Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elektronika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elektronika. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 maja 2015

Bomba emocjonalna

Zanim zrobiłem sobie wakacje od Korków i odnosiłem się do dyskografii Pati Yang, jej krążek "Faith, Hope + Fury" z 2009 roku, za każdym razem nazywałem ją jej najsłabszym dokonaniem. Nie rozumiałem zachwytów jakie wzbudzała w niektórych osobach. Dziwiłem się, gdy znajdowali się fani Pati Yang, którzy stawiali "Faith, Hope + Fury" na pierwszym miejscu podium najlepszych wydawnictw artystki.
Wreszcie przyszedł ten dzień, że wypatrzyłem płytę przypadkiem na sklepowej półce, a że twórczość Pati nie jest mi obojętna, pomyślałem - ryzyk fizyk, kupuję. Po przesłuchaniu całej płyty od początku do końca moje zdanie na temat krążka zaczęło się zmieniać. Dziś bardzo cenię te piosenki, ale wciąż nie uważam ich za lepsze od tych, które znajdują się na debiutanckiej "Jaszczurce"
Dziś recenzja "Faith, Hope + Fury" - ostatniej (jak na razie) płyty z dyskografii Pati Yang, której tutaj nie opisałem.

Płyta: Pati Yang - "Faith, Hope + Fury"

Gatunek: Muzyka elektroniczna

Wydawnictwo: EMI Music

Data wydania: 2009

Najlepsze utwory: "Summer Of Tears", "Red Hot Black", "Over", "Outside", "The Boy in Your eyes"









Co to za Pani Pati?

Jak przy każdej recenzowanej tutaj płycie tej Pani, przybliżę kilka szczegółów z jej życiorysu, także kto wie co nieco o Pati, spokojnie może przeskoczyć do kolejnego nagłówka. 
Patrycja Grzymałkiewicz czyli Pati Yang urodziła się i wychowała w Polsce. Tutaj mieszkała do 16 roku życia, dopóki wycieczka do Anglii nie przerodziła się w dłuższy pobyt, rozpoczęcie nauki w londyńskiej szkole muzycznej i początek tworzenia podwalin swojego debiutu fonograficznego, zatytułowanego "Jaszczurka", który wyda po powrocie do Polski w 1998 roku. Niestety odmienne spojrzenia na karierę artystyczną wydawcy oraz artystki, doprowadzają do konfliktu z wytwórnią i słabej promocji bardzo dobrej płyty. Pati Yang po zakończeniu trasy koncertowej w Polsce, wyjeżdża i koncertuje po hipsterskich klubach w Europie, aby ponownie trafić do Anglii i zamieszkać tam już na stałe. Poznaje tam swojego przyszłego męża, Stephena Hiltona, z którym nawiązuje współpracę przy nowym projekcie Children (ten wydaje na świat tylko dwie piosenki, ale przeradza się w większy projekt FlyKKiller (o, jeszcze go mogę kiedyś zrecenzować, super)). Pati odnosi w Anglii kilka sukcesów - m.in. nagrywa z Davidem Holmesem ścieżkę dźwiękową do dosyć popularnego filmu "Ocean's Twelve", współpracuje z wszelkiej maści guru muzyki trip-hopowej, w której utrzymany był jej debiutancki krążek. Wszystko to prowadzi do nagrania w 2005 roku w legendarnym Air Studios (z którego korzystali też Coldplay, Muse, czy Florence+The Machine) swojej drugiej płyty - "Silent Treatment". Utrzymana jest w podobnej stylistyce co debiut, a za sprawą singla "All That Is Thirst" odnosi nawet umiarkowany - jak na muzykę niszową -sukces komercyjny i kończy się nawet wizytą w Opolu na "Superjedynkach" (szczyt marzeń spełniony). 

piątek, 30 stycznia 2015

Nadchodzi Baasch.

Jak pewnie się domyślacie (albo i nie) w muzyce popularnej najbardziej czekam przede wszystkim na piątą płytę Pati Yang. Tak, ona dalej nie wyszła i na razie niewiele o niej wiadomo. Premiera ponoć w marcu, ale tego do końca jeszcze nie wie chyba nikt poza samą artystką.
Jest jednak jeszcze jeden artysta z naszego kraju, którego umieszczam na swoim skromnym tym razem podium w kategorii "płyty, na które czekam w 2015". Jest to Baasch.
Jeżeli go nie znacie - zapraszam do lektury.
Jeśli już go znacie to w sumie również zapraszam gorąco.


Otóż 2 Marca bieżącego roku ma mieć premierę debiutancki longplay Baascha. Nowego artysty ze stajni Nextpopu. Wytwórni, która wydała już  na świat płyty Kari oraz tajemniczej grupy BOKKA. Za pseudonimem Baasch kryje się zaś artysta młodego pokolenia polskich muzyków - Bartłomiej Schmidt.

Mimo młodego wieku na swoim koncie ma już występy przed Trickym, jedną EP-kę zatytułowaną "Simple Dark Romantic Songs" oraz własnego autorstwa soundtrack (swoją drogą bardzo dobry) do filmu "Płynące Wieżowce". Jednak dopiero w tym roku Baasch wyłoży na stół wszystkie karty i zaprezentuje dziesięć utworów, które stanowić będą jego pierwszy album długogrający. Dwa z nich - Siamse Sister oraz Several Gods można było poznać już wcześniej. Oscylują one wokół mrocznie brzmiących elektronicznych dźwięków połączonych z tekstami w języku angielskim. Ciekawostką jest to, że na nadchodzącym "Corridors" ma pojawić się duet z zespołem BOKKA - znajomych z tej samej wytwórni. W związku z nadchodzącą premierą udostępniono wczoraj trzeci utwór z płyty. Tytułowy "Corridors" podtrzymuje schemat synthpopowych klimatów mocno oderwanych od rzeczywistości i tylko zaostrza mój apetyt na ten krążek. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko grzecznie czekać i raczyć się tym, co Baasch już wydał na światło dzienne.

sobota, 24 stycznia 2015

Uciekając przed światem

Bardzo szybko wpadłem w wir studenckiego życia, chociaż na studiach jestem zaledwie kilka miesięcy. Dużo spotkań z pozytywnymi ludźmi, liczne wszelkiej maści spotkania (niekoniecznie kulturalne i abstynenckie), a potem baaaaaardzo dużo nauki. Do systemu edukacji na studiach jako takiej już raczej nie przywyknę, bo wykłady są dla mnie w najczystszej postaci nieporozumieniem. Nie potrafię usiedzieć w miejscu i słuchać opowieści dziwnej treści przez półtorej godziny. Wolę pracować nad czymś samemu, wyciągać wnioski, Ćwiczenia i laboratoria są dla mnie zdecydowanie bardziej przyjemne. Ale nieważne jest tu moje podejście do edukacji - przez to zamieszanie ze studiami związane, blog nieco ucierpiał, bo nie mam nawet kiedy usiąść i czegoś napisać. Pojawiło się w moim życiu od groma nowej muzyki, z którą bardzo ale to bardzo pragnę się z Wami podzielić. Dzisiaj to postanowienie w pewnym stopniu zrealizuję.
Zapraszam do lektury!


Claude Speed - "My Skeleton"
Wytwórnia - LuckyMe Records,
Rok wydania - 2014,
Gatunek - Elektronika, instrumentalna,
Czas trwania - 46 minut/11 utworów,
Najbardziej zapadły mi w pamięci: "Tiger Woods", "Field", "An Imperial Message", "Hold On"







Jest to płyta całkiem świeża, bo pochodzi z Lipca ubiegłego roku. Mało kto o niej słyszał a szkoda - sam wpadłem na nią totalnym przypadkiem. Znalazłem ją w którymś z zestawień najlepszych płyt elektronicznych 2014. Pamiętam, że do przesłuchania tej płyty zachęciły mnie intrygująca okładka, która na pewno się wyróżnia. Zwykle artyści umieszczają z przodu płyty swoją uradowaną mordeczkę, uśmiechniętą, w zadumie, z dziobkiem, przerobioną w surrealistyczny sposób, czasem z fikuśną fryzurą. Inni wstawiają sobie różne dziwne rysuneczki, malowidła - często bardzo ładne. A w tej zarośniętej łapie z okładki wyczuwam jakąś tajemnicę. Możliwe, że działa tak sam zegarek - jakaś alegoria czasu, który przelewa nam się przez ręce i nijak go idzie zatrzymać.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Miłość na tabletkach i proszkach oraz wpis pełen nawiasów.

Planowałem, żeby ten post pojawił się w weekend. No niestety się nie pojawił, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, tylko czas wreszcie ruszyć pupsko do roboty! W końcu święta idą, to trzeba się jakoś ładnie przyszykować. Jako iż nadchodzi taki specjalny czas, kiedy wszyscy się cieszą (sic! Wszyscy klną jak profesjonalni szewcy, stojąc w empikowych kolejkach), śpiewają radosne kolędy przy wigilijnej choince (sic do kwadratu! Tak naprawdę nikt nie śpiewa) i oprócz tego wszyscy jedzą, piją i podsumowują (bez siców - to akurat prawda. Btw Wy też przeczytaliście "sików"?). Z racji takiego pięknego okresu analiz i rozważań, opowiem Wam o - według mnie - najfajniejszej zagranicznej płycie 2014. Niestety o polskich płytach nie będzie podobnego posta, bo wszystkie tegoroczne wydawnictwa są tak super druper bajeranckie, że mogłyby się wszystkie zmieścić na jednym podium (całe życie nie rozumiem jak można mówić, że polska muzyka jest słaba).
Już bez zbędnych nawiasów. 
Zapraszam do lektury!

FKA Twigs - "LP1", Young Turks, 2014

Powszechnie Uwielbiana Jako Twigs.

Mało kto w ogóle wplata tripowe klimaty do swoich krążków. Jest to po prostu muzyka, której praktycznie nikt nie chwyta (ja sam słysząc pierwszy raz recenzowaną dzisiaj płytę, pomyślałem "jezusmaria co to za cienizna?!") i stworzyć dobrą płytę, budującą taki onirystycznie poryty światy, a co dopiero wypromować na komercyjnie popowym rynku jest koszmarnie trudno. Gdyby rynek muzyczny był grą komputerową - poziom tego, czego dokonała w tym roku FKA (co jest skrótem od Frequently Known As - Powszechnie Znana Jako) Twigs (pod tą nazwą dziewczyna tworzyła w początkach swojej kariery), byłby oznaczony jako tryb szalony. Tylko dla najtwardszych graczy. 

Jej się udało - debiutanckim longplayem "LP1" (bo grunt to kreatywna nazwa) otworzyła sobie wrota do darzonej wielkim uszanowankiem sławy, usłane rozmaitymi nagrodami, nominacjami do nagród, miłością fanów (poza fankami sagi "Zmierzch", które dalej hejtują jej związek z filmowym wampirem Edwardem). W tym momencie FKA Twigs ma wszystko i jest na szczycie. Co będzie za kilka lat? Tego nie wiadomo, ale jestem niesamowicie ciekawy, jaką drogą podąży w swojej dalszej karierze. 

środa, 10 września 2014

Najpierw był długopis - dopiero potem patelnia.

Dzień Dobry!
Jest już moi kochani fanpage na facebooku - wreszcie można zacząć lajkować, obserwować, komentować i co tam tylko jeszcze robicie na fejsie. Jak tam zapowiadałem będzie dzisiaj o płycie młodego, uzdolnionego wykonawcy z Polski. Po raz kolejny obalę mit, że polska muzyka to jedynie Dorota Rabczewska i Bracia i reszta gromady panteonu bogów radiowej Eski. Chłopak, którego płytę mam zamiar dzisiaj Wam przedstawić od samego początku swojej kariery stoi gdzieś na uboczu od całego komercyjnego świata. A z taką płytą na spokojnie mógłby stać się światową gwiazdą jak Dawid Podsiadło. On jest jednak gdzieś zaczajony i obserwuje, ale za nic tam nie dołącza, czekając aż mądry słuchacz sam go znajdzie. Mu jednak - jak podkreśla w wywiadach - nie zależało, aby jego płyta leżała na półkach w Empikach. Nagrał ją całkowicie dla siebie.
Zapraszam do lektury ;)


Patrick the Pan - "Something of an End", Warner Music Poland, 2014

Powiem Wam, że cholernie podoba mi się ta okładka. Pamiętam, że to właśnie jej dotyczyła pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, gdy sięgałem po ten album. Wcześniej polecał mi go dobry przyjaciel, ale jakoś przeszedłem obok tej muzyki bokiem. Potem - jakoś rok później - przesłuchałem całość jeszcze raz z polecenia przyjaciółki, za co jestem jej bardzo wdzięczny, bo dzisiaj nie znałbym tego dzieła z polskiej ziemi i żyłbym pewnie w błogiej nieświadomości, zachwycając się czymś innym. Może nowym Aphex Twin, a może jarał się starymi piosenkami Pink Floydów. Dzisiaj wiem, że moje uszy wiele dobrych dźwięków by straciły, gdybym nie dawał kolejnych szans Patrickowi (btw bardzo śmieszna sprawa - gdyż ogólnie Patrick the Pan to tak naprawdę Piotr Madej, a nazwa jego projektu pochodzi od długopisu ukraińskiej studentki, który w jego licealnej klasie wszyscy okrzyknęli Parykiem. I początkowo tworzył sobie jako Patrick the Pen (czyli długopis). Potem jednak tworząc płytę artysta przypadkowo pozmieniał z przemęczenia swoją własną nazwę. Od tamtej pory jest Patrykiem Patelnią). Przekonał mnie dopiero fenomenalny "Hełm Grozy", który potem męczyłem w mp3 przez długi, długi okres. 

Ta piosenka jest po prostu niesamowita. 
Słuchając tego widzę Bałtyk zimową porą.


Więc jaka jest płyta pana Patryka Patelni? I tu znowu wrócę do okładki. Ten krążek ma w sobie po prostu coś dziwnego. Słuchając "Finally I'm One", tajemniczego "Remains", czy schizowego "The Moon and The Crane" mam wrażenie, że to nie jest już Ziemia. Co więcej - to już nie jest nawet ta galaktyka. Patrick The Pan zabiera słuchacza ze swoim debiutem gdzieś daleko, daleko, daleko stąd. Do swojego świata, zamkniętego w cztery ściany salonu, w którym w 2012 roku nagrywał przez dwa miesiące swoją płytę na komputerowym mikrofonie. "Something of an End" - jak sama nazwa wskazuje mówi o końcu. Zamyka pewien okres. Jest to płyta mocno emocjonalna - Patrick The Pan nie zamyka się do jednego gatunku, aby opowiadać o swoich przeżyciach.

Pierwszą piosenkę skomponował ponoć dla dziewczyny, która złamała mu serce. Ogólnie to musi być strasznie uczuciowy facet - bo tylko taki skomponowałby tak chwytające za serce i wgniatające w ziemię piosenki jak 7 minutowa gitarowa suita "Exiles Always Come Back", czy balladowe oparte jedynie o spokojne pianino "Slowly". Ale nie tylko o miłości jest "Something of an End" - toteż na przykład weselsze muzycznie "POV" podejmuje tematykę pornografii z bardzo ciekawej strony, Mamy też "Bubbles" przez które najwięcej osób zna twórczość Patryka Patelni. 

Muzycznie mamy bardzo ciekawą sprawę. Raz jest wesoło - dostajemy skoczne rytmiczne piosenki na gitarę, aby zaraz klimat przemienił się w schizująco deszczowy, bardzo mroczny. Każda z jedenastu kompozycji ma jednak to do siebie, że wszystkie brzmią jakby pochodziły z zupełnie innego świata - być może ze świata snów, gdyż właśnie tak kojarzy mi się ten album. Jak jedna wielka narkoza. I stąd może ten nierealny, surrealistyczny klimat piosenek, kryjący się pod podszewką miłego wokalu, gitar, pianina, bębnów, elektronicznych wisienek na torcie. 


"Bubbles" - w teledysku spotkamy Rysia z Klaa... Piotra Cywrusa.

Jeżeli miałbym wskazać Wam swoich ulubieńców na tej płycie? Na pewno psychodeliczne, bawiące się transową ciszą "Finally We're One" - ocknąłem się dopiero, gdy zabrzmiała reklama na Spotify - jeszcze nigdy nie była tak irytująca. Jak wspominałem prześliczny, napisany po polsku "Hełm Grozy", lubię mroczne, islandzkie "Warm Gold" i szczególne wyróżnienie dla "The Moon and The Crane" - za mocną elektronikę, która wrzyna się w mózgownicę. Aczkolwiek to tylko moje typy. Cała płytka godna przesłuchania. Gdybym oceniał tutaj albumy to spokojne 100 na 10 w skali rewelacyjności.
Pozdrawiam.
A wkrótce co nieco o Skubasie. 
Zapraszam niedługo. 
Waflie.





piątek, 8 sierpnia 2014

Terapia cud

Dzień dobry wszystkim!

Tej nocy skończyłem oglądać "Przyjaciół". Szło mi naprawdę długo oglądanie 10 sezonów (zwłaszcza, że nie jestem z tych, którzy oglądają po sześć odcinków naraz) i od kwietnia zdążyłem się dość mocno przywiązać do paczki tych radosnych mordek. No jestem troszkę w rozsypce i nie wiem za co się teraz zabrać (jeżeli ma ktoś jakiś serial do polecenia to zapraszam do pisania w komentarzach albo na maila). Aby odetchnąć po troszku, zapoznam Was z płytą wybitną. Nazwałbym ją płytą dnia, ale zasługuje na zdecydowanie większe miano - płyta miesiąca, roku, milenium?
Będzie dziś o krążku artystki, na której kolejne wydawnictwo już od bardzo dawna wyczekuję (nieoficjalne info jest takie, że premiera ponoć w styczniu - o ile ponownie jej nie przełoży), pojawiła się na blogu już kilka razy, a jej muzykę darzę przeogromnym uczuciem. Proszę państwa - przed Wami Pati Yang i "Silent Treatment". Zapraszam do lektury :D

Pati Yang - "Silent Treatment", EMI Music, 2005

Dojrzewając artystycznie.

Okres między debiutancką "Jaszczurką" (nad którą zachwycałem się na Korkach dawno temu - zresztą zachwycam się tym dziełem każdego dnia, tylko już o tym nie piszę) a jej następczynią to prawie dekada (mniej więcej 7-8 lat). Przez ten okres w życiu Pati Yang wydarzyło się naprawdę wiele. Debiut nie sprzedał się tak dobrze jak wyobrażali sobie wszyscy - od redakcji Machiny, która jeszcze przed premierą zapowiadała w dziewczynie nową nadzieję polskiej muzyki elektronicznej, a w jej rękach umieszczała już rozmaite nagrody typu Fryderyki, aż po samo wydawnictwo, z którym Pati od początku wydawania "Jaszczurki" zbytnio się nie rozumiała. Po trasie koncertowej kompozytorka wyprodukowała dwie bardzo dobre piosenki do filmu "Egoiści", wzięła udział w projekcie "Młodzi Śpiewają Klasyków", gdzie przedstawiła swoją dosyć mrocznie zeschizowaną interpretację wiersza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i dalej nagrywała. Po ówczesnych przymierzaniach się do nowej płyty pozostał tylko zbiór nigdy nieopublikowanych utworów, pochodzących z nieznanego bliżej roku, który krąży gdzieś w czeluściach internetu (kto będzie chciał i się rozejrzy, na pewno znajdzie tego nielegala). 
Następnie Pati wyjechała na kilka mniejszych koncertów do Belgii. Jak wspomina - stamtąd było już blisko do Anglii, więc wybrała się i tam na kilka chwil. W Wielkiej Brytanii została już na stałe, aby odnaleźć swoje miejsce na ziemi. Zapoznawszy się ze swoim przyszłym mężem Stephenem Hiltonem utworzyła projekt Children (ich debiutancki singiel utrzymany w trip-hopowej stylistyce był prekursorem do narodzenia się FlyKKillera, o którym na pewno kiedyś jeszcze wspomnę), nagrywała z nim muzykę do wielu filmów w tym "Ocean's Eleven", czy "Ocean's Twelve". 
Wreszcie coś jednak tknęło na szczęście artystkę, aby powrócić do solowego projektu. Tym razem do pomocy w studiu zaprosiła narzeczonego (co nie było złym pomysłem mając na uwadze to, że facet miał za sobą współpracę z takimi nazwami jak No Doubt, Moloko, Depeche Mode, czy Pet Shop Boys). Ale rozgadałem się na temat historii i zapomniałem o najważniejszym, czyli o samym efekcie współpracy - taki zafundowany przez Pati "Silent Treamtent" (czyli na polski "Terapia ciszą") to kuracja, na którą na pewno każdy fan dobrej muzyki chciałby się udać.

środa, 16 lipca 2014

Stworzyć dzieło?! Czemu nie?

Witam Was po straaaaaaasznie długiej przerwie. Wracam dziś z dawno temu zapowiedzianym postem - nie pojawiał się on z różnych przyczyn, a to brak weny do pisania, a to nieco większy projekt (o którym któregoś pięknego dnia Wam opowiem), a to jakieś wydarzenia typu spontaniczny wyjazd, czy kursy do prawa jazdy. Tego lata dzieje się u mnie sporo.
Rok temu opowiadałem Wam o albumach muzycznych, które zwykle mi wraz z tą parną porą roku towarzyszą. Dzisiaj napiszę o krążku, który niedawno dołączył do tego grona i jak dla mnie jest to czołówka pośród tegorocznych wydawnictw. Zastanawiam się nawet, czy również innymi porami roku nie będę katować w odtwarzaczu zestawu jedenastu przepięknych opowieści - bo własnie tym jest przede wszystkim ta płyta. Jak wiecie słuchanie niektórych piosenek przez wszystkie cztery pory roku nie jest u mnie częstym zjawiskiem.
Zapraszam zatem do długo oczekiwanej lektury. ;)

Maja Koman - "Pourqoi pas", 2014, Warner Music Poland

Dopracowane arcydzieło.

Moje pierwsze zetknięcie się z muzyką Mai miało miejsce już dawno, dawno temu. Było to bodajże podczas drugiej edycji telewizyjnego programu "Must Be The Music". Miałem wówczas bodajże 14 albo 15 lat. Pamiętam jednak dobrze ten moment, gdy artystka wyszła wtedy na scenę z małym ukulele pod ręką i uśmiechając się radośnie, wykonała swoją interpretację słynnej piosenki "Stary niedźwiedź mocno śpi". Już wtedy wiedziałem, że mam do czynienia z personą niezwykłą, o której prędzej, czy później będzie głośno. Niestety - nie wiem z jakiej racji - Maja nie dostała się do kolejnych etapów programu. Byłem potem na jurorów programu bardzo obrażony - jak zresztą później zauważyłem - nie tylko ja.

Przez kilka kolejnych lat dojrzewałem i obserwowałem kolejne poczynania Mai - przesłuchiwałem dema, które pojawiały się na serwisie Youtube, przeglądałem fanpage na facebooku w poszukiwaniu informacji o jakiejkolwiek płycie i grzecznie czekałem. Wreszcie któregoś pięknego dnia natrafiłem na informację. Krążek zatytułowany "Pourquois pas" (z francuskiego na polski - "Dlaczego nie?") jest w fazie produkcji. 
Na szczęście już od ponad miesiąca jest już do kupienia, a już w dniu premiery trafił na moją półkę z płytami. Swoje wrażenia ujmę tak - warto było czekać. 

środa, 25 czerwca 2014

Garść newsów na kolację.

Dobry wieczór!
Witam się z Wami po dłuższej przerwie - upłynęła mi ona na podróżowaniu. Moment w Berlinie i nieco dłuższy, arcywspaniały wypad nad nasze polskie morze, a to dopiero początek wakacji! Z innych nowinek co do mojego życia (jeżeli kogokolwiek by to tutaj obchodziło) - zapisuję się na prawo jazdy. Także wszyscy szczecińscy czytelnicy (a wiem, że kilku takich delikwentów istnieje) już mogą drżeć, gdy wyjadę na ulice! No i przechodząc do meritum sprawy, oczywistością jest, że jak wyjeżdżam i przez prawie dwa tygodnie jestem bez jakichkolwiek informacji ze świata muzyki, tak nagle w jednym momencie dzieje się tyle, że widząc to wszystko po powrocie do rzeczywistości, można dostać szamotania pępka i przyśpieszonego bicia serca. Postanowiłem nadrobić zaległości, usiąść i wcinając bardzo pożywne kanapki z nutellą (w tym momencie znacząco oblizuję kąciki ust), napisać Wam co nieco o tym, co się w ogóle dzieje.
  • Mikromusic przenosi się w przeszłość! Ich najnowszy utwór noszący urokliwą nazwę Lato 1996 (idealny chwyt na takie sentymentalne dziady jak ja), jest pierwszą piosenką stworzoną/wypuszczoną do sieci na potrzeby akcji Dilmah. Firma zajmująca się na co dzień herbatami, które sam czasem pijam (taki mały produkt placement :P), zaprosiła do współpracy pewne grono polskich wykonawców. Ich piosenki mają stanowić stworzyć cały cykl, inspirowany zmieniającymi się porami roku. Nie znamy listy wykonawców, którzy biorą udział w przedsięwzięciu, ale czekam niecierpliwie z nadzieją na jakiś utwór Hey'a. W każdym razie idea urzekła mnie na tyle, że nowe dzieło Mikromusic - za sprawą Takiego Chłopaka gwiazdy zeszłego roku na polskiej scenie muzycznej - pochłonąłem od razu gdy tylko złapałem dostęp do internetu. Piosenka oscyluje bardzo w klimacie "Pięknego Końca", zamykającego na ten moment dyskografię wrocławskiej grupy. Dodatkowo do utworu dostajemy również obrazek w postaci przyjemnego dla oka teledysku. 
  • PS: Z tego co słyszałem Mikromusic ma dla nas jeszcze jedną niespodziankę w postaci DVD, które nagrane zostanie na koncercie w Teatrze Muzycznym Captiol już 7 Września! Będzie prezent pod choinkę? Jak myślicie? ;)

poniedziałek, 26 maja 2014

Poobiednia drzemka z Kasią Nosowską.

Dzień dobry!
Poobiednia drzemka. Czy komukolwiek doskwiera nieustanny upał, który ostatnio zadomowił się w naszym kraju? Sposobów jest na to kilka - wyjść w jakieś zacienione miejsce, pojechać nad jezioro albo nad morze, poleżeć w chłodnym miejscu, popijając drinka z palemką. Wyjść jest wiele - nie ważne, które wybierzecie - w zmaganiach z ciepłymi, późnowiosennymi popołudniami na pewno pomoże Wam płyta, o której dziś opowiem! Będzie coś idealnego na popołudniowy, poobiedni czill! Zapraszam do lektury ;D

Nosowska - "puk.puk", 1996, PolyGram Polska
Wieść gminna niesie, że to właśnie od tej płyty zaczęła się w naszym kraju dojrzała, piękna elektronika. Nie wiem ile w tym prawdy - zapewne były już wcześniej inne zespoły tworzące elektronikę jednak to właśnie o tej było najgłośniej. Ktokolwiek nie byłby pierwszy, to wiem za to, że ta płyta była kosmiczna jak na czasy w których została wyprodukowana. To był początek drugiej połowy lat '90. Światowa mania na punkcie brudnego grunge'u już się skończyła - teraz świat zaczął śpiewać "Cocojumbo". W telewizji zamiast "Miasteczka Twin Peaks", emitują trzeci sezon "Przyjaciół", a Hey zaczyna powoli popadać w coraz większy konflikt ze swoją wytwórnią muzyczną. Jest gdzieś w tym całym świecie dwudziestoparoletnia Kasia Nosowska z Synem w drodze, której po głowie chodzą dźwięki zdecydowanie inne niż te, proponowane przez jej rodzimą formację muzyczną.

"Jeśli wiesz co chcę powiedzieć" - to od tego utworu zaczęła się cała idea
solowej Kasi Nosowskiej.

Potrzeba odpoczynku od przesterowanych gitar jest przyczyną do zebrania składu w postaci Piotra Banacha - kolegi po fachu z Hey'a, Andrzeja Smolika - naczelnego czarodzieja polskiej elektroniki oraz Marcina Macuka - kolejnego z mistrzów muzyki rozrywkowej, wybitnego multiinstrumentalisty. W takim składzie tworzą piękne, dojrzałe dzieło - pierwszą solową płytę Kasi Nosowskiej. O płycie było głośno już od samego początku, gdyż diametralnie odbiegała od rockowego grania, jakie proponował Hey. Bliżej "puk.puk" do "Dummy" Portishead niż do "Nevermind" Nirvany. Płyta bowiem jest kwintesencją trip-hopowych brzmień rodem z Bristolu.


środa, 21 maja 2014

Po jarocińsku.

Cześć wszystkim!

Tegoroczny Jarocin będzie niesamowity. Wspaniali headlinerzy w postaci koncertu Pidżamy Porno, której skład ostatnio spotkał się na scenie w 2012 roku, zagrany zostanie debiutancki album Republiki "Nowe
Na Jarocin wyruszam z moją zwariowaną przyjaciółką Moniką,
zdjęcie ukradłem perfidnie z jej konta na facebooku. Mam
nadzieję, że się za to nie pogniewa.
Sytuacje"
w wykonaniu m.in. Piotra Roguckiego, za którym przepadam troszkę mniej oraz Jacka "Budynia" Szymkiewicza, którego uwielbiam. Zagości Anathema, Matisyahu - powiem Wam tyle, będzie magicznie.

Ja niestety nie usłyszę w 100% składu wielkopolskiego festiwalu, gdyż wybieram się jedynie na pierwszy dzień imprezy, nie mniej jednak jadąc do niegdysiejszego serca polskiego punk-rocka, miasta buntowników lat '80, spełniam jedno ze swoich marzeń z późnego dzieciństwa, kiedy obejrzawszy film "Beasts of freedom - zew wolności", zamarzyłem o zobaczeniu jarocińskiej sceny na własne oczy. W dzisiejszym poście znajdzie się krótka wyliczanka z zespołami, które usłyszę na żywo podczas pierwszego dnia festiwalu.

Dezerter z podziemia. 

Poza zapowiadającym się wspaniale koncercie "Grabaż 30", jeszcze jedno wydarzenie nie pozwala mi w spokoju czekać na 18 Lipca. Dezerter - za komuny jeden z wrogów publicznych numer jeden, niesforny skład buntowników grających hardcore punk, przybędzie do Jarocina, aby zagrać piosenki ze swojej płyty "Underground out of Poland" z 1987 roku, wydanej początkowo w Ameryce za sprawą Joeya Keithleya z legendarnej punkowej, kanadyjskiej grupy D.O.A., która inspirowała twórczość m.in. Red Hot Chili Peppers, czy The Offspring. Na płycie znajdują się bomby koncertowe takie jak "Ku przyszłości", "XXI wiek", "Dla zysku" (z tych cieszę się najbardziej, gdyż w czasie koncertu w Jarocinie będzie również Kasia Nosowska, która czasem wykonuje z Dezerterem ów piosenki, więc takie spontaniczne granie jest bardzo prawdopodobne).



Dzieci kwiaty powracają!

Jarocin 18 Lipca przeżyje powrót do punk-rockowych dezerterowych korzeni, ale również odżyje tam rewolucja dzieci kwiatów i big beatu. Ania Rusowicz - córka gwiazdy gatunku Ady Rusowicz - wokalistki Niebiesko-Czarnych - wystąpi na deskach sceny festiwalu, aby zagrać materiał ze swoich dwóch płyt długogrających. Jedną z nich jest nagrodzony aż czterema Fryderykami i statusem złotej płyty "Mój Big Bit". Druga to wydana w zeszłym roku płyta "Genesis", kontynuująca stylistykę z poprzedniego albumu Ani. Zapowiada się balanga w kwiecistych klimatów! Już zapuszczam włosy i szykuję bufiaste, wzorzyste spodnie.

piątek, 16 maja 2014

Głos pokolenia - o "No Bad Days".

Przed chwilą utknąłem w przedwojennym świecie, zamkniętym w muzyce do filmu "City Lights" Charliego Chaplina niczym w kryształowej kuli. Teraz jednak za sprawą pewnej bardzo dobrej płyty, muszę wrócić do świata dzisiejszego. Nie narzekam zbytnio na ten przymus - warto wrócić dla takiej płyty. Tchnięty weną, postanowiłem machnąć tutaj kilka zdań o moich odczuciach co do kolejnego, poruszającego mnie albumu. Zapraszam do czytania!

The Dumplings - "No bad days", Warner Music Poland, 2014

Pokolenie przemawia.


Wydaje mi się, że dla mojego pokolenia (tj. osób w więku pomiędzy 18 a 20 rokiem życia), nigdy nie było żadnego muzycznego głosu pokolenia. Nigdy nikogo nie wynosiliśmy na piedestał. Nie było takiej sytuacji, żeby jakimś wykonawcą jarał się każdy - od fana ciężkich, rockowych brzmień, aż po te najbardziej elektroniczne freaki. Tę dwójkę polubił praktycznie każdy, kto tylko miał styczność z ich muzyką. Otrzymaliśmy głos naszego pokolenia. Za sprawą internetowego programu Łukasza Jakóbiaka, któremu wówczas jako nieznany duet przysłali swój autorski materiał, The Dumplings z miejsca stali się zespołem, o którym najgłośniej było na polskiej scenie muzycznej w roku 2013. Wywoławszy zamieszanie, dając kilka z tego co słyszałem bardzo dobrych koncertów, zamknęli się w domowym zaciszu studia nagraniowego Bartosza Szczęsnego - 1/2 zespołu Rebeka. Tą drogą zarejestrowane zostało 13 wspaniałych utworów, które tworzą dzisiaj dzieło, jakim jest niewątpliwie ich debiutancki krążek "No bad days". 



Wraz z "No bad days" polska elektronika wchodzi na zupełnie nowy poziom. Elektronika z alternatywy przeznaczonej dla wtajemniczonych (no może poza największymi gigantami na naszej rodzimej scenie), coraz większymi i bardziej pewnymi krokami wkracza do krainy mainstreamu. Nie oburzajcie się hipsterzy, to bardzo dobrze dla naszej polskiej muzyki - pojawia się bowiem nadzieja, że w radiu zamiast oklepanych pop-rockowych kotletów i starych przebojów z lat '80 i '90, być może zacznie być grana dojrzała, smaczna w brzmieniach elektronika. Nic bardziej lepszego dla poprawy gustu polskich słuchaczy.

piątek, 11 kwietnia 2014

Europa nieskończona

Miałem Was tym witać w nowym tygodniu dwa tygodnie temu. Teraz to powitanie stało się już raczej nieaktualne, więc powitam Was na początek weekendu!
Kwiecień jest chyba najgorszym okresem w życiu maturzysty. Pomimo tego, że samo życie maturzysty to katorga i droga przez piekło nawet gorsze od tego dantejskiego, to na miesiąc przed egzaminem pracy jest o sto razy więcej niż czasu do dyspozycji. Obiecuję, że już za miesiąc to wszystko się zmieni i posty - sam niezmiernie na to czekam, bo w przerwie między robieniem kolejnego nudnego arkusza maturalnego, a nauką wszystkich układów w organizmie człowieka, bardzo tęsknię do blogowania. Zapewniam, że będziecie dostawać posty z dawną, wspaniałą częstotliwością. Nie będą to oczywiście 4 posty na tydzień jak przy mojej prywatnej wielkiej rewolucji, która skończyła się szybciej niż zaczęła (nie chcę paść z wymęczenia i wypluwać w wirtualną przestrzeń blogosfery więcej słów zdecydowanie gorszej jakości), jednak mimo wszystko myślę, że będziecie zadowoleni.

Chcecie pewnie wiedzieć co muzycznie się wyprawia pod kopułą mojego czoła i włosów? Postanowiłem się z Wami podzielić moimi ostatnimi muzycznymi inspiracjami. Zacząłem znowu świrować na punkcie starej, dobrej elektroniki. Przez słuchawki przewijają mi się najlepsze z możliwych klasyki - na potęgę Tears for Fears i Kraftwerk. Polecam - wyśmienity soundtrack do posiedzeń na kanapie przy ogromnych książkach (zwłaszcza z tymi, które rozmiarówkę mają już podobną do cegieł). Przynajmniej myślami na chwilę można uciec do czegoś innego niż zagadnienia delty, paraboli, sinusów, plusów i minusów (ha! zostałem poetą :P). Ostatnio pisząc pracę na WoS o Solidarności, Polsce po roku '89 i wszystkich tych postpeerelowskich sprawach, wsłuchiwałem się w syntezatorowe brzmienia płyty Trans-Europe Express Krafwerka. Stwierdziłem, że klasyk o takim tytule może pozwolić mi się wczuć w ten nastrój. A przy okazji poznam sobie dokładniej ten krążek, bo go i Tour de France znam najsłabiej.


Całość zaczyna 9-minutowa suita Europe Endless. To ona pozwoliła mi przejść katharsis godne starożytnych. Wprawdzie kawałek nie ma w sobie żadnych negatywnych emocji. Jest to rok 1977 i wydaje się być napisany bardziej z perspektywy tych zza lewej strony wielkiego muru. Parki, hotele, pałace - wszystko jest super, rozwijamy się, i ogólnie My Europejczycy jesteśmy tacy super. Żyjemy w raju na ziemi, zdaje się mówić nam przefiltrowany przez sitko syntezatora głos wyśpiewujący co chwila transową frazę -tytułowe "Europe endless". I niby wszystko jest pięknie, fajnie, ale już od pierwszych komputerowo szytych nut, słyszy się jakiś niepokój. Przynajmniej ja go słyszę. Kraftwerk idealnie określa ten stan w drugim przerywniku dla monotonnie wciskanego nam sloganu. Elegancja i dekadencja - to właśnie czuje się słuchając "Europe Endless". Z jednej strony mówią nam, że jest wspaniale - wciskają to do głów, powtarzając w nieskończoność niczym mantrę, podczas gdy z drugiej strony Berlina i dalej na wschód dzieją się rzeczy straszne.
Satyra na społeczeństwo zachodniej Europy późnych lat '70, czy tylko moja nadinterpretacja?

Słuchając tego kawałka wpadam w bardzo polityczne przemyślenia, co jest do mnie niepodobne. Nie lubię polityki, nie przepadam, ale ten kawałek jest cholernie prawdziwy i od czasu, kiedy Kraftwerk ze wspomnianą elegancką dekadencją wzbijał się na szczyt popularności, dosłownie nic się nie zmieniło. No bo spójrzcie na to tak - zaraz wybory do Europarlamentu. Unia ma swoich przeciwników, ale więcej jest tych, co zachwycają się nad utopijnym związkiem państw. Rzucamy ochy i achy nad pięknymi Orlikami, tablicami interaktywnymi w szkołach podstawowych i liceach, brakiem granic - można spokojnie jechać na wakacje do Hiszpanii wcinać pomarańcze, a Unia pozwala nam jeszcze zmienić marchewki w owoce! Istne czary w prawie! Polacy, jesteśmy w raju. Tak jesteśmy zaczarowani w tym naszym chocholim tańcu wspaniałej Europy, że większość z nas nie zauważa tego co dzieje się za wschodnią granicą. Nie chcą słyszeć telewizora, który przyciszony pilotem donosi o strzelaninie na Ukraińskich ziemiach?
Tak myślę według Kraftwerka również wtedy wyglądała ów "Europa w nieskończoności".

Miało być krótko i na temat, a ja znowu się rozpisałem na 200 stron. Dziękuję za to, że pozwoliliście mi zająć sobie tych kilka minut. Wracam do matur, a tymczasem Wam życzę miłego weekendu!
Nie wiem kiedy znowu się zobaczymy, ale ten moment nastanie.
Trzymajcie się!
Waflekins.

sobota, 22 marca 2014

Nowa dynastia.

Witam!

Weekend zacząłem naprawdę świetnie! Wczoraj wybrałem się na koncert Sorry Boys. Druga część trasy promującej album "Vulcano" (o którym zresztą napisałem na blogu świeżo po jego premierze). Była energia - wszyscy tańczyli, radowali się, napawali tymi wspaniałymi dźwiękami. Zespół urozmaicił swoje nowe utwory od ostatniego razu, kiedy grali w Szczecinie. Niesamowite wydarzenie. Wczoraj jednak oprócz nowej trasy Hey'a, koncertu Sorry Boys w Szczecinie, pierwszego dnia wiosny i wielu innych ciekawych zdarzeń, pewien artysta na świat wypuścił swoje kolejne dzieło. Nie można mówić o debiucie, gdyż ten Pan ma już bogatą historię jeżeli chodzi o działalność muzyczną - od 2001 roku współtworzy grupę Kawałek Kulki, wraz z Maurycym Kiebzakiem-Górskim tworzył grupę UL/KR, która tuż po swoim pojawieniu się zawładnęła polską sceną alternatywną za sprawą swojej pierwszej EP-ki. Druga przeszła już bez takiego echa i nie pozostała w pamięci słuchaczy. Wiele osób podejrzewa, że krytyka "Amentu" mogła być przyczyną zawieszenia działalności zespołu - tego oficjalnie jednak nie wiadomo i ta teoria pozostaje jedynie spiskową.

Mimo zakończenia współpracy duetu, Błażej Król (wokalista i tekściarz w UL/KR) nie ociąga się. Nie w głowie mu urlopy, obrażanie się na fanów i znikanie ze sceny. Właśnie wczoraj wraz z wiosną pojawił się jego solowy projekt, sygnowany nazwiskiem i zatytułowany "Nielot".
Przesłuchawszy drugiego singla z płyty - flegmatycznego, narkotycznego, aczkolwiek wybitnego  "Powoli" byłem bardzo ciekawy co też może szykować ów artysta. Na płytę rzuciłem się z miejsca jak tylko się pojawiła i naszło mnie coś, żeby napisać Wam o moich odczuciach.
Zapraszam do recenzji!

KRÓL - "Nielot", Thin Man Records, 2014


czwartek, 20 lutego 2014

Wyliczanka #5 "Muzyka z zarostem na przedzie"

Dzień dobry!
Wszyscy wyspani? Ja w sumie tak mimo tego, że dzisiaj wstałem bardzo wcześnie (mój zegar biologiczny chyba kompletnie się rozregulował z ogromu szczęścia, wywołanego wolnym czasem :P). Jeżeli nie wyspani to w try miga po kawę i zapraszam ponownie za kilka minut, post nie ucieknie! :)
Zauważyłem ostatnio, że mój blog skupia się głównie na śpiewających kobietach i ich zespołach (czasem z mężczyznami w składzie, niekiedy na całych girlsbandach). Bardzo się zmartwiłem, że Panowie mogliby poczuć się brutalnie przeze mnie dyskryminowani, a z racji dżenderów, równouprawnienia i pokoju na świecie tego byśmy nie chcieli! Niech nikt się zatem nie obraża, dzisiaj nadrobię wszelkie zaległości i skupię się na muzyce, gdzie pierwsze skrzypce grają mężczyźni. Zapraszam do lektury! 

#10 Mike Oldfield

Gdzieś już o nim wspominałem. Bodajże przy recenzji płyty "Tubular Bells III". Co mogę o nim powiedzieć? Muzyczny zachwyt mojego śp. Dziadka, który ogólnie miał wybitny gust muzyczny i żałuję, że nie mogłem dłużej z nim obcować na jednym świecie, podyskutować o muzyce. W każdym razie to dzięki jego wpływowi w moim domu znalazła się duża część płyt Mike'a Oldfielda, którego lubią wszyscy w mojej rodzinie. Genialny kompozytor, który w swoich kompozycjach potrafi tworzyć piękne, odległe światy. Polecam zwłaszcza jedno z jego pierwszych dokonań - płytę Herghest Ridge z połowy lat '70, która swoim układem może wydawać się niesamowicie długa, gdyż są to dwie części trwające po 20 minut każda, aczkolwiek czas spędzony przy słuchaniu tych dźwięków leci bardzo szybko, a na duszę działa lepiej niż najlepszy miód, czy czekolada.




#9 Łąki Łan

Jeżeli miałbym wskazać najbardziej kolorowy i najbardziej zakręcony muzyczny, polski projekt, to wahałbym się między Big Fat Mamą, a wspomnianym wyżej właśnie Łąki Łanem. Grupa tak niesamowicie pozytywna, że sam zastanawiam się co oni takiego biorą. Skład to sześciu Panów nie z tego świata. Poń Kolny, Paprodziad, Bonk, Mega Motyl, Zając Cokictokloc i Jeżus Marian, grający jak sami mówią gatunek, zwany Łąki Funkiem, stworzyli tak barwną i ciekawą kreację sceniczną, że słuchacze nigdy ich nie zapomną. Stylistycznie na płytach jest to kosmos, którego nie idzie podciągnąć pod nic. Przypominają te piękne czasy Woodstocku 1969 i dzieci kwiatów, mieszając to z bardzo przyjemną dla ucha elektroniką. Po prostu kosmos, wyższa sfera podświadomości, kabała i Wróżbita Maciej. Kto nie był nigdy na ich koncercie, to ma zadanie domowe!




#8 The Beatles

Kto by ich nie znał? Kto by nie znał całej ich dyskografii? Wokół tego zespołu krąży tyle legend, co i ciekawych historii zawartych w rozmaitych biografiach empikowych półek. Pamiętam, że wiele osób nazywa ich prekursorami grunge'u, heavy metalu. Inni wspominają, że ulubionymi cukierkami George'a Harrisona były gumowe żelki, a pewnego razu chłopcy musieli opuścić koncert w przebraniu policjantów. Pomimo swojej wielkiej sławy i ciekawej biografii, mieli również wielki talent, dzięki któremu nadali muzyce rozrywkowej na całym świecie zupełnie nowy bieg. Kolejna ciekawostka - przeróbek i coverów Beatlesów jest na Spotify tak dużo, że do normalnych płyt nie idzie dotrzeć (albo po prostu ich nie ma) - wrzucam więc linki z Youtube'a.


#7 Dub Fx

Poznałem go przez znajomego. Pamiętam jak zachwycał się kawałkiem "Flow" i mówił "musicie tego koniecznie posłuchać!". Wykonanie prosto z ulicy w akompaniamencie saksofonu i skocznego beatu, tak mnie urzekło, że jeszcze przez długi czas zachwycałem się muzyką Australijczyka. Jest to całkowicie niezależny artysta (za co bardzo go podziwiam), który głównie gra na ulicach wielkich miast, wykorzystując darmowe sample i swój własny głos. W trakcie jednego z takich gigów, pewnego razu w Manchasterze spotkał swoją życiową partnerkę - Flower Fairy, która wówczas postanowiła wspomóc go w sprzedaży jego płyty. od tamtego czasu z nim współpracuje, tworzy niektóre teksty i wspiera artystę wokalnie w piosenkach. Jego muzyka to ciekawe połączenie regae z drum and bass'em. 




#6 Happysad

Wróćmy na polskie ziemie, miodem i mlekiem płynące. Tutaj możemy znaleźć bardzo ciekawą grupę, która już jako młodzi chłopcy wydali w 2004 roku swój pierwszy krążek, który zaskakująco szybko dotarł do serc fanów. Od tamtej pory grupa cały czas odnosi sukcesy, nie przejmując się pełnymi jadu hejterami, nazywającymi ich "grupą dla gimbazy z rzemykami na dłoniach". I bardzo dobrze! Ze wstydem przyznaję teraz, że sam kiedyś nie przepadałem za tą grupą dopóki nie poszedłem na juwenaliowy koncert i nie przekonałem się jak genialni są na żywo, ogromne pokłady energii i świetna atmosfera na linii zespół - fani. I może tematyką czasem są trochę banalni, bo 3/4 piosenek traktuje o miłości, to i tak potrafią pięknie o niej mówić, a ich stwierdzenie "miłość to nie pluszowy miś" na stałe zapisało się już chyba w polskiej frazeologii. Brawo twórczy Happysadzie. Poloniści i fani padają u Waszych stóp.



#5 Nick Cave & The Bad Seeds

Z dumą mogę przyznać, że jest to światowej sławy grupa, którą udało mi się usłyszeć na żywo z racji Opener'a niecały rok temu. Grupa funkcjonuje od 1987 roku już jako odłam innej grupy muzycznej - The Birthday Party. Zawiera się w niej pięć narodowości całego świata - Szwajcar, Amerykanie, Australijczycy, Niemcy, Anglicy. Multum byłych członków i zawiła historia kto, gdzie, jak i kiedy. Z wysokim, postawnym brunetem o głębokim jak ocean basie przy mikrofonie. Tak! To właśnie Nick Cave cieszący się bardzo dobrą opinią pośród publiki. Uwielbiam ich  za klimatyczne kompozycje. Niekiedy szalone i rockowe z dzikim pazurem przywodzącym na myśl westerny, czasem wolniejsze dla potańczenia z zapalniczką uniesioną w górę na koncercie (ktoś tak w ogóle jeszcze robi?).



#4 Kult/ Kazik/ Kazik Na Żywo

To taki prawie Nasz Słowacki XXI-wieku. Zawsze powie Polakom prawdę o nich samych, niekiedy nawet w sposób wulgarny. Z tą jednak różnicą, że tego jakże urokliwego człowieka wszyscy (no z małymi wyjątkami) lubią, a on sam nie cierpi na wieczną depresję. On i jego współpracownicy z kilku różnych formacji mają zawsze nietypowe, zaskakujące pomysły (teledyski są tak niesamowite, że nawet "Avatar" Camerona się chowa :P), pośród których każdy znajdzie coś dla siebie. Dowodem jestem Ja, bo o ile najnowsza płyta Kultu "Prosto" w ogóle mi nie pochodzi, a moje uszy jakoś nie mogą przetrawić singlowego "Dobrze być Dziadkiem", to "Bar La Curva/Plamy na słońcu" Kazika Na Żywo to już czysty majstersztyk! Kult za to dawniej potrafił być też bardzo romantyczny, czego dowodem zamieszczona niżej "Dziewczyna bez zęba na przedzie". 



#3 Obywatel Grzegorz Ciechowski

W zamierzchłych czasach z burzą blond włosów, ułożonych nietypowo jak na polską modę PRL-u ze swoją długą grzywką, którą Ci bardziej zgryźliwi wyśmiewali, potem te włosy ściął i śpiewał o pieniądzach. Jego brak w dzisiejszych czasach to prawdziwa tragedia dla dzisiejszej, polskiej muzyki rozrywkowej. On również śpiewał o Polsce i robił to pięknie. Jego "Nie pytaj o Polskę" to piękna muzyka szarych leningradów, brudnych kamienic i pustych sklepów za komuny, który mnie niesamowicie porusza. Z Republiką wyczyniał jeszcze większe cuda, dzięki którym zapisał się w pamięci słuchaczy.

#2 Damon Albarn

W latach '90 szokujący publiczność swoim metroseksualnym wyglądem, śpiewał wówczas piosenkę "Girls and Boys", którą niektórzy uważają za hymn biseksualizmu. Serca słuchaczy podbił piosenką z dwójką w tytule ("Song 2") należącą do bluru. Światowe hity tworzyłe jednak również w założonym przez siebie i Jamiego Hewletta wirtualnym zespole Gorillaz, które popularnością wyprzedziło jego macierzystą formację. Pamiętam swoje zdziwienie kiedy pojąłem, że 2-D i Damon Albarn to jedna osoba. To własnie z jego powodu pojechałem na Opener'a. Blur i ich britpopowe brzmienie kocham! Co więcej Albarn udziela się również solo - wkrótce jego najnowsza płyta, o której też już wspominałem z okazji rozpoczęcia nowego roku. Zapowiada się niezły rozstrzał gatunkowy między akustycznym rockiem, a nowoczesną elektroniką. Jakie będzie to wyczekiwane "Everyday robots"? Czas pokaże.




#1 Nirvana

Z całego zestawienia to Oni mieli na mnie największy wpływ. Teraz powiem Wam coś, czego niektórzy zgromadzeni tutaj nie wiedzą. Wprowadzę wątek autobiograficzny. Dawno, daaaawno temu w zamierzchłych czasach tak zwanej "gimbazy" byłem mentalnym grungem, co niektórym (i mi dzisiaj) może wydawać się zabawne, aczkolwiek wtedy to było dla mnie wielkie zaangażowanie w ideę. Zamykałem się tylko i wyłącznie do muzyki rockowej, krytykując wszelką inną jako "komerchę", chodziłem ubrany w śmieszne, podarte koszule, na wszelkich forach podpisywałem się ksywką Nevermind i marzyłem o gitarze, którą sobie ostatecznie kupiłem, jednak z czasem zacząłem otwierać się na inne gatunki i cała idea muzyki z Seattle jakoś mi umknęła. Teraz patrzę na tamten czas trochę z rozbawieniem, trochę z sympatią, bo to były naprawdę fajne czasy (poza tym muzycznym ograniczeniem - nie wiem jak Ja tak mogłem)! Niewątpliwie grupa miała na mnie - jak i wielu innych ludzi w moim wieku - przeogromny wpływ. Mam większość ich dyskografii, do której zdarza mi się z sentymentu wrócić. Posiadam obszerną biografię Nirvany i książkę na temat śmierci Kurta Cobaina. W szafie trzymam też do dzisiaj nadgryziony zębem czasu, przerośnięty sweter w czerwono-czarne paski, który kupiłem "bo Kurt taki miał, to Ja też będę".
Z racji tego, że dziś wokalista Nirvany kończyłby 47 rok życia, chciałbym mu życzyć wszystkiego dobrego - gdziekolwiek teraz jest. Pod spodem wstawiam cztery moje ulubione piosenki Nirvany, co jest bardzo trudne z racji na wspaniały, aczkolwiek wyjątkowo szybko zwieńczony repertuar zespołu.





piątek, 7 lutego 2014

Historia jednej piosenki #1 Coldplay i pionierzy techno?!

Witam wszystkich serdecznie w lutym. Muszę przyznać, że ten rok leci mi strasznie szybko, ale równie kreatywnie. Mam tysiące pomysłów, których nie mam nawet kiedy zrealizować, bo ciągle jest coś do zrobienia. Nadchodzące ferie też nie zwiastują zbytniego wypoczynku. Mimo wszystko korzystając z wolnej okazji, postanowiłem wrzucić posta, który jednocześnie jest rozpoczęciem zupełnie nowej serii na moim blogu. Do dotychczas istniejących Relacji z koncertów, Recenzji, Fabryki newsów, Przyjrzyjmy się i Wyliczanki dołącza od dzisiaj Historia jednej piosenki! Jej pomysł powstał w autobusie, przypadkiem, ale o tym powiem zaraz. Będą to posty zupełnie na luźno (jakby wszystkie takie nie były :P),  zdecydowanie krótsze niż reszta posty z innych działów. Tym razem zamiast skupiać się na płytach, czy wykonawcach będę opowiadać - jak sama nazwa wskazuje - o pojedynczych piosenkach. Zatem nie przedłużając, zapraszam do lektury!

Chodząc ostatnio alejkami Media Marktu - będącym kopalnią wspaniałych promocji płytowych - spoglądając na poszczególne półki, natrafiłem na iście wyborną ofertę. Przetarłem oczy, spojrzałem jeszcze raz, podniosłem szczękę, która opadła do samej ziemi. Wszystkie płyty brit-popowej kapeli z Londynu, którą znają chyba 3/4 naszego globu, Coldplay'a, w specjalnej ofercie 19,99 za sztukę! "A co się będę?! Biorę dwie!" - pomyślałem zaglądając wgłąb mojego portfela. W ten sposób skończyłem ze zgubioną kartą płatniczą, którą musiałem zostawić gdzieś przy kasie (na szczęście nowa już w drodze) oraz płytami Parachutes (debiutanckim krążkiem z 2000 roku) i X&Y. Jak to mam w zwyczaju, zgrałem zawartości krążków na odtwarzacz i wyszedłem na spacer. Robiło się powoli ciemno, a w słuchawkach zabrzmiało "Talk" -  jeden z singili drugiego ze wspomnianych wcześniej wydawnictw. Zaczyna się tajemniczym szumem, sporadycznie przerywanym gitarowym riffem. "Skądś to znam." - zastanawiałem się przez ponad pół godziny. Wracając do domu (już autobusem) oświeciło mnie, trafiłem na rozwiązanie ów zagadki. Razem z nią przyszedł pomysł na Historię jednej piosenki!

niedziela, 26 stycznia 2014

Przyjrzyjmy się #5 - "Księżniczka polskiego popu"

Dzień dobry!
Leniwa niedziela. Za oknem śnieg, a w odtwarzaczu po pustej przestrzeni domu (wszyscy powychodzili gdzieś ze swoimi sprawami, a Ja zostałem - jako iż na dworze 14 stopni na minusie, domofony i samochody psują się pod wpływem wszechobecnego zimna, metal się kurczy, a nosy czerwienieją i to nie od zbyt dużej ilości alkoholu) sączy się delikatna muzyka i uroczy damski wokal. Jak obiecałem - dzisiaj będziemy się przyglądać pewnej artystce. Jak to u mnie zwykle bywa - naszej rodzimej muzykantce. Ów Polka ma to do siebie, iż jest istnym fenomenem. Ktokolwiek nie usłyszy jej wokalu, oniemiewa i popada w głęboki zachwyt nad jej wybitnym talentem. Na pewno ta cecha przyczyniła się do tego, że popowa aczkolwiek trochę bardziej niszowa artystka w internecie zyskała zdecydowanie więcej obserwatorów i przesłuchań niż twórcy popu bardziej komerycjnego. Zapraszam do przyjrzenia się Izie Lach! :)

Gatunek: Mieszanka muzyki elektronicznej z indie popem.

Skład: Iza w dużej mierze sama komponuje swoje utwory, pisze do nich utwory oraz je produkuje, aczkolwiek zdarzało się, iż pomagał jej sam Snoop Dogg pod tajemniczą ksywką Berhane. Na koncertach zaś wspiera ją skład w postaci dwóch panów gitarzystów i perkusisty.

Dyskografia: "Już czas" (2008), "Krzyk" (2011), "Off the wire" (2012), "Good Friday (EP)" (2012)

Hity z radia: "Nic więcej", "Chociaż raz", "Już czas", "Nie"

Co polecam poza wyżej wymienionymi?: "Teraz już", "Futro", "Wydaje mi się", "Zatrzymaj czas", "Time of the year"

Rodzinny interes.
Iza muzykę ma w genach. Jej brat to wokalista i gitarszysta polskiej grupy rockowej (którą Iza wspiera w piosence Superstar) L.Stadt - Łukasz Lach, a przy okazji grywa też na fortepianie. Siostra Izy - Katarzyna Lach - była basistką w słynnej (między innymi za sprawą "Ławki") grupy Formacja Nieżywych Schabuff. Poza tym jej kariera zaczyna się już we wczesnym dzieciństwie. W wieku pięciu lat wygrała słynny swego czasu program "Od Przedszkola do Opola" z tą różnicą, że ona zawędrowała w swojej karierze zdecydowanie dalej niż do miasta muzyki na Nizinie Śląskiej. Już w wieku trzynastu lat skomponowała i nagrała we własnym pokoju swój pierwszy utwór - "Już czas", który pięć lat później stał się tytułowym motywem debiutanckiego krążka (ostatnio coś mam tendencję do pisania o debiutujących osiemnastolatkach :P). Płyta utrzymana w stylistyce wówczas rodzącego się polskiego popu pomieszanego z alternatywą. Mam bardzo dużo skojarzeń z "Miasto Manią" Marii Peszek i "Moimi Piosenkami" Moniki Brodki.

sobota, 18 stycznia 2014

Przewody i iskry smutku.

Hejo Wam wszystkim kochani czytelnicy!
Jak pogoda u Was? Zima już zaatakowała? U mnie w Szczecinie na szczęście pogoda dalej bardziej przypomina późny listopad niż połowę stycznia. Dla mnie mogłoby tak zostać już do marca (w tym roku jakoś nietypowo dla mnie wypatruję wiosny). Z racji szarugi i deszczowej atmosfery za oknem wzięło mnie jakoś na wspominki. Postanowiłem więc opisać płytę, która towarzyszyła mi praktycznie przez całą ostatnią jesień i z której każdy wers trafia w moje serce jak strzała Kupidyna. Całkowicie zakochałem się w tym krążku, jego nostalgicznym klimacie i przepięknych refleksjach. No i oczywiście ciekawej warstwie muzycznej, za którą odpowiada nie byle kto :)
Zaraz wszystkiego się dowiecie. Więc standardowo zapraszam do lektury!

Pati Yang- "Wires and Sparks", EMI Music, 2011

Przemiany.
Pamiętacie może Pati Yang i jej debiutancki album "Jaszczurka", który wydała w 1998 roku mając zaledwie 18 lat? Zatrzymaliśmy się na jej historii chwilę po debiucie, który posiadał ogromny potencjał, jednak promowany był dosyć nieudolnie, co poskutkowało tym, że płyta przeszła praktycznie bez jakiegokolwiek echa. Pati próbowała potem nagrać jeszcze jeden album, który nie został wydany i wyciekł po latach do internetu. Znany jest dzisiaj jako rarytasowy "Unrealased Songs". W 2001 roku dziewczyna opuściła na długi czas Polskę i udała się ponownie do Anglii - w kierunku Londynu. Poznała tam swojego męża - Stephena Hiltona - z którym wydała dwie płyty - magiczne i mroczne Silent Treatment oraz mniej udane (a może po prostu jeszcze się nie przekonałem?) Faith, Hope & Fury. Założyła z nim również drugi zespół FlyKKiller, który jest swoistym powrotem do mrocznych brzmień rodem z Bristolu, od których artystka powoli odchodziła. 

My jednak przeniesiemy się jeszcze dalej. Drogi Pati i Stephena ostatecznie rozeszły się. Po rozwodzie  Stephen Hilton zaczął tworzyć muzykę do filmów, a Pati trafiła do Indii, gdzie miesiąc spędziła w Świątyni Sivananda, gdzie odbyła kurs na nauczyciela yogi. Wreszcie w 2011 roku artystka zdecydowała się na nagranie albumu, który byłby jednocześnie spowiedzią z całej historii małżeństwa. Jak sama przyznała - powróciła wtedy do Warszawy, aby odnaleźć ten kawałek siebie, który zostawiła opuszczając rodzinne strony. Zamknęła się w domowym studiu, stworzonym w starym mieszkaniu na warszawskim Śródmieściu. Do współpracy zaprosiła Joe Cross'a, który odpowiedzialny jest na przykład za dokonania zespołu Hurts. Zainspirowany producent również przybył do Warszawy. W wywiadach wokalistka wspomina, że wielokrotnie udawali się do warszawskich dyskotek w poszukiwaniu oryginalnych brzmień. Prace rozpoczęte (pierwszy raz od 1998 roku) w Polsce, zakończone zostały w Manchasterze, a ich efektem była płyta Wires and Sparks.

Zdania podzielone.
Jest to płyta zupełnie inna od wszystkich poprzednich dokonań Pati. Słychać to już od rozpoczynającego całość "Let it go", który można potraktować jako wyznacznik charakterystycznych cech całego albumu. Jest energicznie, bardzo dużo nowoczesnej, skocznej elektroniki i chwytliwych synth popowych kompozycji. Skojarzeń może nasunąć się bardzo wiele od Depeche Mode aż po Kate Bush. Niewątpliwie jest to jednak płyta na poziomie światowym. O ile nowa odsłona Pati przypadła wielu osobom do gustu, tak znalazła również wielu przeciwników, którzy skrytykowali zmianę stylistyki, a samemu albumowi wytknięto mdłość i powtarzanie powielanych schematów. Ja oceniam całą zmianę na plus. Pozytywne piosenki dodają energii, a mimo to mają w sobie jakąś nostalgiczną nutą - przykładem jest na przykład wspominany utwór otwierający, który zaczyna się zwrotem "On the day you said you're lost did you just sit down and cry?" mimo wszytko muzyka cały czas jest smutna, deszczowa. Elektrobomb mamy na Wires and Sparks jeszcze kilka - "Revolution baby", które posiada nawet akcent rockowy, "Darling" bardzo chwytliwe, sprawdziłoby się jako singiel, tytułowe "Wires and Sparks" to istny majstersztyk elektro popu! Ciekawostką jest pierwszy utwór promujący płytę - "Near to god" - początkowo miał być przeznaczony na drugą płytę FlyKKillera jako elektroniczna ballada o charakterze pacyfistycznym (bardzo podoba mi się zwrot "Make love, hold still until the sun melts to gold", którą Pati przerobiła na klimaty podpadające prawie pod techno. Dla ciekawych pod spodem dwie wersje piosenki.

















Energicznie, ale i deszczowo. 
Płyta jednak to nie tylko elektorniczne łupanki. Znajduje się na niej kilka ballad, które potrafią złapać za serducho i naprawdę poruszyć. Na pewno warto wspomnieć o poruszającym  "Breaking Waves" - jak dla mnie opowieść osoby, która wspomina dzień, w którym jej ukochana osoba utonęła. Wspaniale opowiedziana historia, która rozwija się z każdym wersem i chwytliwy refren, idealny do słuchania w czasie burzy. Mamy również moją ulubioną piosenkę z płyty - zamykający całość równie deszczowy "Fold" muzycznie nieco zbliżony do "Let it go". Jest on pełen emocjonalnych wyznań - głównie w refleksyjnym refrenie, w którym pada stwierdzenie "I'm lonesome. Is that a crime? 'Cause I don't wanna feel guilty no more". Jest też "Take a While", rozpoczynające się akompaniamentem na pianinie, jednak potem rozwijające się w całą elektroniczną orkiestrę. Mimo tego, iż jest to dobry utwór na wysokim poziomie, to nie potrafię zrozumieć jego wyboru na drugi singiel. Na płycie znalazłoby się mnóstwo innych, bardziej radiowych piosenek.

Polska znowu nie gotowa. 
O ile "Jaszczurka" wydana w Polsce przeszła bez echa, o tyle "Wires and sparks" już wywołało trochę zamieszania. Niestety nasz kraj znowu nie był przygotowany na ten album. Płyta w radiu BBC uznana za piękny, nowoczesny pop z wielkim potencjałem, w Polsce uznany został za techno łupankę i "sprzedanie się" wiele osób skrytykowało Cross'a za zaniedbanie potencjału Pati. Wielu skrytykowało technikę śpiewania i nową stylistykę. Więc o ile w Anglii płyta zyskała niejako komercyjny sukces i doczekała się wznowienia w postaci dwóch EP-ek "Wires and Sparks" oraz "Hold Your Horses" (pod spodem obie do przesłuchania na Spotify), które sprzedawane były jedynie za wielką wodą, o tyle u Nas wszyscy wykłócali się, czy jest to płyta wybitna, czy beznadziejna. Ja jestem pośród zwolenników pierwszej opinii ;)
No cóż to by było na tyle. Na dniach kolejny post - będzie coś z serii "Przyjrzyjmy się", także zapraszam Was ciepło do subskrybowania bloga, by być na bieżąco, do pisania na maila muzycznekorki@gmail.com i pisania komentarzy!
Pozdrawiam!
Waflekins.



poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Sorry Boys powstają z popiołów

Okładka singla "Phoenix"- bardzo podobna do tej z "The Sun"
jak widać wszystko ma tworzyć zgraną całość
jak na razie bardzo smakowitą dla ucha słuchacza
Dzisiaj premierę miał najnowszy singiel grupy Sorry Boys- już od dawna zapowiadany przez zespół. Po rewelacyjnym, wakacyjno-chilloutowym The Sun, które zyskało przychylność tych starszych słuchaczy, jak i przyciągnęła do grupy nowe rzesze fanów, teraz przyszła pora na pełen emocji Phoenix. Jak słychać z singli prezentujących następcę debiutanckiej płyty formacji ( tak dla przypomnienia Hard Working Classes z 2010 roku) będzie się znacznie różnić od poprzedniczki. Pojawia się pełno syntezatorów, których wcześniej grupa nie używała. Dalej tekstowo przeważa język angielski, a wielka szkoda bo chętnie posłuchałbym pięknego, przepełnionego uczuciami wokalu Beli Komoszyńskiej w naszym rodzimym języku.  Phoenix rozpoczynają pojedyncze chwyty na nieznanym mi bliżej instrumencie (Cymbałki? Gitara elektryczna? Saksofon? A może tylko komputerowy chwyt?) , które przeplatają się gdzieś z gitarą akustyczną i wspomnianymi już syntezatorami, tworząc wpadającą w ucho symfonią. Wiedziałem, że Sorry Boys powstając z kolejnym singlem na pewno mnie nie zawiodą, ale tym razem przerośli moje oczekiwania. Piosenka jest bardzo dojrzała- o wiele bardziej niż wszystko, co wcześniej Sorry Boys robili, ma w sobie jakiś tajemniczy pierwiastek, który przyciąga i gdy utwór się kończy jak prawdziwy feniks powstaje ponownie. Kto jeszcze nie słyszał to gorąco polecam- link pod spodem, a ja tym czasem w oczekiwaniu na jesień i płytę, odtwarzam Phoenix'a ponownie. I ponownie. I potem jeszcze raz.


niedziela, 25 sierpnia 2013

Święto Heinekena #3 "Dzień lukru i cukru-pudru"

Spis treści:
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 4

No dobra... Kiedyś trzeba to zrobić, więc powoli wykańczamy moją relację z Opener'a (w końcu kiedyś trzeba :)). Dzisiejszego wieczoru będzie naprawdę mnóstwo przychylnych epitetów, gloryfikacji ponad słońce i innych tego typu miłych rzeczy okraszonych jeszcze na dodatek lukrem- co by było jeszcze bardziej słodko. Dlaczego? Ponieważ uważam, że trzeci dzień Święta Heinekena był najlepszym ze wszystkich tegorocznego festiwalu. Pozytywna energia gromadziła się we mnie całe popołudnie i wieczór, aby w końcu spokojnie wyciszyć się dopiero wczesnym rankiem. Był więc Kaliber 44, który nie wiedzieć skąd dostał się na scenę główną, energetyczna Ifi Ude, jeszcze bardziej drapieżna i rozkręcona Skunk Anansie, dające czadu ze swoją nową płytą Queens of the stone age, mój najukochańszy Hey (<3 <3 <3), bardzo ładne The National i Rykarda Parasol, która swoim przepięknym zachrypniętym wokalem ululała mnie do snu :) Zapraszam!

Kaliber 44
Kaliber- już z Gutkiem.
Od razu mówię, że nie byłem na całym koncercie, gdyż pognałem pod koniec pognałem by zająć dobrą miejscówkę na koncercie Ifi- aczkolwiek gdyby nie ten priorytetowy koncert na scenie Alter Space, to mimo iż zbytnio nie jara mnie rap tak Kaliber we wznowionym składzie- Abradab, Joka i DJ Feel X ze specjalnym gościem- Gutkiem- wokalistą znanego w niektórych środowiskach Indios Bravos (pochwalę się, że wywodzącego się z mojego rodzinnego miasta) i powołanym wówczas tylko na czas festiwalu (bo jak wiadomo grupa postanowiła jednak działać dalej i wydać płytę). Wgłąb Kossakowa poszły największe hity grupy- Normalnie o tej porze i Film (który zakończył cały koncert), piosenki z solowej twórczości Abradaba, które trochę mniej mi się podobają niż twórczość Kalibra. Dodam jeszcze o naprawdę fajnie wykonanej Wenie, którą bardzo lubię :)
Ciekawym urozmaiceniem koncertu był Nie rytmiczny me how z repertuaru Indios Bravos, wykonany razem z Gutkiem. Niestety zaraz po tym pognałem spod głównej sceny w rytm piosenki Chase the devil (tym razem Gutek "coverował" samego siebie).

Ifi Ude
Ifi ponownie zaczarowała moją duszę- wygrałaś Opener'a
dziewczyno!
Koncert, który wygrał dla mnie całego Opener'a. Przyznam się również, że to był jeden z koncertów na które najbardziej czekałem na festiwalu. Ifi przyprowadziła ze sobą bardzo liczną trupę- trzy przemiłe panie (z czego jak się dowiedzieliśmy jedna jest siostrą wokalistki) w chórkach, perkusję, klawiszowca, dwie gitary... bardzo rockowy skład zważywszy na stylistykę wykonywaną przez grupę. Tak duży skład jednak bardzo dodał uroku wszystkim piosenkom. Artystka wykonała kilka piosenek ze swojej nadchodzącej płyty- Shake it don't panic pierwszy raz na przykład ujrzało światło dzienne. Oprócz tego nie zabrakło największego "hitu"- My Baby Gone w rytm, którego wszyscy skakali i bawili się. Należy dodać, że na koncercie można było poczuć się jak na dobrej dyskotece- wszyscy wokoło ze sobą tańczyli, co niektórzy śpiewali razem z wokalistką, wymachiwali dłońmi, a w czasie Fali poszły przez salę fale- magia totalna magia. Z resztą to może kwestia czarów, gdyż piosenkarka początkowo wyszła przebrana za szamankę (strój ten pojawił się również w jednym z jej klipów ;)). Tak- początkowo- gdyż przebierała się ona trzy razy (prawie jak Lady Gaga na trasy Ifi będzie pewnie wozić całą szafę wymyślnych kostiumów). Atmosfera została jednak stonowana podczas poważnej, lekko nostalgicznej Wełny z akompaniamentem wiolonczeli. "Piękny koncert- wygrał jak dla mnie Opener'a"- powiedziałem, nie wiedząc co mnie czeka na Skunk Anansie.

Skunk Anansie
Skin publiczność wokalnie wbija w ziemię, a potem sama jeszcze fizycznie
w nich skacze- gratka dla fanów Skunk Anansie.
Kolejny koncert aż buchający energią. Skin i jej spółka wykonali sporo piosenek z najnowszego albumu- szałowe I believed in you, czy też I hope you get to meet your hero, ale także starsze hiciory- przede wszystkim znany wszystkim Hedonism, trochę mniej Charlie Big Potato i Because of you (po którego wykonaniu miałem prawdziwą "fazę" na ten utwór). Skin porządnie się wydzierała, a nawet skoczyła w publiczność, pośród której zaliczyła nawet spacer, by stać niedaleko mnie, gdy jej koledzy wywijali na instrumentach prawdziwe "cuda na strunach". Było również headbangowanie i śpiewanie You're so fucking political. Bardzo, bardzo dobry koncert i kto nie był niech płacze, i żałuje bo taka okazja może zdarzyć się dopiero za kilka lat. Po takim cudownym koncercie pozostają tylko miłe wspomnienia. Aż miło potem napić się zimnego piwka, czy tymbarka :)
Black Traffic-

Queens of the stone age
Queensi roztańczeni i pełni energii. Zapraszamy
ponownie do Polski!
Zaczęło robić się ciemniej i ciemniej, aż w końcu zapadł zmrok i na scenę weszli Queens of the stone age, promując swój najnowszy album ...Like Clockwork jednak dużo nowej płyty nie było. Przywitali się swoim największym, popisowym hiciorem- Feel good hit of the summer. Potem w świat poszły również inne- No one knows, czy Make it Wit-chu. Z najnowszego krążka jedynym elementem, którego było dużo to psychodeliczne teledyski puszczane w tle, przeplatające się z wizualizacjami okładki. Przy okazji wspomnę o tym, że grupa wygrała dla mnie pod względem najlepszego oświetlenia koncertu- nie wiem, kto za tym stał, ale odwalił kawał dobrej roboty, brawo Queensi- zapraszamy ponownie, jednak muszę udać się na Hey. I w ten sposób oddaliłem się w rytm I appear missing (cóż za zbieg okoliczności :P)- jednak wbrew mojej miłości do Hey'a i Nosowskiej zbierałem się stamtąd naprawdę długo.

Hey
Kasia z uśmiechem powitała wszystkich
przybyłych na koncert jej grupy-
"uściskałabym was"- mówiła
zdjęcie ze strony afterparty.pl
Może miejscówki nie miałem najlepszej przez moje zasiedzenie na QOTSA, ale i tak nie przeszkadzało mi to raczyć się dźwiękami ulubionego zespołu. Grupa zagrała bardzo dużo nowych kawałków- Wilk vs Kot otwierający koncert (ta piosenka zawsze jakoś potrafi mnie zachwycić w wersji live- nie ważne jak często słyszę), Wieliczka (przygotowana jako jedna ze specjalnych niespodzianek), drugą niespodzianką było już z przedostatniej płyty- Nie więcej wykonane z Moniką Brodką, ale momentami były powroty do starości (Zazdrość- którą widziałem już tylko na nagraniach, Schizophrenic family albo znana wszystkim Cudzoziemka w raju kobiet). Był też dawno nie grany cover Everybody's gonna learn sometimes, ale szczerze- Hey powinien wyrzucić go na dobre z setlisty. Pognałem na The National.





The National
Uwaga Panie, Uwaga Panowie- Matt się wczuwa
Może jakimś zbytnim fanem twórczości "Naszynali" nie jestem, ale koncert był naprawdę ładny. NajbardziejI need my girl, wykonane o wiele piękniej niż studyjnie. To muszę przyznać Mattowi Berningerowi- wokaliście i tekściarzowi grupy- w to co robi wkłada naprawdę dużo emocji i to słychać przy może jego niezbyt udanych popisach wokalnych (cóż ja należę bardziej do fanów damskich wokali) jednak na pewno szczerych. I w tym jest jakaś prawda, uczucie. A może zawodzenie pieśniarza wywołane było zbyt dużą dawką alkoholu wypitego w czasie koncertu? Tak, tak- koncert nie był okazją do tego, żeby być abstynentem i po wypiciu całej butelki nieznanego trunku bodajże przy Mr. November Matt poleciał w tłum. Co jeszcze zostało zagrane naprawdę fajnie? Na pewno chyba największy hit grupy- I should live in the salt, a i jeszcze Abel. Pomimo uczucia pustki, które zostało mi po koncercie, do studyjnych podejść The National nie mam zamiaru przechodzić.
w pamięć zapadło mi

Rykarda Parasol
Na ten koncert poszedłem już będąc na pograniczu jawy i snu. Niewątpliwie jednak ten koncert przyczynił się do pojawienia się tego posta akurat teraz- przypomniałem sobie bowiem jak zachwycałem się wokalem pani Rykardy po Openerze i przysięgałem na wszystko, że będę teraz często jej słuchać- i co z tego wyszło?Figa z makiem. Ale wróćmy do wokalu Parasol- przepiękne zachrypnięte głosisko, cholernie zmysłowe. Pamiętam jak wszedłem już na koncert na scenę Alter Space, a artystka akurat grała swój kawałek otwierający najnowszą płytę- Cloak of comedy- poczułem, że przyszedłem w bardzo dobre miejsce. Kobieta świetnie dogadywała się z publicznością, a swoje występy co chwila przerywała konferansjerskimi wykonami. Najlepiej pamiętam opowieść o tym jak powstała piosenka Drinking song z drugiej płyty- "For Blood and Wine", toteż sam utwór też zapadł mi w pamięć- i dobrze, bo jest równie fajny i lekki jak Cloak of comedy. Wiecie co? Uważam, że Rykarda idealnie nadawałaby się do duetu z Nickiem Cavem, a ich występy powinny się odbyć zaraz po sobie. Jej muzyka jest idealna na te jeszcze ciepłe letniojesienne noce- pełna magi i powabnych gitar akustycznych przeplatanych z innymi instrumentami- coś pięknego.

I to by było na tyle. Dziękuję za przeczytanie moich wypocin, przypominam, że zawsze jestem chętny na wymianę spostrzeżeń- muzycznych i nie tylko- pod adresem muzycznekorki@gmail.com także zapraszam was wszystkich- tak samo mocno mogę powiedzieć, że już wkrótce zakończymy tą serię- (wiem cieszycie się już pewnie :P), ale o koncertach jeszcze będziemy gadać- bo nie tylko na Opener'a w czasie wakacji się wybrałem (a i jesienią się coś szykuje). Trzymajcie się i wpadnijcie niedługo na 4. część relacji- jeżeli chcecie być na bieżąco, w prawym górnym rogu bodajże opcja "Subskrybuj" nie gryzie :)

Waflekins