści rockowi mogą robić co im się tylko żywnie podoba pod otoczką "alternatywy i walki z komercją". Czyli może wina leży po stronie komercyjności artystów?
Popularne=Złe?
Ale czym jest tak naprawdę komercja? Szczerze mówiąc jest to dosyć dziwne zjawisko. Nie jest to żaden gatunek muzyczny, a jednak zgromadzeni są tu różni artyści- może tu trafić zarówno rock, disco jak i pop, a jednak przez niektóre środowiska artyści z tej grupy są uznawani za największe zło tego świata. W czym jednak są gorsi? Bo udało się im stworzyć utwór, który porwie dziesiątki tysięcy osób do śpiewania go razem z zespołem na koncertach, a innym zespołom po prostu się to nie udaje? Ponieważ to oni są na
Tajemniczy Marylin Manson to- niektórzy
będą zaprzeczać- również komercja moi
drodzy alternatywni ludzie :)
salonach, a nie ulubione zespoły hejtujących komercję osób? Bo zarabiają więcej niż inni artyści? Wybaczcie taka jest praca muzyka- każdy chce mieć pieniądze z tego, co robi jeżeli wykonuje swoją robotę dobrze. Równie dobrze możecie naskoczyć w takim razie na panią ze spożywczego, że nie oddaje wam ziemniaków, które są obecnie za 3 zł za kilogram za 10 groszy! Stańcie z banerami, krzyczącymi "sprzedałaś się!" pod jej sklepem. Nie zapomnijcie o dodaniu kilku wulgaryzmów dla smaczku, niech Baba wie co myślicie o takim zachowaniu. Brzmi absurdalnie, prawda?
Pamiętam czasy, kiedy sam należałem do tej jakże alternatywnej rzeszy ludzi, której nie podobało się wszystko, co tylko trafiało do tv i radia. Szczerze się wstydzę, że taki byłem, bo w wielu momentach prowokowało to różne nieprzyjemne sytuacje. Dzisiaj potrafię słuchać wszystkiego- na swojej mp3 mam zarówno krytykowaną za bycie popularną przez niektórych moich znajomych Adele jak i "bardzo alternatywną" Nirvanę (bo- teraz narażę się wielu osobom- Metallica i Nirvana to również komercja, nie oszukujmy się. Większość z tych osób żyje w złudzeniu, że słucha czegoś alternatywnego, gdy jest to zwykły mainstream- po prostu inaczej podany), ale też grupy o których mało kto słyszał- spoza świata popularnych. I takich "połączeń" jest tam o wiele więcej. Nie wstydzę się komercji, bo tak naprawdę nie jest ona niczym złym. Tak samo jak niczym złym nie jest słuchanie muzyki spoza list przebojów- bo w drugą stronę taka nienawiść również istnieje.
A Ty? Słuchasz muzyki, czy gatunków?
A jak jest z Wami? Słuchacie wszystkiego, czy na jakieś gatunki muzyki (a może właśnie na tą przebrzydłą komercję) się zamykacie? Dlaczego tak jest? Z takimi refleksjami was na razie pozostawię. Odpowiedź możecie zostawić w komentarzu albo napisać do mnie wirtualny list muzycznekorki@gmail.com. Dzięki za jakiekolwiek aktywności- chciałbym poznać Wasze zdanie w tej sprawie :)
Do zobaczenia przy następnym poście i dziękuję za przeczytanie tego! :)
Dobry wieczór kochani czytelnicy!
Na wstępie chciałbym podziękować, za tak tłumne zainteresowanie postem o płycie Renovatio Edyty Bartosiewicz- osobiście chciałbym przeprosić za wszelkie gafy jakie tam popełniłem (bo kilka ich jest, gdybym tylko mógł byłyby już poprawione, ale niestety na to już za późno, trudno :)). Przez długi czas cierpiałem na zbyt dużą wenę i wymyślałem temat za tematem, którymi was na pewno wkrótce uraczę- aktualnie tworzą się dwa, żaden jednak nie jest ukończony z racji tego, że są to trochę poważniejsze i ambitniejsze posty, nad którymi muszę pomyśleć dwa razy. Ewentualnie dziesięć. Jednak, żeby nie było ciszy zdecydowałem się na inny post- również z grona tych, które sto lat czekają na udostępnienie większemu gronu czytelników. Dzisiaj jest na niego idealna pora. Jest już za oknem całkiem ciemny- jesienny, lekko mglisty (przynajmniej w Szczecinie), chłodny wieczór i nie mam w zanadrzu żadnych innych postów, którymi sypnąć niczym mag asami z trochę przydużego rękawa dziurawego, starego swetra. "Teraz albo nigdy"- pomyślałem. Zatem dzisiaj pomówimy o płycie dla mnie wyjątkowej i niesamowitej, jeżeli chodzi o polskie rynek muzyczny.
Dzisiaj zapoznam Was z osobowością iście kosmiczną.
Z płytą zapoznałem się jakieś półtorej roku temu, gdy usłyszałem "głównego" singla promującego krążek- "Jaszczurkę" z dnia na dzień stał się moim osobistym przebojem, do którego bardzo często wracam. Wyprodukowany on został w 1998 roku przez młodziutką, 18-letnią Patrycję Grzymałkiewicz- z dzisiejszej perspektywy już Patrycję Hilton (ale mówimy teraz z perspektywy końcówki lat '90). Której historia jest iście niesamowita. Kto by pomyślał, że dziewczynka, która za młodu jeździła w trasy z Lady Pank, bo jej Mama związana była z Janem Borysewiczem- ówczesnym liderem grupy. W wieku 15 lat wymsknie się z domu w Polsce do odległej Anglii, gdzie zamieszka całkowicie sama i podczas lekcji w szkole muzycznej na wydziale pop music, zacznie tworzyć piosenki, które trzy lata później wyda na własnej płycie, nagranej już po powrocie do kraju? Czyste szaleństwo prawda? To poczekajcie i zobaczcie jaka to była płyta! Bo z popem na pewno nie miała nic wspólnego. Dzisiaj zapoznamy się z płytą Jaszczurka, zapraszam! :)
Pati Yang- Jaszczurka, 1998, Sony Music Polska
Między jawą, a snem.
Artystka zapytana kiedyś w jednym z wywiadów o tą płytę, stwierdziła, że "jest to płyta o młodej dziewczynie zagubionej gdzieś między światem realnym, a światem snów"- albo coś bardzo podobnego w ten deseń (niestety teraz nie mogę znaleźć nigdzie tego cytatu jak go potrzebuję). I niewątpliwie coś w tym jest. Udowadnia nam to już otwierający płytę, bardzo agresywny utwór Si- mający być początkowo kawałkiem tytułowym- (na nazwanie płyty nie zgodziła się jednak wytwórnia Sony, która zmusiła Pati do nazwania płyty tytułem singla). Dość potężny wstęp i wielu może przy nim odpaść- mi samemu na początku średnio przypadł do gustu, by teraz być jednym z moich ulubionych. Pati melorecytuje cały tekst, wcielając się w dziewczynę, opowiadającą (trochę pod wpływem alkoholu) Panu X parę słów o toksycznej miłości. Z każdej strony atakuje nas mocna elektronika, kojarząca się dzisiaj trochę z Crystal Castles, ale wtedy nikt nawet o nich nie słyszał. W Si już słychać z jakiego nurtu jest ta płyta. To nic innego jak trip hopowe dokonania Massive Attack, Portishead, czy Tricky'ego, przeniesione w nasze polskie, postpeerelowe realia. Kolejny kawałek 3 Pati stanowi trochę kontrast dla poprzedzającego utworu- zawsze kojarzyłem je sobie trochę z nocą i następującym po niej poranku. Chyba najbardziej chwytliwa ścieżka ze wszystkich na Jaszczurce z wpadającym w ucho gitarowym riffem. Potem dostajemy tytułową Jaszczurkę- śmiało to powiem- jeden z najpiękniejszych polskich utworów elektroniki łączonej z popem. Co więcej z wyśmienitym teledyskiem, dość psychodelicznym i prezentującym świat snów wspomniany przez Pati.
Teledysk do "Jaszczurki"
Po polsku i po angielsku.
Kolejnym naprawdę ciekawym kawałkiem jest Uwolnij- Ja tutaj czuję, że podmiot liryczny musiał przejść naprawdę wiele w swoim życiu. Niewiarygodne, że zwyczajna nastolatka potrafiła napisać coś tak przejmującego i mrocznego- z resztą sama oprawa muzyczna idealnie oddaje klimat. Aooh- to najkrótsza piosenka- trwa ledwo 3 minuty, ale szczerze mówiąc zawsze, gdy jej słucham zaczynam się bać- i to autentycznie narasta we mnie niepokój- sami z resztą przesłuchajcie w wolnej chwili, a zrozumiecie o co mi chodzi. Następnie dostajemy utwory już anglojęzyczne- Higher Perception, w którym da się usłyszeć przeogromne inspiracje Trickym, Underlegend- nigdy nie rozumiałem, czemu stał się drugim singlem (Nie zrozumcie mnie źle! Utwór jest muzycznie naprawdę ładny, spokojny, pozwalający odetchnąć z lekko pacyfistycznym tekstem, ale w żadnym wypadku nie jest to piosenka "do radia". Myślę, że w dużej mierze ta decyzja przeważyła o porażce komercyjnej krążka. By the way piosenka zawsze kojarzyła mi się z Another Brick in the wall Pink Floydów- sam nie wiem czemu.)- oraz Too late- zdecydowanie bardziej wpadającym w ucho niż ten wyżej wspomniany i co więcej żwawszym. Przeplatają się one z pozostałymi dwoma polskojęzycznymi trackami- Nie wróci- kawałek dla mnie enigmatyczny- nie wiem, co w nim jest takiego, że ciężko się od niego oderwać oraz Może zapomni- tekstowo zbudowanym z jednego zdania, wydaje mi się kontynuacją Aooh, które kończy się trochę nierozwinięte- w tej piosence słychać z kolei wielkie inspiracje grupą Portishead. Empty Temple- najspokojniejszy moment na całej płycie, gdzie podmiot liryczny właśnie opowiada o momencie, w którym umiera, przejmująca ballada oparta o dwa gitarowe chwyty, powoli rozchodzące się w przestrzeni. Niesamowita końcówka, po której zostajemy wbici w ziemię i pozostawieni w ciszy...
"Aooh"- a nie mówiłem? :)
Bristol w Warszawie.
...W ciszy trwającej aż do 2005 roku, ponieważ swój kolejny album Pati wyda dopiero wtedy. I to już poza granicami naszego kraju. Jaszczurka okazawszy się płytą jeszcze zbyt elektroniczną jak na polski rynek (gdzie dominował dalej rock) i z wytwórnią, która zbytnio nie wiedząc jak wypromować taką perłę, po prostu dała ciała, Pati zawinęła się ponownie do Londynu. Obecnie artystka ma na koncie trzy inne krążki (piąta płyta już w drodze), gdzie dalej pozostaje nietuzinkową dziewczyną z pomysłem- taką samą jak przy Jaszczurce.
Zanim to nastąpiło dalej w 1998 Pati ruszyła jednak w trasę, która również okazała się niewypałem z wielu powodów- jednakże były to na pewno magiczne wydarzenia. Chciałbym cofnąć się w czasie i móc usłyszeć np. Underlegend rozegrane na dwie perkusje (bo podczas trasy młodą Pati Yang wspomagała liczna trupa, nazwana Robot, którą w wywiadach artystka wspomina różnie- z jednej strony byli to ponoć wspaniali muzycy, z drugiej grupa naprawdę ciężka do ogarnięcia- ponoć na jednym z koncertów ów trasy jeden z muzyków wstał i poszedł do baru, z którego na scenę już nie wrócił, a gig kontynuowano bez jednego muzyka). Próba przeniesienia Bristolu do Polski nie udała się. Myślę jednak, że gdyby Jaszczurka ukazała się dzisiaj, Pati z dnia na dzień zyskałaby w naszym kraju sławę. Polecam posłuchać tej płyty, bo kto raz wkręci się w ten kosmiczny klimat na zawsze będzie wracać do tego układu... jak Ja :)
Wiem, to zdjęcie Edyty Bartosiewicz już kiedyś wstawiałem na blogu, ale Holloee Poloy nie ma własnego zdjęcia! Post miał być przed week...
Zapraszam do lajkowania!
Kontakt
Masz jakieś pomysły? Chcesz mnie pochwalić za kunszt języka lub pojechać za błędy w składni i złą interpunkcję? Wszystkich zapraszam do siebie na dywanik na adres muzycznekorki@gmail.com